piątek, 31 stycznia 2014

Rentgenoradiometr DP-66 M1 - ostatnia wersja DP-66

Omawiałem już wojskowe rentgenoradiometry typu DP-66 i DP-66M, wyliczając różnice między nimi.  Pominąłem wówczas model DP-66 M1, będący ostatnim z serii DP-66. Jak można przekonać się na fotografiach, oprócz minimalnej różnicy w kroju szyldu od pokrętła zakresów, miernik ten wyróżnia się... gniazdem zasilania zewnętrznego. Nie musimy mieć już przystawki zasilającej, wkładanej w miejsce baterii, której podłączenie wymaga wyjęcia przyrządu ze skórzanego futerału (bardzo upierdliwe). Wtykamy dwa kabelki  (napisano, gdzie "plus") i możemy mierzyć.  Nie wiem natomiast, jak z napięciem zasilania - mamy 2 opcje:
  1. wersja minimum - złącze jest wpięte równolegle z przyłączem baterii, możemy zastosować jedynie napięcie 3V, takie jak baterii zasilających
  2. wersja maksimum - zastosowano układ taki, jak później w DP-75 i możemy zastosować dowolne napięcie w przedziale 10-30V (vide notka o DP-75).
 Osobiście wolę nie sprawdzać, bo szkoda mi miernika :)


Mierniki łudząco podobne, brak pokrywki ładowania dozymetrów optycznych w DP-66M jest wadą wtórną :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Polski rynek sprzętu dozymetrycznego

Rynek, jak to rynek, bywa kapryśny, i najbardziej potrzebny sprzęt pojawia się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Na jesieni 2013 r. był wysyp Polaronów, zarówno na Allegro, jak i na Tablica.pl, pojawiły się też 2 sztuki RKSB-104 i raz DP-5B. W stałej sprzedaży są DP-66 i DP-66M oraz rentgenometry pokładowe DPS-68 (i ostatnio DP-3B). Osoby prywatne czasem sprzedają rentgenometry D-08. Sklepy oferują nowoczesne, ale też i drogie, sprzęty typu Gamma Scout, Terra-P itp. Na czeskim Allegro (aukro.cz) można czasem trafić RGBT-62, a na rosyjskim molotok.ru - zatrzęsienie DP-5 we wszystkich wersjach, Sosen i innych, nieraz rzadkich radiometrów i indykatorów prosto z czasów zimnej wojny. Co jakiś czas otwiera się "worek" z dozymetrami, jak ostatnio na forum strefazero.org, gdzie pojawiło się wiele "Biełek" ("Biełła" a.k.a. "Bella") i parę indykatorów "Strzelec" oraz "Polesie" (org. Palesse), wcześniej zupełnie niespotykanych na polskim rynku. Pomimo wysokich cen większość znalazła nabywców, choć jest to sprzęt entry-level. Dozymetry Biełła mierzą tylko promieniowanie gamma, zaś indykatory podają jedynie przedział mocy dawki, zwykle mają albo uproszczony wskaźnik wychyłowy (Copris, Ładoga, Strzelec), albo diody LED (Polesie). Szerzej poszczególne typy mierników opisałem TUTAJ.

Od lewej - ANRI Sosna, Polaron Pripyat, RKSB-104.

W tym miejscu, tytułem podsumowania, na pierwszy, a często i jedyny dozymetr, radziłbym kupić POLARON-PRIPYAT. Mierzy promieniowanie gamma i beta, bez zbędnych przeliczeń podaje wynik, obsługa jest dość intuicyjna, można powiedzieć, że nie ma większych wad :) Biełła nie zmierzy bety, Sosna wymaga uciążliwych obliczeń i nie uśrednia wyniku, RKSB-104 ma szereg mikroprzełączników do zmieniania trybu pracy, przyrządy wojskowe są ciężkie, nowoczesne zaś - drogie :) Czasem Polaron trafi się za 100-200 zł, choć ostatnio na Allegro są 2 nowe egzemplarze za... 600-680 (!). Mała podaż i duży popyt sprawiają, że mierniki te często są przedmiotem spekulacji (wiadomo, każdy chce zarobić).
Moim głównym miernikiem jest Polaron, do pomiaru słabych źródeł beta-aktywnych używam RKSB-104, który w trybie 180 s pozwala wykryć prawie że pojedyncze rozpady ;) W rezerwie i z sentymentu trzymam Sosnę, która jest bardzo okrojoną, za to pancernie wykonaną siostrą przyrodnią RKSB-104 :)

