poniedziałek, 30 czerwca 2014

Radioaktywna ceramika - obrotowy włącznik światła

Postanowiłem posprzątać w mojej szufladzie z elektryką. Przy okazji włączyłem dozymetr, bo nigdy nie wiadomo, czy jakiś przełącznik nie był stosowany np. w wojskowym samolocie. Poprzekładałem wszystkie gniazdka, wtyczki, przejściówki i nagle Polaron zaczął ćwierkać. Przy czym? Przy obrotowym włączniku do światła Siemens Prima! Jak się okazało, pokrętło wykonano z ceramiki, pokrytej podobną glazurą co wazon z poprzedniego postu! Glazura ta nawet świeci i daje 0,6 mR/h słabej gammy (mocnej tylko 0,03, więc niewiele więcej niż tło). Przełączników miałem więcej, ale sprzedałem, były różnych typów, zarówno z białej porcelany (jeden mam w ścianie, nie świeci), jak również z brązowego lub czarnego bakielitu czy ebonitu. Tak więc nigdy nie wiadomo, co nam w domu świeci i Polarona trzeba mieć zawsze na podorędziu :)




niedziela, 22 czerwca 2014

Radioaktywna ceramika

Sole uranu wykorzystywane były do barwienia szkła (słynne szkło uranowe), ale również dodawano je do polewy na naczyniach z ceramiki. Słynęła z tego chociażby seria "Fiesta" charakteryzująca się żywymi kolorami, głównie pomarańczowoczerwonym. Skorupy tych naczyń sprzedawane są na Ebay jako źródła do testowania dozymetrów. Kosztują kilka euro, ale mogłyby być problemy na granicy., choć aktywność i potencjalna szkodliwość tych materiałów jest niewielka.
Chodząc po targu i szukając wyrobów ze szkła uranowego postanowiłem zapolować i na ceramikę.  Niestety, o ile szkło jest łatwe do rozpoznania przez jasnozieloną barwę, opalizującą i lekko jarzącą się na fluorescencyjny kolor w świetle słonecznym - o tyle ceramika jest trudna do rozpoznania. Z tego co czytałem, sole uranu używane były do produkcji naczyń czerwonych, pomarańczowych, żółtych, ale też zielonych i kremowych. Zwłaszcza tych ostatnich jest masa na rynku, a głupio sprawdzać dozymetrem każdą sztukę, w końcu sprzedawca nas pogoni ;) Dziś akurat miałem szczęście - rzucił mi się w oczy dwukolorowy, zielono-żółty wazonik. Stoisko było obszerne, kucnąłem więc tyłem do sprzedawcy (na szczęście zajętego rozmową) i wyjąłem Polarona. Momentalny skok wskazań rzędu 0,6 mR/h oznaczał automatycznie zakup. Cena była okazyjna - 1 zł - więc wazon powędrował do plecaka. Na stoisku było sporo kuchennego "mydła, bździdła i powidła", ale podobnych przedmiotów nie spotkałem. Z pewnością będę wracał :) Zachęcony sukcesem polowania obszedłem ponownie cały targ, ale inne naczynia nie wykazywały emisji. Muszę popracować nad pomiarem z odległości albo za pomocą dozymetru przymocowanego do nadgarstka ;)

Wazonik wygląda tak, zielony kolor świeci mocniej niż żółty:



Nalepka cenowa jest współczesna, ale sam wazon równie dobrze może być współczesny, jak i sprzed kilkudziesięciu lat. Tutaj pokaz świecenia - mocniejsze niż przy szkle uranowym:

Edit:
 Tydzień później na targu nie trafiłem żadnej świecącej ceramiki, choć sprawdziłem chyba wszystkie ciemnozielone wazoniki i dzbanuszki z brązowym wnętrzem (jest ich dość sporo, ale nie wykazują emisji). Równie nieaktywne są talerze, kubki i spodki w jaskrawych kolorach, łudząco podobne do Fiestaware, ale zbyt współczesne w wykonaniu i bez śladów wieloletniego używania.

