piątek, 31 stycznia 2014

Rentgenoradiometr DP-66 M1 - ostatnia wersja DP-66

Omawiałem już wojskowe rentgenoradiometry typu DP-66 i DP-66M, wyliczając różnice między nimi.  Pominąłem wówczas model DP-66 M1, będący ostatnim z serii DP-66. Jak można przekonać się na fotografiach, oprócz minimalnej różnicy w kroju szyldu od pokrętła zakresów, miernik ten wyróżnia się... gniazdem zasilania zewnętrznego. Nie musimy mieć już przystawki zasilającej, wkładanej w miejsce baterii, której podłączenie wymaga wyjęcia przyrządu ze skórzanego futerału (bardzo upierdliwe). Wtykamy dwa kabelki  (napisano, gdzie "plus") i możemy mierzyć. Napięcie zasilania między 10 a 30 V, tak jak w późniejszym DP-75.


Mierniki łudząco podobne, brak pokrywki ładowania dozymetrów optycznych w DP-66M jest wadą wtórną :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Polski rynek sprzętu dozymetrycznego

Rynek, jak to rynek, bywa kapryśny, i najbardziej potrzebny sprzęt pojawia się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Na jesieni 2013 r. był wysyp Polaronów, zarówno na Allegro, jak i na Tablica.pl, pojawiły się też 2 sztuki RKSB-104 i raz DP-5B. W stałej sprzedaży są DP-66 i DP-66M oraz rentgenometry pokładowe DPS-68 (i ostatnio DP-3B). Osoby prywatne czasem sprzedają rentgenometry D-08. Sklepy oferują nowoczesne, ale też i drogie, sprzęty typu Gamma Scout, Terra-P itp. Na czeskim Allegro (aukro.cz) można czasem trafić RGBT-62, a na rosyjskim molotok.ru - zatrzęsienie DP-5 we wszystkich wersjach, Sosen i innych, nieraz rzadkich radiometrów i indykatorów prosto z czasów zimnej wojny. Co jakiś czas otwiera się "worek" z dozymetrami, jak ostatnio na forum strefazero.org, gdzie pojawiło się wiele "Biełek" ("Biełła" a.k.a. "Bella") i parę indykatorów "Strzelec" oraz "Polesie" (org. Palesse), wcześniej zupełnie niespotykanych na polskim rynku. Pomimo wysokich cen większość znalazła nabywców, choć jest to sprzęt entry-level. Dozymetry Biełła mierzą tylko promieniowanie gamma, zaś indykatory podają jedynie przedział mocy dawki, zwykle mają albo uproszczony wskaźnik wychyłowy (Copris, Ładoga, Strzelec), albo diody LED (Polesie). Szerzej poszczególne typy mierników opisałem TUTAJ.

Od lewej - ANRI Sosna, Polaron Pripyat, RKSB-104.

W tym miejscu, tytułem podsumowania, na pierwszy, a często i jedyny dozymetr, radziłbym kupić POLARON-PRIPYAT. Mierzy promieniowanie gamma i beta, bez zbędnych przeliczeń podaje wynik, obsługa jest dość intuicyjna, można powiedzieć, że nie ma większych wad :) Biełła nie zmierzy bety, Sosna wymaga uciążliwych obliczeń i nie uśrednia wyniku, RKSB-104 ma szereg mikroprzełączników do zmieniania trybu pracy, przyrządy wojskowe są ciężkie, nowoczesne zaś - drogie :) Czasem Polaron trafi się za 100-200 zł, choć ostatnio na Allegro są 2 nowe egzemplarze za... 600-680 (!). Mała podaż i duży popyt sprawiają, że mierniki te często są przedmiotem spekulacji (wiadomo, każdy chce zarobić).
Moim głównym miernikiem jest Polaron, do pomiaru słabych źródeł beta-aktywnych używam RKSB-104, który w trybie 180 s pozwala wykryć prawie że pojedyncze rozpady ;) W rezerwie i z sentymentu trzymam Sosnę, która jest bardzo okrojoną, za to pancernie wykonaną siostrą przyrodnią RKSB-104 :)

