wtorek, 31 grudnia 2013

Z Nowym Rokiem...

Wszystkim Czytelnikom mojego bloga życzę szampańskiej zabawy na Sylwestra i pomyślnego Nowego Roku!!! Niech Allegro sypnie dozymetrami, Fukushima siedzi cicho, zegarki świecą gammą i betą, a bliscy przestaną wdychać polon-210 :)

  
Czas na małe podsumowanie roku:

  • Nakręcone filmy - 120 (głównie, ale nie tylko o problematyce atomowej)
  • Posty na blogu -  35
  • Wyświetlenia - 1350


  • Najwyższa zmierzona moc dawki ekspozycyjnej - 28 mR/h 
  • Zdobyte próbki -10
  • Odkryte źródła emisji -  5
Sprzęt dozymetryczny (kupiony / sprzedany) :
  • radiometry kieszonkowe - 6 (2)
  • rentgenometry przenośne - 2 (1)
  • rentgenometry pokładowe - 2 (2)
  • radiometry przenośne - 2 (1)
  • rentgenoradiometry - 5 (4)
  • dozymetry indywidualne - 3 (0)

!!! UWAGA / WARNING / ACHTUNG !!!

Ponieważ niedługo wracam do pracy, ulegnie zmianie częstotliwość publikowania postów na moim blogu. Praca na etat zajmuje z dojazdami 9 godzin dziennie, przez co czas na dłuższy eksperyment wraz z filmem i zdjęciami będę miał głównie w weekendy. Mniejsze notki postaram się publikować na bieżąco. Wiem, że do tej pory była publikowana jedna notka na dzień, jednakże nie chciałbym, aby utrzymanie częstotliwości wpisów odbyło się kosztem ich merytorycznej wartości. Do zobaczenia w następnych postach!




poniedziałek, 30 grudnia 2013

Świecące zegary lotnicze - farba radowa znowu :)

Farby świecące na bazie soli radu stosowano również, a może przede wszystkim, w różnego rodzaju zegarach lotniczych, które musiały być widoczne podczas nocnych lotów bez włączonego oświetlenia w kabinie.  Szczególnie w maszynach wojskowych jest to istotna kwestia - móc odczytać wskaźnik nie włączając lamp wewnętrznych, by nie zdradzać pozycji danego samolotu. Podobnie jak w zegarkach ręcznych, zawartość soli radu ulegała zmniejszeniu z biegiem lat, od bardzo wysokiej podczas II wojny aż do minimalnej w niektórych wskaźnikach z samolotów MiG i Su oraz śmigłowców Mi. Obecnie farbę radową wyparła fosforowa farba okresowego świecenia, wymagająca naświetlenia zwykłym światłem i następnie powoli "oddająca" otrzymaną energię. Bardzo stary (i aktywny) zegar z myśliwca Supermarine Spitfire widzimy tutaj:

Zegary ze starych MiG-ów (15,17, 21) też potrafiły ładnie "świecić":
Niestety z zamówionych przeze mnie dwóch pakietów zegarów dotarł chwilowo tylko jeden, zatem mój eksperyment zostanie podzielony na dwie części :) Póki co mam dwa wskaźniki kursu, obrotomierz, wskaźnik prędkości opadania/wznoszenia i jakiś niezidentyfikowany wskaźnik sygnowany UPU :)
Powstaje pytanie, czy to było szkodliwe? Znamy już zasadę odwrotnych kwadratów, która mówi, że natężenie promieniowania maleje proporcjonalnie do kwadratu odległości. Zatem w odległości, w jakiej znajduje się pilot od tablicy wskaźników, natężenie promieniowania jest kilkanaście razy mniejsze niż bezpośrednio przy zegarach. Do tego promieniowanie pochłaniane jest też przeszkody fizyczne - pierwszą jest szkiełko wskaźnika, pochłaniające głównie promieniowanie beta, drugą - powietrze, trzecią - kombinezon i umundurowanie pilota.  Promieniowanie, które docierało do ciała lotnika było na poziomie tła naturalnego. Dużo większa dawka pochodziła od promieniowania kosmicznego, które na wysokości kilku kilometrów wielokrotnie przekraczało wartość promieniowania tła na powierzchni ziemi.

niedziela, 29 grudnia 2013

Bazar na Kole - źródło zaopatrzenia?

Bazar antyków na Kole (sobota-niedziela, od bladego świtu do 13-14) jest jednym z tych miejsc, gdzie dozymetrysta-amator może zaopatrzyć się w świecące zegarki, wyroby z uranowego szkła, a czasem i mierniki promieniowania. Niestety jest to bardzo drogi targ, zaś sami sprzedawcy do najbardziej uprzejmych nie należą. Często głupi drut pod lusterko od lampy naftowej kosztuje... 10 zł, choć na konkurencyjnym, plebejskim targu na Olimpii za coś takiego menel chciałby może 2 zł... Podobnie ma się sprawa ze świecącymi zegarkami. Potłuczony kompas Adrianowa sprzedawca wycenił na... 30 zł, choć ten sam typ nabywałem za 5-12 zł. Stłuczony angielski budzik z niezłą emisją ceniony był na 30 zł, a kilka miesięcy później... na 40 ! Zmasakrowany Junghans, z którego dałoby się wyjąć parę trybików najwyżej, gdyż wyglądał jak po spotkaniu z ciężarówką - to samo, 30 zł.  Pominę milczeniem komplety zastawy z uranowego szkła, omówione w notce o szkle uranowym. Raz udało mi się trafić buteleczkę za jedyne 8 zł, pewnie dlatego, że bez korka. Sprzedawcy często są chamscy jak sklepowe w mięsnym za PRL-u, a często i w ogóle niezainteresowani sprzedażą. Siedzą, dyskutują, kręcą się po całym targu, nigdy ich nie ma, gdy akurat chciałoby się o coś zapytać... Humory miewają, jak nie przymierzając, stara panna w ciąży, ale to już dziedzina psychologii a nie dozymetrii :) Oczywiście, zdarzają się uprzejmi sprzedawcy, jak ten, który pozwolił na sfotografowanie i sfilmowanie tych świecących zegarów lotniczych:

Ale z kolei inny zagroził bezpośrednio dziewczynom fotografującym targ, choć miały zezwolenie od kierownika targowiska. Aż miałem ochotę poprosić go na męską rozmowę, ciekawe, czy do faceta też byłby taki odważny...
Pomijam już fakt, że często sprzedaje się tam podróbki antyków dla nowobogackich, którzy chcą zaszpanować przed znajomymi, a nie mają dużego rozeznania w tej materii :)





sobota, 28 grudnia 2013

Rentgenometr pokładowy DP-3B (ДП-3Б) - recenzja


Skoro jesteśmy przy rentgenometrach, chciałbym przybliżyć kolejny relikt z czasów Czarnobyla, a mianowicie rentgenometr pokładowy DP-3B (рентгенметр бортовой ДП-3Б) . Jest to miernik pokładowy, przeznaczony do montowania w czołgach, wozach bojowych i śmigłowcach (w samolotach to raczej rentgenometry lotnicze RL-75). Działa na zasadzie komory jonizacyjnej i ma dość szeroki zakres pomiaru - 0,1-500 R/h. Czasem pojawia się na filmach z przelotu śmigłowcem nad płonącym reaktorem. Co prawda przy samym rdzeniu moc dawki wynosiła 3000 R/h, ale zgodnie z zasadą odwróconych kwadratów w odległości kilkuset metrów malała znacząco, choć nadal pozostawała wysoka.


Urządzenie zasilanie jest z instalacji pojazdu o napięciu 24 V, odwrotne podłączenie objawia się brakiem pisku przetwornicy (taki jak w starych telewizorach, ponoć po 30 roku życia przestaje się go słyszeć, mam jeszcze 3 lata :) ). Elektronika pulpitu oparta na tranzystorach, aczkolwiek w sondzie są miniaturowe lampy elektronowe. 


Sama sonda, z masywną stalową osłoną nie daje żadnych szans na przeniknięcie promieniowania beta. Czarny krzyż naniesiony na środek czoła cylindrycznej osłony sondy oznacza położenie punktu uśrednionej czułości, tak samo jak na klapkach od Polarona czy RKSB-104.  Przewód sondy jest ekranowany metalową siatką i osłonięty grubą izolacją z gumy, która w sprzedawanych egzemplarzach często pęka. W szystkie przyłącza niezwykle masywne, zakręcane na gwint.  Skala podświetlana żaróweczkami, aczkolwiek bez farby okresowego świecenia. 


Źródła kontrolnego brak, przyrząd sprawdza się, wciskając specjalny guzik, w/g instrukcji strzałka powinna wskazać wartość między 0,4 a 0,8. Skala ma dwie podziałki - górną do wszystkich zakresów, oprócz najwyższego, i dolną tylko do maksymalnego (500R/h). Przy procedurze kontrolnej miga czerwona lampka, tym wolniej, im wyższy zakres włączymy. Całość widać na filmie:

Przyrząd do niedawna niedostępny w Polsce, ale dzięki Allegro już za 55 zł + wysyłka można stać się właścicielem pulpitu pomiarowego z sondą na kilkumetrowym kablu.  Pozostaje tylko pytanie - co dalej - zakres pomiarowy przydatny jedynie podczas wypadków radiacyjnych (vide mój post o D-08), duży ciężar i nadmiar kabla, mający w założeniu ułatwić montaż sondy na zewnątrz pojazdu. Szczerze mówiąc, jest to głównie gadżet dla kolekcjonerów i wielbicieli wojskowych pojazdów, chcących mieć swój transporter skompletowany w 100%.
Na deser "sesja rozbierana" sondy - widoczne elementy regulacyjne:
I zbliżenie elektroniki pulpitu:
Więcej foto u naszych braci Rosjan TUTAJ

Przykład montażu w samochodzie wg radzieckiego podręcznika OC - widać elastyczne zawieszenie na tulejkach gumowych, amortyzujące miernik od wstrząsów pojazdu:










Instrukcja obsługi:






czwartek, 26 grudnia 2013

Rentgenometr D-08 - recenzja


Tym razem postaram się opisać dość popularny, ale jednocześnie mało użyteczny wojskowy przyrząd dozymetryczny, jakim jest rentgenometr D-08. Urządzenie działa na zasadzie komory jonizacyjnej, a nie licznika G-M, zasilane jest z kilku baterii o różnych napięciach (lub adaptera na 3 baterie R-20) i ma zakres pomiaru użyteczny jedynie w wypadku wojny jądrowej (0,1-300 R/h). Występuje powszechnie w demobilach i na targach militariów, gdyż podczas zimnej wojny wyprodukowano ogromną ilość tych mierników. W zestawie dostajemy skrzynkę, zapasowe lampy (czasem), zeszyt pracy, instrukcję obsługi ze schematem i (teoretycznie) latarkę "portfelową", nóż i śrubokręt. O oryginalnych bateriach możemy pomarzyć, a potrzebne są 3 (anoda, siatka, żarzenie). Na szczęście wersja D-08/2 miała "koszyczek" mieszczący 3 baterie R-20 i przetwornicę napięcia, która zasilała obwody przyrządu. Poniżej zdjęcie pulpitu:


I adaptera z przetwornicą:



W przeciwieństwie jednak do DP-66 i pochodnych, rentgenometry D-08 rzadko znajdują nabywców, co najwyżej wśród amatorów bawiących się lampami rentgenowskimi. Jak już wspomniałem, zakres zaczyna się od 0,1 R/h, czyli 100mR/h - na szczycie reaktora w Świerku moc dawki wynosiła 28mR/h, czyli 1/4 najmniejszej działki miernika - i może nawet wskazówka by drgnęła :) Poza takimi miejscami, do których dostęp jest zresztą silnie ograniczony - nie ma miejsc, gdzie taki miernik zalazłby zastosowanie (może gorące plamy w Strefie, ale tam wygodniej iść z DP-66 lub DP-5, przenośna sonda ułatwia dotarcie do źródła). Uwaga ta dotyczy wszystkich rentgenometrów produkcji wojskowej - przeznaczono je do pomiaru dużych dawek bezpośrednio po wybuchu jądrowym. Najwyższy zakres to 300R/h - dwie godziny przy takiej mocy dawki i 100% śmiertelność, a po godzinie jest szansa na śmierć ok. 25% napromieniowanych. W swych szacunkach przyjmuję, że LD50/30 wynosi 450R (4,5Sv). LD50/30 to dawka, po której połowa napromieniowanych umrze w ciągu 30 dni - przyjęto ją jako miarodajne określenie dawki śmiertelnej z racji dużej zmienności osobników danego gatunku na napromieniowanie.
Wracając do naszego przyrządu, oprócz marnej czułości jest on dość kłopotliwy w obsłudze - nawet jak mamy wersję z adapterem na 3 baterie R-20, musimy kalibrować miernik przed użyciem. W moim egzemplarzu kalibracja nie dochodziła do skutku - przy kolejnym kroku nie dawało się ustawić wskazówki w żądanym miejscu, jedynie raz, po podłączeniu zasilacza laboratoryjnego, ale akurat wtedy nie filmowałem :(
Kalibracja odbywa się wg instrukcji naniesionej farbą przez szablon na ściankę urządzenia:


Pokrętła regulacyjne, osłonięte specjalną klapką na sprężynie i wyposażone w specjalny guzik, który trzeba przyciskać podczas regulacji - są niezłym ćwiczeniem siły i zręczności palców :)
Tutaj nieudana próba uruchomienia:

Miernik ostatecznie został sprzedany prawie bez zysku, i tak miałem szczęście, gdyż inny egzemplarz "wisi" na Allegro od miesięcy :)
Miernik został wyprodukowany w 1970 r. (dość nowy, widziałem z 1962) i "na służbie" był do 1982 r., o czym świadczą regularne wpisy w "zeszycie pracy", dotyczące przeglądów i kalibracji.
 Nie wiem, w którym roku rzeczony miernik został zdjęty ze stanu i przekazany na sprzedaż, przedtem trafił do Obrony Cywilnej, która kontynuowała "przeglądy" jeszcze przez parę lat - ostatni wykonany w 1993 r. był ważny do 1994 (choć procedura była "uproszczona"). Obecnie pewnie wszystkie D-08 zostały już wyprzedane, a do "skasowania" idą poczciwe DP-66 czy nawet DP-75 ;)
Tu fragmenty instrukcji z danymi technicznym i sposobem obsługi (pełna tutaj), zresztą skrót instrukcji napisany jest białą farbą na ściance obudowy miernika, łącznie ze słynnym "po pracy wyłącz przyrząd":

środa, 25 grudnia 2013

Ołowiana cegła, czyli tajemnica monolitu

W moim domu od pewnego czasu leżał tajemniczy artefakt w postaci ołowianego monolitu niewiadomego przeznaczenia. Był to sześcian o boku 10 cm, pomalowany resztkami farby w kolorze nieokreślonym, z dziwnymi karbami na dwóch bokach i takimi samymi wgłębieniami na bokach przeciwległych. Został znaleziony w lesie przez mojego ojca podczas grzybobrania. Oczywiście stary szabrownik przygarnął ów "ciężarek", wszak nigdy nie wiadomo, co się może przydać w domu :) Monolit stał na parapecie, razem z 5 kg odważnikiem pełniąc funkcję blokady okna, które w zależności od kierunku wiatru lubiło się samo otwierać lub zamykać. Słuszna waga (równe 10 kg) dawała pewność, że okno nie otworzy się szerzej, musiałby przyjść huragan :)