czwartek, 19 czerwca 2014

Radiotoksyczność

Kolejnym istotnym terminem w ochronie radiologicznej (a także w dozymetrii) jest tzw. radiotoksyczność. Termin ten oznacza szkodliwość danego izotopu promieniotwórczego dla organizmu człowieka, z uwzględnieniem energii promieniowania, łatwości wchłaniania i selektywnego kumulowania w organizmie (tzw. narządy krytyczne) oraz wydalania z niego. Każdy izotop ma tzw. czas połowicznego rozpadu, po którym rozpadowi ulegnie połowa atomów w danej próbce (rozpad ma charakter statystyczny, jedne atomy rozpadają się szybciej, inne później, zatem nie można oszacować, kiedy rozpadnie się konkretny atom). W przypadku wniknięcia radioizotopów do organizmu pojawia się nowy parametr tzw. biologicznego czasu  połowicznego rozpadu, czyli czasu, po którym aktywność izotopu w organizmie (lub środowisku) zmaleje do połowy. Czas ten jest zawsze niższy niż fizyczny czas połowicznego rozpadu i zależy m.in. od rodzaju izotopu promieniotwórczego. Jod-131 (t1/2=8 dni) i cez-137 (t1/2=30 lat) wydalają się stosunkowo szybko, gorzej ze strontem-90 (t1/2=28 lat) czy plutonem-238 (t1/2=87 lat), który osadza się w kościach i stamtąd praktycznie się nie wydala...

***

Pod względem radiotoksyczności podzielono izotopy promieniotwórcze na 4 grupy. W grupie najniższej występuje zaledwie parę izotopów, w tym węgiel C-14 (t1/2=5700 lat) i tryt H-3 (t1/2=12,33 lat). Grupa druga jest najliczniejsza, zaliczamy do niej m.in. kobalt Co-60 (słynne ostatnio źródła przemysłowe i medyczne, t1/2=5,7 lat), wspomniany już cez Cs-137 (znany z wybuchów jądrowych i awarii czarnobylskiej) oraz iryd Ir-192 (t1/2=73,8 dnia), stosowany w defektoskopii. Grupa trzecia obejmuje jod J-131, towarzyszący Cs-137 i Sr-90 przy wybuchach i awariach jądrowych oraz naturalny tor (Th 232, t1/2=1,405×1010 lat) i uran (U-238, t1/2=4,468×109 lat) - z którymi możemy zetknąć się w codziennym życiu.  Grupa ostatnia, zawiera najbardziej radiotoksyczne izotopy - i niestety najczęściej stosowane - stront Sr-90 (eksplozje jądrowe i źródła kontrolne do wojskowych rentgenoradiometrów), polon Po-210 t/1/2 138 dni (papierosy! - i herbata od rosyjskich agentów...), rad (Ra-226, t1/2=1620 lat) - zegary, zegarki i inne stare świecące gadżety (wraz z połową produktów rozpadu), ameryk Am-241 t1/2=432,2 lat (starsze czujki dymu) i pluton Pu-239 (jeszcze starsze czujki dymu). Po więcej informacji odsyłam do podręcznika Podstawy ochrony radiologicznej K. Żarnowieckiego (s. 126-132 i tablica II-9).

***



niedziela, 15 czerwca 2014

Dozymetr Radiatex - nowa wersja - MDR-2

Radiatex MDR-2 to znacznie udoskonalona wersja dozymetru MDR-1. Po konsultacjach z użytkownikami Autor wprowadził szereg modyfikacji. Przede wszystkim tuba GM nie jest owinięta folią aluminiową, co znacznie zwiększyło jej czułość na promieniowanie beta i słabą gammę. Rozszerzono regulację czasu pomiaru - do wyboru są czasy 4, 20, 40, 80, 160 i 240 s. Wprowadzono licznik impulsów na sekundę (przestawiany - graficzny lub cyfrowy), co znacząco ułatwia pomiar emisji beta. Wyniki pomiarów można logować co 4 s, 1 minutę, 2,3,5 lub 10 minut, co pozwala śledzić zmiany promieniowania tła w terenie. Umożliwiono współpracę z komputerem przez port micro-USB - można zarówno importować dane logowane wcześniej, jak również korzystać z dozymetru jak z podłączonego do PC czujnika radioactive@home. Miernik ma również możliwość kontroli napięcia baterii, obniżono pobór mocy i umożlwiono zaprogramowanie różnych typów baterii (alkaliczna, litowo-jonowa, Ni-MH). W układzie elektronicznym zamontowano filtr, dzięki czemu dozymetr nie świruje przy zbliżeniu np. do pracującego kineskopu tak jak poprzednia wersja. Tuba GM, tym razem STS-5, umocowana jest w zaciskach, dzięki czemu możemy zamienić ją na inną o tych samych parametrach pracy (BOB-33A, BOI-33 itp.). Dozymetr umożliwia również włączenie alarmu po przekroczeniu określonej dawki oraz zapamiętywanie najwyżej mocy dawki, a także pomiar kumulatywny, w zależności od potrzeb użytkownika.
Urządzenie ma plastikową obudowę, łatwo przenikliwą dla promieniowania beta. Jeśli mimo to ktoś chce zwiększyć czułość, może wyciąć okienko w obudowie. Z drugiej strony, jeśli chcemy mierzyć tylko promieniowanie gamma, możemy umieścić dozymetr w blaszance np. od herbaty, wyłożonej dodatkowo paskami ołowiu. W ten sposób możemy mierzyć oddzielnie emisję beta i gamma. Dzięki licznikowi impulsów na sekundę (CPS) możemy obliczyć aktywność beta w rozpadach/min*cm2 - mierzymy liczbę impulsów bez osłony, potem w osłonie, odejmujemy i mnożymy przez 60.