środa, 29 stycznia 2014

Jonizacyjna czujka dymu

Izotopy promieniotwórcze do niedawna wykorzystywano w alarmach przeciwpożarowych jako tzw. czujki dymu. Początkowo stosowano pluton Pu-239, później przechodząc na mniej groźny ameryk Am-241. Czujki z plutonem lubiły wysypywać kruszącą się substancję promieniotwórczą przy potrząśnięciu, co stwarzało śmiertelne zagrożenie (pluton, poza radioaktywnością, jest również toksyczny jako pierwiastek - i to dużo bardziej niż ołów, rtęć czy arsen). Do uwolnienia substancji radioaktywnej mogło dojść także podczas pożaru budynku wyposażonego w taką instalację. Czujki z Pu-239 produkowały m.in. krajowe zakłady Polon-Alfa, zastąpione następnie przez czujki amerykowe typu DIO-31 i optyczne DOR-40 i inne.
Oprócz plutonu często stosowano ameryk Am-241, który zaczęto wycofywać stosunkowo niedawno, i dziś już ciężko trafić na czujkę z tym pierwiastkiem, choć u mnie w pracy się zachowały :)
Czujki izotopowe wycofywano po pierwsze ze względów zdrowotnych - choć dawka promieniowania jest minimalna - po drugie z powodów praktycznych - nie wszystkie typy dymów i oparów powstających podczas pożaru są wykrywalne przez czujki izotopowe. 
Oba typy czujek wykorzystują to samo zjawisko - zmniejszanie transparentności powietrza przez dym i opary występujące podczas pożaru. W czujce izotopowej (jonizacyjnej) przerwaniu ulega strumień cząstek alfa, w optycznej - światła, najczęściej laserowego. Oba typy czujek mają różną czułość na poszczególne rodzaje dymu, ale to temat na osobny artykuł, to jest blog o promieniowaniu, a nie ochronie ppoż :)
Ilość pierwiastka promieniotwórczego w czujce jest bardzo mała, dla czujek z Am-241 ustalono aktywność preparatu na 0,9µCi, czyli:

1 Ci = 37.000.000.000 Bq

1µCi = 0,000001Ci = 37.000.000.000* 0,000001=37.000Bq

1µCi = 37.000Bq
0,9µCi= 37.000*0,9=33.300Bq=33,3kBq 


Ameryk emituje głównie cząstki alfa, które mają problem z pokonaniem kilku cm powietrza, a co dopiero plastikowej obudowy źródła i drugiej obudowy całej czujki. Kieszonkowym dozymetrem ledwo co da się zmierzyć, nie ma zatem obawy, że przebywanie w pomieszczeniu z czujkami może nam zaszkodzić. 



Poniżej fotografie starego modelu czujki, choć nie jest to najstarszy typ:




Wyprodukowano w Irlandii w roku... 1990 :)

Między kratkami widać kluczowy element, wielkości łebka od zapałki.
A teraz czujka prawdopodobnie z roku 2005, którą należy wymienić przed rokiem... 2024. Ten sam czujnik, tylko na obudowie dodatkowo podano aktywność w kBq, jakby komuś się nie chciało przeliczać z µCi, tak jak to pokazałem powyżej. Czujek tych jest sporo na Allegro w dość przystępnych cenach, choć emisja jest - jak i w starszym modelu - minimalna :)


Nawet ten sam sposób przykręcenia obudowy źródła, aby nie było łatwo wymontować. Faktycznie, bez specjalnego klucza albo piły - ani rusz ;)



Inny egzemplarz, produkcja z Meksyku:
Tak wygląda główny element pomiarowy, a raczej jego połowa. Pod spodem znajduje się hermetyczna komora (widoczna uszczelka) z drugim źródłem, pełniącym funkcję wzorca - dzięki szczelności komory stopień jonizacji powietrza jest niezależny od czynników zewnętrznych. Drugie źródło, widoczne na zdjęciu, jest przykryte kopułką z dziurkami lub kloszem ze szczelinami, aby zapewnić dostęp powietrza i ewentualnego dymu. Układ czujki po prostu mierzy różnicę między prądem jonizacji w komorze szczelnej i w komorze otwartej na dostęp powietrza z zewnątrz. Dwa źródła zastosowano, aby wyeliminować błędy wywołane zmianami aktywności preparatu wraz z upływem czasu - oba preparaty (kontrolny i pomiarowy) tracą aktywność w tym samym stopniu.