środa, 29 stycznia 2014

Jonizacyjna czujka dymu

Izotopy promieniotwórcze do niedawna wykorzystywano w alarmach przeciwpożarowych jako tzw. czujki dymu. Początkowo stosowano pluton Pu-239, później przechodząc na mniej groźny ameryk Am-241. Czujki z plutonem lubiły wysypywać kruszącą się substancję promieniotwórczą przy potrząśnięciu, co stwarzało śmiertelne zagrożenie (pluton, poza radioaktywnością, jest również toksyczny jako pierwiastek - i to dużo bardziej niż ołów, rtęć czy arsen). Do uwolnienia substancji radioaktywnej mogło dojść także podczas pożaru budynku wyposażonego w taką instalację. Czujki z Pu-239 produkowały m.in. krajowe zakłady Polon-Alfa, zastąpione następnie przez czujki amerykowe typu DIO-31 i optyczne DOR-40 i inne.
Oprócz plutonu często stosowano ameryk Am-241, który zaczęto wycofywać stosunkowo niedawno, i dziś już ciężko trafić na czujkę z tym pierwiastkiem, choć u mnie w pracy się zachowały :)
Czujki izotopowe wycofywano po pierwsze ze względów zdrowotnych - choć dawka promieniowania jest minimalna - po drugie z powodów praktycznych - nie wszystkie typy dymów i oparów powstających podczas pożaru są wykrywalne przez czujki izotopowe. 
Oba typy czujek wykorzystują to samo zjawisko - zmniejszanie transparentności powietrza przez dym i opary występujące podczas pożaru. W czujce izotopowej (jonizacyjnej) przerwaniu ulega strumień cząstek alfa, w optycznej - światła, najczęściej laserowego. Oba typy czujek mają różną czułość na poszczególne rodzaje dymu, ale to temat na osobny artykuł, to jest blog o promieniowaniu, a nie ochronie ppoż :)
Ilość pierwiastka promieniotwórczego w czujce jest bardzo mała, dla czujek z Am-241 ustalono aktywność preparatu na 0,9µCi, czyli:

1 Ci = 37.000.000.000 Bq

1µCi = 0,000001Ci = 37.000.000.000* 0,000001=37.000Bq

1µCi = 37.000Bq
0,9µCi= 37.000*0,9=33.300Bq=33,3kBq 


Ameryk emituje głównie cząstki alfa, które mają problem z pokonaniem kilku cm powietrza, a co dopiero plastikowej obudowy źródła i drugiej obudowy całej czujki. Kieszonkowym dozymetrem ledwo co da się zmierzyć, nie ma zatem obawy, że przebywanie w pomieszczeniu z czujkami może nam zaszkodzić. 



Poniżej fotografie starego modelu czujki, choć nie jest to najstarszy typ:




Wyprodukowano w Irlandii w roku... 1990 :)

Między kratkami widać kluczowy element, wielkości łebka od zapałki.
A teraz czujka prawdopodobnie z roku 2005, którą należy wymienić przed rokiem... 2024. Ten sam czujnik, tylko na obudowie dodatkowo podano aktywność w kBq, jakby komuś się nie chciało przeliczać z µCi, tak jak to pokazałem powyżej. Czujek tych jest sporo na Allegro w dość przystępnych cenach, choć emisja jest - jak i w starszym modelu - minimalna :)


Nawet ten sam sposób przykręcenia obudowy źródła, aby nie było łatwo wymontować. Faktycznie, bez specjalnego klucza albo piły - ani rusz ;)



Inny egzemplarz, produkcja z Meksyku:
Tak wygląda główny element pomiarowy, a raczej jego połowa. Pod spodem znajduje się hermetyczna komora (widoczna uszczelka) z drugim źródłem, pełniącym funkcję wzorca - dzięki szczelności komory stopień jonizacji powietrza jest niezależny od czynników zewnętrznych. Drugie źródło, widoczne na zdjęciu, jest przykryte kopułką z dziurkami lub kloszem ze szczelinami, aby zapewnić dostęp powietrza i ewentualnego dymu. Układ czujki po prostu mierzy różnicę między prądem jonizacji w komorze szczelnej i w komorze otwartej na dostęp powietrza z zewnątrz. Dwa źródła zastosowano, aby wyeliminować błędy wywołane zmianami aktywności preparatu wraz z upływem czasu - oba preparaty (kontrolny i pomiarowy) tracą aktywność w tym samym stopniu.