Dozymetr z włączonym trybem cyfrowym wyświetlania CPS.
Dozymetr z włączonym wykresem graficznym CPS.
Wnętrze z oryginalną tubą STS-5
Wnętrze z polską tubą BOB-33A.
Spód płytki drukowanej.
Zmiana mocy dawki w czasie przejazdu z Woli na Grochów trasą W-Z - widać, kiedy byłem w tunelu (logowanie co 1 min)
Wazonik z zieloną polewą - pomiar co 1 minutę.
Moc dawki w piwnicy - pomiar co 1 minutę.
Logi spod biurka podczas robienia radiogramów - pomiar co 1 minutę. minutę.
Na koniec - nieco długawy - filmik z działania dozymetru (trzeba było sprawdzić na wszystkim, co tylko świeciło):


W planach jest licznik wyposażony w tubę z okienkiem mikowym do pomiaru emisji alfa, który mógłby być alternatywą dla koszmarnie przepłaconego Gamma-Scouta lub trudno dostępnego EKO-C.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Dozymetr Master-1

Master-1 to jeden z najtańszych i najczęściej pojawiających się na rynku kieszonkowych dozymetrów. Jest jednocześnie najlżejszy... i najmniej przydatny w domowej dozymetrii. Ale po kolei.
Urządzenie z bateriami waży ok. 80 g (Polaron - 250, Sosna - 320) i ma wymiary 12,5x4,5x2. Z przodu malutki wyświetlacz z zakresem do 9,99µSv/h (0,99mR/h) i guzik "reset", z tyłu klips, rozłączający obwód baterii po przypięciu dozymetru np. do paska czy kieszeni. Swoją drogą, ciekawy patent. Niektóre wersje mają osoby włącznik sieciowy na skraju obudowy. Korpus wykonany jest z czarnego plastiku, wersja kremowa jest bardzo rzadka. Istnieje też nowszy wariant obudowy, bardziej masywny, ale nadal sygnowany "Master-1".
Dozymetr wykorzystuje standardową tubę SBM-20-1, owiniętą folią aluminiową, zatem mierzy teoretycznie tylko promieniowanie gamma. Teoretycznie, gdyż zatrzymanie wysokoenergetycznych cząstek beta nie jest takie proste, Sosna czy Polaron mają w tym celu 2 mm stali z dodatkową folią ołowianą. Zatem mierząc emisję gamma, której towarzyszy promieniowanie beta lepiej dodatkowo wyekranować betę np. kawałkiem blachy czy szkła, w przeciwnym wypadku pomiar nie będzie miarodajny. Dokładność i tak nie jest duża, tak samo, jak i czułość. Zakres do 1mR/h jest często za mały, zwłaszcza jak mierzymy np. zegary lotnicze, osiągające moce dawek 1,5-5,5mR/h. Musimy wówczas liczyć "przekręcenia się" licznika a następnie je zsumować (podobnie robiłem z ANRI Sosna, ale... w reaktorze w Świerku). Pomiar dozymetrem Master-1 trwa 40 s, po jego zakończeniu znika migający symbol obok cyfr na wyświetlaczu. Zasilanie z baterii "guzikowych"  L1131 lub zamienników. Nie jest to wygodne, ale baterie starczają na dość długo i są tanie (na bazarze 1 zł / szt.).
Nie będę ukrywał, że jest to najsłabszy z dotychczas testowanych dozymetrów. Jego główną zaletą są małe rozmiary, pozwalające zabrać go "wszędzie", oraz niska cena. Osobiście jednak wolałbym dopłacić kilkadziesiąt złotych i kupić "Biełłę", która ma szerszy zakres i sygnalizację dźwiękową liczonych cząstek. Najlepiej oczywiście kupić Polarona, który ma większość cech idealnego dozymetru dla amatora.