Od samego początku sądziłem, że bloczek jest wykonany z ołowiu - bok sześcianu 10 cm daje 1000 cm3 objętości (pomijam karby, zmniejszające nieco objętość), co przy wadze 10 kg sugeruje gęstość zbliżoną do ołowiu (11,3g/cm3). Tak więc nawet nie musiałem nawet wyciągać dozymetru, by upewnić się, czy to nie uran ;) Dla pewności potem sprawdziłem go zarówno "Sosną" jak i RKSB-104, ale oczywiście, pokazały tylko tło naturalne.
Nadal intrygowało mnie przeznaczenie "ciężarka". W mazurskich lasach często można było znaleźć improwizowane obciążniki do sieci rybackich, pozostawione przez kłusowników. Były to jednak zwykle połówki cegieł lub kawałki betonu obwiązane sznurkiem. Nikt normalny nie używałby do tego celu 10 kg ołowiu :)



Odpowiedź przyszła dopiero wczoraj, podczas lektury Podręcznika ochrony radiologicznej. W rozdziale o pracowniach izotopowych zobaczyłem budowę ścianki z cegieł ołowianych i jedną taką cegłę. Była co prawda o połowę cieńsza i miała tylko jeden wpust, ale od razu wszystko stało się jasne. Tylko teraz drugie pytanie - co to u diabła robiło w lesie?   Dla pewności jeszcze raz sprawdziłem cegłę za pomocą "Sosny", szukając efektów aktywacji. Znowu nic, oprócz jednego wyskoku 0,019 mR/h bety i gammy, ale następny pomiar pokazał typowe 0,09 (ech., stochastyczność!).

Tutaj cegła z pojedynczym wpustem i piórem, ale pewnie robili i z podwójnym:)
 Tego typu cegły można nabyć w wyspecjalizowanych firmach, np. TUTAJ  (cegła z podstawą podwójnie żłobioną), ew. TU - albo chodząc po lasach :)
[EDIT]
W 2017 r., gdy nabyłem publikację Aparatura jądrowa - informator techniczny (Warszawa b.r.w. [1963]), moje przypuszczenia ostatecznie się potwierdziły - ołowiany monolit to po prostu kształtka ołowiana dwudaszkowa (na wcześniejszym obrazku są kształtki jednodaszkowe):





wtorek, 24 grudnia 2013

Atomowych Świąt! :)

Wszystkim Czytelnikom bloga życzę zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia! 
Niech dawka przez Was pochłonięta nie przekroczy europejskich norm, a dozymetry trzymają kalibrację :) Samych świecących zegarków pod choinką, wielu godzin w Czarnobylskiej Zonie oraz stałego pogłębiania i upowszechniania wiedzy z zakresu fizyki jądrowej i ochrony radiologicznej!

PS. Zmykam rozpakować paczkę z zegarami lotniczymi i spakować nadmiarowe dozymetry, które znalazły nowych właścicieli :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ochrona radiologiczna - lektury

Właśnie przysłali mi dwie książki z lat 60., dotyczące ochrony radiologicznej. Są to typowe podręczniki, z dużą ilością tabel, wzorów i nawet zadaniami do rozwiązania. Pierwszy to:

Podręcznik ochrony radiologicznej, wyd.WNT 1967 r., autorzy - K. Broszkiewicz, Z. Jaworowski, T. Musiałowicz, Z. Smal, Z. Szot.

Główne rozdziały przedstawiają się, jak następuje:

  1. Podstawowe pojęcia z fizyki jądra atomowego i promieniowania
  2. Biologiczne działanie promieniowania jonizującego
  3. Dawka maksymalna promieniowania
  4. Ochrona przed promieniowaniem zewnętrznym i skażeniami wewnętrznymi
  5. Aparatura dozymetryczna ochrony zdrowia (skromny rozdział niestety)
  6. Wyposażenie pracowni izotopowych
  7. Odpady promieniotwórcze
  8. Skażenia i ich usuwanie
  9. Transport preparatów promieniotwórczych
  10. Zagadnienia organizacyjne ochrony radiologicznej

Książka jest aktualnie na warsztacie, ale od razu wygląda na wartościową pozycję, oczywiście biorąc poprawkę na postęp w nauce przez ostatnie 50 lat. Z drugiej strony, zajmując się starymi miernikami powinniśmy mieć i książki z epoki. Co ciekawe, jako przykład przenośnego radiometru pojawił się DP-11 z charakterystyczną długą sondą, ale opisany jako M1-56 (jeśli oznacza to model wypuszczony w 1956 r. to nawet by się zgadzało, pewnie była cywilna wersja). Poza tym sporo profesjonalnych (wówczas) mierników o oryginalnych nazwach - Karagacz, Kaktus i Efir :)
Na końcu bardzo cenna tabela z fizycznymi i biologicznymi właściwościami najpopularniejszych radioizotopów. To tak na szybko, teraz przejdźmy do drugiej książki:

Też wydana przez WNT, tym razem jeden autor:

K. Żarnowiecki - Podstawy ochrony radiologicznej (1963)

Grubość podobna, choć inne rozmieszczenie rozdziałów:

  1. Podstawowe wiadomości o promieniowaniu jądrowym
  2. Źródła zagrożenia promieniowaniem
  3. Bezpieczeństwo pracy w warunkach zagrożenia promieniowaniem
  4. Elementy układów i przyrządów pomiarowych
  5. Metody pomiarowe

 To wszystko. Na końcu też tablica izotopów :) Odnoszę wrażenie, że ten podręcznik jest mniej dokładny, albo przynajmniej ma inaczej rozłożony nacisk na różne aspekty. Cóż, poczytamy, zobaczymy :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Wojciech Wiktorowski - Upiory Czarnobyla - recenzja książki

Właśnie przeczytałem powieść Wojciecha Wiktorowskiego, wydaną w 2011 r.  Cała fabuła osnuta jest wokół tajemniczej śmierci fizyka, który kwestionował oficjalne wyniki pomiarów i przeprowadzał własne, nieoficjalne badania skażeń powietrza po katastrofie w Czarnobylu. Akcja jest wartka, książkę przeczytałem w dwa dni i autentycznie mnie wciągnęła. Niestety, na samym końcu widzimy notkę "wszelkie podobieństwo jest przypadkowe". Szkoda, bo już zacząłem identyfikować postaci, choć mało prawdopodobne wydawało mi się przesłuchanie prof. Jaworowskiego przez agenta KGB, który wkręcił się do pracy w CLOR, wcześniej pracując w czarnobylskiej elektrowni. Książkę kończą kserokopie wycinków prasowych i raportów dotyczących katastrofy. W treści znajduje się trochę danych z zakresu fizyki jądrowej, m.in. skład izotopowy opadu radioaktywnego, na podstawie którego ustalono, że źródłem skażenia jest reaktor (a nie bomba atomowa), a także stopień wypalenia paliwa :) 
Książkę polecam wszystkim pasjonatom katastrofy czarnobylskiej oraz miłośnikom historii kryminalnych, detektywistycznych i szpiegowskich. Do nabycia na Allegro w przystępnej cenie 7 zł + przesyłka :)




sobota, 21 grudnia 2013

Prawo odwrotnych kwadratów - im dalej, tym bezpieczniej :)

Dziś zapoznamy się z zasadą mającą różne zastosowanie (fotografia, balistyka), a która odgrywa istotną rolę także w ochronie radiologicznej. Zasada ta głosi, że natężenie promieniowania maleje odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu odległości, czyli tłumacząc z polskiego na nasz - dwukrotne zwiększenie odległości osłabia promieniowanie czterokrotnie, czterokrotne - szesnastokrotnie itd. Zatem nawet nieznaczne odsunięcie się od źródła promieniowania gwałtownie zmniejsza dawkę, jaką otrzymujemy. Podkreślono to bardzo dobitnie podczas głośnej ostatnio kradzieży źródeł z kobaltem Co-60 z elektrowni "Bełchatów" - w bezpośrednim sąsiedztwie pojemnika nie powinno się przebywać dłużej niż kilka minut, ale w odległości 1 m czas ten wydłużał się do... godziny!
Powtórzę więc po raz kolejny - nie taki diabeł straszny, jak go malują :) Na potwierdzenie zasady mały eksperyment:
Jak widać, spadek mocy dawki nie jest funkcją liniową, po wprowadzeniu wyników pomiaru do Excela wychodzi taki wykres:
Czyli w odległości pół metra mamy poziom promieniowania tła naturalnego, zaś przy 40 cm nieznacznie podniesione tło jak w składach nawozów, materiałów budowlanych czy niektórych blokach z wielkiej płyty :)
Największy spadek - o prawie 90% - można zaobserwować na pierwszych 10 cm, następne 10 powoduje wyeliminowanie 2/3 pozostałego promieniowania, po czym kolejne spadki zaczynają przybierać charakter liniowy, ale dotyczą one od 3,75 do 0,7% wartości początkowej.
Gęstsza siatka punktów pomiarowych mogłaby trochę wygładzić ten wykres, ale zasada pozostałaby ta sama. Właśnie przeprowadziłem dodatkowe pomiary dla odległości 1-13 cm, aczkolwiek dokładne odsuwanie dozymetru o kolejne pojedyncze centymetry nie jest łatwe, dochodzi tez kąt bryłowy, uchyb miernika i wiele innych czynników - np. szeroko rozstawione tuby G-M w ANRI Sosna, które podczas pomiaru nie są równomiernie obciążone promieniowaniem (źródło jest bliżej jednej z tub).
Na deser film poglądowy, bez zapisywania wyników pomiarów (przy Polaronie nie jest to łatwe, trudno przyjąć jakąś wartość za wynik ostateczny).
Zwiedzając reaktor w Świerku mogłem dokonać niestety tylko trzech pomiarów - zaraz za śluzą, kilka metrów od bloku reaktora i na jego szczycie, mając pod nogami, oddzielony 7 metrami wody - rdzeń reaktora. Nie zamieszczę wykresu, gdyż zabrakłoby skali :) Pomiary wyglądały następująco:
  1. zaraz za śluzą na hali - 0,046 mR/h
  2. podchodzimy bliżej - 0,161 mR/h
  3. na szczycie przy wizjerze - 18,295 mR/h
Gdybym opuszczał sondę miernika wgłąb wody chłodzącej reaktor otrzymałbym pewnie jeszcze wyższe wyniki, a znając wartość tłumienia promieniowania w wodzie mógłbym obliczyć nawet moc dawki w samym rdzeniu :)
Jak widać, obawy ludności niechcącej mieszkać w pobliżu elektrowni atomowej są nieuzasadnione. Przez różnorakie osłony reaktorów nic nie ma prawa się wydostać, a nawet na samej hali promieniowanie nie stwarza zagrożenia -  vide wyżej :)
Piszę to wszystko, aby wykorzenić mitologizowanie promieniowania- oczywiście, ono bywa niebezpieczne, ale nie w takim stopniu, w jakim by się to mogło wydawać. Wystarczy znać parę prostych zasad
  1. promieniowanie maleje bardzo gwałtownie wraz z odległością
  2. im krótszy czas narażenia, tym mniejsza dawka pochłonięta
  3. każda osłona (w tym powietrze) zmniejsza moc dawki
Zatem, jeśli natraficie na obiekt mogący promieniować, trzymajcie się z daleka i minimalizujcie czas przebywania w danym miejscu, a nic się Wam nie stanie. Poza tym, największe dawki można przyjąć na kończyny, a najmniejsze na układ nerwowy, rozrodczy i krwiotwórczy - stąd prześwietlenie ręki to odpowiednik tylko kilku dni naturalnego promieniowania tła, a kręgosłupa - aż kilku miesięcy. Do czego zmierzam - dotknięcie ręką źródła promieniowania nie będzie tak niebezpieczne jak narażenie innych okolic ciała - tu dochodzi kwestia współczynnika wagowego tkanek, o którym w następnym odcinku :)