Tym razem materiał umieszczony jest w metalowym koszyczku z dziurkami, dziurki dość małe...

 
Co ciekawe, nadal można spotkać w sprzedaży czujki jonizacyjne, aczkolwiek często mają zmniejszoną aktywność preparatu do 15kBq, czyli mniej więcej o połowę :) I nadal, przy niektórych rodzajach pożarów, są niezastąpione :)

Czujka Ei2000 - aktywność nie większa niż 15 kBq

Czujka jonizacyjna typu Ei100B - zdjęcie dzięki uprzejmości Sprzedawcy.

EDIT:
Czujka pozbawiona jakichkolwiek oznaczeń, ale też jonizacyjna - Family Gard FG888D:





Czujka Garvan SS-168:





wtorek, 28 stycznia 2014

Dozymetr luminescencyjny ID-11

Dozymetr radzieckiej produkcji, wykonany w postaci "breloczka" z gniazdkiem i kryształem, który pod wpływem promieniowania nabiera zdolności do luminescencji w świetle UV. Odczytu dokonuje się za pomocą specjalnego pulpitu. Ciekawe, czy można użyć po prostu lampy kwarcowej lub testera do banknotów? Właśnie naświetlam swoje dwa egzemplarze za pomocą starych zegarków :)






C.d.n. :)

niedziela, 26 stycznia 2014

Dozymetr chemiczny DP-70 i kolorymetr PK-56

Dozymetry chemiczne, oprócz termoluminescencyjnych i elektrooptycznych, były najczęściej wykorzystywane do pomiarów indywidualnie pochłoniętych dawek promieniowania. W Ludowym Wojsku Polskim używano w tym celu ampułek z roztworem zmieniającym kolor pod wpływem promieniowania, znanych jako dozymetr chemiczny DP-70. Ampułki, w specjalnych metalowych pojemniczkach, były noszone przez żołnierzy w kieszeniach mundurów, a następnie porównywano zabarwienie roztworu ze specjalnym wzorcem barwnym w kolorymetrze PK-56.


 Było to dość proste urządzenie z pierścieniem wyposażonym w kolorowe filtry, pryzmatem i mleczną szybką. Zakres mierzonych dawek zawierał się między 50 a 800 R, czyli od łagodnej choroby popromiennej po dawkę w 100% śmiertelną. Podziałka jest wyskalowana co 50 R, ale można mierzyć dawkę z dokładnością do 25 R, jeżeli zabarwienie ampułki jest podobne do sąsiadujących ze sobą pól w kolorymetrze.


Jak widać, przyrząd nie jest zbyt dokładny, natomiast cechuje go duży zakres pomiaru, porównując np. z elektrooptycznym "ołówkiem" DKP-50 (0-50 R, ale za to podziałka co 2 R). Kolorymetrów wyprodukowano bardzo dużo, stąd niska cena na portalach aukcyjnych (12-15 zł za nowy). Trudniej dostać same dozymetry, w komplecie z kolorymetrem są jedynie 3, z czego 2 kontrolne. Często sprzedawane są same pojemniczki, tak samo jak opakowania od Indywidualnych Pakietów Przeciwchemicznych. W domowych warunkach dozymetr chemiczny nie znajduje zastosowania, gdyż nawet najsilniejsze źródła, np. farby radowe na starych zegarach i miernikach emitują promieniowanie gamma o mocy dawki zaledwie 2-5 mR/h. Taki dozymetr należałoby trzymać w pobliżu źródła przez minimum 10.000 godzin - czyli ponad rok - aby uzyskać słabe zabarwienie odpowiadające najniższej dawce 50 R. Swoją drogą ciekawe, czy płyn jest czuły na promieniowanie beta?