Oryginalny klips został zastąpiony takim oto patentem rozłączającym zasilanie. Co ciekawe, wyświetlacz pracuje jeszcze przez jakiś czas po odłączeniu baterii :)

Druga wersja, bardziej masywna obudowa (zdjęcia dzięki uprzejmości Sprzedającego):



I na koniec filmik - dozymetr podczas pracy:

niedziela, 8 czerwca 2014

Radiogramy - twarz promieniowania

Powtórzyłem eksperyment Becquerela, który przyczynił się do odkrycia zjawiska radioaktywności. Becquerel był przekonany, że radioaktywność związków uranu jest wywoływana przez promieniowanie ultrafioletowe, zawarte m.in. w świetle słonecznym. Ultrafiolet, wywołując fluorescencję rudy uranowej, miał również wywoływać promieniowanie jonizujące, które zaczerniało materiał światłoczuły. Istotą eksperymentu było wystawienie na słońce płyty światłoczułej, owiniętej w czarny papier, nieprzepuszczający światła - i umieszczenie na niej kawałka rudy uranowej. Eksperyment przebiegiał "pomyślnie" - im dłużej naświetlał materiał na słońcu, tym bardziej był zaczerniony. Pewnego dnia słońce zaszło na dłuższy czas, zatem uczony schował materiał do szafki, czekając na sprzyjającą pogodę. Po kilku dniach, postanowił wywołać długo trzymany materiał - na szczęście dla rozwoju fizyki! - i okazało się, że płyta jest kompletnie zaczerniona. Dowiodło to, że radioaktywność uranu nie jest związana z wpływem światła słonecznego, a luminescencja jest tylko efektem ubocznym. Podobne badania przeprowadzała Maria Skłodowska-Curie, która wspólnie z Henri Becquerelem otrzymała Nagrodę Nobla za odkrycie i zdefiniowanie zjawiska radioaktywności. 
 ***
Poniższe eksperymenty nieco się różnią od tych z końca XIX w. Jako źródeł użyłem starych zegarków bez szkiełek, aby zapewnić jak najlepsze przyleganie do papieru i jak najmniejsze rozproszenie promieniowania. czas naświetlania - 48 godzin, trochę za mały, zwłaszcza w przypadku tarczy bez wskazówek - ledwie zarysowały się kontury cyfr. Na drugim widać, o ile silniej świeci wskazówka od reszty tarczy. Próbowałem również naświetlać papier za pomocą zegarów lotniczych przez szybkę, ale pomimo sporej mocy dawki (2 i 5 mR/h) rezultat był mizerny. Istotne jest przyleganie próbki do papieru - skala od DP-63 wyraźniej zaczerniła papier od strony niepokrytej farbą, gdzie były tylko pojedyncze zacieki, niż od frontu, gdzie moc dawki była kilkadziesiąt razy wyższa (i to przez 24h). Jako "ciemni' użyłem tekturowych pudełek z pokrywkami, nakrytych dla pewności ciemną tkaniną, a także żeliwnej brytfanny z przykrywką. Nie zaobserwowałem zaświetleń, jedynie wiek papieru trochę nabruździł, ale zaraz otworzę świeżą paczkę :)




Następne radiogramy wykonywałem już na papierze chlorowym - mniej czuły, zatem trudniej zaświetlić, pracując pod biurkiem przy zasłoniętych zasłonach i z czerwoną lampką rowerową zamiast lampy ciemniowej :)  Jak widać, dobrze naświetlony radiogram wywoływać można krótko, wystarczy i 30 s, jeśli obraz jest słaby, to nawet długie "męczenie" w wywoływaczu niewiele mu pomoże, pojawi się za to zadymienie:

Właściwie naświetlony radiogram - 5,5 mR/h przez 3 dni (nawet mogłem nieco krócej, a i tak byłby efekt).