piątek, 20 grudnia 2013

"Afera uranowa", czyli odcedzamy komary, połykając wielbłądy

Ze sporym opóźnieniem dotarła do mnie informacja o tzw. aferze uranowej. W skrócie - kolekcjoner wymieniał się z innymi kolekcjonerami, wysyłając m.in. minerały promieniotwórcze. Efektem był nalot lotnej brygady i proces. Do tego doszły nieścisłości rzeczników i dziennikarzy, m.in. informacja o "handlu" tymi materiałami, który przecież w ogóle nie miał miejsca! Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie dla oskarżonego, nieprzetworzone minerały, nawet jeśli radioaktywne, nie są materiałem promieniotwórczym. Teraz toczą się starania o odzyskanie "dowodów w sprawie", przechowywanych w Centrum Unieszkodliwiania Odpadów Promieniotwórczych w Świerku. Sprawa jest bardzo przykra, gdyż pokazuje, jak bardzo gorliwe jest nasze państwo w kwestiach wręcz marginalnych. Szkoda, że tak się nie kwapi do rozwikłania zagadki śmierci gen. Papały, porwania Olewnika, paru innych zaginionych, wszystkich afer - paliwowej, węglowej, hazardowej - długo wymieniać. Ze swojej strony proponuję aresztowanie wszystkich, którzy posiadają stare świecące zegarki, zastawę ze szkła kryształowego (czy nie daj Boże uranowego!), elektrody do TIG-a, siateczki żarowe (koszulki Auera) do lamp gazowych etc.


Poniżej bardziej szczegółowe informacje na forum prawnym.





czwartek, 19 grudnia 2013

Czarnobyl - zwalczamy mitologię

W kwestii katastrofy w Czarnobylu narosło już bardzo wiele mitów i legend tak, że trudno nieraz ustalić obiektywną prawdę. Stanowiska są skrajne - albo była to niegroźna awaria, w której zginęło najwyżej 30-50 osób, albo hekatomba z "tysiącami grzebanymi w przydrożnych rowach". Prawda pewnie leży pośrodku, a w rzeczywistości w rosyjskich archiwach :) Tym niemniej podejmę próbę zestawienia sprzecznych poglądów i zbliżenia się do prawdy.

Zwiększenie częstotliwości raka tarczycy, zwłaszcza u dzieci. Statystyki podają wzrost zachorowań, lecz nie prowadzono ich przed katastrofą, to raz. Dwa, po katastrofie wzmożono diagnostykę, stąd większa wykrywalność. Trzy, wiele guzów tarczycy to guzy łagodne, z którymi można przeżyć całe życie, nie wiedząc o nich (i umrzeć na hemoroidy). Oczywiście, duże dawki radioaktywnego izotopu jodu (jod-131) nie są bez wpływu, zwłaszcza w rejonach, nad którymi przeszedł obłok promieniotwórczy. Czas półrozpadu I-131 wynosi 8 dni, więc dopiero po 80 dniach można uznać, że teren jest "czysty" (przyjmuje się, że do "całkowitej" eliminacji izotopu wystarczy 10 okresów półrozpadu). Tym niemniej, dzięki stopniowemu rozpadowi izotopów i krążeniu ich w przyrodzie (wymywanie przez wodę itp.) dzisiejszy "ślad" po Czarnobylu to ok. 0,25 % rocznej dawki promieniowania tła. Więcej otrzymujemy od diagnostyki medycznej i substancji mineralnych w naszych domach :)

Akcja z płynem Lugola. Było to imponujące przedsięwzięcie, w ciągu kilku dni 18 mln osób (dzieci, młodzież, kobiety w ciąży) otrzymało płyn Lugola, dostarczający niepromieniotwórczego jodu dla tarczycy, dzięki czemu nie przyswaja ona jodu radioaktywnego (bo jest "zapchana" mówiąc kolokwialnie). Inna sprawa, że akcję przeprowadzono z opóźnieniem, zaś najpierw dyskretnie zaopatrzono w płyn Lugola dygnitarzy partyjnych i funkcjonariuszy "służb" wraz z rodzinami (w mało której publikacji jest o tym mowa).

