wtorek, 28 kwietnia 2015

Pożar lasu wokół Czarnobyla - czy jest zagrożenie?

Ostatni pożar lasu w pobliżu elektrowni jądrowej w Czarnobylu obudził wszystkie czarnobylskie demony. Znowu pojawiły się teorie spiskowe o władzach ukrywających poziom promieniowania, widoczne zarówno w tekście, jak i komentarzach na tym blogu - http://www.monitor-polski.pl/pozary-wokol-czarnobyla-moga-byc-powaznym-zagrozeniem-dla-europy/ 
Echa Czarnobyla są wciąż żywe, społeczeństwo nie wierzy władzom, w co którymś komentarzu przewija się motyw "wtedy też mówiono, że nie ma zagrożenia". Teraz na szczęście mamy sieć radioactive@home oraz drugą uRADMonitor, a sprzęt dozymetryczny jest dużo łatwiej dostępny niż w 1986 r., co ma oczywiście wady i zalety. Licznik Geigera w rękach amatora może wykazać dosłownie wszystko.  Pomijam już pogłoski o spisku Żydów, masonów i cyklistów :)
A tak ad meritum - nie pali się las w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni, tylko w szerszej strefie buforowej, która nie jest tak silnie skażona. Poza tym, spora część izotopów uległa już rozpadowi - całość jodu-131 (czas półrozpadu 8 dni), połowa strontu-90 i cezu-137 (t1/2 odpowiednio 28 i 30 lat). Duża część została wypłukana przez deszcze w głębsze warstwy gleby. Oczywiście, pewna ilość została wychwycona przez drzewa i rośliny, stąd podczas ich spalania uwalniana jest do atmosfery, a z wodą gaśniczą - do gruntu. Tym niemniej, kluczowe jest duże rozcieńczenie substancji aktywnych, zarówno w drewnie, jak i w dymie czy popiele. Powtórka z 1986 r. nam nie grozi, gdyż wówczas otwarty, rozpalony do białości reaktor ział strumieniem radioaktywnych pyłów na dużą wysokość, co obecnie nie ma miejsca (niższa temperatura, mniejsza zawartość izotopów itp.).

niedziela, 26 kwietnia 2015

29. rocznica katastrofy w Czarnobylu

Dziś o 1.24 w nocy przypada kolejna, już 29. rocznica katastrofy w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. Lenina (CzAES - Czarnobylskaja Elektrostancija). Wypadek ten, jeden z najtragiczniejszych w przemyśle XX w., pociągnął za sobą liczne konsekwencje - od skażenia środowiska, przez podkopanie prestiżu dogorywającego ZSRR, aż po ostateczne zachwianie wiary w bezpieczeństwo energetyki jądrowej.
Nie będę tu streszczał przyczyn katastrofy, gdyż pisałem o tym rok temu. W skrócie mogę powiedzieć, że katastrofa zdarzyła się w szczególnie niebezpiecznym typie reaktora, na skutek popełnienia wielu rażących zaniedbań i niedociągnięć podczas źle zaplanowanego eksperymentu. W elektrowni wcześniej zdarzały się różne awarie, z czego jedna na dobę przed ostateczną katastrofą. Pośpiech, złe przeszkolenie, niechlujstwo, braki materiałowe - powszechne w ZSRR - nie ominęły także strategicznego sektora energetyki jądrowej. Dość wspomnieć, że strażacy z zakładowej straży pożarnej nie mieli ani sprzętu dozymetrycznego, ani ubiorów ochronnych odpowiednich do miejsca, w którym pracowali. Nie mieli też przede wszystkim wiedzy dotyczącej zagrożenia. Gdy jako pierwsi pojawili się na miejscu pożaru, dotykali porozrzucanych kawałków grafitu z reaktora, które wykazywały ogromną aktywność promieniotwórczą. Później chorowali na chorobę popromienną, kilku z nich zmarło. Ich pamięci poświęcony jest pomnik w Czarnobylu:

(źródło - Wikipedia).
Do ofiar należy doliczyć też tzw. likwidatorów, których było łącznie ok .200 tys. Ludzie ci, często z pobudek ideowych, podejmowali się najtrudniejszych zadań, jak otwarcie zaworów w zalanym basenie pod reaktorem, drążenie tunelu, loty śmigłowcem nad płonącym reaktorem (1 załoga zginęła zawadzając o komin). Do ekstremalnych zadań należy zaliczyć też pracę tzw. robotów biologicznych, czyli ludzi w ołowianych kombinezonach, którzy zrzucali kawałki paliwa jądrowego i grafitu z dachu reaktora. Moc dawki była tak wysoka, że mogli przebywać tam tylko 40 sekund, otrzymywali w tym czasie taką dawkę, jaką normalny człowiek otrzymuje przez całe życie. Elektroniczne roboty zdalnie sterowane w takich warunkach po prostu wariowały, pracę musieli więc wykonać ludzie. Po rozpadzie ZSRR utracono kontrolę nad likwidatorami, nie wiadomo więc, ilu zmarło, ilu choruje. 

***
Obecnie stary sarkofag w Czarnobylu pokrywany jest nową konstrukcją, mającą zastąpić poprzednią, budowaną pośpiesznie po katastrofie. Cześć radioizotopów uległa już rozpadowi, reszta przeniknęła wgłąb gleby, zatem tło obniża się. Do Strefy jeżdżą wycieczki, kupujące dozymetry na Allegro, chcące sprawdzić poziom promieniowania lub wcielić się w Stalkerów z serii popularnych gier komputerowych. Zaufanie wobec energii atomowej jest niskie, a dodatkowo obniżyła je niedawna awaria w Fukushimie (2011). Ruchy ekologiczne wykorzystują Czarnobyl jako symbol atomowej zagłady, choć w obecnym bilansie tła pozostałości Czarnobyla stanowią ok. 1%. Losy polskiego programu energetyki jądrowej będą naznaczone Czarnobylem już zawsze.

Abstrahując jednak od powyższego, pamiętajmy dziś o wszystkich, którzy oddali życie walcząc ze skutkami katastrofy.




sobota, 25 kwietnia 2015

Izotopowy czujnik przeciwoblodzeniowy

Jak donosi Stalker z Krakowa, w Muzeum Lotnictwa znajdują się silniki odrzutowe wyposażone w izotopowe czujniki przeciwoblodzeniowe. Czujniki te mają specjalne osłony, zabezpieczające przed nadmierną dawką promieniowania, stąd emisja na zewnątrz jest relatywnie niska (0,5-0,8uSv/h po przyłożeniu miernika do obudowy, czyli mniej niż radowe źródło do produkcji radonu dające 1,2uSv/h). Tymczasem jeden z czujników we francuskim silniku Snecma Atar 09c z 1959 r. ma uszkodzoną obudowę i sieje 10uSv/h z odległości kilkudziesięciu cm, jak widać na zdjęciu:


Czujniki przeciwoblodzeniowe montowano zwykle na krawędziach natarcia skrzydeł i innych elementach, gdzie oblodzenie mogłoby pogorszyć aerodynamikę lub warunki pracy silników (wloty powietrza!). Z relacji Stalkera wynika, że większość maszyn w Muzeum ma zdemontowane czujniki, tak samo jak zegary z farbą radową, ten czujnik jednak się uchował.Będę musiał sprawdzić parę muzeów w Warszawie.
Zachęcam jednocześnie do zgłaszania tego typu radioaktywnych znalezisk przez formularz kontaktowy Bloggera, najlepiej ze zdjęciami :)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Sygnalizator Polon PM-1401