Podczas naświetlania wskazówki nie było na tarczy - jak widać, farba świecąca, pod wpływem wilgoci, przeniknęła na tarczę, dając dość intensywne zaczernienie oraz odbity relief loga producenta (UMF Ruhla).
***
W dalszej części eksperymentów wydłużyłem czas naświetlania aż do dwóch tygodni. Jak widać, powyżej pewnej granicy zaciemnienie wzrasta nieznacznie:

5,5 mR/h - z lewej 3 dni, z prawej - 2 tygodnie:)
5,5mR/h - od dołu i od góry przez 2 tygodnie. Na papierze bromowym podobny efekt po kilku dniach :)
Stopień zaciemnienia niewiele się zmienił, co najwyżej można było krócej wywoływać i uniknąć zadymienia.
Porównanie aktywności 3 tarczy zegarkowych - naświetlanie 2 tygodnie, środkowa trochę przepalona, prawa też :)
Naświetlanie przez 4 dni dawką 5,5 mR/h kilku położonych jeden na drugim arkuszy papieru.

To samo za pomocą skali od paliwomierza o podobnej aktywności.

Ciemnia. Od lewej - wywoływacz, przerywacz, utrwalacz, płukanie.
Brytfanna z pokrywą świetnie nadaje się do naświetlania, niektóre źródełka docisnąć można odważnikiem.

czwartek, 5 czerwca 2014

Radioaktywne obiektywy

Kolejnymi przedmiotami codziennego użytku zawierającymi substancje promieniotwórcze są różnego rodzaju obiektywy fotograficzne. W procesie produkcji do szkła przeznaczonego na instrumenty optyczne dodawano związków lantanu, toru i ceru, aby poprawić ich właściwości optyczne (zmniejszenie aberracji, dyspersji itp.). Wbrew pozorom, nie dotyczy to wyłącznie obiektywów radzieckich, a o wiele częściej... japońskich! 
Poniżej parę linków dotyczących obiektywów produkcji japońskiej:

http://fotoblogia.pl/2011/11/06/obiektywy-przy-ktorych-miernik-geigera-przestanie-byc-spokojny

http://www.mowimyjak.pl/newsy/internet-technologie/czy-obiektywy-fotograficzne-moga-byc-radioaktywne,33_65221.html

Szkła te nie należą do tanich, nie pojawiają się też zbyt często na Allegro, zatem jako "źródła" są mało praktyczne, aczkolwiek można nimi testować czułość dozymetrów, gdyż często emisja nieznacznie przekracza tło. Poniżej filmik z obiektywami zza Żelaznej Kurtyny:




Poniżej zdjęcie najbardziej aktywnego obiektywu - Biometar 2,8/80 do aparatów Pentacon Six - jak widać na ww filmie, podobny obiektyw Biometar 2,8/120 w ogóle nie wykazał aktywności :)

  



Podobno niektóre obiektywy typu Tessar powodowały przebarwienia kolorowych zdjęć z powodu promieniowania związków toru użytych do produkcji soczewek. Czy to promieniowanie jest tak silne, by w ciągu ułamka sekundy (zwykle między 1/30 a 1/1000) wywołać zmiany na filmie? Bo podczas noszenia aparatu film jest zasłonięty migawką (często metalową) oraz lustrem (na metalowej podkładce), które powinny w całości absorbować słabe promieniowanie toru. Dla pewności należałoby przeprowadzić eksperyment. Najpierw załadować kolorowy film do aparatu i "wypstrykać" kilka klatek, a następnie, korzystając z wielokrotnej ekspozycji - najpierw potrzymać w ciemności aparat z otwartą migawką (tryb "B"), a po jej zamknięciu wykonać zdjęcie na tej samej klatce w normalnych warunkach. W moich doświadczeniach z radiogramami siatka żarowa typu Auera, zawierająca 99% dwutlenku toru nie była w stanie naświetlić papieru fotograficznego przez dwa tygodnie! Papier był chlorowy, czyli mniej czuły, ale nie sądzę, żebym na bromowym osiągnął zauważalnie lepszy efekt. Oczywiście, błona jest kilkaset razy czulsza, ale jednocześnie krócej naświetlana i dobrze chroniona przez cały czas poza ekspozycją.
Pozostaje odpowiedź na pytanie, czy radioaktywne obiektywy są szkodliwe? Zdecydowanie nie, promieniowanie do tyłu ograniczane jest przez wiele warstw metalu (lustro, migawka, płytka dociskowa filmu oraz tylna klapka aparatu), zaś z przodu obiektyw jest skierowany "w przestrzeń" albo schowany w futerale i przykryty dekielkiem :) Nawet jak celujemy, przystawiając aparat do oka, to światło biegnie przez pryzmat pentagonalny (lub wizjer kominkowy), ale promieniowanie jonizujące nie ulega odbiciu w ten sam sposób, jak światło widzialne. Nie ma się czego bać!

