sobota, 30 sierpnia 2014

Przerwa na urlop

Odmeldowuję się na 2 tygodnie. Nastawiłem parę eksperymentów - szybki od zegarów lotniczych na papierze fotograficznym oraz trochę węgla aktywnego do łapania "emanacji". Dozymetry zabieram ze sobą, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się jakiś "świecący" skarb. Przy okazji zmierzę tło na Mazurach - w okolicach jeziora Śniardwy wydaje się być takie samo jak w większej części Warszawy, wyższe jest w okolicach Kętrzyna - por. TUTAJ.
W międzyczasie pewnie napiszę parę notek :) Do zobaczenia :)

wtorek, 26 sierpnia 2014

Bizmut-214 w opadach deszczu

Znowu pada deszcz, zatem czekam, aż powróci temat wzrostu promieniowania tła, mierzonego przez czujniki instytutu Fizyki UMCS w Lublinie. Kwestia pojawiła się po raz pierwszy we wrześniu 2010 r.:
http://www.twojapogoda.pl/wiadomosci/106985,anomalny-poziom-promieniowania-w-lublinie

Odtąd co jakiś czas powraca, zwłaszcza na forach poświęconych spiskowym teoriom, różnym "chemtrails", New World Order itp. - choćby TUTAJ czy TUTAJ.

Tymczasem sprawa jest dość prosta. W wyniku przemian promieniotwórczych zawarty w ziemi uran-238 ulega stopniowej przemianie w tor-230, następnie w rad-226 i radon-222, który jest gazem. Przedostaje się on stopniowo ku powierzchni gruntu, w międzyczasie przechodząc - po kilku przemianach - w bizmut-214. Pierwiastek ten, jako ciało stałe, pojawia się w powietrzu w postaci aerozoli, dlatego jego stężenie w atmosferze zmienia się w zależności od kierunku wiatru... i opadów. Każdy deszcz gruntownie "przepłukuje" atmosferę, sprowadzając wszelkie pyły i zawiesiny na powierzchnię ziemi. W ten sposób na ziemi - i czujnikach - ląduje też bizmut. Ulega rozpadowi beta minus (i śladowo alfa), jego czas półrozpadu nie jest długi (20 minut), zatem po 200 minutach zanika całkowicie. Dodatkowo - następne partie deszczu bardzo szybko rozcieńczają znajdującą się na ziemi zawiesinę, stąd rychły spadek aktywności przy przedłużających się opadach. Jak ktoś chce sprawdzić bieżące wartości pomiaru dla kilku kluczowych izotopów (w tym Bi-214), zapraszam tutaj:
http://www.radioaktywnosc.umcs.lublin.pl/?id=0

Próbowałem zmierzyć aktywność świeżej deszczówki za pomocą mojego EKO-C, ale próby póki co nie dały rezultatu - albo się za późno do tego zabrałem, albo rozcieńczenie izotopu jest zbyt duże, by mogło być wykryte nawet przez tak czuły licznik. W najbliższym czasie planuję ponowić próby :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rentgenoradiometr DP-5A - początek serii DP-5

Wreszcie trafił mi się klasyczny radziecki rentgenoradiometr* rozpoczynający niezwykle udaną serię DP-5. Model A produkowany w latach 60. został szybko zastąpiony przez bardziej popularny DP-5B, a następnie przez nowocześniejsze DP-5W i WB, zwane "zieleniakami". Wszystkie typy były używane podczas awarii w Czarnobylu, choć najczęściej zobaczyć można DP-5B i W.
Co do różnic, to rzuca się w oczy inna gałka zmiany zakresów, jej szyld oraz pokrętło regulacji napięcia, klapka baterii wkręcana na 4 śruby (zamiast jednego motylka, upierdliwe przy otwieraniu), styki baterii umieszczone równolegle do dłuższego boku obudowy i uchwyt sondy mocowany na kablu, tak jak w naszych DP-66/DP-75. Napięcie zasilania w przystawce zasilania zewnętrznego ustawia się za pomocą 2 zworek. Sam miernik z tego co zauważyłem wymaga 6V do pracy. Okienko pomiarowe sondy jest zalepione czarną folią.  Innych różnic nie zauważyłem, obsługa jest identyczna jak DP-5B, nawet skala jest ta sama.
Mój egzemplarz miał nawet zapasowe tuby G-M do obu zakresów, foliowe woreczki na sondę, komplet uszczelek i śrubek ukrytych w jednej z uszczelek :)