Opakowanie kolorymetru. Kot nie jest w zestawie :)
Zestaw kolorymetru w firmowej skrzynce. Powinna być trzecia fiolka w uchwycie pod spodem klapy,
ale akurat jest używana do eksperymentu. W zestawie jest kolorymetr, zapasowy dysk,
instrukcja, szmatka i 3 kontrolne fiolki.
Kolorymetr składa się na czas transportu, by zajmował mniej miejsca w skrzynce.
Kolorymetr zmontowany i gotowy do pracy - patrzy się w okular z prawej strony, fiolki wkłada się do przegródki po lewej.
Otwarta przegródka na fiolki.
Matowa szybka i przegródki fiolek.
Fiolki wkłada się "dziubkiem" w stronę matowej szybki w pokrywce.
Z lewej okular, z prawej moduł z pryzmatem i kieszeniami na fiolki.
Dysk z filtrami świetlnymi do oznaczania stopnia napromieniowania.
Widok od strony okularu - widoczna obudowa dysku z filtrami  i okienko do odczytywania wyniku.

sobota, 25 stycznia 2014

Osad z koszulki żarowej w lampce gazowej

Trafiła mi się stara turystyczna lampa gazowa nakręcana na butlę. Za PRL-u produkowano wiele modeli, sygnowanych GL-2, GL-3, GL-5 albo po prostu "Świetlik", "Kinga" czy "Ala". Wszystkie były nakręcane na butlach z gazem płynnym (propan-butan) o pojemności 0,5-5 kg. Do pracy wykorzystywały standardowe bawełniane siateczki żarowe czyli koszulki Auera. Zawsze interesowało mnie, czy rozżarzone do białości związki toru i ceru nie osiadają na częściach lampy albo nie przedostają się ze spalinami do otoczenia. Teraz nadarzyła się okazja, a wynik eksperymentu mnie zaskoczył. Słabą emisję wykazało zarówno szkło, jak i metalowy "kominek" lampy, a nawet... futerał z dermy! Po części  mógłbym to zrzucić na dwie siateczki żarowe dołączone do zestawu, ale siateczki z bawełny nie kruszą się zbytnio, poza tym, jak miałyby przeniknąć do wnętrza lampy, skoro same były w firmowych papierkach? Pozostaje tylko osiadanie drobin koszulek podczas pracy lampy - bawełna jest nasycona 99% ThO2 i na pewno część tej substancji ulatuje z gorącymi spalinami gazu. Lampa widoczna na filmie nie ma założonej koszulki żarowej, cała emisja pochodzi od niej samej i pokrowca (koszulka jest mierzona na końcu):


Jak widać, stare siateczki nie były w 100% bezpieczne, zwłaszcza eksploatowane w zamkniętych pomieszczeniach (np. przyczepach kempingowych, namiotach czy budkach na bazarach). Na deser parę zdjęć oryginalnych włoskich siateczek i samej lampy:

Lampa rozmontowana z wykręconą dyszą.
Szkło - ładnie daje, ciekawe, czy po umyciu też :)

W przeciwieństwie do lamp typu Ala/Kinga, klosz jest prosty, nie obły :)
I najcenniejsze - włoska Reticella per lampada a gas 200 HK

Koszulki z jednej strony różowe, z drugiej niebieskie :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Radiometr kieszonkowy Radiatex MDR-1 - recenzja

Dziś zaprezentuję najbardziej udany z dozymetrów kieszonkowych amatorskiej produkcji, czyli Radiatex MDR-1. Urządzenie jest małe, lekkie, wykorzystuje jedną tubę G-M typu SBM-20, posiada aż 5 trybów pomiaru i podświetlany, wyraźny wyświetlacz. Dozymetr można nabyć na rynku wtórnym za ok. 350-450 zł.