Ciekawe kompendium poszczególnych typów - do zweryfikowania
www.if.pw.edu.pl/~sala/papers/Obiektywy.pdf

niedziela, 1 czerwca 2014

Świecące zegary lotnicze - podsumowanie

Wskaźniki i zegary lotnicze malowane farbą świecącą na bazie radu są jednymi z najmocniejszych źródeł dostępnych na rynku. Niektóre emitują nawet 5mR/h emisji gamma! Tym niemniej, niektóre wykazują bardzo słabą emisję lub jej całkowity brak, stąd konieczność stworzenia krótkiego przeglądu przyrządów dostępnych na naszym rynku. Zegary uszeregowałem od świecących najmocniej:

Wysokościomierz PRW-46 - 5,8 mR/h
Wariometr radziecki WR-10 - 5,5 mR/h, bez szkła aż 6,8 !
Żyrokompas GPK-48 - 3,5 mR/h


Chronometry ACzS -1 - z prawej starsza wersja, bardziej aktywna (farba jest ciemniejsza) - ok. 2,5 mR/h.  
Tarcza polskiego paliwomierza, bez szybki daje 5,5 mR/h, z szybką co najmniej 1 mR/h mniej.
Paliwomierz od MiG-15 - przez szybkę 1,6 mR/h,  te z białą farbą na wskazówce i cyfrach nie świecą wcale.

Wysokościomierz z myśliwca z II wojny - produkcja brytyjska - Bulova B-11 - 1,8 mR/h
 
Szwedzki wysokościomierz z lat 60. - 0,9 mR/h

Bardzo stary radziecki sztuczny horyzont AGP-2  - 1,2 mR/h
Chronometr 8-dniowy od Messerschmitta - tylko 0,076 mR/h :(

Obrotomierz  - przy pomiarze beta dawał wzrost wskazań, ale przy gamma ledwo 0,020 mR/h.
Zakrętomierz z chyłomierzem, typ EUP-46M, emisja minimalna, ale wykrywalna np. Polaronem
Wskaźnik wychylenia klap UZP-47, emisja ledwo wykrywalna.

Teraz zegary zupełnie nieświecące



Termometr TCT-1
Manometr - biała farba, więc wszystko jasne...

Termometr GR-1 od TS-11 Iskra - j.w.

Wskaźnik różnicy ciśnień.
Żyrokompas PZL UK-3 - kompletnie nie świeci, choć farba wygląda na starą ...



Paliwomierz - ale farba biała, więc cichy w przeciwieństwie do pokazanego wyżej :)
Wskaźnik kursu od TS-11 Iskra i nie tylko - kolejne rozczarowanie...

A w UV ładnie świeci i to na 2 kolory :)


Wysokościomierz UB-57.
Wysokościomierz UB-P-1-N - emisja zerowa, choć niektóre elementy wewnątrz lekko świecą (zielona ceramika).
Jak widać, przy oznaczaniu aktywności zegarów niezbędny jest dozymetr, gdyż czasami zżółkła farba może być zupełnie nieaktywna, jak w przypadku wskaźnika kursu i żyrokompasu od Iskry :) Dobrze, że nadmiarowe zegary można opchnąć pasjonatom lotnictwa i militariów :)
Uwaga BHP - jak już wspomniałem w notce o skażeniach, przedostanie się izotopów do naszego organizmu stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia. Zegary lotnicze, jeśli mają nieuszkodzone szkło i hermetyczną obudowę (można poznać po plombach i braku śladów otwierania) - są bezpieczne jeśli chodzi o groźbę skażenia. Promieniowanie, nawet o mocy 5 mR/h słabnie znacząco w odległości 20 cm, a z 1 m jest ledwo wyczuwalne - por. Prawo odwrotnych kwadratów. Zatem jeśli trzymamy tego typu przedmioty np. w metalowej kasetce z dala od miejsc częstego przebywania - nic nam nie grozi. Niebezpieczne jedynie może być dostanie się drobin pyłu do organizmu np. po otwarciu albo stłuczeniu takiego zegara. Farba z wiekiem kruszy się i osiada np. na szkle, a pył jest na tyle drobny, że niewidoczny gołym okiem. Wykryją go tylko czułe dozymetry z "wyższej półki". Lepiej więc dmuchać na zimne.
Poniżej filmiki ukazujące różnice w aktywności różnych zegarów samolotowych (ostatni nie mój):