Tym razem materiał umieszczony jest w metalowym koszyczku z dziurkami, dziurki dość małe...

 
Co ciekawe, nadal można spotkać w sprzedaży czujki jonizacyjne, aczkolwiek często mają zmniejszoną aktywność preparatu do 15kBq, czyli mniej więcej o połowę :) I nadal, przy niektórych rodzajach pożarów, są niezastąpione :)

Czujka Ei2000 - aktywność nie większa niż 15 kBq

Czujka jonizacyjna typu Ei100B - zdjęcie dzięki uprzejmości Sprzedawcy.

EDIT:
Czujka pozbawiona jakichkolwiek oznaczeń, ale też jonizacyjna - Family Gard FG888D:





Czujka Garvan SS-168:





wtorek, 28 stycznia 2014

Dozymetr luminescencyjny ID-11

Dozymetr radzieckiej produkcji, wykonany w postaci "breloczka" z gniazdkiem i specjalnym szkłem, który pod wpływem promieniowania nabiera zdolności do luminescencji w świetle UV. Odczytu dokonuje się za pomocą specjalnego pulpitu. Ciekawe, czy można użyć po prostu lampy kwarcowej lub testera do banknotów? Właśnie naświetlam swoje dwa egzemplarze za pomocą starych zegarków :)
Odpowiednik czechosłowacki nazywał się DD-80 i reagował zarówno na promieniowanie gamma, jak i neutronowe [link].






Pulpit kontrolno-załadowczy "IU" (GO-32) (izmieritielnoje ustrojstwo czyli po prostu "przyrząd pomiarowy"):
Z prawej gniazdo, w którym umieszczamy dozymetr, z lewej pokrętło do ustawiania zera - analogicznie jak przy dozymetrach optycznych zerowanych w DP-66 i DP-75.


Wyświetlacz na lampach NIXIE pokazuje pochłoniętą dawkę w radach.


Upakowka :)
Tylny panel.


Gniazdo w którym umieszcza się dozymetr indywidualny celem odczytu lub wyzerowania..
Części zapasowe.
Więcej info tutaj oraz tutaj [RUS].

Analogiczne urządzenie z armii czeskiej (VDD-80):

[źródło]
 

niedziela, 26 stycznia 2014

Dozymetr chemiczny DP-70 i kolorymetr PK-56

Dozymetry chemiczne, oprócz termoluminescencyjnych i elektrooptycznych, były najczęściej wykorzystywane do pomiarów indywidualnie pochłoniętych dawek promieniowania. W Ludowym Wojsku Polskim używano w tym celu ampułek z roztworem zmieniającym kolor pod wpływem promieniowania, znanych jako dozymetr chemiczny DP-70. Ampułki, w specjalnych metalowych pojemniczkach, były noszone przez żołnierzy w kieszeniach mundurów, a następnie porównywano zabarwienie roztworu ze specjalnym wzorcem barwnym w kolorymetrze PK-56.


 Było to dość proste urządzenie z pierścieniem wyposażonym w kolorowe filtry, pryzmatem i mleczną szybką. Zakres mierzonych dawek zawierał się między 50 a 800 R, czyli od łagodnej choroby popromiennej po dawkę w 100% śmiertelną. Podziałka jest wyskalowana co 50 R, ale można mierzyć dawkę z dokładnością do 25 R, jeżeli zabarwienie ampułki jest podobne do sąsiadujących ze sobą pól w kolorymetrze.