 Przyrząd mierzy zarówno moc dawki ekspozycyjnej w µSv/h, jak również łączną dawkę pochłoniętą przez przyrząd oraz maksymalną zmierzoną moc dawki w µSv. Wartości skumulowane można zresetować, dzięki czemu możemy zmierzyć, ile pochłonęliśmy np. podczas wycieczki do Strefy, albo ile "świeciło" najsilniejsze źródełko. Pomiar mocy dawki odbywa się w 5 trybach:
  1. FAST - najmniej dokładny, ale bardzo szybki, od razu zwraca wynik
  2. NORMAL - do większości zastosowań
  3. ACCURATE - nieco dłuższy
  4. VERY ACCURATE - najdłuższy czas cyklu pomiarowego, ale najbardziej dokładny - do słabych źródeł
  5. AUTO - mierzy jak tryb NORMAL, ale przełącza się na dokładniejszy przy nagłym skoku mocy dawki.
Miałem okazję przetestować Radiatexa zarówno podczas eskapad na targ w poszukiwaniu świecących zegarków, jak również w pracy do pomiaru aktywności czujek dymu i sprzęt zdał egzamin. Tutaj zegarki zdobyte dzięki miernikowi:

 A tutaj dłuższy test z użyciem wszystkich przedmiotów, które mogą choć trochę świecić:
Autor miernika mierzył nim nawet promieniowanie rentgenowskie używane do prześwietlania bagażu na lotniskach i cytuję "przyrząd [włączony] nie wzbudził zainteresowania celnika, choć przez chwilę trzymał go w dłoni " :)
Ponieważ miernik ten mierzy zarówno promieniowanie gamma, jak i beta, aby zmierzyć samą gammę, trzeba go wyekranować grubszą blaszką z metalu, np. od płytek InPost, albo odlewem z ołowiu. Z kolei do pomiaru słabego promieniowania beta (np. ze szkła uranowego) należy, po otwarciu obudowy, odwinąć folię z tuby G-M i tylko zaizolować taśmą miejsce styku tuby z płytką drukowaną. Miernik w wersji oryginalnej, nie grzebanej, ze słabą betą pracuje tak - można porównać z Sosną:
Miernik ma jeszcze jedną ciekawą właściwość, otóż po zbliżeniu do pracującego kineskopu zaczyna pokazywać ogromne wartości mocy dawki, choć inne dozymetry wskazują tylko nieznacznie podniesione tło. 
Podobny efekt osiągnięto tutaj, z miernikiem wyglądającym na DP-2:
Miernik mogę polecić każdemu miłośnikowi amatorskich pomiarów - jest mały, lekki, posiada wiele użytecznych funkcji, mierzy w obecnie stosowanych jednostkach, można się nim posługiwać w nocy, można mieć go zawsze przy sobie :) Obecnie trwają prace nad nową wersją miernika, która będzie charakteryzować się jeszcze mniejszym zużyciem baterii, większą ilością trybów pomiaru oraz wyjściem USB :)

czwartek, 16 stycznia 2014

Zwalczamy mity - promieniowanie nie zawsze powoduje raka!