-------------------------
*sprzęt w radzieckiej instrukcji opisany jako "rentgenmetr" choć nie jest typowym rentgenometrem, gdyż ma także cechy właściwe radiometrom (słownik pojęć TUTAJ).














piątek, 8 sierpnia 2014

Thorotrast i radioaktywne specyfiki z "atomowej ery"

Kupiłem starą książkę pt. Farmakologia i toksykologia leków (Józef Dadlez, Piotr Kubikowski, PZWL, wyd. III 1958 r.). Oprócz licznych ciekawych szczegółów (wycofywanie chloroformu już w latach 50., choć eter był stosowany aż do czasów prawie współczesnych!) znalazłem informacje o starym znajomym, który nazywa się... Thorotrast (s. 686 w w/w wydaniu).
Był to środek kontrastowy, koloidalny 25% roztwór dwutlenku toru, stosowany w arteriografii kończyn i mózgu (!!!). Tor jako pierwiastek ciężki (A=90) jest mało przepuszczalny dla promieni rentgenowskich, ułatwia więc ukazanie tkanek miękkich, do których został wprowadzony. Kontrast tych rentgenogramów był świetny, nikt jednak nie pomyślał, że jako emiter alfa o dość długim czasie rozpadu może dokonać spustoszenia w organizmie, zwłaszcza, że wydala się bardzo powoli i w minimalnych ilościach, większość kumuluje się. Roztwór wstrzykiwano dożylnie, nowotwory pojawiały się po wielu latach. Zimno się robi na samą myśl. Nawet ten stary podręcznik wyraża wątpliwość "Ma on poza tym właściwości radioaktywne. Dlatego też stosowanie toru jako środka kontrastowego budzi duże zastrzeżenie" (cyt. za - ibidem). Obecnie jako kontrast stosuje się nieszkodliwy siarczan baru lub związki jodu.
Thorotrast
Innym radioaktywnym środkiem był kompleksowy związek - cytrynian torowo-sodowy (thorium natrio-cictricum) stosowany w pielografii - badaniu miedniczek nerkowych. Dziwić może tak długi czas stosowania owych specyfików, skoro już sprawa pracownic fabryki zegarków pokazała, że skażenie, zwłaszcza wewnętrzne, organizmu substancjami promieniotwórczymi może wywołać chorobę popromienną, nowotwory i śmierć.
Thorotrast to jedynie wierzchołek góry lodowej i jeden z ostatnich tego typu środków. Dwadzieścia lat wcześniej było ich na rynku zatrzęsienie, łącznie ze słynnym Radithorem i wieloma innymi, polecanymi na schorzenia ciała i umysłu.
Innym niesławnym rozdziałem w historii nuklearnej medycyny były eksperymenty, w czasie których wstrzykiwano ludziom związki plutonu. Jeden z eksperymentów przeprowadzono podczas trwania Projektu Manhattan. Robotnik, który uległ wypadkowi samochodowemu i miał wielokrotne złamania otwarte, otrzymał kilka zastrzyków z plutonem, a złamania pozostawiono bez złożenia, aby można było pobrać próbki kości. Pomimo otrzymania sporej dawki pacjent przeżył eksperyment i zmarł kilka lat później z przyczyny niezwiązanej bezpośrednio z radioaktywnością. Inni nie mieli tyle szczęścia, gdyż pluton należy do najbardziej radiotoksycznych izotopów, choć odporność na skażenie i zatrucie wykazuje dużą zmienność osobniczą.

Skoro już jesteśmy przy świecących lekarstwach, warto podać parę przykładów kosmetyków, leków i innych gadżetów wykorzystujących promieniowanie:

Pgólnie o zastosowaniu toru (siatki, leki, elektrody)

Fotki kosmetyków, zegarków, szkła uranowego

Mój faworyt - zestaw małego fizyka jądrowego z 4 izotopami uranu

Dodatkowy opis atomowej zabawki

Pozostałe zabawki z "atomowej ery"


Poniżej parę przykładów z Wikimedia Commons:

Tho-Radia-IMG 1228


Radium-palp



Revigorator



niedziela, 3 sierpnia 2014

Gamma Scout czy EKO-C - wady i zalety - recenzja

Dylemat ten stanął przede mną podczas poszukiwania dozymetru do wykrywania skażeń emiterami alfa, wyszukiwania aktywnych obiektów oraz pomiarów słabych źródeł.