Amatorskie pomiary. Znam co najmniej dwie relacje. Pierwsza dotyczy spektrometru rentgenowskiego, który ciągle zawyżał pomiar pomimo kilku wymian czujnika. Jak się później okazało, problem pojawił się 26.04.1986 r. Drugi dozymetrysty w szpitalu, mierzącego promieniowanie na oddziale radioterapii za pomocą kieszonkowego radiometru RK-67. Na oddziale tło podniesione było trzykrotnie, na zewnątrz szpitala pięciokrotnie, zaś w krzakach dziesięciokrotnie, że aż trzeba było przełączać na mniej czuły zakres.

Konfiskata aparatury dozymetrycznej to osobny temat. Gdy stało się jasne, że nad Polską przesuwa się obłok promieniotwórczy, funkcjonariusze SB dokonali rekwizycji większości sprzętu dozymetrycznego w instytucjach naukowych (UW - fizyka, radiochemia itp.). Oszczędzono sprzęt pozostający w remontach lub nieprzeznaczony wyłącznie do pomiarów dozymetrycznych (spektrometry itp.).

Dysponuję również informacją, że w specjalnej jednostce wojsk chemicznych dokonywano przeskalowywania przenośnych mierników promieniowania, aby pokazywały zaniżony pomiar - i podobno zwożono tam rentgenoradiometry z całego kraju. Czyli prawie to samo co w Fukushimie, gdzie obkładano czujniki ołowiem, by wykazywały zmniejszone promieniowanie. Przeskalowanie DP-66 nie jest rzeczą trudną, podobnie jak DP-5 i pochodnych - na płytce drukowanej znajdują się regulatory dla każdego zakresu (nie pamiętam, czy kondensatory zmienne czy trymery). Informacja ta jest jednak niepotwierdzona i może mieć charakter legendy miejskiej.




środa, 18 grudnia 2013

Koszulka Auera, czyli blask gazowych lamp


Każdy posiadacz kuchenki gazowej wie, że niebieski (wcześniej żółtawy) płomień gazu nie nadaje się zbytnio do oświetlania. Wystarczy zapalić palnik w ciemnej kuchni, światło będzie słabsze niż ze świecy czy lampy naftowej. A jednak oświetlenie gazowe królowało w miastach aż do czasów powojennych, stopniowo ustępując, wraz z postępem elektryfikacji, lampom elektrycznym. Dziś gazu używa się jedynie w turystycznych lampach nakręcanych na butlę (stare polskie produkty "Ala", "Kinga", GL-3, GL-5, "Aladyn" i nowsze konstrukcje) oraz w zabytkowych latarniach, służących do dekoracji. W Warszawie światło gazowe możemy podziwiać przy Muzeum Woli, w Muzeum Gazownictwa, na ul. Agrykoli oraz przy ul. Morszyńskiej na Sadybie.
Co sprawiło, że wątły płomień gazu zmienił się w oślepiającą kremową biel zdolną do oświetlania ulic? Otóż była to bawełniana siateczka, nasycana solami toru i ceru, zwana od nazwiska wynalazcy - koszulką Auera. Przy pierwszym uruchomieniu bawełniana koszulka naciągnięta na palnik ulegała spaleniu, tworząc kruchy "kokon" z 99% dwutlenku toru i 1% dwutlenku ceru, który rozżarzał się w płomieniu gazu, emitując intensywne białe światło. Produkowano też koszulki fabrycznie wypalone, lecz z racji delikatności były kłopotliwe w montażu i transporcie.

Poniżej bawełniana koszulka naciągnięta na palnik, na początku pierwszego odpalenia, w pełni rozpalona i w stanie gotowym do użytku:




 



Film z pracy takiej lampy (powyższe screeny są z niego):


Zasadę działania najlepiej można zaobserwować m.in. w latarniach przy ul. Agrykoli, gdzie koszulki w niektórych palnikach uległy zbiciu - zamiast ostrego białego światła widać pojedynczy język ognia jak z zapałki. Innym przykładem jest latarnia z Muzeum Gazownictwa - płomień dyżurny pali się na niebiesko:


 A koszulki żarowe dają biały blask:



Zawartość dwutlenku toru sprawiała, że koszulki te były promieniotwórcze, emitując głównie emisję beta i słabą gammę. Obecnie, w związku z ryzykiem skażenia przy uszkodzeniu koszulki bardzo kruchej po wypaleniu, zaczęto produkować siatki bez substancji radioaktywnych, gdzie tor zastąpiono cyrkonem i cerem, np. popularne na Allegro firmy Luxor. Oczywiście, można nabyć różne koszulki ze starych zapasów (stara produkcja wspomnianego Luxora), czasem trafiają się nawet i przedwojenne m.in. z firmy ZAR A.G. Ze współczesnych "świecą" niektóre koszulki firmy Optimus, dostępne w demobilu (chyba Mantle No4), włoskie Reticella per lampada a Gas oraz importowane do Polski przez UNIVERSAL koszulki firmy Valor International LTD. Ich aktywność jest podobna i wynosi ok. 200-300 cps mierzone miernikiem EKO-C.