Jeden z bardziej rozpowszechnionych i zarazem szkodliwych mitów głosi, że jakikolwiek kontakt z promieniowaniem jonizującym może spowodować raka. Jest w nim ziarnko prawdy, ale naprawdę, jedynie małe ziarnko. Fakty zaś są zupełnie inne. Przede wszystkim
  1. ta sama dawka może wywołać nowotwory u jednego osobnika, a u drugiego nie
  2. u jednego osobnika mniejsza dawka może spowodować nowotwór, podczas gdy na drugim nawet dużo większa nie zrobi wrażenia
  3. powstanie nowotworu po dłuższym czasie od ekspozycji na promieniowanie może być wywołane zupełnie innymi czynnikami, np. genetycznymi, niektórymi substancjami zawartymi w żywności czy lekach itp.
  4. dawka rozłożona w czasie niesie mniejsze ryzyko nowotworu niż dawka otrzymana w jednej chwili - stąd w rejonach o podwyższonym promieniowaniu tła nie notuje się zwiększonej śmiertelności, a wręcz przeciwnie, ludzie żyją dłużej
  5. ciało człowieka posiada bardzo zróżnicowaną wrażliwość na promieniowanie, mówiąc skrótowo, dużo większe dawki można przyjąć na ręce i nogi niż na tarczycę, szpik kostny, mózg i rdzeń kręgowy, tak samo np. czerwone krwinki są znacznie mniej wrażliwe niż krwinki białe
  6. zgodnie z zasadą odwróconych kwadratów, promieniowanie maleje proporcjonalnie do kwadratu odległości, czyli dwukrotny wzrost odległości oznacza czterokrotne osłabienie promieniowania- zatem jeśli nie przytulamy się do źródła promieniowania, jesteśmy bardziej bezpieczni, niż się nam wydaje
  7. teoria hormezy radiacyjnej zakłada, że niewielkie dawki promieniowania stymulują organizm do uruchamiania procesów naprawy DNA - gdy dawka jest za duża, organizm "nie nadąża" naprawiać uszkodzeń, ale w rejonach, gdzie promieniowanie tła wynosi np. 100mSv/rok (Warszawa - 2,3mSv/rok), czyli po 40 latach powinno się otrzymać dawkę śmiertelną - ludzie żyją dłużej! Teoria ta, znana już w latach 50., została ukryta przez twórcę modelu liniowego bezprogowego (LNT), który za wszelką cenę chciał dostać Nobla, powinął więc "niewygodne" wyniki... Model bezprogowy zakłada, że nawet najmniejsza dawka może wywołać raka, tylko nie jesteśmy w stanie udowodnić, że zachorowanie na raka np. 30 lat po kontakcie z promieniowaniem miało związek z tymże napromieniowaniem. Wyniki badań wśród pracowników stoczni remontujących jądrowe okręty podwodne potwierdzają... teorię hormezy radiacyjnej. Zapraszam do lektury
Jak widać, można zdjąć znaczną część odium, którym obłożone jest promieniowanie jonizujące jako główny sprawca nowotworów. Raka mogą wywołać różne czynniki -np. genetyczne, czy chemia w naszym codziennym otoczeniu, np. benzen, azbest, trójchloroetylen, czterochlorek węgla, dioksyny - do niedawna powszechnie stosowane.
Często podnosi się casus Czarnobyla, który miał spowodować epidemię raka tarczycy i zdeformowanych dzieci. Jeżeli chodzi o raka, katastrofa w czarnobylskiej elektrowni spowodowała szeroko zakrojoną akcję diagnostyczną i stworzenie pierwszych statystyk. Wcześniej nie prowadzono tak dokładnych badań i nie notowano wszystkich przypadków, do tego wiele guzów tarczycy ma postać łagodną, która może nie ujawniać się przez lata. Dokładna diagnostyka spowodowała wykrycie WSZYSTKICH guzów, bez względu na ich charakter. W kwestii dzieci - jest to temat bardzo nośny i pobudzający wyobraźnię. Na pewno duże dawki promieniowania mają szkodliwy wpływ na nienarodzone dzieci i mogą powodować wady wrodzone. Natomiast - ile spośród fotografii "potworków Czarnobylskich" jest skutkiem wybuchu reaktora - możemy spekulować. Zdeformowane dzieci rodzą się na całym świecie, czego przykładem była głośna sprawa Thalidomidu, leku przeciw nudnościom, zażywanego przez kobiety w ciąży, co zaowocowało narodzinami setek kalekich dzieci bez rąk i nóg. Przykłady można mnożyć, dzieci z wadami rodziły się zawsze, tylko dawniej, z braku opieki medycznej, a i częstego posądzania o wpływ sił nieczystych - masowo umierały.

niedziela, 12 stycznia 2014

Radiometr kieszonkowy RK-67 - recenzja

Przyrząd ten, wyprodukowany przez krajowe zakłady Polon-Alfa, był do niedawna dość często wykorzystywany w polskiej atomistyce i medycynie nuklearnej. Używane egzemplarze co jakiś czas pojawiają się w serwisach aukcyjnych.


Miernik, choć mieni się "kieszonkowym", w rzeczywistości zmieścić się może co najwyżej do kieszeni bojówek :) Masywna kanciasta obudowa z czarnego bakelitu czyni go dalekim od kieszonkowego, na szczęście producent przewidział etui z dermy wyposażone w pasek do przenoszenia.


Radiometr mierzy promieniowanie gamma i beta, co ciekawe, nie ma obrotowej przesłony, jak większość mierników - aby zmierzyć promieniowanie beta, wystarczy przyłożyć sondę do próbki stroną z wycięciami, a gdy chcemy zmierzyć gammę - przykładamy drugą stroną. 