Pomiar emisji alfa wymaga tuby G-M z okienkiem mikowym, przepuszczającym cząstki alfa, które zatrzymać może kartka papieru lub kilka cm powietrza. Większość kieszonkowych radiometrów na rynku mierzy tyko emisję gamma i beta (Polaron Pripyat, ANRI Sosna), tańsze tylko gammę (Biełła, Master-1). W przyrządach popularnych pomiar alfa pojawia się rzadko - radziecki kieszonkowy Expert jest wyjątkiem, słyszałem też o jakichś sondach zewnętrznych do Sosny i RKSB-104 (z tubą SBT-11 lub okrągłą SBT-13). Trzeba zatem sięgnąć do sprzętu z wyższej póki, ale niestety krajowy rynek jest dość ubogi. Interesujące są praktycznie dwie pozycje - w szranki stanął Gamma Scout oraz nasze krajowe „żelazko” Polon EKO-C. Opierając się na opiniach praktyków postaram się przybliżyć wady i zalety obu mierników. Oczywiście, pojedynek nie będzie wyrównany, gdyż po jednej stronie stanie przyrząd dość skomplikowany, ale nadal klasy popularnej, po drugiej - prosty, ale jednak laboratoryjny.

Gamma Scout ma wiele różnych funkcji, jedne są przydatne, inne tylko zaś to bajery. Występuje w kilku wersjach - Standard, Alert, Rechargeable i Online - z zewnątrz różniących się tylko etykietą - fotografie różnych wersji. Wersja postawowa kosztuje ok. 1400 zł, kolejne są droższe o 100-200 zł, ceny kończą się na 2000 zł. Każdy skok ceny oznacza dodatkową funkcję - pikanie i alarm w wersji Alert, ładowalne akumulatorki w Rechargeable oraz opcję monitora promieniowania współpracującego z komputerem (Online). Trochę jak w tanich liniach lotniczych, gdzie trzeba płacić za każdą dodatkową pierdołę. W dodatku „zbyt częste” włączanie dźwięku (w wersji bez akumulatorków) jest rejestrowane przez przyrząd i skutkuje odpłatną wymianą baterii, nawet w okresie gwarancyjnym (!).

Miernik mierzy emisję alfa, beta i gamma, w tym celu posiada przesłonę, odcinającą pozostałe rodzaje promieniowania, co jest dużym plusem. Przy pomiarze alfa - gołe okienko sondy, przy becie - przykryte cienką folią aluminiową, by alfę odciąć, przy gammie - grubszy metal. Patent dobry, ale nienajlepsze ekranowanie sondy powoduje, że miernik łapie promieniowanie „bokami”. co fałszuje pomiar, zwłaszcza w rejonach o podwyższonym promieniowaniu. Rozrzut wyników pomiaru jest również dość spory.

Co więcej, przy wyższych dawkach miernik nagle zaczyna zaniżać pomiar, co stwierdził jeden z Kolegów podczas wyprawy do Strefy. Dodatkowo serwis naciągnął go na 59 euro z racji „niewykrycia uszkodzenia” i przeprowadzenia dodatkowej kalibracji (bez jednoczesnego sprawdzenia tuby!).

Powierzchnia okienka sondy jest dość mała i z tego co wiem, nadaje się bardziej do poszukiwania silnie aktywnych materiałów w rejonie o podwyższonym tle (Strefa, kopalnie), natomiast w normalnych warunkach łatwo przeoczyć „świecący” przedmiot. Trzeba przykładać miernik pod różnymi kątami, a pomiar skażeń powierzchni może zająć lata. Okienko jest z przodu obudowy, a nie na spodzie, zatem pomiar niektórych źródeł powierzchniowych, a także poszukiwania np. na ziemi - są mocno utrudnione.

Obudowa wykonana z wściekle żółtego plastiku wygląda na dość tandetną, trzeszczy w ręce i nie sprawia wrażenia szczelnej. To samo tyczy się klawiatury, która w dodatku nie ma blokady, chroniącej przed przypadkowym włączeniem. 