Koszulka produkcji włoskiej w oryginalnej kopercie.
Koszulka importowana przez Universal do Polski.
Hermetyczne opakowanie z celofanu.
Starsze koszulki często wytwarzano w postaci gotowych "czaszy" wypalanych już w fabryce, przypominających nieco współczesne żarówki. Były one jednak bardzo kruche i trudne w transporcie. Mam dwa egzemplarze firmy "Auerlux" z Czechosłowacji, niestety oba w kawałkach - producent niefrasobliwie włożył je luzem do tekturowych rurek z przykrywkami. 




Mniej kłopotliwe były "siateczki", które dopiero po naciągnięciu na palnik i zapaleniu go zmieniały się w kruchy żarnik. W stanie nieużywanym, złożone na płask, można je było bez problemu transportować w dużych ilościach. Stosowano je w gazowych oraz naftowych lampach ciśnieniowych m.in. firmy Petromax. Sposób ten stosuje się do dziś, jak widać na fotografiach:







Emisja beta ze starych koszulek jest na tyle silna, że nawet strzęp takiej koszulki przy jednej z lamp sprzedawanych na targu dawał wyraźny wzrost wskazań dozymetru :) Oczywiście metalowa pokrywka "kominka", powietrze w środku i dość grube matowe szkło samej lampy wystarczająco skutecznie tłumią emisję. Problem może pojawić się przy stłuczeniu takiej koszulki, gdyż powstaje wtedy drobny pył, mogący dostać się np. do płuc. Pył również osiada na wewnętrznych elementach lampy (palnik, kominek, szkło) i jego aktywność jest wykrywalna, o czym przekonałem się eksperymentalnie. 

Dlatego w takim wypadku należy jak najszybciej kilka razy zetrzeć skażoną powierzchnię za pomocą wilgotnej ściereczki, do której przykleją się okruchy i pyłki. Do każdego przetarcia należy użyć świeżej szmatki, aby nie rozsmarowywać ponownie już startych drobin. Po "dekontaminacji" zużyte czyściwo najlepiej zakopać w ustronnym miejscu.

Poniżej filmik porównujący stare koszulki żarowe i współczesne "bezpieczne" firmy Luxor:




[edit 03.01.2014]
Nie chciałem rozbijać tematu na wiele postów, więc dodam uzupełnienie tutaj:)


Właśnie przysłali mi koszulki żarowe niemieckiej firmy ZAR A.G. z... Warthegau, czyli wyprodukowane podczas hitlerowskiej okupacji w latach II wojny światowej. Koszulki są dwóch typów - długie "rękawy" w tekturowych tubach uszczelnionych wojłokiem i kopułki na ceramicznych pierścieniach, podobnych do tych czechosłowackich, konfekcjonowane w sześciennych pudełkach ze specjalnym mocowaniem, dzięki któremu koszulka nie lata po całym opakowaniu. Koszulki są wypalone już fabrycznie, przez co są bardzo kruche - dobrze, że kupiłem po 3 sztuki każdej, gdyż jedna każdego typu uległa popękaniu.





Mniejsze koszulki, choć podobne do tych czechosłowackich, to jednak mają inną fakturę i inny splot siatki, poza tym są do pewnego stopnia elastyczne - uginają się pod palcem, zamiast od razu pękać. Z kolei aktywność koszulek przedstawia się następująco:



Sprzedawane współcześnie koszulki w większości mają przekreślony symbol radioaktywności na opakowaniu, gdyż wykonano je z użyciem związków nieradioaktywnego ceru i cyrkonu. Poniżej przykład z podkreśleniem w kilku językach, że koszulki nie są radioaktywne:

Koszulka "New Veritas" - autor zdjęcia bardzo się dziwi, ze koszulka jest reklamowana jako "nieradioaktywna", bo to jakby pisać na butelce piwa, że nie zawiera zardzewiałych gwoździ. A może "radiofobia dźwignią handlu"? Pod spodem jeszcze był jeden komentarz o błysku jaśniejszym niż tysiąc słońc po przekroczeniu masy krytycznej - pozostawiam to bez komentarza...


Koszulki Helox do lamp ciśnieniowych Petromax, reklamowane jako niezawierające azbestu i substancji radioaktywnych.

Nowoczesna niepromieniotwórcza koszulka żarowa firmy Luxor. Zwraca uwagę znak z prawej u dołu opakowania.
Co ciekawe, starsze koszulki tej firmy wykazują typową emisję charakterystyczną dla toru.

 Dla porównania - koszulki tej samej firmy z lat PRL-u 


Inne koszulki ze starej produkcji - te z lewej dają 200 cps, z prawej 300, wyprodukowane w Indiach.


Porównanie aktywności obu typów  - zarówno pojedynczych koszulek, jak i 10-paków: