niedziela, 21 stycznia 2018

Przypadek Ebena Byersa


Eben Byers był przemysłowcem i sportowcem, absolwentem Uniwersytetu Yale i najbardziej znaną ofiarą "radowego szaleństwa". Wszystko zaczęło się od upadku z górnej pryczy w wagonie sypialnym, gdy wracał z meczu futbolowego w 1927 r. Byers doznał kontuzji ramienia i skarżył się na uporczywy ból. Lekarz zalecił mu Radithor, popularny wówczas "cudowny środek", polecany na wszysto, od grypy po impotencję. Był to w rzeczywistości roztwór soli radu w wodzie trzykrotnie destylowanej o stężeniu  tak dobranym, aby łączna aktywność* wynosiła 1 mCi (37 kBq) radu-226 i 228. Specyfik został opracowany przez Williama J.A. Baileya, który fałszywie podając się za lekarza (wyleciał ze studiów medycznych), wypromował Radithor i inne radowe specyfiki, dorabiając się na tym fortuny (i raka pęcherza, na którego zmarł). Według niego radioaktywność miała stymulować układ hormonalny. Producent oferował lekarzom 17% rabat za przepisywanie tego środka pacjentom.

Eben Byers odczuł poprawę po zażyciu Radithoru, polecał go więc znajomym, a nawet rozsyłał opakowania specyfiku. Łącznie zażył 1400 buteleczek tego środka, zanim przestał go przyjmować w 1930 r. Zakumulowany rad wywołał raka szczęki i ropnie mózgu, część żuchwy po prostu się rozpadła. Byers ostatecznie w 1932 r. zmarł na raka, a nie, jak się powszechnie uważa, na ostrą chorobę popromienną. W chwili śmierci ważył 40 kg. 

Jego zwłoki pochowano w trumnie wyłożonej ołowiem, a ekshumowane w 1965 r. do badań nadal wykazywały radioaktywność. Okres półrozpadu radu wynosi 1600 lat, zatem przyszłe pokolenia badaczy nadal będą mogły zmierzyć ich aktywność. Zgon Ebena Byersa był jednym z sygnałów końca epoki radowego szaleństwa, którego zwiastunem była już wcześniejsza sprawa pracownic fabryki zegarków. Federalna Komisja Handlu wszczęła proces przeciwko sprzedawcy Radithoru, lecz nie mogła powstrzymać go od sprzedaży radioaktywnych środków "leczniczych". Jednakże stopniowo zaczęła budzić się świadomość zagrożeń wywołanych przez radioaktywność, która po Hiroszimie i Czarnobylu przerodzi się wręcz w radiofobię.



wtorek, 16 stycznia 2018

Detektor śladowy z folią CR39 do pomiaru stężenia radonu

Stężenie radonu w budynkach jest bardzo istotną kwestią z zakresu ochrony radiologicznej. Radon stale wydziela się z podłoża skalnego jako efekt naturalnych przemian promieniotwórczych radu, skąd przenika do gleby, a następnie przez piwnice do budynków. Przy niewystarczającej wentylacji może osiągać duże stężenia. Intensywność ekshalacji radonu zależy zarówno od miejscowych czynników geologicznych, jak również od pory dnia i roku, warunków klimatycznych itp. Przykładowo wynikający z różnic temperatur powietrza efekt kominowy powoduje zasysanie radonu z piwnic i jego przedostawanie się na wyższe kondygnacje budynku.
Do pomiaru stężenia radonu wykorzystuje się różne metody, jedną z nich są detektory śladowe. Zawierają one pasek specjalnej folii CR39 w plastikowej komorze dyfuzyjnej z filtrem eliminującym stałe produkty rozpadu radonu. Radon przenika do wnętrza komory, a emitowane cząstki alfa powodują mikrouszkodzenia folii. Po ekspozycji przez okres 3-6 miesięcy folia jest wytrawiana w ługu sodowym, co uwidacznia ślady cząstek alfa. 
Źródło http://docplayer.pl/56414644-Co-nowego-w-dozymetrii-detektory-sladowe.html

Ślady mogą być zliczane pod mikroskopem lub automatycznie w specjalnym czytniku, np. RadoSys 2003 o 100-krotnym powiększeniu i współpracującym z komputerem. 


