niedziela, 21 grudnia 2014

Indywidualny Pakiet Radiochronny IPR-2

Tym razem coś z tematyki wojny jądrowej i przygotowań czynionych przez Ludowe Wojsko Polskie na wypadek użycia broni masowego rażenia. Oprócz środków ochrony przed skażeniami (zestawy dwuczęściowe OP-1 albo jednoczęściowe kombinezony L-2), sprzętu dozymetrycznego (indywidualne dozymetry DKP-50 lub DS-70, rentgenoradiometry DP-66 i DP-75) przewidziano również indywidualne apteczki dla żołnierzy. Zawierały one jodek potasu (dla ochrony tarczycy przed wychwytywaniem jodu-131 z otoczenia), środki przeciwbólowe (Dolargan - petydyna), przeciwpsychotyczne (Fenactil - chlorpromazyna), uspokajające (Relanium - diazepam), antybiotyk (oksytetracyna), przeciw chorobie popromiennej (cysteamina) i antidota na najbardziej powszechne BST (toksogonina z atropiną, tzw. Toksatr). Całość w pudełeczku podobnym do Indywidualnego Pakietu Przeciwchemicznego (IPP). Analogiczny zestaw w Armii Czerwonej nazywał się apteczka indywidualna AI-1 i jej kolejne wersje. W Wojsku Polskim obecnie stosuje się Indywidualny Zestaw Autostrzykawek IZAS-5.
Ponieważ taki zestaw zawiera leki o działaniu narkotycznym, często przeznaczone dla lecznictwa zamkniętego, w wolnym obrocie dostępne są tylko wersje ćwiczebne, gdzie w ampułkostrzykawkach jest roztwór soli fizjologicznej, a tabletki to placebo. Poniżej fotografia takiego zestawu, notabene z pamiętnego roku 1986:





poniedziałek, 15 grudnia 2014

Świecące zegary, źródełka - kwestia legalności

Wielu z Was pewnie się zastanawiało, czy posiadanie zegarów lotniczych, źródeł kalibracyjnych, rudy uranowej i innych "świecących" przedmiotów jest legalne. Pamiętamy aferę z rudą uranową oraz wykrycie na przejściu granicznym przewożonych zegarów lotniczych.

Tymczasem na forum Strefazero.org kolega przedstawił przydatne informacje:

-Zegarki, zegary lotnicze itp. z farbą radową, torową i trytową
-Am-241 z czujek dymu (<10kBq)

można posiadać bez żadnego zezwolenia, nikt nie ma prawa do tego się przyczepić. Jedyny problem może wystąpić podczas przewozu przez granicę - było kilka przypadków że osoby wyposażone w ww. sprzęt nie przeszły przez bramki i był problem.
W takim wypadku należy wystąpić do PAA o oświadczenie że coś takiego się posiada, oni wydadzą papier i problem rozwiązany.

Jak jest z siatkami żarowymi? Nie wiem, bo świeci tam nie tylko Th228 ale i Ołów, Tal, Bizmut, Aktyn itp. jeżeli są ogólnie dostępne to nie wiem dlaczego miały by być zabronione.

Jak ma się sprawa cieszącej się złą sławą Blendy Smolistej ?
Otóż Blendę Smolistą można posiadać w ilości UWAGA do 18g
Chodzi tutaj o aktywność, bo 18g właśnie blendy smolistej o największej koncentracji uranu w uranie ma około 1kBq. A Prawo atomowe mówi że 1kBq to dawka graniczna uranu-238 po przekroczeniu której potrzebne jest już zezwolenie.

Jeżeli chodzi już o konkretne izotopy (źródła kalibracyjne) należy posiłkować się wiedzą z Prawa Atomowego o źródłach niekontrolowanych i tabeli w załączniku nr.2 na samym końcu - Kolumna P1.

Teraz każdy myśli: WOW to ja biegnę kupić do POLATOMU źródło kalibracyjne o P mniejszej od P1.
Hahaha takiego wała, nawet jakby źródło miało 1Bq to i tak nie sprzedadzą bez pozwolenia - Taka ta nasza mała Polska :)

Źródła: PAA, CLOR, PA, DOR, UMCS


Link do wpisu http://strefazero.org/forum/viewtopic.php?f=10&t=1291

Źródła cytowane we wpisie:

Postępy Techniki Jądrowej (artykuł)

Prawo atomowe

=======================================================================
Jak widać, poza źródełkami produkowanymi fabrycznie, osoby prywatne mogą posiadać cały wachlarz źródeł improwizowanych (szkło uranowe, zegarki, siateczki). Należy jednak mieć świadomość, że litera prawa nie zawsze pokrywa się z praktyką, a nadgorliwość (gorsza od faszyzmu) może przysporzyć nam kłopotów. Kolekcjoner minerałów uranu ostatecznie wygrał - ale co się nawojował, to jego. Nigdy nie wiemy, czy nie trafi się jakiś niedoceniony czynownik, który będzie chciał zabłysnąć w oczach przełożonych - a smród lubi się ciągnąć długo. Wiele osób, niemających pojęcia o fizyce, panicznie reaguje na słowo "promieniowanie" - a gdy osoby te piastują władzę i mają środki wykonawcze - robi się nieciekawie.
PS. Mam nadzieję, że edukacyjna funkcja tego bloga i jego poziom merytoryczny (doceniony nawet przez CLOR) dają mi choć częściowy "dupochron" ;)

piątek, 12 grudnia 2014

Radioaktywne papierosy, czyli wdychanie polonu-210

Szkodliwość palenia tytoniu została dowiedziona ponad wszelką wątpliwość. Dym tytoniowy zawiera 5000 różnych substancji chemicznych o często bardzo szkodliwym działaniu dla zdrowia. Wszyscy wiedzą o nikotynie, substancjach smolistych, może ktoś wspomni o tlenku węgla, amoniaku, formaldehydzie - ale kto wie o radioaktywnym polonie-210? Tak, tym samym, który nasza Rodaczka nazwała na cześć Polski i tym samym, którym otruto Litwinienkę i Arafata.
Polon opada na ziemię na skutek przemian promieniotwórczych zachodzących w atmosferze i jest akumulowany przez liście tytoniu. Dodatkową część przyjmuje roślina tytoniu z gleby, wraz z nawozami fosforowymi. Zawarty w liściach polon uwalnia się podczas palenia i wraz z dymem przechodzi do płuc. Będąc pierwiastkiem radioaktywnym, w dodatku emiterem cząstek alfa, wykazuje silną radiotoksyczność. Metale ciężkie są trujące przez swoje właściwości chemiczne, lecz ich radioaktywne izotopy wykazują tysiące razy większą toksyczność z racji emitowanego promieniowania. Szczególnie niebezpieczne są cząstki alfa, które pomimo małego zasięgu przekazują tkankom bardzo dużą energię i powodują poważne uszkodzenia. Do emiterów cząstek alfa zaliczamy też pluton, rad, uran, tor,  ameryk - w większości silnie radiotoksyczne.
Szacuje się, że palenie 30 papierosów dziennie powoduje przyjęcie rocznej dawki odpowiadającej  300 prześwietleniom płuc - ponad 3 razy więcej, niż otrzymali mieszkańcy najbardziej skażonych po Czarnobylu rejonów Polski -  źródło TUTAJ.
Mam świadomość, że zagorzałych palaczy nie przekonam. Niektórzy wypierają świadomość zagrożenia, negują wyniki badań naukowych albo powołują się na argumenty z anegdoty ("dziadek palił całe życie i dożył setki"). Inni, pomimo świadomości, są tak mocno skrępowani nałogiem, że przypominanie im o szkodliwych efektach palenia wywołuje tylko frustrację i agresję. Oczywiście swój udział mają tu koncerny tytoniowe, zainteresowane w utrzymaniu dotychczasowego poziomu sprzedaży papierosów, które ostatnio zyskały konkurencję w postaci dużo bezpieczniejszych e-papierosów.
Tym niemniej, palenie tytoniu należy do najbardziej istotnych źródeł promieniowania, a właściwie skażenia wewnętrznego, na jakie narażony jest współczesny człowiek. Skażenia wewnętrzne są o tyle niebezpieczne, że płuc nie możemy "umyć", tak jak rąk - zatem pierwiastki promieniotwórcze pozostaną w nich na długo, przenikając do organizmu i niszcząc tkanki.

Aktywność promieniotwórcza popiołu tytoniowego jest niewielka, nieznacznie przekracza tło. Większość polonu ulatnia się z dymem (70%), a poza tym, jest on emiterem alfa, zatem trudno zmierzyć jego aktywność typowym licznikiem GM bez okienka mikowego. Dodatkową trudność sprawia naturalny potas, zawierający również promieniotwórczy potas-40, który występuje we wszystkich popiołach roślinnych i drzewnych (jest przyswajany z gleby wraz z nawozami). Jego emisja beta jest silniejsza i łatwiejsza do wykrycia niż cząstki alfa polonu.


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Radiometr uniwersalny RUST-3

Tym razem przedstawię pokrótce bardziej zaawansowany przyrząd, jakim jest radiometr uniwersalny RUST-3 produkcji krajowych zakładów Polon-Alfa. Urządzenie jest przystosowane do zasilania zarówno z sieci, jak i z zestawu baterii, posiada też uchwyty do pasa, zatem może pracować jako sprzęt przenośny. Miernik ten współpracuje z różnego rodzaju sondami, podłączanymi przez typowe złącze BNC. Jedną z najbardziej znanych jest sonda scyntylacyjna SSA-1P
Skala miernika wyskalowana jest w impulsach na sekundę (cps), napięcie zasilania regulowane jest ręcznie w zakresie 350-1600 V, w zależności od rodzaju podłączonej sondy. Regulacja napiecia dwoma pokrętłami (zgrubna i dokładna). Radiometr posiada sygnalizacje przekroczenia uprzednio ustawionego progu pomiarowego. Przewidziano możliwość współpracy z zewnętrznym rejestratorem (gniazdko na boku obudowy).
Sprzęt przeznaczony jest dla bardziej zaawansowanych dozymetrystów, wymaga użycia odpowiednich sond, które dość rzadko pojawiają się w handlu. Cena samego miernika nie jest wysoka, ale sprawny zestaw z sondą do tanich nie należy. Urządzenie znajduje zastosowanie głównie w laboratoriach, choć jest stopniowo wypierane przez nowsze produkty Polonu :)
Po więcej informacji odsyłam do fabrycznej instrukcji obsługi.




czwartek, 4 grudnia 2014

Awaria na Ukrainie - czy jest zagrożenie?

Sądząc po zamieszaniu w mediach, muszę zabrać głos. Widzę, że ożywają demony Czarnobyla. Zła władza na pewno coś przed nami ukrywa, i niedługo wszyscy zaczniemy świecić...
A tymczasem była to awaria układu elektrycznego elektrowni - i to jednego z wielu - bez jakiegokolwiek uwolnienia substancji radioaktywnych do atmosfery. Na szczęście mamy sieć Radioactive@home wyposażoną w podłączone do internetu czujniki promieniowania. Póki co tło wynosi 0,1-0,2µSv/h, czyli w normie. Ukrywanie katastrofy na taką skalę, jak miało to miejsce w Czarnobylu nie byłoby dziś możliwe. Licznik Geigera można nabyć za kilkaset złotych i samodzielnie zmierzyć poziom promieniowania. Nie jest to sprzęt reglamentowany i rejestrowany, więc nie ma ryzyka konfiskaty jak w 1986. W razie czego można zerknąć na mapkę w/w czujników http://radioactiveathome.org/map/. Mamy też państwową służbę dozymetryczną, pomiary przeprowadza zarówno CLOR w Warszawie jak i UMCS w Lublinie*, no ale państwowym źródłom się zbyt chętnie nie wierzy, mając w pamięci "brak zagrożenia" 28 lat temu. Inna sprawa, że mamy też całe tabuny ekspertów z bożej łaski, wprowadzających niepotrzebne zamieszanie i podsycających panikę, niemających jednocześnie podstawowej wiedzy o fizyce jądrowej i dozymetrii.

Poniżej w miarę aktualny artykuł nt. wypadku na Ukrainie:
http://adamrajewski.natemat.pl/125973,awaria-w-elektrowni-jadrowej-na-ukrainie

Natomiast nóż się w kieszeni otwiera, jak widać niektóre tytuły w mediach, obliczone na wywołanie nie potrzebnej sensacji czy wręcz paniki. Wtórują im różnego rodzaju manipulanci, rozpowszechniający niesprawdzone, ale chwytliwe pseudoinformacje ("wujek dostał poufny telefon z ministerstwa"), na granicy legend miejskich. W takim chaosie giną pojedyncze, wyważone głosy ekspertów - Polak i tak wie lepiej, jak zresztą w wielu innych dziedzinach wiedzy...


---------------------------------------
* na wykresie widać pojedynczy wzrost stężenia bizmutu-214, ale związany jest on z opadami deszczu i przemianami promieniotwórczymi radonu-222 zachodzącymi w atmosferze - jak już pisałem TUTAJ. Ciekawe tylko, czy mój głos przekona domorosłych "ekspertów od wszystkiego"...

Jak ktoś się nie czuje bezpiecznie, niech kupi ode mnie licznik Geigera, będzie mógł spać spokojnie ;) 

 

 

środa, 3 grudnia 2014

Promieniowanie podczas badań diagnostycznych

Nawiązując do moich poprzednich postów chciałbym poruszyć parę zagadnień związanych z obecnością „promieniowania” podczas różnych lekarskich badań diagnostycznych.
Do powszechnie stosowanych obecnie metod należą zdjęcia rentgenowskie (RTG), tomografia komputerowa (CT), rezonans magnetyczny (MRI), mammografia oraz ultrasonograf (USG). Rzadziej stosowana jest pozytonowa tomografia emisyjna (PET), która jest rozwinięciem scyntygrafii - badania przez wprowadzanie izotopów promieniotwórczych do organizmu.

Najpierw zdefiniujmy pojęcia. Promieniowanie jonizujące wykorzystywane jest jedynie podczas zdjęć RTG, tomografii, mammografii, scyntygrafii i PET. USG wykorzystuje ultradźwięki, czyli fale dźwiękowe o bardzo wysokiej częstotliwości, niesłyszalne dla człowieka. Rezonans magnetyczny, choć czasem jest zwany „jądrowym rezonansem magnetycznym”, nie ma nic wspólnego z radioaktywnością – wykorzystuje fakt drgania jąder atomów w polu magnetycznym. Oba te badania są praktycznie nieszkodliwe dla człowieka.

Standardowe prześwietlenie / zdjęcie rentgenowskie (RTG) wykorzystuje promieniowanie rentgenowskie, które jest zbliżone właściwościami do promieniowania gamma i jest również promieniowaniem jonizującym. Od promieniowania gamma różni się miejscem powstawania – wytwarzane jest w lampie rentgenowskiej na skutek wyhamowywania rozpędzonych elektronów, podczas gdy promieniowanie gamma powstaje na skutek przemian w jądrach atomów pierwiastków niestabilnych. Zakres promieniowania gamma i rentgenowskiego częściowo pokrywa się, z tym że rentgenowskie leży bliżej ultrafioletu, zaś gamma, mające mniejszą długość fali, na samym końcu widma promieniowania elektromagnetycznego.
Jeżeli mamy być ściśli, prześwietlenie polega na obserwowaniu fluorescencyjnego ekranu podczas ciągłego prześwietlania pacjenta w czasie rzeczywistym. Zarówno pacjent, jak i lekarz otrzymują wtedy dużo większa dawkę niż podczas zdjęcia rentgenowskiego (rentgenografii), działającego jak normalna fotografia - krótki impuls promieniowania powoduje naświetlenie kliszy, podczas gdy obsługa jest osłonięta przed promieniowaniem. Więcej na ten temat u Zgliczyńskiego (Radiologia, wyd. II, s.10-12).

Podczas tomografii komputerowej również wykorzystuje się promieniowanie rentgenowskie, ale prześwietlenie ma charakter ciągły, głowica przesuwa się wokół ciała pacjenta, dając trójwymiarowy obraz tkanek. Przy tym badaniu moc dawki jest zdecydowanie większa, choć nadal w bezpiecznych granicach. Tomografia daje obraz trójwymiarowy, unika się więc nakładania obrazów na siebie i można obejrzeć narządy schowane jeden za drugim.

Mammografia jest z kolei badaniem, polegającym na wykonaniu serii zdjęć RTG piersi, aby wykryć wczesne zmiany, mogące prowadzić do nowotworów. Maksymalna dawka podczas badania jest ograniczona polskimi przepisami do 2,5 mGy, (zwykle 0,4mGy) czyli jest nieco niższa niż roczne naturalne  promieniowanie tła w Polsce.

Scyntygrafia jest badaniem, podczas którego wprowadza się do organizmu substancje chemiczne z domieszką radioizotopów, a następnie obserwuje ich rozmieszczenie w organizmie. Podanie związków jodu znakowanych radioaktywnym jodem I-131 pozwala wykryć np. guzy tarczycy. Izotop użyty podczas badania powinien mieć wystarczającą energię promieniowania, aby mógł być zarejestrowany przez aparaturę pomiarową, ale jednocześnie na tyle niską, by powodował jak najmniej szkód w organizmie. Jego czas połowicznego zaniku powinien być niski i powinien być szybko usuwany z organizmu (o biologicznym czasie połowicznego zaniku jeszcze będzie mowa).

Swoistym rozwinięciem scyntygrafii jest pozytonowa tomografia emisyjna. Podczas PET wprowadza się do organizmu izotop radioaktywny o krótkim czasie półrozpadu. Izotop ten ulega rozpadowi beta plus, emitując pozytony - dodatnio naładowane elektrony. Cząstki te reagują z elektronami atomów organizmu, ulegając anihilacji. Powstają przy tym dwa kwanty promieniowania gamma, które rozchodzą się w przeciwnych kierunkach pod kątem 180 st. i są zliczane przez aparaturę. Badanie jest kosztowne, gdyż wykorzystywane izotopy mają krótki czas półrozpadu, co wymaga bliskiego umieszczenia cyklotronu, w którym są produkowane. Przykładowo, technet-99m (metastabilny) ma czas półrozpadu 6 godzin, czyli de facto znika po 60 godzinach (dla porównania jod-131 ma t1/2=8 dni i "znika" po 80 dniach).

Badania scyntygraficzne i PET mogą się wydać przerażające - promieniujemy od wewnątrz! - ale emisja utrzymana jest na bezpiecznym poziomie poprzez odpowiedni dobór dawki i rodzaju izotopów, zaś korzyści diagnostyczne przewyższają znacznie zagrożenia. 

Przy ocenie zagrożenia istotne jest uwzględnienie mocy dawki oraz naświetlanego narządu. Stosunkowo duże dawki można przyjąć na kończyny, najmniejsze zaś na układ krwiotwórczy, narządy płciowe, tarczycę. Mało odporne są narządy silnie ukrwione i o szybkim podziale komórek (szpik!). Stosunkowo odporny na promieniowanie jest układ nerwowy. Wielkość pochłoniętych dawek podczas RTG poszczególnych narządów łatwo porównać, zestawiając je z promieniowaniem naturalnym (tła). Prześwietlenie ręki odpowiada 1,5-7 dni promieniowania naturalnego (zależnie od źródła), podczas gdy prześwietlenie klatki piersiowej – kilku miesiącom. Tomografia głowy to już odpowiednik rocznego promieniowania tła. Efektywne dawki ukazuje poniższa tabela:

cyt. za A.. Czerwiński, Energia jądrowa i promieniotwórczość, tabl. 10
Obecnie w rentgenografii stosuje się dużo mniejsze dawki niż kiedyś. Przyjmuje się zasadę stosowania najmniejszych możliwych dawek, jakie są „rozsądnie użyteczne”. Obraz na kliszy rentgenowskiej nie jest wytwarzany bezpośrednio przez promieniowanie, a na skutek świecenia ekranu fluorescencyjnego, co pozwala na użycie niższych dawek (sama klisza nie jest bardzo czuła na promienie RTG, dlatego naświetla ją światło widzialne emitowane przez ekran - por. S.L. Zgliczyński, Radiologia, wyd. II, s. 11).

Z prześwietleniami, a przede wszystkim bardziej inwazyjnymi badaniami nie powinno się przesadzać. Często jednak nie ma wyboru (złamanie), a zysk, w postaci wczesnej diagnozy np. guza, przewyższa zagrożenie wywołane promieniowaniem. Co więcej, zamiast tradycyjnych zdjęć RTG powinno się częściej stosować nowsze i bardziej dokładne metody - tomografię i rezonans magnetyczny. Może w ten sposób miałbym szybciej zdiagnozowany guz okołokręgosłupowy, którego nie wykrywały kolejne prześwietlenia, a który nie dawał mi spokoju przez 3 lata. Ukazał go dopiero rezonans, w stadium wymagającym natychmiastowej operacji i to dużego ryzyka. Niestety, zwykłe RTG długo jeszcze będzie tanim i często nadużywanym badaniem...

Po więcej teorii odsyłam do cytowanego już podręcznika S. L. Zgliczyńskiego (Radiologia, PZWL, wyd. II, 1970). Szczegółowe zestawienie dawek promieniowania podczas różnych badań diagnostycznych można znaleźć na stronie NCBJ - TUTAJ.

niedziela, 30 listopada 2014

Jak dyskretnie mierzyć promieniowanie

Czasem chcemy wykonać pomiar bez zwracania uwagi osób postronnych. Nie zawsze mamy czas i siły na dyskusje o promieniowaniu, czasem możemy spotkać się z niepotrzebną ciekawością, plotkami czy wręcz agresją. Zwłaszcza może to mieć miejsce na targu, gdzie możemy zostać posądzeni o kontakt ze "służbami" albo choćby o "odstraszanie klientów". Warto więc nie rzucać się w oczy :)
Potrzebny jest przede wszystkim miernik mający wyjście na słuchawki - czyli albo któryś z wojskowych (raczej mniejszy DP-5 niż duże pudło DP-66), albo laboratoryjny RK-67. Sam miernik warto schować w torbie, teczce czy pod kurtką, zawieszony na pasie na szyi. Sondę wyprowadzamy rękawem, zaciągając ściągacz, by nie wypadała. Słuchawki można ukryć pod czapką i kapturem. Miernik włączamy przed udaniem się na teren poszukiwań, co ważne jest zwłaszcza przy DP-5A/B (RGBT-62 też), które trzeba regulować przed pomiarem. Okienko pomiarowe sondy warto otworzyć, tkanina rękawa i tak będzie tłumić słabsze promieniowanie. Dobrze jest wsłuchać się w dźwięk pomiaru tła, zarówno stojąc, jak i w ruchu (mniej impulsów), by później wyłapać anomalie przy zbliżaniu się do źródła. Można też przećwiczyć w domu na zegarze lotniczym, dającym ok. 5 mR/h. Słabsze źródła raczej nie będą wykrywalne, chyba że znacznie przebudujemy sondę, wyprowadzając tubę G-M na zewnątrz (uwaga na wysokie napięcie jej zasilania!). Wyciągając rękę po dany przedmiot celem obejrzenia możemy jednocześnie słyszeć narastające trzaski. Niestety szkło i ceramika uranowa emitują dość "miękkie" promieniowanie, które łatwo jest wytłumić. Co innego farba radowa, zwłaszcza z mocniejszych źródeł, jak np. świecące markery na hełmy (luminous disc).
PS. Moje poszukiwania nie dały rezultatów, ale też nie zostałem wykryty, choć chodziłem po targu z godzinę :) poszukiwania będą kontynuowane, muszę sprawdzić odległość, z jakiej da się wykryć zegar lotniczy oraz czas, jaki jest wymagany, by licznik "załapał" wzrost liczby impulsów.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Minął rok na blogu - pierwsze urodziny :)