Miernik wychyłowy wyskalowany w mR/h, bez skali w rozpadach beta. Aby dokonać pomiaru, trzeba trzymać wciśnięty guzik na obudowie, co ma chronić przed rozładowaniem baterii w razie pozostawienia włączonego przyrządu. Nie jest to zbyt wygodne, aczkolwiek po pozostawieniu włączonej Sosny czy Polarona na całą dobę wiem, że ma to pewien sens :)

Miernik był fabrycznie wyposażany w "źródełko", umieszczone w futerale (vide foto^^), ale sprzedawane mierniki są zwykle go pozbawione.
Obsługa miernika jest bardzo prosta, na pierwszym "zakresie" testujemy baterię tak samo jak w DP-5 czy DP-66/DP-75, następnie za pomocą pokrętła przechodzimy na coraz czulsze zakresy.

Do zasilania przyrząd potrzebuje nietypowych ogniw o napięciu 3V. Niestety są one krótsze niż 2 baterie R6/AA, stąd konieczność kombinowania. Mamy kilka opcji:
  1. gwintujemy kawałek tulejki, wkręcamy zamiast pokrywki baterii, aby przedłużyć przedział baterii - i stosujemy baterie R-6 - polecam, jak ktoś ma gwintowniki - wewnętrzny i zewnętrzny - oraz odpowiednią tulejkę
  2. stosujemy baterie 3V od aparatów fotograficznych, dopychając je różnego rodzaju "popychaczami"
  3. przerabiamy miernik na zasilacz sieciowy, ale wiąże się to z nawiercaniem albo obudowy, albo pokrywy baterii - w zależności od tego, czy chcemy zostawić możliwość zasilania bateryjnego, czy nie. 
Skoro już przy serwisie jesteśmy - uruchomienie miernika  "na kabelki' nie jest łatwe, ponieważ obudowa jest dość ciasna i trudno podejść "krokodylkami" do zacisków przedziału baterii. Podłączenie od zewnątrz, zamiast baterii jest jeszcze trudniejsze - centralny styk jest umieszczony dość głęboko, należałoby długą śrubę umieścić w kilku koncentrycznych rurkach z PCV, aby zapewnić stały styk z bolcem na dnie gniazda bez przesuwania się na boki. Drugi styk jest na gwintowanym kołnierzu od pokrywy gniazda baterii, więc tu podłączenie będzie łatwiejsze.


Drugą istotną kwestią jest często występujący defekt miernika wychyłowego. Urządzenie włącza się, reaguje na promieniowanie narastaniem trzasków w słuchawkach i wzrostem napięcia na stykach miernika - ale wskazówka stoi, nawet jeśli nie jest zatarta i daje się pokrętłem nastawić na zero. W większości wypadków winna jest przerwa w cewce, a jedyną metodą naprawy - wymiana wskaźnika - na szczęście pasuje ten od DP-66, choć pozostaje problem skalowania. Istotę problemu ilustruje ten film:

Aby uruchomić radiometr ze zdjętą obudową, należy zacisnąć, np. klamerką do bielizny czy papieru - przełącznik uruchamiany guzikiem P, w przeciwnym wypadku pomiar będzie niemożliwy. Pracę miernika sygnalizuje wysoki pisk przetwornicy, tak samo zresztą, jak w większości przyrządów tego typu. Dźwięk ten podobno przestaje się słyszeć po 30. roku życia ;)
Przy pracy z otwartym radiometrem należy zachować najwyższą ostrożność, gdyż na przetwornicy występuje napięcie ok. 400V ! Wszelkich przełączeń można dokonywać tylko po odłączeniu zasilania!
PS. Z tego co słyszałem od użytkowników, w/w defekt występuje dość często, a wiele mierników sprzedawanych jest na Allegro jako "niesprawdzane". Moja rada - jeśli cena jest wysoka, a nie dysponujesz warsztatem i częściami zamiennymi - kup Polarona :)
Poniżej fotografie innego egzemplarza miernika - widać inny typ futerału oraz źródełko kontrolne zamontowane na sondzie (zdjęcie dzięki uprzejmości Sprzedawcy)