Źródło http://www.iaea.org/inis/collection/NCLCollectionStore/_Public/40/026/40026127.pdf
Detektory kalibrowane są w specjalnych komorach radonowych, gdzie poddaje się je działaniu różnych stężeń radonu, aby mieć podstawę do późniejszych obliczeń. Folie CR-39 są jednorazowego użytku, gdyż ślady cząstek alfa, jeszcze powiększone przez trawienie, mają charakter trwały. Co ciekawe, podobną wrażliwość na cząstki alfa wykazują... płyty CD i DVD, które w dozymetrii awaryjnej mogą zastąpić folię CR-39.
Poniżej przykładowy detektor stosowany przez CLOR (podziękowania dla Zuzanny!):

Detektor w stanie rozłożonym - u góry pasek folii CR-39 i filtr bibułkowy.
Przygotowując detektor do pomiaru kładziemy pasek folii w wycięciach na dnie komory dyfuzyjnej.
Pasek przyciskamy okrągłą uszczelką wchodzącą w wycięcia w dnie komory.
Na komorę zakładamy filtr bibułkowy.
Dociskamy pokrywką z otworkami.
Na koniec wciskamy dekiel - do oporu aż zaskoczy, radon dostaje się przez otwory w brzegu pojemnika.
Sprawdzamy, czy dekiel zaskoczył na całym obwodzie, by nie było szczelin.
I możemy umieścić detektor w miejscu, gdzie będziemy mierzyć stężenie radonu, warto zanotować datę i godzinę oraz wybrać miejsce, gdzie nikt nie będzie przesuwał detektora.

niedziela, 14 stycznia 2018

Film o Marii Skłodowskiej Curie (2016) - recenzja


Wreszcie obejrzeliśmy film "Maria Skłodowska-Curie" z Karoliną Gruszką w roli głównej.  Celowo nie oglądałem go samemu, aby nie być posądzonym o skrzywienie pasjonata fizyki i chemii. Ale po kolei...
Film zawiera krótki wycinek z życia Marii pomiędzy pierwszą a drugą nagrodą Nobla. Nie wiadomo za bardzo, skąd wzięła się w Paryżu ani kim w ogóle jest.  Przydałoby się przywołać choćby w retrospekcji przyjazd Skłodowskiej do Francji czy parę scen z kraju pod zaborami. Warto byłoby też przedstawić działalność uczonej podczas I wojny światowej, gdy wraz z córką prześwietlała żołnierzy w polowych aparatach RTG nieraz w bezpośredniej bliskości frontu, a nawet zrobiła prawo jazdy i prowadziła ciężarówki z tymi pracowniami. Ale dobrze, skoro reżyser wybrał ten zakres, odniosę się do samej treści filmu.
1. Bardzo mało nauki. Do końca nie wiadomo, na czym polegało odkrycie Skłodowskiej. Wiadomo tylko, że jakieś promieniowanie, mogące leczyć raka, ale mogące też dostać się w niepowołane ręce, jak dynamit wynaleziony przez Alfreda Nobla. 
Nie został w ogóle ukazany ogrom fizycznej pracy, która doprowadziła do odkrycia radu i polonu - przecież to było gotowanie i odparowywanie setek kilogramów blendy smolistej! A tutaj jedynie widzimy, jak małżonkowie Curie nocą spieszą do laboratorium, gdzie już stoją rzędy świecących probówek. Warto byłoby pokazać, skąd się one tam wzięły i jakim kosztem.
Nie wspomniano również... polonu, odkrytego równolegle z radem i nazwanego na cześć Polski, ojczyzny Marii, będącej wówczas pod zaborami.
Laboratorium w szopie pojawia się tylko w kilku ujęciach i nie odbywają się w nim jakieś istotne prace, nie licząc jednego pomiaru. Medyczne zastosowanie radu - jedna scena, w dodatku niezbyt czytelna. Negatywny wpływ promieniowania na zdrowie Marii i Piotra - liźnięte (ona ma zniszczone palce, on wymiotuje, możliwa anemia). Nie ukazano eksperymentów Piotra z działaniem promieniowania na sobie, choć w filmie byłoby to bardzo efektowne.


2. Nie podkreślono intelektu Marii, za wyjątkiem merytorycznej dyskusji z Albertem Einsteinem. Przez większość filmu jawi się jako osoba niesamodzielna i zagubiona ("Piotr by wiedział, co robić", "Piotr był lepszy"). Maria pozbawiona jest stanowczości, a w tamtych niełatwych dla kobiet realiach musiała być bardzo przebojowa, aby skończyć studia i wykładać na Sorbonie. Jakiś kontrast z postacią Michaliny Wisłockiej ze "Sztuki kochania"! Wiem, inna epoka, inna materia, ale Marię też można byłoby przedstawić jako "babę z jajami", nie pomijając jednocześnie chwil słabości i zwątpienia.
 Z drugiej strony dobrze oddano niechętny kobietom klimat w środowisku akademickim Paryża - jak wiemy, Skłodowska, pomimo 2 nagród Nobla, nie została przyjęta w szeregi Akademii Francuskiej, gdyż wielu jej członków uważało kształcenie i naukową pracę kobiet za absurd. Stanowczość Marii jest wyraźna jedynie w scenie, w której jest nakłaniana do zrzeczenia się nagrody Nobla z uwagi na swój romans. Maria ripostuje, że gdyby wszystkich naukowców rozliczać z życia osobistego, Akademia nie miałaby komu przyznawać nagród...


3. Brak kontekstu historycznego - nie wiadomo, skąd Maria wzięła się we Francji, co ją tam przywiodło, co się wówczas działo w Polsce (oprócz 1 sceny), pobieżnie ukazany międzynarodowy odzew odkryć Noblistki. 
4. Nadmiernie rozbudowany wątek romansu Skłodowskiej z Langevinem, dominujący wręcz w drugiej części filmu. Sam Langevin przedstawiony jako buc nieszanujący kompletnie swojej żony i uważający ją za  po prostu głupią, choć to ona podnosi argumenty odpowiedzialności za dom, dzieci i finanse rodziny. Romans dłuży się i  odciąga uwagę od naukowych dokonań Marii. Spotkałem się z opinia, że o naukowej spuściźnie Skłodowskiej można poczytać na Wikipedii, zaś film miał ukazać ją jako kobietę i człowieka. Ale czy jedno wyklucza drugie? 
5. Wątek dziadka, ojca Pierre'a - nazbyt rozbudowany - widzimy jego udział w wychowywaniu dzieci, prace w ogrodzie, wreszcie chorobę i śmierć. Z kolei Siostra Marii nakreślona grubą kreską, można powiedzieć, że nie rzuca się w oczy fakt, że są siostrami, można mieć wrażenie, że to po prostu przyjaciółka. 

6.  Domowe kształcenie dzieci z powodu niedopuszczania dziewcząt do nauk ścisłych, uczenie przez eksperymenty i zwracanie uwagę na sprawność fizyczną dzieci - to akurat przedstawiono przekonująco, dotykając jednej z pasji Marii, jaką była reforma systemu edukacji, stawiająca na ciekawość i intuicję w miejsce nauki pamięciowej.
7. Podczas domowej lekcji grupa dzieci ogląda różnego rodzaju specyfiki, wykorzystujące substancje radioaktywne, w tym kremy i... pończochy radowe. Moim zdaniem radowe szaleństwo zaczęło się nieco później (po I wojnie), na pewno nie zaraz po odkryciu radu, gdy był to pierwiastek drogi i trudny w produkcji z powodu niskiej zawartości w rudzie uranowej.



Podsumowując, film warto zobaczyć dla ogólnego klimatu epoki i zwłaszcza francuskiego środowiska akademickiego przełomu wieków, oraz aby zobaczyć, jak nie robić filmów o wielkich postaciach. Osoba, która nie ma pojęcia o życiowym dziele Marii wyniesie przekonanie, że dokonała odkrycia potencjalnego leku na raka, ale głównie to 1) cierpiała po mężu, którego uważała za lepszego od siebie, 2) romansowała z żonatym naukowcem i poniosła tego konsekwencje, a przy okazji dostała dwie nagrody Nobla.

Teoretycznie jest to film dla osób mających dużą wiedzę na temat naukowych dokonań Marii, a chcących się dowiedzieć czegoś więcej o jej życiu osobistym, ale nawet w tej roli wypada słabo. Mieszanka epokowego, ale niewyraźnie przedstawionego odkrycia oraz romansu rodem z opery mydlanej jest po prostu zabójcza... Tym niemniej, zważywszy, że tak mało filmów o naszej Noblistce, jest to obowiązkowa pozycja dla wszystkich pasjonatów.

 ***
Jedna z recenzji podsumowała film "Romans z Noblem w tle", druga "Romansidło na tle świecących probówek". Recenzja z Filmwebu, dająca 6/10 (za dużo moim zdaniem), pomimo zachwytów ostatecznie cierpko konkludowała przesunięcie akcentów z dokonań naukowych na jej życie prywatne i emocjonalne powoduje, że w gruncie rzeczy jest to portret kobiety jakiejkolwiek, a nie biografia Marii Skłodowskiej-Curie. Noblistka jest tu sprowadzona do funkcji przynęty. A to wydaje się marnotrawieniem jej bogatego życiorysu.

Inne komentarze z serwisu, w większości negatywne:
#
Dla mnie film niestety nie na miarę geniuszu, o którym opowiada. Zieje smutkiem i nudą. Pokazuje kobietę przegraną uczuciowo, nie skupiając się zanadto nad tym co było w jej życiu wielkim celem i RADością. Dla mnie słabo.

#
Temat zmarnotrawiony! Film pomija całkowicie polskie korzenie bohaterki. Narracja rozpoczyna się w zasadzie od otrzymania pierwszej nagrody Nobla. O kształtowaniu osobowości i zdobywaniu wykształcenia w domu rodzinnym nie ma ani jednej sekundy. (...)

#
Film o jednej z najważniejszych kobiet epoki, która poświęciła życie pracy, jej dokonania są poza zasięgiem nawet dzisiejszych kobiet, wspaniała historia. Niestety, sprowadzona do nudnawej, czasami ciężkiej do zrozumienia opowiastki o jakiejś kobiecie, która kocha jakiegoś mężczyznę i tylko dzięki temu umie posługiwać się mikroskopem. Saga "Zmierzch" w świecie nauki. Z kobiecego odpowiednika Einsteina zrobiono rozchwianą emocjonalnie mizerotę, która zdobyła 2 Noble na złość. Najlepsze w filmie jest część z napisami. Dzięki niej się uśmiechnąłem. Poza tym, żenua

#
Film faktycznie rozczarowujący. Reżyserka skupiła się na emocjach, prawie bagatelizując dorobek naukowy tej jakże genialnej kobiety. Bardzo kiepsko ukazana jest walka, jaką Skłodowska musiała stoczyć z ówczesną rzeczywistością, w której liczyły się dokonania mężczyzn, a kobiety stawiano co najmniej o szczebel niżej. Smutne, że nawet dzisiaj na płeć piękną patrzy się przez pryzmat jej seksualności, dopatruje się skandalu obyczajowego, pomija to, co w moim odczuciu najistotniejsze - pracę naukową...

#
Film pod koniec się ciągnie jak włoskie spageti, unika drażliwych tematów jak choroba popromienna na którą zmarła Curie Skłodowska i jej zaprzeczanie własnej choroby. Feministyczne wątki też słabo ujęte.A w zupełności się zgodzę z faktem, iż film nie pokazuje geniuszu Curie Skłodowskiej. Nie wiadomo jak ona mogła w ogóle pracować targana cały czas taką burzą emocji.

#
Niestety miałam dokładnie takie samo wrażenie kiedy wróciłam dziś z kina. Pierwsza na świecie kobieta, która dwukrotnie otrzymała nagrodę Nobla i to jeszcze z dwóch dziedzin nauki (fizyki i chemii), a na filmie zobaczyłam kobietę która najpierw opłakuje swego męża, zaś potem gździ się z żonatym i dzieciatym facetem namawiając go do rozwodu i strzelając focha, gdy ten nie chce o tym słyszeć. Rozumiem, że nie powinno robić się produkcji, gdzie mamy do czynienia z posągową i oderwaną od rzeczywistości postacią. Maria Skłodowska była człowiekiem z krwi i kości, jak każdy z nas miała wady. Jednak grubą przesadą jest, by prezentować ją w ten sposób. Jako bardziej inspirującą postać ukazano niestety Wisłocką w "Sztuce kochania".

#
Pierwsze z czym mi się ten film skojarzył to Piękny Umysł. Tak samo genialny człowiek, akademik, z ogromnymi problemami prywatnymi i noblem. Tam jest to tak pięknie wyjaśnione, i elementy naukowe powiedzmy, i choroba, urojenia, walka z nią, problemy prywatne, rodzinne, idealnie wszystko zgrane w piękną całość. A tu film o babce, która rozbiła małżeństwo. I tyle. Jak dla mnie to wyglądało jak skrzyżowanie smoleńska z "komediami" romantycznymi epoki adamczyk+szyc+karolak, obdarte z jakichkolwiek elementów humorystycznych

#
Nie zgodzę się. Dla mnie jest trochę zagadką, dlaczego ktoś tak akurat ułożył scenariusz. ale pierwsza myśl, która mnie naszła, to ze twórcy wystraszyli się, ze jak film będzie za bardzo traktował o nauce to niejednego widza znuży. Mimo nienagannej gry aktorskiej, i dobrej realizacji tego słabego scenariusza, film jest po prostu nudny. Romans jest nudny, i strasznie dziwne jak jej ekscytacja nauka, niestrudzona praca, nagrody Nobla, masa naprawdę ciekawych rzeczy to jest nic, bo trzeba było pokazać jakiś mega- mydlany romans. A możne społeczeństwo jest nadal przekonane, ze tak należny widzieć kobiety, i należny je pokazywać jako matki, dziwki, a nie naukowców, bo jako naukowcy są mało kobiece?  Naprawdę trzeba sie postarać, żeby popsuć tak ciekawy temat , bo wiem jak ekscytujące są filmy o wielkich ludziach i ich osiągnięciach.

#
Wspaniała biografia Marii Skłodowskiej-Curie to trzyodcinkowy mini-serial z 1991 toku również w koprodukcji polsko-francuskiej, z aktorką francuską w roli głównej i całą rzeszą polskich aktorów (np. Barbara Rachwalska jako matka Piotra, Andrzej Szczepkowski jako jego ojciec, Krzysztof Kolberger jako szwagier Marii, Jerzy Gudejko jako młodzieńcza miłość Marii, itd.) równie świetnych w swoich rolach, jak główna postać. Tam pokazano drogę życiową Marii od czasów szkolnych pod rosyjskim zaborem, poprzez pracę guwernantki, pierwszą miłość, początki w Paryżu, studia, znajomość z Piotrem, małżeństwo, pracę naukową w starej szopie, dylemat czy wzbogacić się na radzie czy przekazać go ludzkości, śmierć męża, rozpacz po jego śmierci, trudności z objęciem katedry na Sorbonie, działalność w czasie I wojny światowej (zorganizowanie taboru pojazdów z aparatem rentgenowskim do prześwietlania rannych), nagłośniony skandal związany z romansem, wyjazd do Sztokholmu po odbiór drugiej nagrody wbrew ,,dobrym radom", przyjaźń z amerykańską dziennikarką, która zorganizowała wyjazd do Ameryki i zbiórkę pieniędzy na zakup 1 grama radu, aby przekazać go Instytutowi Radowemu w Warszawie, wizyty w Polsce, głęboką więź z dorosłymi córkami, chorobę i śmierć. I to jest prawdziwa biografia wielkiego naukowca oraz kochającej kobiety - córki, siostry, żony, matki, synowej, przyjaciółki, kochanki. A film ,,Maria Skłodowska-Curie" to zmarnowany potencjał. Piękne zdjęcia Michała Englerta i niezła gra aktorska to za mało na dobry film biograficzny o postaci takiego formatu jak Maria Skłodowska-Curie. Ten film ma słaby scenariusz, w którym nie istnieje równowaga pomiędzy ukazaniem pracy naukowej a prezentacją życia prywatnego. O potrzebie zachowania równowagi pomiędzy tymi dwiema sferami życia noblistki autorzy scenariusza chyba nawet nie pomyśleli, wydawało im się, że nagłośnienie romansu wystarczy, żeby pokazać ,,ludzką twarz" niezwykłej kobiety-naukowca. Moim zdaniem to się nie powiodło, szkoda.