Właśnie minął rok, odkąd zacząłem pisać bloga. Pomysł narodził się podczas mojego pobytu w szpitalu w listopadzie ub. r. Czekając na operację i dochodząc do siebie po niej zebrałem do kupy swoją wiedzę oraz ilość nieporozumień i mitów związanych ze zjawiskiem radioaktywności. Stwierdziłem, że warto byłoby coś z tym zrobić. Efekt widać poniżej :)
Moja twórczość spotkała się ze sporym odzewem, regularnie otrzymuję od PT. Czytelników maile z pytaniami i uwagami. Sądząc po ilości materiału do omówienia widzę, że będę miał pisania na kilka lat :)
A teraz trochę statystyki:
  • łączna liczba wyświetleń - 24.500
  • liczba postów - 108
  • najczęściej wyświetlany post - dozymetr Polaron (1011)
  • najrzadziej wyświetlany post - prof. Jaworowski (7)
  • wątki korespondencji - 13
  • nawiązane kontakty - 2
  • omówione radiometry - 28
  • omówione dozymetry indywidualne - 2
  • bluzgi od "ekologów" - 0 (aż jestem zdziwiony!)
  • znaleziona "świecąca" ceramika - 3
  • szkło uranowe - 2
  • zegary lotnicze - 8
Dziękuję za dotychczasową uwagę i zapraszam do śledzenia moich wpisów :)

piątek, 7 listopada 2014

Radiometr indykator promieniowania Gryf-1

Tym razem trafił do mych rąk wynalazek nazwany "Gryf-1". Jest to mały, kieszonkowy radiometr, a właściwie indykator promieniowania, jeden z licznych typów produkowanych po katastrofie w Czarnobylu na potrzeby ludności. Po włączeniu za pomocą przesuwnego przełącznika radiometr wydaje piknięcia przy każdej zarejestrowanej cząstce - im częściej pika, tym większa moc dawki. Gdy naciśniemy i przytrzymamy czerwony guzik, zapala się jednocyfrowy wyświetlacz, a obok cyfry pojawi się kropka. Pomiar będzie trwał 10 sekund, po czym kropka zniknie. W razie przekroczenia zakresu pomiarowego pojawi się czerwona kropka po  drugiej stronie wyświetlacza. Wyświetlacz LED podaje moc dawki w µSv/h bez początkowego zera, zatem normalne promieniowanie tła sygnalizowane jest wskazaniem między "0" a "2" (przeciętnie tło wynosi 0.1 µSv/h), a zakres kończy się na 0,9 µSv/h (0,09 mR/h).
Łatwo przekroczyć ten zakres, zwłaszcza że niektóre siatki żarowe wykazują emisję rzędu 1 µSv/h promieniowania gamma. Miernik wykorzystuje jedną tubę typu SBM-20, zasilany jest ze standardowej baterii 9V. Jest mały i lekki (100 g bez baterii), ale nie widzę dla niego zastosowania poza kolekcjonerskim. Wyświetlacz jest mały, a kropka sygnalizująca trwanie pomiaru jeszcze mniejsza. Zakres pomiarowy łatwo przepełnić, a potem często konieczne jest włączenie i wyłączenie radiometru, bo pomiar po przekroczeniu zakresu nie wraca do pozycji wyjściowej.



środa, 5 listopada 2014

Zwalczamy mity - żyły wodne nie promieniują bo nie istnieją

Za mojej młodości silny był lęk przed "żyłami wodnymi". Pod łóżka kładło się specjalne ekrany, kupowane za ciężkie pieniądze od różnego rodzaju "speców" (będące... matami z trzciny!), wykrywało się "żyły" za pomocą różdżki lub obrączki na nitce. Wiele osób wierzyło w dobroczynną moc kasztanów, masowo wrzucanych do tapczanów i pod szafy, a moja babcia trzymała pod łóżkiem cienką blachę miedzianą :) Obserwowano też koty, które podobno lubią się kłaść w tych miejscach, gdzie występują "żyły" (masochiści czy kosmici żywiący się paranormalną energią?).

Tymczasem owe "żyły wodne" są wierutną bzdurą. Po pierwsze - wody podziemne nasycają glebę jak gąbkę, zamiast tworzyć podziemne rzeki przepływające z dużą prędkością (wyjątkiem są zjawiska krasowe w masywach skalnych, np. w Tatrach). Po drugie - przepływ wody nie jest w stanie wytworzyć jakiegokolwiek promieniowania. Samo wykrywanie "żył" i innych cieków wodnych (np. za pomocą różdżki) jest mocno wątpliwe, co potwierdzają doświadczeni studniarze. W większości miejsc w Polsce wystarczy zrobić kilkumetrowy odwiert, by uzyskać wodę. Najprostsze świdry wiercą na głębokość 2 m i już docierają do wód podskórnych (złej jakości, ale to inny szczegół). Tak więc zwykle radiesteta w końcu "trafi" na wodę, ale nie jest to dowód na skuteczność jego "metod". Badania naukowe nie wykryły żadnych anomalii w miejscach, które radiesteci uważali za silnie napromieniowanie, co więcej przypisały większość "wykryć" albo autosugestii, albo zwykłym oszustwom. Ludzie obawiają się o swoje zdrowie i zawsze można na tym zrobić dobry interes, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi starszych, myślących mniej krytycznie i bardziej podatnych na sugestie. Poza tym, promieniowanie żył wodnych musiałoby mieć ogromną energię, by wpływać na ludzi kilka pięter powyżej poziomu gruntu, zwłaszcza przy współczesnych stropach betonowych czy stalowo-ceglanych (stropach Kleina). A jeśli jest ono tak "silne", to w jaki sposób ochroni przed nim ekran z trzciny czy garść kasztanów?

Co do kotów, na pewno mają ostrzejsze zmysły niż człowiek, których połączenie może dać zdumiewające rezultaty. Kot Oskar wyczuwał śmierć, inne zaś, podobnie jak psy, przeczuwały trzęsienia ziemi. Ale jeśli chodzi o wybór miejsca do snu, kot kieruje się głównie temperaturą i miękkością podłoża, choć z tym drugim różnie bywa (mój śpi często na b. twardych przedmiotach albo na kamiennej posadzce). Źródła promieniowania elektromagnetycznego i jonizującego są przez mojego kota traktowane obojętnie.

Metoda z obrączką na nitce, cóż... od ruchów powietrza, nieuchwytnych drgnięć mięśni ręki, skręcania się samej nici pod wpływem wilgotności aż po wpływ pola elektromagnetycznego z przewodów w ścianach - zbyt wiele dużo bliższych czynników może wpływać na jej ruch, by wierzyć, że jest to wpływ "żyły" wodnej parę metrów pod nami, oddzielonej  dodatkowo kilkoma grubymi stropami.

Ostatnia kwestia - ewentualne "promieniowanie" żył wodnych nie ma nic wspólnego z promieniowaniem jonizującym, chyba że byłyby to wody radoczynne, ale energia tego promieniowania na pewno nie byłaby odczuwalna w budynkach (co najwyżej sam ulatniający się radon i jego produkty rozpadu, ale o tym w notce o radonie). Jeśli już, mogłoby to być pole elektromagnetyczne, które nie ma charakteru radioaktywnego i nie działa w taki sposób na tkanki. Na pewno nie dałoby się go zmierzyć licznikiem Geigera ani innym tego typu przyrządem.

niedziela, 2 listopada 2014

Zwalczamy mity - promieniowanie telefonu i mikrofali nie jest radioaktywne!

Wiele osób myli promieniowanie jonizujące (radioaktywne) z mikrofalami emitowanymi z telefonów komórkowych i kuchenek mikrofalowych. Wpisuje się to w ogólną radiofobię, czyli lęk przed promieniowaniem (każdym, bez rozróżniania).
Tymczasem mikrofale mają zupełnie inną długość fali, częstotliwość, pochodzenie, a także sposób interakcji z materią. Przede wszystkim leżą na zupełnie innym końcu spektrum promieniowania elektromagnetycznego - długość fali jest rzędu milimetrów, centymetrów lub decymetrów, zaś promieniowanie gamma i zbliżone do niego promieniowanie rentgenowskie ma długość fali rzędu pikometrów i nanometrów (w skrócie - mikroskopijnych ułamków milimetra). Wraz z długością fali zmienia się też częstotliwość, można to obliczyć ze wzoru λ = v/f (v = prędkość fali w danym ośrodku, f = częstotliwość). Obrazowo ukazuje to ta tabela:
źródło: Henryk Szydłowski, Pracownia fizyczna, Warszawa 1973, tab. 27.2.