Tym razem sprzęt dla tajniaków, używany m.in. przez służby celne do wykrywania przemytu materiałów radioaktywnych. Urządzenie wykorzystuje detektor scyntylacyjny i jest najbardziej czułe na promieniowanie gamma o małych energiach (brak kompensacji energetycznej), ponieważ ma wykrywać przede wszystkim promieniowanie od materiałów rozszczepialnych. Czułość urządzenia dla promieniowania o energii ok. 1 MeV jest 10 x mniejsza niż dla energii 0,1 MeV, choć zakres energii zawiera się między 0,06 a 3 MeV.
Sprzęt zasilany jest 4 paluszkami R6 / AA, obudowę rozmiarów walkmana wykonano z solidnej metalowej blachy wyposażonej w dołączany klips do pasa. Posiada wyświetlacz podający ilość impulsów (po podzieleniu przez 100 wychodzi moc dawki w µSv/h) oraz tryb pracy i inne komunikaty. Do zestawu dołączony jest sygnalizator wibracyjny w postaci "zegarka" na rękę, podłączonego kablem do miernika. W miarę zbliżania się do źródła sygnalizator wibruje przy jednoczesnym braku sygnału dźwiękowego, co jest przydatne w warunkach hałasu lub gdy zależy nam na dyskrecji. Całość dostarczana jest w plastikowym pudełku z przegródkami, niestety klips trzeba każdorazowo demontować przed włożeniem miernika do opakowania. W pudełku są też przegródki na baterie, które należy wyjmować podczas dłuższego postoju sprzętu. 
Podczas pomiaru należy trzymać miernik wyświetlaczem do siebie, czujnik jest umieszczony pośrodku korpusu. Przydałaby się sonda na kablu, sprzężona np. z alarmem wibracyjnym mocowanym do nadgarstka - ułatwiłoby to dyskretne manewrowanie urządzeniem. Miernik jest przewidziany do zaczepienia o kieszeń lub pasek, choć nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie przy poszukiwaniu źródeł, do których czasem trzeba się mocno zbliżyć...

 

Urządzenie może służyć m.in. do szukania szkła uranowego lub innych świecących fantów. Nie musimy już wkładać sondy od DP-5B w rękaw i słuchawek pod kaptur, a i czułość jest większa. Z moich pomiarów wynika, że zegar lotniczy 6,8 mR/h wykrywa przy największej czułości z 1,8 m. Zegary 5,5 mR/h z odległości 1,1 m, niezależnie od rozmiarów i kształtu tarczy (tak samo paliwomierz, jak i DP63Aprzy tej samej mocy dawki).  Gorzej jest ze słabszymi źródłami, choć nie wszystkimi. Tarczę od budzika (0,07mR/h) wykryje dopiero z 10 cm, natomiast szkło uranowe już z 50 cm. Punktowe źródło, jak np. gałka włącznika lotniczego (1,6mR/h) wykrywane jest dopiero z 30 cm. Metalowa obudowa tłumi większość emisji beta, jednakże mocniejsze źródła są wykrywane z ok. 10 cm.

Można stwierdzić, że istotny jest kształt poszukiwanego źródła oraz rodzaj izotopu, a więc także energia promieniowania. Wg instrukcji przyrząd wykrywa 400 kBq cezu-137 z odległości 1 m, 2,4 g plutonu z broni jądrowej z 2 m i 10 g uranu-235 z 30 cm. Jak widać, rozrzut jest znaczny, tym niemniej sprzęt należy do bardzo przydatnych. W dodatku jest to dosyć nowa konstrukcja, mój egzemplarz pochodzi z 2001 r.

***
Po przetestowaniu sprzętu mogę wyciągnąć następujące wnioski:
  1. Wykrywanie szkła uranowego jest mocno utrudnione, należałoby trzymać miernik w dłoni i przysuwać bezpośrednio do obiektu
  2. Miernik wykrywa elektrody TIG z dodatkiem 2% dwutlenku toru - 3 takie elektrody o średnicy 3 mm leżące na ziemi spowodowały wzrost wskazań miernika zawieszonego przy pasku (odległość ok. 1 m)
  3. Wykrywa również obiektywy zawierające tor z odległości ok. 20 cm - sprawdzone na opisanym wcześniej obiektywie Biometar leżącym w szklanej gablocie.
  4. Kompas morski leżący na ziemi powoduje wyczuwalny wzrost wskazań przy pomiarze z wysokości pasa, wynik gwałtownie skacze po przyklęknięciu obok źródła.
  5. Dokładna lokalizacja mocnego źródła które przekracza próg, w którym wibracje / piknięcia zlewają się w jedno, wymaga restartu urządzenia, by zaczął mierzyć od nowego, podniesionego poziomu tła, miernik wydaje przy tym dekonspirujące piknięcie i trzeba czekać 36 sekund.
  6. Klips do paska nie trzyma zbyt mocno, sugerowałbym nosić miernik w cienkim pokrowcu, np. na smartfon lub ładownicy.
  7. Kabel przyłączeniowy sygnalizatora wibracyjnego wymaga dość mocnego wciśnięcia i podobnej siły przy wyjmowaniu, a mimo to potrafi się obluzować, załączając przy tym głośnik.
  8. Przydałby się wskaźnik poziomu baterii, byśmy wiedzieli, jak długo jeszcze możemy mierzyć, zwłaszcza że sygnalizacja zwiększa pobór prądu i skraca czas pracy.
  9. O otwieranym okienku beta nie śmiem marzyć ;)
  10. I sondzie na kablu, którą dałoby się umieścić na nadgarstku...