Jak widać, przyrząd nie jest zbyt dokładny, natomiast cechuje go duży zakres pomiaru, porównując np. z elektrooptycznym "ołówkiem" DKP-50 (0-50 R, ale za to podziałka co 2 R). Kolorymetrów wyprodukowano bardzo dużo, stąd niska cena na portalach aukcyjnych (12-15 zł za nowy). Trudniej dostać same dozymetry, w komplecie z kolorymetrem są jedynie 3, z czego 2 kontrolne. Często sprzedawane są same pojemniczki, tak samo jak opakowania od Indywidualnych Pakietów Przeciwchemicznych. W domowych warunkach dozymetr chemiczny nie znajduje zastosowania, gdyż nawet najsilniejsze źródła, np. farby radowe na starych zegarach i miernikach emitują promieniowanie gamma o mocy dawki zaledwie 2-5 mR/h. Taki dozymetr należałoby trzymać w pobliżu źródła przez minimum 10.000 godzin - czyli ponad rok - aby uzyskać słabe zabarwienie odpowiadające najniższej dawce 50 R. Swoją drogą ciekawe, czy płyn jest czuły na promieniowanie beta?

Opakowanie kolorymetru. Kot nie jest w zestawie :)
Zestaw kolorymetru w firmowej skrzynce. Powinna być trzecia fiolka w uchwycie pod spodem klapy,
ale akurat jest używana do eksperymentu. W zestawie jest kolorymetr, zapasowy dysk,
instrukcja, szmatka i 3 kontrolne fiolki.
Kolorymetr składa się na czas transportu, by zajmował mniej miejsca w skrzynce.
Kolorymetr zmontowany i gotowy do pracy - patrzy się w okular z prawej strony, fiolki wkłada się do przegródki po lewej.
Otwarta przegródka na fiolki.
Matowa szybka i przegródki fiolek.
Fiolki wkłada się "dziubkiem" w stronę matowej szybki w pokrywce.
Z lewej okular, z prawej moduł z pryzmatem i kieszeniami na fiolki.
Dysk z filtrami świetlnymi do oznaczania stopnia napromieniowania.
Widok od strony okularu - widoczna obudowa dysku z filtrami  i okienko do odczytywania wyniku.

sobota, 25 stycznia 2014

Osad z koszulki żarowej w lampce gazowej

Trafiła mi się stara turystyczna lampa gazowa nakręcana na butlę. Za PRL-u produkowano wiele modeli, sygnowanych GL-2, GL-3, GL-5 albo po prostu "Świetlik", "Kinga" czy "Ala". Wszystkie były nakręcane na butlach z gazem płynnym (propan-butan) o pojemności 0,5-5 kg. Do pracy wykorzystywały standardowe bawełniane siateczki żarowe czyli koszulki Auera. Zawsze interesowało mnie, czy rozżarzone do białości związki toru i ceru nie osiadają na częściach lampy albo nie przedostają się ze spalinami do otoczenia. Teraz nadarzyła się okazja, a wynik eksperymentu mnie zaskoczył. Słabą emisję wykazało zarówno szkło, jak i metalowy "kominek" lampy, a nawet... futerał z dermy! Po części  mógłbym to zrzucić na dwie siateczki żarowe dołączone do zestawu, ale siateczki z bawełny nie kruszą się zbytnio, poza tym, jak miałyby przeniknąć do wnętrza lampy, skoro same były w firmowych papierkach? Pozostaje tylko osiadanie drobin koszulek podczas pracy lampy - bawełna jest nasycona 99% ThO2 i na pewno część tej substancji ulatuje z gorącymi spalinami gazu. Lampa widoczna na filmie nie ma założonej koszulki żarowej, cała emisja pochodzi od niej samej i pokrowca (koszulka jest mierzona na końcu):


Jak widać, stare siateczki nie były w 100% bezpieczne, zwłaszcza eksploatowane w zamkniętych pomieszczeniach (np. przyczepach kempingowych, namiotach czy budkach na bazarach). Na deser parę zdjęć oryginalnych włoskich siateczek i samej lampy:

Lampa rozmontowana z wykręconą dyszą.
Szkło - ładnie daje, ciekawe, czy po umyciu też :)

W przeciwieństwie do lamp typu Ala/Kinga, klosz jest prosty, nie obły :)
I najcenniejsze - włoska Reticella per lampada a gas 200 HK

Koszulki z jednej strony różowe, z drugiej niebieskie :)