Inne jest źródło powstawania obu rodzajów promieniowań - mikrofale powstają w lampach mikrofalowych - magnetronach lub klistronach - na skutek przepływu prądu przez pole magnetyczne. Promieniowanie gamma wytwarzane jest podczas przemian jądrowych pierwiastków radioaktywnych. Mikrofale są bardzo łatwo pochłaniane przez metal, co więcej, do ich ekranowania wystarcza siatka, której oczka są mniejsze niż długość fali - można zobaczyć to w kuchence mikrofalowej. Promieniowanie gamma wymaga do ekranowania grubych warstw ołowiu, żelaza lub betonu. Przez siatkę z oczkami przejdzie prawie jak przez powietrze. Mikrofale nagrzewają substancje, których cząsteczki są dipolami, m.in. wodę, substancje o cząsteczkach niedipolowych nie są przez nie nagrzewane w zauważalnym stopniu. Promieniowanie gamma nie nagrzewa napromieniowywanych przedmiotów, choć dużej aktywności promieniotwórczej towarzyszy często wydzielanie ciepła. Jeden i drugi rodzaj promieniowania może napromieniować materię, aczkolwiek żaden nie spowoduje jej aktywacji, czyli emisji promieniowania wzbudzonego. Mikrofale ulegają odchylaniu w polu magnetycznym, natomiast promieniowanie gamma - nie. Odchyleniu ulegają inne rodzaje promieniowania jonizującego (radioaktywnego) - promieniowanie alfa i beta, ale mają one charakter korpuskularny - stanowią strumień cząstek (jąder helu - alfa, elektronów - beta). 
Mam nadzieję, że po tym skróconym wykładzie nie będziecie pytać, czy licznikiem Geigera da się zmierzyć promieniowanie telefonu czy kuchenki mikrofalowej. Do takich pomiarów służą specjalne radiometry mikrofalowe. :)

niedziela, 26 października 2014

Radiogramy - cz. III (chwilowo ostatnia)

Dziś wywołałem radiogramy, które nastawiłem jeszcze przed pójściem na urlop, czyli pod koniec sierpnia. Długi czas naświetlania był konieczny, gdyż jako źródeł użyłem mało aktywnych szybek i ramki od lotniczych zegarów. Szybki pochodziły od paliwomierza i wariometru, ramka tylko od tego drugiego. Wszystkie elementy zostały obłożone z obu stron papierem fotograficznym formatu 9x14 cm, dociśnięte i schowane w metalowym pudełku, zakrytym na wszelki wypadek ciemną tkaniną. Pudełko leżało na półce pod sufitem, aby uniknąć przesuwania i drgań. Efekty widać na poniższych zdjęciach - umieszczam skany w oryginalnej kolorystyce oraz po konwersji do skali szarości. Kremowy odcień może być wywołany przez zużytą chemię albo inne błędy obróbki :
Ramka - widać, gdzie jest pył!
Druga strona ramki - lustrzane odbicie w/w.
Szybka wariometru - jedna strona - widać odciski wskazówki!
Szybka wariometru - druga strona.
Szybka paliwomierza - widać środkowy kolorowy krążek.

Po podkręceniu w Fotoszopie (autokontrast) od razu lepiej widać punkty o podwyższonej aktywności oraz zarys całego szkiełka.

Póki co nie przewiduję więcej radiogramów - co miałem odbić, to odbiłem - choć chciałbym przetestować szkło uranowe, ale czas naświetlania mógłby wynieść ok. roku - i przez ten czas nie mógłbym używać szkła do innych eksperymentów...

piątek, 17 października 2014

Prof. Zbigniew Jaworowski (1927-2011)

Dziś mija 87. rocznica urodzin Zbigniewa Jaworowskiego, lekarza radiologa, naukowca i taternika. Profesor, najbardziej znany ze swoich wypowiedzi podczas katastrofy w Czarnobylu, jest postacią dość kontrowersyjną. Zatrudniony był w Instytucie Onkologii w Gliwicach, Instytucie Badań Jądrowych, Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Reprezentował Polskę w UNSCEAR, podczas awarii w Czarnobylu został członkiem Komisji Rządowej ds. Skutków Katastrofy.
Miałem możliwość korespondowania z nim podczas pisania mojej magisterki. Chciałem przeprowadzić z nim wywiad, ale niestety odmówił. Pamiętam, że temat mojej pracy (Propagandowe techniki ukrywania katastrofy...) uznał za politycznie zmanipulowany - i jak się domyślam, odsądzający PRL od czci i wiary. Profesor bardzo chwalił polską sieć ostrzegania przed skażeniami i sprawnie przeprowadzoną akcję z płynem Lugola, twierdząc jednocześnie, że dziś nie byłaby ona możliwa, a i sama sieć poszła w rozsypkę.
Do tej pory żałuję, że nie podesłałem mu kopii materiałów cenzury (Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk ze słynną siedzibą przy ul. Mysiej), przechowywanych w Archiwum Akt Nowych. Kolejne teczki, opisane jako "Informacje o bieżących ingerencjach" zawierają szczegółowe opisy cięć cenzury oraz informacje o wycofanych artykułach. Chętnych odsyłam do mojej pracy, nie będę tu jej streszczał.
Powinienem też zapytać o konfiskatę aparatury dozymetrycznej, przeprowadzoną przez SB zaraz po katastrofie. Sprzęt zarekwirowano w większości placówek naukowych zajmujących się fizyką jądrową lub radiochemią. Ocalały urządzenia znajdujące się w naprawie oraz te w pomniejszych placówkach. Dysponuję trzema relacjami. Jedna dotyczy radiologa ze szpitala, który zmierzył podwyższenie tła za pomocą radiometru RK-67 - krzaki na dziedzińcu placówki wykazywały 10x wzrost radiacji. Druga wspomina o spektrometrze rentgenowskim, który zawyżał wynik pomimo kolejnej wymiany lampy. Trzecia to ogólna relacja mojego ojca, pracownika Wydziału Biologii. Myślę, że gdyby popytać, znalazłoby się więcej wspomnień, a i w aktach MSW powinny być jakieś wzmianki.
***
Profesor zmarł 12.11.2011 r., zatem nie wiem, czy  zdążył zapoznać się ze skrótem mojej pracy, opublikowanym w Dziejach Najnowszych (luty 2011).
Zbigniew Jaworowski stał na stanowisku, że akcja podania płynu Lugola dzieciom i młodzieży została przeprowadzona "na wyrost", gdyż nie było bezpośredniego zagrożenia - aczkolwiek nie znając dokładnego zasięgu skażeń wolano zabezpieczyć się "na zapas", gdyby rozmiar skażeń okazał się dużo większy. Płyn podano dzieciom, młodzieży i kobietom w ciąży, czyli łącznie kilku milionom osób. Oczywiście najpierw karetki pogotowia porozwoziły specyfik po domach działaczy partyjnych oraz funkcjonariuszy milicji i wojska (wiadomo - są równi i równiejsi). W niektórych miejscach płynu zabrakło, w innych dzieci musiały czekać pod gołym niebem, co nie było najlepszym pomysłem. Ogólnie akcja została przeprowadzona bardzo sprawnie - i zapasy przygotowane na wypadek wojny jądrowej na coś się przydały:)
Z drugiej strony nie odwołano pochodów pierwszomajowych, co spowodowało reakcję niektórych gazet ("ciąganie na pochód opitych lugolem dzieci") i nie wysłano na ulice miast polewaczek, mogących spłukać radioaktywny opad. Nawet brak działań był wywołany faktycznie niskim poziomem skażeń (czy raczej obawą przed sianiem paniki), to zostało to odebrane w społeczeństwie jako wyraz lekceważenia zdrowia obywateli.
 ***
Wypowiedzi na temat poziomu skażeń po awarii w Czarnobylu to nie jedyne kontrowersyjne wypowiedzi Profesora. Podobnie wypowiadał się w kwestii globalnego ocieplenia, choć jego prace poddane zostały krytyce. Sam jestem w tej kwestii dość sceptyczny, ale trudno wyrobić sobie jednoznaczny pogląd wobec tylu sprzecznych głosów w tej sprawie.