niedziela, 19 kwietnia 2015

Przełącznik lotniczy AZR-20A

Dziś trafił mi się na targu lotniczy przełącznik dwupozycyjny AZR-20A. W przeciwieństwie do współczesnych posiada on na końcu dźwigienki małą kropkę z farby radowej. Kropka ta daje 1,2-1,6 mR/h (Sosna z bliskim rozstawem tub podaje niższy wynik, Polaron wyższy, choć odległość czujników jest podobna). Przełącznik służył w samolotach wojskowych, gdzie jego dźwignia musiała być widoczna niezależnie od oświetlenia pokładowego. Podobne elementy występowały też w wojskowych radiostacjach, m.in. w polskich R-ileśtam.Współczesne przełączniki mają farbę okresowego świecenia, która nie wykazuje aktywności. Rozpoznać można ją po kolorze i fakturze - kolor jest podobny do tego ze świecących tabliczek "WYJŚCIE EWAKUACYJNE" czy "GAŚNICA" (stare mają wypłowiały pomarańczowy, trochę jak końcówka petard zapalanych "na pocierkę"). Również faktura nowej farby jest gładka, zaś stare miały powierzchnię podobną do główki zapałki lub wspomnianej wyżej petardy (korsarz, K-201 itp.). Niektórzy sprzedawcy na Allegro wręcz reklamują się, że farba na ich włącznikach nie zawiera substancji radioaktywnych :)


To tylko plomby :)

Tabliczka znamionowa.

I to, co nas interesuje :) Kto miał petardy, od razu skojarzy ;)


środa, 15 kwietnia 2015

Radiometr Intertechnique DT-11 - francuski odpowiednik RK-67

Dzięki uprzejmości p. Krystyny mogę dziś przedstawić francuski radiometr beta-gamma firmy Intertechnique, model DT-11. Sprzęt jest zbliżony parametrami do naszego krajowego RK-67 z Polonu, choć obudowa jest wykonana w stylistyce lat 60.:







Sprzęt można nabyć TUTAJ

wtorek, 7 kwietnia 2015

Treningowa wersja DP-5B

Na rosyjskim forum rhbz.org znalazłem taki oto WĄTEK. Jak widać, Sowieci produkowali treningowe wersje rentgenoradiometrów DP-5B, analogiczne do naszych DP-66MS. Sądząc po fotografiach zasada działania była taka sama - instruktor za pomocą małego pulpitu na długim kablu symulował warunki skażenia, zaś szkolony miał ustawić miernik na właściwy zakres i dokonać pomiaru. Zresztą zobaczcie sami (foto z w/w wątku):
Zestaw w fabrycznym papierze.








środa, 1 kwietnia 2015

Indykator promieniowania BIR-3 (БИР-3)

Dzięki uprzejmości p. Katarzyny mam możliwość zaprezentowania radzieckiego indykatora promieniowania BIR-3 (БИР-3 = bytowoj indikator radioaktiwnosti). Urządzenie służy do orientacyjnego szacowania poziomu promieniowania, analogicznie jak w innych miernikach tej klasy. Trzy diody odpowiadają znanemu schematowi "bezpiecznie / uwaga / zagrożenie". Miernik ma kształt latarki, a zasilany jest akumulatorem, ładowanym przez podłączenie całego urządzenia do sieci 220V. Widzę tu analogię z radzieckimi latarkami ładowanymi w gniazdku, nawet obudowa jest podobna :)


Nie miałem sprzętu w ręku, ale najprawdopodobniej progi poszczególnych zakresów są podobne jak w miernikach "Palesse", "Copris" czy "Strielec". Z tego co pamiętam, akumulatory w radzieckich latarkach lubiły puchnąć od wydzielających się gazów (brak pochłaniacza), ale dawało się je przywrócić do działania przez nakłucie :) Analogicznych zabiegów (lub wymiany na nowszy odpowiednik) mogą wymagać akumulatory w tych miernikach.