Baterie są wlutowane na stałe (!) i powinny starczyć na 10 lat, ale pod warunkiem nienadużywania alarmu i głośniczka. W droższych wersjach są to akumulatorki, które można ładować, również przez USB. Nie lubię stałych źródeł zasilania, nie można było tego zasilać z baterii 9V, łatwej do nabycia i wymiany? Zwłaszcza przy tak niskim poborze prądu? Producent pisze o konieczności podtrzymania zasilania celem uniknięcia utraty danych (miernik zapisuje pomiary), ale można było to rozwiązać tak jak baterie od BIOS-u w komputerach.
Miernik może zapisywać wynik pomiaru w regulowanych odstępach czasu, nawet i przez kilka dni, tygodni czy miesięcy. Do tego liczne funkcje statystyczne, jak średnia czy pomiar skumulowany, przydatne przy dłuższych wędrówkach - por. tu Sprawozdanie z pomiarów i ulepszenia miernika (ENG)

Na deser zostaje instrukcja Gamma Scouta, która w wersji polskiej ma dość kaleczone tłumaczenie i zawiera dziwne określenia niestosowane w polskiej dozymetrii. Licznik "okienny" to najłagodniejsze z nich...

Podsumowując, miernik jest bardzo rozbudowany, ale mocno niedopracowany, niestarannie wykonany, a obsługa gwarancyjna pozostawia wiele do życzenia.  I to wszystko za prawie 2 tysiące... W sumie tandetne wykonanie i inne niedostatki byłbym gotów wybaczyć, ale za... 500 zł. Sprzęt ma duży potencjał, ale wymienione braki przy wysokiej cenie czynią zakup bardzo ryzykownym. W dodatku ewentualna odsprzedaż używanego nie będzie łatwa, póki co nie widziałem na Allegro używanych, zaś nowe nie schodzą „jak świeże bułeczki”. Na chwilę obecną - 3 sierpnia 2014 - na Allegro jest 59 egzemplarzy u różnych sprzedawców, nabyty został... 1, w najtańszej wersji. W ciągu ostatnich 3 miesięcy (później aukcje są archiwizowano), nabyto jeszcze 2 sztuki, przy podobnej podaży na rynku.

***

Spojrzyjmy na konkurenta.
EKO-C to typowe „źelazko” służące do wykrywania skażeń powierzchni emiterami alfa i beta oraz do poszukiwania materiałów radioaktywnych. Generalnie urządzenie jest proste, ma raptem kilka przycisków, nie odróżnia emisji beta od alfa jak Scout, nie ma opcji rejestrowania ani innych bardziej zaawansowanych bajerów. Tuba jest duża, możemy więc szybko sprawdzić, czy nie skontaminowaliśmy biurka albo poszukiwać różnych obiektów. Ochronna kratka o oczkach 8x8 mm choć częściowo osłania mikowe okienko przed uszkodzeniami. Okienko w Gamma Scout nie ma żadnej osłony i nawet instrukcja ostrzega przed uszkodzeniem go np. długopisem (!).
Sprzęt bajerów za wielu nie ma oprócz precyzera uśredniającego pomiar oraz odejmowania wartości tła od pomiaru, co jest bardzo przydatne. Najpierw włączamy miernik w miejscu o niskim tle, uruchamiamy odpowiednią funkcję, a następnie przyrząd sam odejmuje wartość tła od łacznej wartości pomiaru. Precyzer zabezpiecza przed nadmiernym „skakaniem” wyniku. Tuba ma podobne osiągi do tej z Gamma Scouta, aczkolwiek emisję beta mierzy od 100 keV zamiast 200. Większa tuba ułatwia poszukiwania świecących przedmiotów, nie trzeba jakoś szczególnie "celować" tak jak malutkim okienkiem Scouta. Oczywiście, ma to swoje wady, gdy chcemy przyłożyć miernik do jakiejś małej i trudno dostępnej powierzchni. Wizualnie EKO-C też sprawia lekko tandetne wrażenie - wściekłe kolory, gruba rączka i odklejająca się membranowa klawiatura - ale rekompensuje to własnościami użytkowymi, prostotą i dokładnością.

W przeciwieństwie do oponenta, podaż na rynku jest niewielka, jeśli nie zerowa. Nowe kosztują 3-4 tys., używane pojawiają się od wielkiego dzwonu, ew. trzeba „kombinować” po znajomości. Nie jest to „zabawka”, tylko przyrząd dla fachowców, choć dobrze obeznany amator też zrobi z niego właściwy użytek. 
Podsumowując - wybrałem EKO-C, choć Scout kusił fajerwerkami, ale laboratoryjna dokładność i niższa cena ostatecznie przeważyły.Nie sądzę też, abym w dającej się przewidzieć przyszłości połakomił się na Gamma Scouta :)


Nie mam własnych zdjęć, więc zamieszczam linki:

opis po niemiecku

zdjęcie RTG wnętrza