Votum separatum - komentarze entuzjastyczne:
#
Film wart obejrzenia. Szedłem na seans przewidując, że dostanę do obejrzenia średnią szkolną lekturę. Miło się rozczarowałem. Reżyserka skupiła się na warstwie emocjonalnej (miłość do męża, kolejna do kochanka). Bardzo dobrze pokazane tło epoki, konserwatyzm i poniżanie kobiet. Maria była pierwszą kobietą, która otrzymała dwa raz nagrodę Nobla, jej córka Irene była drugą kobietą, która otrzymała w/w nagrodę. Nawiązań do tego, że Maria jest Polską jest kilka. Jest kilka dialogów, gdzie z siostrą mówią tylko po polsku. Również dobrze pokazano badania, laboratorium w odremontowanej szopie, badania oraz praca na uczelni, wrzenie w środowisku akademickim (profesor Amagat zaciekły wróg kształcenia kobiet, w tej roli świetny Olbrychski). Wydaje mi się, że kilka osób, które wpisały tu komentarz zupełnie nie oglądało tego naprawdę niezłego filmu. Moja ocena 8.

#
Zgadzam się. Dla mnie film bardzo wyważony, pojawia się zarówno życie prywatne, jak i zawodowe [moim zdaniem proporcje znacznie zaburzone - ŁK]. To, że sporo emocji się pojawiło - emocje to życie. Myślę, że jeśli by ich zabrakło, to byśmy dostali taką intelektualną wydmuszkę. Świetnie uchwycono charakter skomplikowanej kobiety, jaką była Maria.


# TEN KOMENTARZ ZWRÓCIŁ MOJĄ SZCZEGÓLNĄ UWAGĘ:
Z tego co czytam prawie nikt nie zrozumiał tego filmu! Film nie jest o noblistce, naukowcu, chemiku, ale o kobiecie i jej życiu prywatnym, rodzinie,przyjaciołach i wrogach. Jej osiągnięcia naukowe są tylko tłem. Film ukazuje jej sferę prywatną a nawet bardzo prywatną. Film pełny przenośni, symbolów, powiem więcej, czułe oko widza zobaczy drobne niuanse, które pozwolą wyrobić sobie zdanie kim była tak naprawdę. Była kobietą pełną sprzeczności szukającą miłości, dbającą o rodzinę i bezgranicznie kochającą męża. Skłodowska pokazana jest jako osoba, która wyznaczyła sobie cel w postaci niesienia przyszłym pokoleniom pomocy w leczeniu raka a nie biegającą za pieniędzmi czy poklaskiem. Twarda, nieustępliwa bezkompromisowa i jednocześnie uczuciowa. Jeśli ktoś szukał w tym filmie informacji z drogi naukowej naszej noblistki to odsyłam do literatury naukowej, lub z braku czasu do Wikipedii. 
Podsumowując film mało komercyjny, nie pozbawiony wad, ale naprawdę dobry oraz wart obejrzenia. Zdecydowanie lepszy od wielu w ostatnim czasie oglądanych przeze mnie filmów z gatunków "komedia romantyczna". Film skierowany do widza bardziej wymagającego. Nie polecam osobom,które szukają łatwej i lekkiej rozrywki.
(...)
Widzę, iż mój przekaz "zwykła kobieta" wprowadził Cię w błąd. Jasnym jest, że Maria Skłodowska to nie była zwykła kobieta, ale najsłynniejsza kobieta nauki nie tylko w tamtych czasach, ale również w rozumieniu dzisiejszym. Kobieta naukowiec, a jednocześnie człowiek z krwi i kości. Dodatkowym fenomenem tej postaci jest to, iż podołała wszelkim przeciwnościom tamtej epoki i jednocześnie znalazła czas, energię i siłę, aby dbać o rodzinę, kochać i tęsknić. Film pokazuje, że Skłodowska to nie był zamknięty w czterech ścianach naukowiec, wyobcowany, oderwany od rzeczywistości, ale ciepła uczuciowa kobieta.
Dorobek naukowy jest fundamentem, jasnym jest że jest on elementem nieodzownym tego filmu, ale to wszyscy wiemy. Wszyscy znamy osiągnięcia Skłodowskiej ale mało kto wie, jak wtedy żyła, jak pracowała aby osiągnąć sukces [tego też nie pokazano! - ŁK] ale też , jak kochała, tęskniła i cierpiała. Jak poradziła sobie w tamtym trudnym dla kobiet czasie. Myślę że wielu z nas dzisiaj mogłoby czerpać siłę z tej biografii. Jeszcze raz podkreślę że film potrafił pokazać nie tylko sukcesy naukowe ale całą otoczkę prywatną tej historycznej postaci. W zasadzie też spodziewałem się trochę innego filmu, ale wcale nie jestem zawiedziony, wręcz przeciwnie film pozytywnie mnie zaskoczył. 
Pominąłem takie aspekty jak bardzo dobrą grę Karoliny Gruszki, czy fenomenalny sposób operowania światłem, obrazem i dźwiękiem.