niedziela, 12 października 2014

Radon - radioaktywny gaz z kopalni i piwnic

Skoro jesteśmy już przy pierwiastkach z szeregu uranowo-radowego, warto omówić jeden z częściej występujących w naszym życiu izotopów, a mianowicie radon-222. W przeciwieństwie do większości znanych nam radioizotopów radon jest gazem, w dodatku szlachetnym, czyli niewchodzącym (teoretycznie*) w reakcje chemiczne. Powstaje jako efekt przemian promieniotwórczych z radu-226, powstającego na skutek promieniotwórczych przemian uranu. Rad zawarty jest w minimalnych ilościach w związkach uranu, a zatem i w minerałach zawierających uran, m.in. w granicie. Zatem, wszędzie, gdzie jest rad, pojawia się od razu radon, zwany kiedyś"emanacją" radu. Dawniej wszystkie izotopy miały swoje nazwy od pierwiastków, z których powstały - Rn-222 „radon”, Rn-220 – „toron” (symbol Tn) i Rn-219 – „aktynon” (An), dopiero w 1923 r. nazwę pierwiastka ustalono na radon, od najtrwalszego izotopu. Spośród 27 izotopów 80% stanowi radon-222 o czasie połowicznego rozpadu 3,8 doby. Nie jest to długożyciowy izotop, ale przy jego ciągłym powstawaniu stężenie utrzymuje się na względnie stałym poziomie, zwłaszcza że aktywność pochodzi też od krótkożyciowych produktów rozpadu radonu.
Radon jest gazem cięższym od powietrza, zatem gromadzi się we wszelkiego rodzaju piwnicach, kopalniach, szybach itp. Do piwnic przenika z gruntu poprzez różnego rodzaju szczeliny w podłogach i ścianach. Budynki, dzięki efektowi kominowemu (ogrzane powietrze unosi się), działają jak swego rodzaju pompy, zasysając radon z piwnic na wyższe kondygnacje. Również materiały budowlane użyte do budowy ścian nośnych mogą emitować radon, dlatego dopuszczalne stężenie radonu w budynkach jest regulowane normami prawnym. Starsze budynki (sprzed 1998 r.) mają normę 400 Bq/m3, nowsze 200. WHO zaleca nawet 100 Bq/m3, stosowne regulacje przewiduje też Unia Europejska.
Radon przenika do wód gruntowych oraz cieków wodnych przepływających np. przez kopalnie. Wody radoczynne są stosowane w lecznictwie w wielu polskich uzdrowiskach. Ich działanie opiera się na teorii hormezy radiacyjnej, zakładającej, że niewielkie dawki promieniowania pobudzają procesy naprawcze ludzkiego DNA.
W czasach "radowego szaleństwa" używano inhalatorów z radonem jako środka przeciwko chorobom płuc. Promieniowanie radonu i jego produktów rozpadu zabijało bakterie odpowiedzialne za schorzenia, ale jednocześnie wywoływało zmiany nowotworowe. Z kolei specjalne naczynia z uranową polewą miały nasycać wodę radonem (tzw. radium ore revigator).

https://en.wikipedia.org/wiki/Radium_Ore_Revigator#/media/File:Revigorator.jpg

Inhalatorium radonowe - jedno z kilku na świecie - działało w Polsce w Kowarach, w dawnych kopalniach uranu. Prowadzony pod kontrolą proces inhalacji powietrzem zawierającym niewielkie ilości radonu, a do tego wolnym od alergenów, ma działanie podobne do kąpieli w wodach radoczynnych, choć działa głównie na płuca. Więcej informacji TUTAJ i TUTAJ.  Obecnie inhalatorium nie działa z powodu zawalenia się chodnika doprowadzającego radon. Archiwalne zdjęcia autorstwa Grażyny Rutowskiej ze zbiorów NAC:




Pomimo zastosowania w lecznictwie z radonem należy być ostrożnym. Radon emituje cząstki alfa, przez co stanowi zagrożenie dla zdrowia w przypadku dłuższego narażenia. Zasięg tych cząstek w powietrzu jest niewielki, nie są też w stanie przeniknąć naskórka skóry, lecz w płucach mogą bombardować tkanki bezpośrednio, powodując zmiany nowotworowe. W dodatku produkty rozpadu radonu są ciałami stałymi, zatem jeśli akurat dany atom ulegnie rozpadowi w naszych płucach, to jego radioaktywne stałe produkty (polon, ołów, bizmut, tal) osiądą w oskrzelach i pęcherzykach płucnych, napromieniowując je.
Ważne jest zatem wietrzenie pomieszczeń i uszczelnianie wszelkiego rodzaju szczelin i pęknięć w piwnicach. Radon jest emitowany również przez wyroby zawierające farbę radową - farbę świecącą w zegarach, zegarkach i innych miernikach. Pokryta radową farbą skala od DP-63A emituje go tyle, że miernik Pico-Rad wskazuje 50.000 Bq/m3 (dla porównania w moim pokoju 18 Bq/m3 przy średniej dla powietrza 10 Bq/m3). Co więcej, Radon i produkty rozpadu na zasadzie dyfuzji mogą wnikać w strukturę elementów niezawierających farby (szkło, oprawka), powodując ich radioaktywność. Dwa posiadane przeze mnie szkła od lotniczych wskaźników wykazują śladową aktywność pomimo wielokrotnego mycia nawet agresywnymi rozpuszczalnikami (alkohol, aceton) Oczywiście, część promieniowania pochodzi pewnie od drobin farby, natomiast pomimo wielokrotnego mycia nie udało się aktywności usunąć i jest ona silniejsza od jednej strony. Pomiar radonu w powietrzu jest dość utrudniony z racji jego małego stężenia i niewielkiego zasięgu emitowanych cząstek alfa, ale można dokonać sorpcji na węglu aktywnym i po ok. 24-48 godzinach przeprowadzić pomiar, zalewając sorbent płynnym scyntylatorem i mierząc powstałe w ten sposób błyski światła (scyntylacje). O pomiarach stężenia radonu napiszę innym razem :)




---------------------------------------------------------
* - Gazy szlachetne (helowce) znane są z tego, że nie tworzą żadnych związków chemicznych, gdyż nie mają wolnych orbitali elektronowych, które mogłyby umożliwić tworzenie wiązań. Jednakże w chwili obecnej udało się wytworzyć związki większości gazów szlachetnych, za wyjątkiem dwóch pierwszych - helu i neonu. Wymagało to użycia bardzo aktywnych reagentów (fluor) i niskich lub wysokich temperatur. Co ciekawe, najbardziej reaktywny okazał się radon, mający największą masę atomową. Znany jest fluorek i chlorek radonu, choć ulegają szybko rozpadowi z racji jego wysokiej radioaktywności. 

środa, 8 października 2014

Izotopy wokół nas - superciężki wodór (tryt)

Tryt jest jedynym promieniotwórczym izotopem wodoru, najlżejszym z radionuklidów i najcięższym z izotopów wodoru. W jego jądrze znajduje się jeden proton i dwa neutrony. Dla przypomnienia, "zwykły" wodór (znany też jako prot) ma w jądrze jeden proton, zaś jego cięższy izotop deuter - proton i neutron.
Tryt powstaje w znikomych ilościach w atmosferze na skutek działania promieniowania kosmicznego. Większe ilości powstają w reaktorach jądrowych oraz podczas eksplozji nuklearnych. Tryt można otrzymać syntetycznie bombardując neutronami lit (zarówno izotopy Li-6 i Li-7). Czas połowicznego rozpadu trytu wynosi 12 lat. Tryt ulega rozpadowi beta minus do helu-3, a energia emitowanych cząstek wynosi zaledwie 0,018 MeV (dla porównania - jod-131 - 0,9 MeV, stront-90 0,546 MeV, cez-137 0,512 MeV energii cząstek beta). 