Komentarz jest ciekawym zaproszeniem do merytorycznej dyskusji, z częścią tez ostrożnie bym się mógł nawet zgodzić (nie bez zastrzeżeń). Ale spotkała go też uzasadniona riposta:
#

A potem się dziwić na komentarze, "A co ona tak naprawdę zrobiła". To że była kobietą jest przecież ważniejsze niż jak to, że jest noblistka... Szkoda, innych biografii tak nie kręcą.
"Wszyscy to wiemy"... Uwierz, będą tacy, i to już niedługo, którzy nie będą wiedzieli czemu. własnie dzięki takim filmom.

I tym pesymistycznym akcentem zakończę swoją mini-recenzję....

czwartek, 11 stycznia 2018

Kryminał z kobaltem-60 w roli głównej

Pamiętacie może sztukę Teatru Sensacji "Kobra" pt. "Iryd"? W dużym skrócie - ukradzione z defektoskopu źródło irydowe zostało umieszczone w fotelu samochodowym, celem śmiertelnego napromieniowania inżyniera jadącego tym samochodem. Oczywiście dzielna milicja wpada na trop i za pomocą dozymetru lokalizuje źródło, zapobiegając tragedii. Motyw - rywalizacja o kobietę. Tyle teatru, a tymczasem życie pisze jeszcze bardziej zaskakujące scenariusze.
Otóż w jednym z ośrodków akademickich pracował pewien docent, prowadzący założoną z własnej inicjatywy pracownię izotopową. Jego była żona od pewnego czasu cierpiała na silną anemię i była kilkukrotnie hospitalizowana. Z półsłówek lekarzy i własnej wiedzy wywnioskowała, że choroba może mieć związek z izotopami promieniotwórczymi (przez krótki czas pracowała dorywczo przy myciu szkła w pracowni męża, miała też pewną wiedzę z racji wykształcenia). Prośby o pomiary dozymetryczne w jej mieszkaniu były lekceważone. Milicja zasłaniała się brakiem kompetencji, podobnie jak inne instytucje (prokuratura, sanepid, instytuty badawcze). Poszkodowana przebywając na kolejnym zwolnieniu lekarskim, zabrała się za remont łazienki. Na przewodzie kominowym od gazowego pieca znalazła ściereczkę z rtęcią, która parowała, ilekroć piec się włączał podczas grzania wody. To już było ewidentnie czyjeś działanie celowe i milicja łaskawie przyjęła do analizy ową ściereczkę. Po badaniach na miejsce ruszył prokurator i ekipa dozymetrystów, gdyż ściereczka zawierała nie tylko rtęć. Wkrótce okazało się, że całe mieszkanie, klatka schodowa, działka pracownicza i miejsce pracy poszkodowanej zostały skażone roztworem kobaltu Co-60. W paru miejscach skażenia były tak silne, że brakowało skali. Do roznoszenia skażeń poza obręb mieszkania przyczynił się pożyczany sąsiadom... odkurzacz. Skażeniom - również wewnętrznym - uległa cała rodzina poszkodowanej mieszkająca w tym lokalu.
Sam docent został przesłuchany na okoliczność powiązania ze sprawą. Kontrola w jego pracowni wykazała jedynie miejscowe skażenia (parapet, pilnik), naruszające jednak przepisy bezpieczeństwa. Drugie przesłuchanie, już w charakterze podejrzanego, nie doszło do skutku, gdyż docent popełnił samobójstwo za pomocą cyjanku potasu. W liście pożegnalnym obarczył odpowiedzialnością swoją byłą żonę, wyparł się spowodowania skażeń poza pracownią i zadysponował posiadanym majątkiem. Jak później wykazało śledztwo, pracownia była ogólnie dostępna i nikt nie kontrolował przebywających w niej osób, jak również ilości zakupowanych przez docenta izotopów. Z powodu śmierci podejrzanego pozostało jedynie walczyć o usunięcie substancji radioaktywnych z organizmów ofiar skażenia, cierpiących na przewlekłą chorobę popromienną. Należało również usunąć rtęć z ich organizmów. W terapii stosowano m.in. mierniki aktywności całego ciała, których wówczas w Polsce było tylko...2 egzemplarze.