Wpływ na zdrowie
Pomimo tak niskiej energii promieniowania tryt wykazuje znaczną radiotoksyczność, a jego współczynnik wagowy promieniowania wynosi 2 (promieniowanie beta ma zwykle QF=1, czyli 1Gy odpowiada działaniu biologicznemu 1Sv, ale dla trytu 1Gy = 2 Sv). Toksyczność trytu związana jest z jego właściwościami chemicznymi. Radioaktywny wodór wypiera zwykły wodór z wody i węglowodanów. Z wodą tryt tworzy wodę trytową (T2O), która jest wysoce korozyjna i miesza się w dowolnych proporcjach z lekką wodą (H2O). Rozcieńczona woda trytowa zawiera związek o wzorze sumarycznym HTO (w którym jeden z atomów wodoru jest ciężki i promieniotwórczy, a drugi nie). Usuwanie wody trytowej z organizmu trwa od tygodnia do dwóch i można ją przyspieszyć przez zwiększenie ilości przyjmowanych płynów (do 3-4 l/dzień). Zimą wydalanie trwa dwa razy dłużej. Nie ma więc bezpośredniego zagrożenia w razie jednorazowego przyjęcia niewielkich ilości trytu. Tryt nie jest szkodliwy, gdy znajduje się poza organizmem człowieka, ponieważ jego promieniowanie nie jest w stanie przeniknąć przez sam naskórek skóry. Również pomiar tego promieniowania jest mocno utrudniony - nawet starsze mierniki EKO-C z okienkiem mikowym nie są w stanie go wykryć, udaje się to tylko za pomocą nowych wersji, z mniejszą gęstością powierzchniową okienka. 

Zastosowanie
Tryt jest obecnie stosowany zamiast radu w różnego rodzaju elementach świecących, które muszą być niezależne od zasilania i nie potrzebować naświetlenia z zewnątrz (tak jak popularne farby okresowego świecenia, świecące pewien czas po oświetleniu). Trytem pokrywa się przyrządy celownicze broni strzeleckiej (w tym celowniki optyczne oraz kątomierze artyleryjskie), kompasy, zegarki, tablice ostrzegawcze, a także popularne ostatnio świecące breloczki. Tryt musi być zamknięty w grubej plastikowej osłonce, gdyż jako izotop wodoru potrafi przeniknąć przez najmniejszą nieszczelność. Światła trytowe działają na takiej samej zasadzie jak dawna farba radowa - promieniowanie trytu wywołuje świecenie fosforowych luminoforów o różnych kolorach. 
 Zagrożenie od takiej farby jest praktycznie zerowe - plastik i otaczające powietrze skutecznie tłumią słabe promieniowanie beta oraz śladowe promieniowanie rozproszenia (tzw. Bremmstrahlung), powstające w wyniku uderzenia cząstek beta w przeszkody na ich drodze.
  • Kompasy trytowe produkuje m.in. firma Cammenga, zawierają one 120 mCi trytu i są oznaczone symbolem radioaktywności oraz ostrzeżeniem "controlled disposal required" (konieczność utylizacji po zużyciu). Kompasy te pojawiają się na Allegro, koszt ok. 100-150 zł.
  • Zegarki z trytowym źródłem światła są dość drogie (od kilkuset do kilku tysięcy zł), jednym z tańszych modeli, produkowanym na potrzeby wojska, jest Luminox Navy Seal. Do droższych zalicza się Diver Davosa, czasem można też nabyć same tarcze ze świecącymi pałeczkami z trytem.
  •  Breloczki z trytem kosztują ok. 50 zł na Allegro i mogą służyć do testowania czułości niektórych radiometrów (głównie tych wyposażonych w okienko mikowe).  Wydają się bardziej przydatne do tego celu z racji większej koncentracji trytu w jednym miejscu.
  • Celowniki (muszki) do strzelań nocnych, produkowane kiedyś do kbk Beryl i Tantal, są dosyć tanie (28-35 zł), ale zawarty w nich tryt dawno stracił zdolność świecenia. Przykładowa muszka tego typu wygląda jak poniżej - widać nawet symbol "uwaga, radioaktywność":


niedziela, 5 października 2014

radioaktywna busola (kompas) Adrianowa

Busola Adrianowa, wprowadzona na wyposażenie carskiej armii w 1907 r., była używana przez dziesięciolecia zarówno w Armii Czerwonej, Ludowym Wojsku Polskim, jak również w harcerstwie i różnego rodzaju organizacjach paramilitarnych. Busola była noszona na ręku jak zegarek, posiadała obrotowy pierścień z muszką i szczerbinką oraz blokadę igły. Koniec igły i znaczniki kierunków były pokrywane farbami świecącymi, co czyni z busoli wygodne i łatwo dostępne źródło promieniowania.
Żeby jednak nie było zbyt prosto, busola występuje w kilku wersjach
  1.  radziecka, powojenna, sygnowana "A" w kółku, z paskiem przewleczonym przez wycięcia w plastikowym dnie obudowy i z chromowaną igłą, oznaczenia kierunków rosyjskie, nie wykazuje promieniowania,
  2. polska, powojenna, sygnowana SZMO + rok produkcji, z mosiężnymi uszkami do paska i igłą malowaną na czarno, oznaczenia kierunków polskie, emituje do 1mR/h gammy,
  3. harcerska, z pierścieniem wykonanym z plastiku i igłą chromowaną, bez elementów fosforyzowanych,
  4. radziecka wojenna, podobna do powojennej, zwykle bardziej sfatygowana, danych o emisji brak, aczkolwiek powinna świecić, podobnie jak zegary czołgowe z tego okresu.
Z lewej polska, z prawej radziecka.
Z prawej polska, sygnowana SZMO, z lewej radziecka, sygnowana (A) i cyfry dzielone kreską.
 Busole obu typów trafiają się na targach w cenie 8-30 zł, w busolach polskich emisja waha się pomiędzy poszczególnymi egzemplarzami - jedna z moich daje 0,5mR/h, druga 0,6mR/h. Dziwne, że  ZSRR szybciej zrezygnowano z zastosowania farby radowej w busolach niż w Polsce. Z drugiej strony zegary lotnicze malowano farbą radową w obu krajach aż do lat 70.
Poniżej, dzięki uprzejmości Sprzedawcy, fotka polskiego kompasu, produkcji Śląskich Zakładów Mechaniczno-Optycznych (SZMO). Kompas jest tu oznaczony jako "harcerski".

I na koniec odwieczne pytanie - czy to jest szkodliwe? Plastikowy spód kompasu nie tłumi promieniowania tak dobrze jak metalowy dekiel zegarka, sama emisja jest też silniejsza, jednakże dawka, jaką można bezpiecznie przyjąć na kończyny jest dużo większa niż w przypadku innych narządów. Nie ma się zatem czego obawiać! Dużo większym zagrożeniem były świecące markery montowane na hełmach żołnierzy podczas II wojny. Ich aktywność wahała się między 5 a 15uCi, a moc dawki między 10 a 40mR/h. Ale o tym innym razem :)

środa, 1 października 2014

Antyatomowe lobby w natarciu

Idąc przez miasto zauważyłem takie oto plakaty, rozklejone na latarniach w Al. Solidarności (niegdyś Świerczewskiego). Było ich dość sporo i biły po oczach jaskrawoczerwoną barwą z dość prostą symboliką:


Argumentację przeciwników energetyki jądrowej znokautowałem w innym poście.  Daleki jestem od spiskowych teorii dziejów, ale ktoś tutaj kręci niezłe lody na antyatomowej psychozie.
Duży skrót dla leniwych. 
Nasza energetyka stoi na węglu. Krajowy jest drogi, rosyjski uzależnia nas od wschodniego sąsiada. Elektrownie węglowe emitują dymy i pyły, a ich żużel zawiera substancje promieniotwórcze. Do stosowania elektrowni wodnych nie mamy warunków naturalnych i pełnią one funkcję pomocniczą. Elektrownie słoneczne nie mają racji bytu przy tej liczbie pochmurnych dni w roku? Wiatraki emitują hałas, szpecą krajobraz, stanowią zagrożenie dla ptactwa i ludzi, poza tym generowana moc jest dość niska - i zależna od zmiennych warunków meteorologicznych. Oczywiście, do zasilania pojedynczych gospodarstw alternatywne źródła są dobrym pomysłem, choć i tak wymagają wspomagania z sieci energetycznej w razie niekorzystnych warunków lub nadzwyczajnego poboru mocy. Ale są różnego rodzaju odbiorcy, którzy wymagają stałego dopływu ogromnych mocy - i takie moce zapewni tylko atom. Wolałbym by w szpitalu nie zgasło światło w czasie operacji, bo słońce przestało świecić lub wiatr ucichł.
Kwestia bezpieczeństwa. Reaktory są coraz bardziej nowoczesne, niektóre są tak projektowane, że wzrost temperatury powoduje automatyczny spadek mocy. Nie jesteśmy regionem aktywnym sejsmicznie jak Japonia, więc nie grożą nam katastrofy naturalne. Reaktor nie może wybuchnąć jak bomba atomowa, może się najwyżej przegrzać, natomiast nie będzie eksplozji z grzybem jak w Hiroszimie (wbrew temu, co usiłują wmówić niektórzy "aktywiści"). Paliwa jądrowego potrzeba zdecydowanie mniej niż węgla (20 ton odpowiada 3 mln ton węgla), dodatkowo nadaje się w znacznej części do powtórnego przerobu. A tak poza tym, to jesteśmy otoczeni elektrowniami jądrowymi u naszych sąsiadów, nieraz w bezpośredniej bliskości naszych granic - do tej pory, poza Czarnobylem, nic się nie wydarzyło. Co do samego Czarnobyla, zawiodła zarówno technika, jak i ludzie. Ale takich reaktorów już się nie produkuje i nie eksploatuje.
Główną przyczyną oporu wobec energetyki jądrowej jest brak wiedzy i potoczne, kształtowane przez filmy, przesądy i prasę brukową wyobrażenie o kwestiach związanych z promieniotwórczością. Do tego nasze kochane polskie "ja i tak wiem lepiej". Przecież wiadomo, że każdy Polak zna się na wszystkim, od piłki nożne po ekonomię i politykę międzynarodową. Co tam mu będą fizycy ględzić....