W epilogu sprawy postawiono pytanie - mamy w kraju 2350 źródeł izotopowych, stosowanych w przemyśle, nauce i medycynie, ale co wiemy o ludziach, którzy je stosują? Dlaczego przełożeni docenta nie zauważyli niebezpiecznych cech jego charakteru? Przepisy obliczone są na ludzi normalnych, jednakże nie ma możliwości odsiania ludzi z zaburzeniami tak, jak - przynajmniej teoretycznie - ma to miejsce przy wydawaniu zezwoleń na broń itp. Docent wykazywał zaburzenia przywodzące na myśl zespół urojeniowy, jego pierwsze małżeństwo rozpadło się z powodu patologicznej zazdrości, która też przyczyniła się do kolejnego rozwodu i próby skrytobójstwa drugiej żony za pomocą roztworu kobaltu Co-60.

Dalsze śledztwo wykazało liczne nieprawidłowości w prowadzonej przez docenta pracowni, jak dostęp osób postronnych, nieusuwanie odpadów do zakładu utylizacji, brak rozeznania przełożonych o zakresie prowadzonych badań, nadmierna samodzielność (wręcz samowola) docenta, brak szkoleń BHP dla magistrantów i doktorantów, którzy nie byli świadomi szkodliwości tych środków itp. Już jeden z tych zarzutów mógł doprowadzić do zamknięcia pracowni, niestety kontrole były tylko formalnością, zaś przełożeni nie wykazywali zainteresowania ściślejszą kontrolą placówki. 
Na deser zostaje kwestia zaniedbań na poziomie prokuratury i sanepidu, zwlekanie i przeciąganie sprawy, w jednym z artykułów tłumaczone chęcią uniknięcia odpowiedzialności finansowej za dekontaminacje mieszkania i nieodwracalnie skażone mienie. W mieszkaniu należało zerwać podłogę i kafelki, wymienić instalacje sanitarne, na działce - zabić króliki i kury, które może nawet były i zdrowe, lecz na ich przebadanie zabrakło pieniędzy (koszt zbadania zwierzęcia był taki sam jak człowieka - kilkaset zł).

***
Izotopy promieniotwórcze rzadko były używane w charakterze trucizn z racji możliwości stosunkowo łatwego ich wykrycia w organizmie ofiary, nawet wiele lat po śmierci. Trudno zatem w tym przypadku mówić o "zbrodni doskonałej" zważywszy na czas półrozpadu kobaltu-60 wynoszący 5.7 roku (czyli po 57 latach izotop ulegnie całkowitemu rozpadowi), jak również reglamentowany dostęp do niego, automatycznie zawężający krąg podejrzanych. Przede wszystkim jednak, skażenie izotopem zostawia trudne do usunięcia, a dość łatwe do zidentyfikowania ślady* zarówno w otoczeniu ofiary, jak i sprawcy, co innego napromieniowanie, gdy źródło działa z odległości - więcej na ten temat w notce o skażeniach

----------------------
* Sprawa miała miejsce, gdy głównym sprzętem do wykrywania skażeń alfa, beta i gamma-promieniotwórczych był radiometr RUST-2 z sondami SSU i SGB, radiometr RK-67 oraz monitor skażeń RKP-1 (foto poniżej). Dziś stosowane są dużo czulsze i dokładniejsze mierniki, znaczny postęp dokonał się też w diagnostyce medycznej, miejmy więc nadzieję, że izotopy nie będą stosowane do tak niecnych celów...

Monitor skażeń powierzchni RKP-1

Radiometr kieszonkowy RK-67-3

Radiometr uniwersalny RUST-2S.


piątek, 5 stycznia 2018

Okłady radowe "Polrad"



Radowe szaleństwo dotarło również do Polski, jednym z przejawów były szeroko reklamowane okłady radowe, zachwalane jako "mogące służyć kilku pokoleniom" z uwagi na długi okres półrozpadu radu (1600 lat). Zalecano je dosłownie na wszystko: gardło, wątrobę, skórę, oczy, choroby kobiece, kości, płuca - po prostu panaceum. Oto oryginalna ulotka:


Zawartość równoważna w kompresie Typ 10 wynosiła 0.008 mg radu, czyli jeśli 1 g radu to 37 G Bq (1 Ci), to w takim plastrze mamy 296 kBq. Z kolei kompres Typ 100 miał 0.08 mg radu, czyli 2,96 mBq. Dla porównania, źródła generujące radon w komorach radonowych mają ok. 500 kBq. Poniżej druk zamówienia z wyszczególnionymi typami kompresów i zawartością radu w każdym:



Ulotki zachwalały możliwość bezpiecznego stosowania bez kontroli lekarskiej. Oprócz radu 226 zawierały też rad 228 (wówczas znany jako mezotor), a połączenie różnych rodzajów promieniowania tych dwóch izotopów miało dawać lepsze efekty niż "leczenie" samym radem:


Oczywiście w prasie pojawiały się podziękowania od "pacjentów", którym owe kompresy "pomogły". Nie widzicie pewnej analogii do czasów współczesnych? Jak widać, historia lubi zataczać koła:



Sposób używania kompresów - jak widać, stosowano je również na mokro, ciekawe jak rad był związany z tkaniną i czy było ryzyko skażenia:


Kolejna reklama, niestety fotografowałem przy świetle zastanym, stąd ziarnistość i lekkie poruszenie:



***



Z uwagi na długi czas półrozpadu radu owe kompresy jeszcze długo zachowają aktywność, zaś w dodatku mogą stanowić źródło skażenia, jeśli zawarty w nich rad zacznie się kruszyć i pylić, bądź zostaną spalone albo wyrzucone na wysypisko. Dodatkowo rad emituje radon, radioaktywny gaz] którego produkty rozpadu mogą osadzać się w płucach. Jeśli traficie na taki artefakt (możliwy do wykrycia większością dozymetrów), nie dotykajcie go gołą dłonią, tylko przez gumową rękawiczkę lub torebkę foliową umieśćcie w woreczku strunowym albo słoiku i przekażcie do CLOR, gdzie uzyskacie dalsze instrukcje. 



poniedziałek, 1 stycznia 2018

Uniwersalny radiometr laboratoryjny URL-1

Tym razem chciałbym przedstawić radiometr, który można uznać za stacjonarną wersję przenośnego radiometru RUST-3. Uniwersalny Radiometr Laboratoryjny przeznaczony jest do pomiaru mocy dawki gamma, skażeń powierzchni dużych i małych, aktywności cieczy, gęstości strumienia neutronów za pomocą odpowiednich sond. Radiometr współpracuje z typowymi sondami na napięcie 300-1600V (licznikowym, scyntylacyjnymi), posiada regulowane skokowo progi dyskryminacji, a wyskalowany jest w impulsach na minutę (cpm). Radiometr posiada sygnalizację przekroczenia określonego progu. Regulacja wysokiego napięcia skokowa, zgrubna co 100 V i dokładna co 10 V, zasilacz wysokiego napięcia włącza się osobnym przyciskiem (oznaczenie EHT). Stała czasu regulowana skokowo (fast / slow), jak w RKP-1, w przeciwieństwie do RUST-3, oferującego 6 wartości. Skala liniowa z lusterkiem eliminującym błąd paralaksy, ale bez podświetlenia i farby okresowego świecenia. Pulpit pomiarowy waży 12 kg i pasuje do standardowych stojaków 19 cali, zatem może stanowić element większego zestawu. Miernik współpracuje także z zewnętrznymi przelicznikami i rejestratorami. Czas rozgrzewania się radiometru wynosi 15 minut, dopiero wtedy uzyskuje niezbędną stabilność wskazań, rzędu 3 % (dla porównania RUST - 10 %, a kieszonkowe radiometry klasy popularnej nieraz 30-40 %!). Niestety na stronie Polonu nie ma już instrukcji do niego, zatem muszę się posiłkować instrukcją do nowszego modelu, który ma parę dodatkowych funkcji (sygnalizacja dźwiękowa impulsów o regulowanej głośności) i nieco inne parametry.


Przyrząd ten, tak samo jak RUST, jest tyle warty, ile posiadane do niego sondy - jeśli mamy specjalistyczne sondy pomiarowe, to oferuje bardzo szerokie możliwości, np. pomiary spektrometryczne przy użyciu dyskryminacji progowej. Wadą jest niewątpliwie duży ciężar, wymiary oraz konieczność czekania 15 minut przed rozpoczęciem pracy - ale sprzęt jest przystosowany do pracy ciągłej, wykazując przy tym dużą dokładność wskazań.

Specyfikacja radiometru - źródło: Zbiór wykładów - seminarium na temat zastosowania wyrobów techniki jądrowej - cz. 4 - dozymetria, radiometria; Warszawa 13-14.05.1974
Poniżej karta katalogowa radiometru ze szczegółową specyfikacją z katalogu Zjednoczenia Przemysłu Automatyki i Aparatury Pomiarowej "Mera" (zbiory Biblioteki Politechniki Śląskiej):


Produkcję URL-1 rozpoczęto w 1972 r. i wykonano 80 szt. W roku 1974 powstał jego następca, URL-2, który wyprodukowano w liczbie 200 szt. Oba modele do dziś są spotykane w instytucjach związanych z fizyką jądrową i ochroną radiologiczną. Z racji małoseryjnej produkcji i specjalistycznego przeznaczenia nie pojawiają się na rynku wtórnym.