czwartek, 25 września 2014

Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Świerku - wycieczka

Hala reaktora - widok z zewnątrz.

Mniej więcej rok temu z okazji Festiwalu Nauki miałem możliwość uczestniczenia w wycieczce do NCBJ w Świerku koło Otwocka. Ponieważ wtedy jeszcze nie prowadziłem bloga, relację z wizyty umieszczę z okazji przypadającej rocznicy.

Wycieczka cieszyła się ogromnym powodzeniem, choć termin - wtorek, godz. 8:30 i 9:30 dość mocno ograniczał możliwość przybycia. Sam musiałem wziąć dzień wolny w pracy, ale domyślam się, że gdyby terminem byłaby sobota, autokar przeżywałby istne oblężenie. Dlatego też w tym roku odpuściłem sobie wycieczkę, by nie zabierać możliwości osobom, które jadą tam pierwszy raz.

Świerk jest dzielnicą Otwocka, położoną 31 km od Warszawy. Samo Centrum wywodzi się z powstałego w 1955 r. Instytutu Badań Jądrowych. Pominę tu organizacyjne przekształcenia i zmiany nazw, gdyż nie one są tu najważniejsze. Centrum ma wiele działów i placówek o bardzo zróżnicowanych zadaniach (badania naukowe, produkcja izotopów, unieszkodliwianie odpadów).
Badania wytrzymałościowe materiałów.
W NCBJ działa jedyny obecnie w Polsce badawczy reaktor jądrowy "Maria". Łącznie funkcjonowało tam 6 różnych reaktorów:
  • EWA - Eksperymentalny Wodny Atomowy - pierwszy reaktor, produkcji radzieckiej, działał w latach 1956-1995, moc maksymalna po modernizacjach 10MW
  • Agata - reaktor "mocy zerowej" (moc cieplna ledwie 10W), powstały w 1973 r.
  • Maryla - Mały Reaktor Laboratoryjny, uruchomiony w 1963 r. jako reaktor "mocy zerowej" (moc cieplna 100W), dwukrotnie modernizowany, trzecia przeróbka zaowocowała reaktorem UR-100
  • Anna - powstały wg polskiego projektu w 1963 r., moc cieplna 10kW, później przebudowany do prac z neutronami prędkimi jako tzw. Prędka Anna
  • UR-100 - prototyp reaktora "uniwersyteckiego" o mocy cieplnej 100kW, rozmontowany w 1985 r. i przekazany AGH w Krakowie, gdzie nieużywany stoi do dziś
  •  Maria - uruchomiony w 1974 r., funkcjonuje do chwili obecnej, moc cieplna 30MW. Reaktor służy do produkcji izotopów dla medycyny i przemysłu oraz do badań naukowych.

Tablica wskazująca stan reaktora.
Hala reaktora - urządzenie załadowcze.

W programie zwiedzania, oprócz wykładu z podstaw działania reaktora jądrowego i bezpieczeństwa techniki jądrowej, było zwiedzanie pracowni izotopowych, samej hali reaktora oraz pokaz praktyczny z użyciem monitora skażeń EKO-C :)
EKO-C - starsza wersja - taki jak u mnie :)
Pracownia izotopowa - komory rękawicowe.
Pracownia izotopowa - boksy z manipulatorami.
Co ciekawe, wśród publiczności przeważały osoby starsze - spodziewałem się większej liczby "atomowych nerdów" - i nikt poza mną nie miał dozymetru :) Moja ANRI Sosna robiła furorę, choć zdążyłem wykonać tylko parę pomiarów (radiometr ten mierzy w czasie 20s). Na szczycie reaktora, oddzielony od rdzenia wziernikiem z ołowiowego szkła i 7 metrami wody zmierzyłem 28mR/h. Licznik teoretycznie ma zakres do 10mR/h, ale w czasie 20 s pomiaru pokazał 9,999mR/h, zaczął liczyć od zera, znowu cztery dziewiątki, a potem dobił do 8 z kawałkiem - czyli po zsumowaniu 28mR/h. Przydałby się dozymetr rejestrujący moc dawki, np. Radiatex MDR-2 albo Gamma Scout, choć ten drugi podejrzewam, że mógłby ulec przeciążeniu.

Na halę reaktora nie można wnosić żadnych toreb i innego bagażu ręcznego, zatem odpadają wszystkie wojskowe rentgenoradiometry, nawet niezbyt duże DP-5, a szkoda - miałyby pole do popisu, trzeba byłoby włączyć zakres x10 :)


W wodzie chłodzącej reaktor można zaobserwować promieniowanie Czerenkowa, które powstaje, gdy wysokoenergetyczne elektrony osiągają prędkość większą niż prędkość fazowa światła w danym ośrodku - objawia się to emisją fotonów światła. Zjawisko jest analogiczne do "grzmotu dźwiękowego" podczas przekraczania bariery dźwięku, gdy statek powietrzny porusza się szybciej niż wytwarzany przezeń dźwięk. Wizjer w pokrywie reaktora pozwala obserwować poświatę promieniowania Czerenkowa w wodzie chłodzącej.


Na wypadek, gdyby ktoś chciał się skąpać - koło ratunkowe :)
Podczas zajęć praktycznych obejrzeliśmy pojemniki do przechowywania izotopów oraz odpadów promieniotwórczych.  Masywny ołowiano-betonowy pojemnik robi wrażenie, zwłaszcza że przechowuje się w nim malutkie igły radowe (poniżej z prawej):


 Wjazd na teren NCBJ podlega pewnym ograniczeniom. Dostępny jest tylko dla obywateli Polski, mających ukończone 15 lat. Zwiedzanie odbywa się w małych grupach, na halę reaktora wchodzi się w fartuchach i ochraniaczach na buty. Przed wejściem i po wyjściu z hali trzeba poddać się kontroli dozymetrycznej na specjalnej bramce (uwaga do Pań - nie wchodzić w szpilkach!). Swoją drogą ciekawe, jak by zareagowała bramka na mój szwajcarski zegarek z farbą świecącą starego typu :)
Kontrola jest prowadzona zapobiegawczo, na wypadek, gdyby ktoś uległ skażeniu na hali reaktora (dostajemy specjalną kartę, na której zapisywany jest wynik obu pomiarów). Samo skażenie jest bardzo mało prawdopodobne, ale procedury obowiązują.


Fotografować można praktycznie wszędzie, oprócz wejścia do budynku reaktora i drzwi śluzy prowadzącej na halę. Zatem poniższy zakaz wisi tam trochę z przyzwyczajenia:


Dodaj napis
 Uratowani! Jak on żyje, to my też! :)

Na sam koniec kilka plansz przybliżających zadania i działalność NCBJ oraz ogólne zagadnienia związane z przemysłem atomowym:

Rodzaje źródeł promieniowania gamma.