wtorek, 25 czerwca 2019

Autoradiogramy cz. II

Wreszcie znalazłem chwilę, aby wywołać autoradiogramy nastawione przy okazji wywoływania poprzednich pod koniec zeszłego roku [LINK]. Dłuższy dzień latem nie ułatwia pracy, szczególnie gdy wywołujemy w improwizowanej ciemni, w której trzeba zaciemnić okno, a słońce uparcie nie chce zajść za horyzont.

Tym razem użyłem mojego ulubionego uniwersalnego wywoływacza W-41 ze starej produkcji Fotonu, produkowanego również do niedawna przez czeską firmę FOMA. Do wywoływania papierów stosujemy rozcieńczenie 1+7, do błon 1+30. Roztwór roboczy nie nadaje się do przechowywania, więc przygotowujemy, ile trzeba i po pracy wylewamy, nic się nam nie zestarzeje, nie ma problemów z rozpuszczaniem proszków itp.


Pracę zacząłem od testu bezpieczeństwa lampy ciemniowej, będącego jednocześnie sprawdzianem działania chemii, która jest przeterminowana o jakieś 30 lat. Z odległości roboczej papier nie wykazywał zadymienia, zatem zbliżyłem go bezpośrednio do lampy i potrzymałem kilkadziesiąt sekund. Na odbitce wyraźnie zaznaczyły się miniaturowe neonówki radzieckiej płaskiej lampy ciemniowej. Lampa ta jest wygodniejsza w manipulowaniu i nie nagrzewa się tak bardzo jak ta z klasyczną żarówką.


Jeszcze tylko test utrwalacza i mogłem wyciągać zestaw doświadczalny - podwójne pudełko kryjące blaszankę, jeszcze dodatkowo zawinięte w koc i spoczywające na pawlaczu. Wykonując autoradiogramy pamiętajmy zarówno o dobrym zaciemnieniu całego układu, jak i ekranowaniu, choć ceramika uranowa emituje dość "miękkie" promieniowanie.
***
Po pierwszych minutach wywołania już mogłem stwierdzić, że papier chlorowy nie zdał egzaminu. Ceramiczny talerz z uranowym zygzakiem pośrodku wywołał jedynie nieznaczne zaciemnienie papieru, widoczne dopiero po dłuższej kąpieli w wywoływaczu. Odbitka jeszcze podczas suszenia:

Dla porównania, na papierze bromowym belgijska popielniczka o tej samej mocy dawki już po 3 miesiącach dała wyraźną, kontrastową odbitkę. Plus dla wywoływacza W-41, że trudniej w nim przewołać, nie pojawiają się brunatne plamy, a jedynie nieznaczne zażółcenia. Po wykonaniu skanu i podkręceniu kontrastu ukazał się bardzo ciekawy rysunek - widać nawet różnice w stopniu zaciemnienia przez pomarańczowy detal i jego żółtą lamówkę:

"Matryca" wygląda tak - oczywiście jej autoradiogram jest odbiciem lustrzanym, ale na potrzeby porównania przerzuciłem zdjęcie ceramiki w programie graficznym. Dobrze widać pojedyncze małe grudki z większą koncentracją związków uranu


Medalion Quantum Pendant nie pozostawił żadnego śladu na papierze, pomimo płaskiej, równej powierzchni, dobrze przylegającej do emulsji, oraz zawartości alfa-aktywnego Th-232 (lewa górna i prawa dolna odbitka).



Minerał z okolic Miedzianki zaznaczył się bardzo słabo, w dodatku jego nieregularna powierzchnia uszkodziła jeden z papierów, którymi był obłożony. Podobny eksperyment, tylko z użyciem szklanej płyty światłoczułej, doprowadził Henriego Becquerela do odkrycia radioaktywności, badanej następnie przez Marię Skłodowską-Curie i Piotra Curie.


Porównanie obu stron z "matrycą" - nieregularna powierzchnia utrudniała uzyskanie wyraźnej odbitki, najsilniejsze zaciemnienia są w miejscu bezpośredniego styku:

Po wywołaniu całości od razu nastawiłem kolejne, tym razem na standardowym papierze bromowym. Wywołać planuję po trzech miesiącach, zatem stay tuned!




czwartek, 20 czerwca 2019

Radiometr beta-gamma DP-12

http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=12

Radiometr DP-12 jest rozwinięciem wcześniejszego DP-11, stosowanego również w Polsce, zarówno w wojsku, jak i pod cywilną nazwą ML-56 i ML-57. W przyrządzie poczyniono cały szereg usprawnień w stosunku do starszego modelu. Przede wszystkim wprowadzono skale wykalibrowane w jednostkach aktywności i mocy dawki zamiast podziałki "oderwanej", którą trzeba było porównywać z tabelą na pokrywie pulpitu. Zasilanie stanową dwie baterie 1,6-PMC-U-8 starczające na 75 h pracy - zrezygnowano z baterii anodowej. Sonda ma odejmowany przedłużacz - w DP-11 była na stałe zamontowana na długiej rurze, której nie można było złożyć. Wprowadzono nastawną wskazówkę, ułatwiającą zapamiętanie ostatniego pomiaru, przydatną przy pomiarze skażeń beta, kiedy trzeba odjąć wartość pomiaru tła gamma od łącznego wyniku beta+gamma.
Zakres pomiarowy wynosi od 1 do 125 mR/h promieniowania gamma i 1000-5000000 rozp./min*cm2, przy czym do pomiaru gamma służą 3 początkowe zakresy, a do pomiaru beta wszystkie 5, z czego 2 ostatnie z włączoną przesłoną sondy. Każdy zakres pomiarowy ma osobną skalę, która przesuwa się pod szybkę wskaźnika wychyłowego przy włączeniu odpowiedniego zakresu. Ten sam patent zastosowano w rentgenometrze DP-2 oraz w naszym krajowym radiometrze RK-10. Tutaj dodatkowo skale są pomalowane na różne kolory i mają podziałki w milirentgenach na godzinę i rozpadach na minutę (zakresy I-III) lub tylko w rozpadach (zakresy IV-V). Odpowiedni napis przypomina o obróceniu przysłony sondy w położenie B2 na najwyższych zakresach. Osobna "skala" oznacza wyłączenie radiometru:
Sonda pomiarowa stosująca tą samą tubę STS-5 przypomina nieco rozwiązanie z RGBT-62. Obrotowa osłona ma z jednej strony nacięcia osłonięte folią  (położenie B1), a z drugiej masywną osłonę z wywierconymi otworami (B2):
http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=12

http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=12
 Niestety w tym egzemplarzu jakiś barbarzyńca uszkodził aluminiową folię osłaniającą wnętrze sondy. W głębi widać tubę STS-5:
http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=12


Komplet wraz ze skrzynką transportową jest znacznie lepiej rozwiazany niż długie pudło DP-11, które musiało pomieścić nieszczęsną, nieskładaną sondę:

http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=12

Z tego co wiem, przyrząd nie był stosowany w Siłach Zbrojnych PRL. Póki co nie spotkałem się z nim na polskim rynku wtórnym, za to występuje co jakiś czas na rosyjskich i ukraińskich portalach aukcyjnych i ogłoszeniowych.

sobota, 15 czerwca 2019

Szkło uranowe czy ceramika?

Te dwa materiały są jednymi z najłatwiej dostępnych i najbardziej bezpiecznych źródełek, których można użyć do testowania aparatury radiometrycznej. Można je nabyć na wielu  targach staroci, w  komisach i antykwariatach, albo nawet znaleźć w rodzinnych zbiorach. Zwarta postać nie grozi skażeniem, a niska energia emitowanego promieniowania eliminuje zagrożenie dla zdrowia, jednocześnie pozwalając obserwować znaczny wzrost wskazań radiometru. Pozostaje tylko pytanie, co wybrać. Zacznijmy od szkła uranowego.

Jest bardzo łatwo je rozpoznać po charakterystycznej zielonkawej barwie, jarzącej na żółtozielony kolor nawet w mocno zamglonym słońcu (powyższe zdjęcie zrobiono w cieniu w pochmurny dzień). Oczywiście można w tym celu użyć latarki UV, choć  należy uważać na współczesne szkło z dodatkiem substancji fluoryzujących, takie jak wazoniki i świeczniki z IKEI czy Pepco. Najpewniejszy jest pomiar łącznej emisji beta i gamma przy pomocy dozymetru o odkrytych tubach GM (Sosna, Polaron, RKSB-104). Moc dawki waha się od nieznacznie przekraczającej tło naturalne aż do ok. 8 µSv/h. Zasadniczo starsze wyroby "świecą" mocniej, tym niemniej większość egzemplarzy daje 1-3 µSv/h. To pierwsza wada szkła uranowego jako źródła. Drugą jest cena. Większość sprzedających doskonale rozpoznaje szkło uranowe i winduje ceny nawet za niewielkie wyroby. Zaś ceny na Allegro to już po prostu kosmos, szczególnie, że dochodzi spory koszt wysyłki. Zwykle też szkło uranowe rzadko pojawia się na targowych stoiskach typu "szwarc, mydło i powidło", nieczęsto też gości w naszych domach. Czasami trafia się w antykwariatach, ale łowcy już i tam zwietrzyli okazję, prosząc o odkładanie wszystkich zielonych wyrobów szklanych. Ostatnią wadą jest kruchość szkła jako materiału - wyroby są zwykle cienkościenne i upadek nawet z niewielkiej wysokości czy zgniecenie w torbie lub plecaku skutkuje rozkawałkowaniem. Klejenie stłuczonego szkła daje paskudny efekt. Sporo wyrobów jest też powyszczerbianych lub mocno porysowanych, co na szkle bardzo widać. Za zaletę zaś można uznać w pewnych wypadkach niską moc dawki i miękkość promieniowania, zwłaszcza przy najmniej aktywnych wyrobach, gdyż pozwala to na testowanie progu czułości radiometrów. Oczywiście szkło uranowe ma też duży walor dekoracyjny, szczególnie gdy jest eksponowane w oświetleniu UV.

***

Zajmijmy się teraz ceramiką. Do jej rozpoznania również potrzebny jest dozymetr, choć ceglasta  barwa zdobień na niektórych niemieckich wyrobach (Strehla, Jasba) przy odrobinie wprawy pozwala na identyfikację bez pomiaru. Inne barwy uranowej glazury - żółta, zielona, brązowa i czarna - wymagają jednak pomiaru z racji bardzo dużego rozpowszechnienia zwykłych wyrobów w tych kolorach. Zwykle są to wyroby z lat 30. lub 50. i 60. XX w., malowane w całości lub jedynie z nielicznymi zdobieniami, przeważnie o pomarańczowej, ceglastej barwie. Szczególnie ciekawa jest porcelana elektrotechniczna - obrotowe włączniki światła, gniazda bezpieczników - pokryte glazurą w kolorze czarnym, choć nie zawsze jest ona aktywna, a nawet jak promieniuje, to nieczęsto wykazuje luminescencję:
Źródło - Była sobie elektronikahttp://qann.wikidot.com/porcelana2

Aktywność uranowej glazury jest znacznie większa niż w przypadku szkła uranowego, moc dawki beta+gamma zwykle zaczyna się od ok. 5 µSv/h a kończy na ponad 100! Małe zdobienia dają tak do 20 µSv/h, większe powierzchnie 30-50, a wyroby całkowicie pokryte glazurą przekraczają 70. Mimo znacznych odczytów mierzona  moc dawki znacznie spada drastycznie po zamknięciu osłony okienka pomiarowego radiometru. Nawet najsilniej świecące okazy przy pomiarze samej emisji gamma wykazują jedynie 0,3 - 0,4 µSv/h. Wystarczy więc włożyć obiekt do blaszanej puszki czy szklanego słoika, by emisja była ledwo wykrywalna  na zewnątrz. Drugą zaletą  jest cena i względnie łatwa dostępność - jak dobrze poszukać, to na każdym targu prędzej czy później trafi się  wazon czy talerz z charakterystycznymi  pomarańczowymi maźnięciami. Zagadka - znajdź uranową ceramikę:

Może się nawet trafić u kogoś w domu, jak słynny "Kogut morte" z zaprzyjaźnionej strony Była sobie elektronika. Ceramikę  taką produkowano m.in. w NRD czy Czechosłowacji jeszcze w latach 60. W razie stłuczenia w większości przypadków ceramikę można prawie niezauważalnie posklejać i nie straci dużo z wyglądu. Wyroby z ceramiki uranowej, jeśli mają odpowiedni kształt, mogą służyć do wykonywania ciekawych autoradiogramów na papierze fotograficznym. Oczywiście szkło uranowe też może do tego służyć, ale czas naświetlania będzie wielokrotnie dłuższy, zaś uzyskany efekt bardziej przewidywalny z racji równomiernego rozłożenia zawartości uranu w masie szkła. W przypadku ceramiki zwykle układ zaświetleń papieru nigdy nie pokrywa się z rozmieszczeniem barwnych dekoracji danego wyrobu. Z kolei wartości dekoracyjne ceramiki uranowej w dzisiejszych czasach mogą się wydawać mocno dyskusyjne - albo kiczowate, albo zbyt modernistyczne.




Podsumowując, jeśli mamy ograniczone fundusze, a chcemy mierzyć różne wartości mocy dawki, kupmy na targu kilka starych talerzy, wazonów czy dzbanków produkcji Strehla Keramik, Jasba czy Carstens Georgenthal. Umożliwi nam to sprawdzenie miernika w szerokim zakresie wartości mocy dawki. Oczywiście przy odrobinie szczęścia możemy tanio nabyć szkło uranowe, choć będą to mniej aktywne wyroby i musimy się nieźle nachodzić po bazarach. Szkło takie zostawmy jako źródło uzupełniające, do testowania czułości radiometrów na najniższych zakresach.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Serial HBO "Czarnobyl" - recenzja



Nie jestem fanem seriali, jednak dla "Czarnobyla" zrobiłem oczywisty wyjątek. Mini-serial HBO ma 5 odcinków po godzinę każdy. W fabularyzowany sposób ukazuje samą awarię, akcje ratowniczą, dyskusje na szczeblach władzy, proces sprawców, jak również osobiste dramaty uczestników. Szczególnie uderza atmosfera tajności, partyjnych przepychanek, sporów kompetencyjnych i wszechobecnej inwigilacji. Zarządzanie odbywa się metodą sowiecką, czyli rewolwer i niedwuznaczna sugestia dla wszystkich wychylających się przed szereg bądź kwestionujących linię partii. Wizerunek ZSRR  na arenie międzynarodowej jest ważniejszy od życia i zdrowia obywateli, pomimo postulowanej przez Gorbaczowa "głasnosti".
***
Serial jest retrospekcją - zaczyna się od samobójstwa Walerija Legasowa, poprzedzonego nagraniem testamentu na kasety, które faktycznie miało miejsce dzień po 2 rocznicy katastrofy (w serialu jest to 1 minuta w dniu 2 rocznicy). Legasow był zastępcą dyrektora Instytutu Energii Atomowej im. Kurczatowa i ekspertem z ramienia Instytutu podczas akcji ratowniczej, po awarii zaś przedstawiał kwestię awarii na konferencji MAEA w Wiedniu. Następnie narracja prowadzona jest od skrótowo opowiedzianego feralnego eksperymentu 26 kwietnia 1986 r. Oczywiście mogłaby rozpocząć się wcześniej, aby ukazać szereg nieprawidłowości już podczas budowy elektrowni (braki materiałowe, konieczność improwizacji) i liczne awarie, z których ostatnia miała miejsce na krótko przed wybuchem. Byłaby to swego rodzaju uwertura do głównego dramatu, a tak katastrofa jest jakby zawieszona w przestrzeni, pojawia się "znikąd". Dobrze oddano apodyktyczny charakter Anatolija Diatłowa, odpowiedzialnego za eksperyment zastępcę głównego inżyniera (na zdjęciu z prawej) i bezradność załogi, niemogącej sprzeciwić się jego absurdalnym rozkazom.

https://news.avclub.com/russia-hates-hbos-chernobyl-vows-to-make-its-own-serie-1835298424

Jest to program fabularny, a nie dokumentalny, stąd pewne rozbieżności w stosunku do faktów historycznych. Najlepszym przykładem jest katastrofa śmigłowca, który zawadził o dźwig w pobliżu IV bloku. Miała ona miejsce 2 października podczas odkażania sarkofagu nad reaktorem, a nie w czasie jego gaszenia pół roku wcześniej, tutaj jednak użyto jej dla udramatyzowania akcji. - https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Katastrofa_%C5%9Bmig%C5%82owca_Mi-8 Same ładunki gaśnicze (ołów, bor, piasek) początkowo zrzucano w workach przez otwarte drzwi śmigłowców, a nie z zasobników podwieszonych na linach:

https://lalinealaterale.wordpress.com/2019/04/10/chernobyl-in-arrivo-la-miniserie-hbo-sky/

Jeżeli chodzi o zrzucany materiał gaśniczy, to w serialu jest mowa jedynie o zrzutach piasku i boru, zupełnie pominięto ołów, który parując w ogromnej temperaturze płonącego reaktora  powodował liczne zatrucia wśród pilotów biorących udział w akcji. Z kolei postać UIiany Chomiuk z Mińskiego Instytutu Badań Jądrowych faktycznie nie istniała, jest  kompilacją różnych badaczek i swoistym archetypem niepokornego naukowca, pomimo represji dążącego do prawdy. Wprowadzenie takiej jednej "skondensowanej" postaci upraszcza narrację, szczególnie wobec licznie występujących przedstawicieli władz partyjnych, rządowych i świata nauki, wśród których niezorientowany widz mógłby się po prostu pogubić. Twórcy serialu otwarcie przyznają się do faktu tej kreacji na zakończenie ostatniego odcinka. Uzasadniają to chęcią upamiętnienia wszystkich naukowców, walczących o prawdę o rzeczywistych przyczynach czarnobylskiej awarii, czyli ukrywanych przez lata wadach konstrukcyjnych reaktorów. Chciano też podkreślić rolę kobiet w radzieckiej nauce, w której, przeciwnie do wielu innych dziedzin życia, były silnie reprezentowane. 


https://www.cnet.com/news/hbo-chernobyl-miniseries-is-bleak-grotesque-and-absolutely-necessary/
Nie czas tu i miejsce na omawianie każdego z bohaterów osobno, zatem odsyłam do tego lapidarnego kompendium [ENG]:

Niektóre wielkości podawane w filmie są znacznie przesadzone - siła wybuchu reaktora liczona jest w megatonach, a obszar potencjalnych skażeń rozciąga się na całą Europę, której ludność może zostać kompletnie unicestwiona przez skażenia. Jest to oparte na prostym porównaniu masy materiału rozszczepialnego z reaktora do masy użytej w bombie zrzuconej na Hiroszimę. Tymczasem w bombie materiał rozszczepialny jest gwałtownie ściskany wybuchami ładunków konwencjonalnych, aby uzyskać masę krytyczną, w reaktorze zaś pręty paliwowe są rozdzielone moderatorem i chłodziwem. Oczywiście po całkowitym stopieniu rdzenia może dojść do sytuacji, że zostanie przekroczona masa krytyczna,  jednak nadtopiłoby to względnie powoli i wybuch nie miałby takiej siły jak w przypadku bomby.
Przesadzone są też szacunki ofiar w ostatnim odcinku - od 4000 do 90000. Faktycznie udowodniono 31 zgonów bezpośrednio związanych z katastrofą (choroba popromienna, oparzenia, urazy mechaniczne), pozostałe mogą, ale nie muszą być z nią związane. Zresztą, czy np. śmierć na raka 20 lat po awarii będzie mogła być zaliczana do ofiar Czarnobyla, skoro nie wiemy, czy to promieniowanie wywołało ten nowotwór? Skutki promieniowania mają charakter statystyczny, wraz ze wzrostem przyjętej dawki rośnie prawdopodobieństwo choroby nowotworowej, ale jest to w dalszym ciągu prawdopodobieństwo. Podatność na nowotwory i odporność na promieniowanie wykazują silne wahania w obrębie gatunku, jak również między gatunkami. Są osoby, które po silnym napromieniowaniu dożyją sędziwego wieku, a inne, po niewielkiej dawce umrą na raka w ciągu kilku lat. Poza tym promieniowanie jonizujące nie jest jedynym czynnikiem mutagennym, na jaki jesteśmy narażeni, ale to materiał na inny post.
***
Wracając do serialu, zwróciłem uwagę, że parę razy lektor zamieniał litery skrótu RBMK-1000 na RMBK, sam głos lektora w sporej części serialu jest dość nieprzyjemny, ale da się to przeżyć. Czasami bohaterowie podają dawkę zamiast mocy dawki, czyli 3,6 R a nie 3,6 R/h, choć może to być po prostu skrót myślowy. Trafne i obrazowe jest przedstawienie neutronów jako "pocisków" rozbijających jądra uranu, użyte przez Legasowa, tłumaczącego Szczerbinie zasadę działania reaktora jądrowego. Tłumaczenie to znacznie przybliżyło szerokim rzeszom tajniki funkcjonowania elektrowni jądrowych, trafiło już nawet do memów i na ASZdziennik.
***
Czarnobylska elektrownia jest udawana przez swoją "siostrę" w Ignalinie, zamieniono tylko napis:
https://zw.lt/gospodarka/ignalinska-elektrownia-atomowa-nie-wywiazuje-sie-z-terminow/

W 4. odcinku nadmiernie rozbudowano wątek eksterminacji zwierząt domowych w opuszczonej Strefie - aż 15 minut w trwającym godzinę odcinku!. Jest to tanie zagranie na emocjach, wpisujące się w obecne trendy (Amundsen zły, bo zabił część swoich psów zaprzęgowych itd).  Oczywiście temat powinien się pojawić, zgodnie z prawdą historyczną, ale w tylko paru oszczędnych scenach. W prezentowanej formie sprawia wrażenie rozwlekanego na siłę w celu wyciskania łez, a także zabiera miejsce innym wątkom. 
https://metro.co.uk/2019/05/28/chernobyl-episode-4-review-vital-drama-goes-darkest-place-yet-9710238/
Zabrakło z kolei wzmianki o... sprzątaczkach zatrudnionych w Prypeci do usuwania produktów żywnościowych z opuszczonych mieszkań w celu zapobieżenia epidemii. Uzyskały tytuł Likwidatorów na równi z górnikami, pilotami czy strażakami, tak samo jak oni narażały się na promieniowanie i skażenie, zatem ich brak jest mocno krzywdzący. Można byłoby umieścić je w odcinku kosztem połowy nadmiernie rozbudowanego wątku zwierzęcego - szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy chętnie badana i przedstawiana jest kobieca strona historii, określana jako herstory.
***
Chorobę popromienną przedstawiono bardzo realistycznie, bez upiększeń i omijania tematu, choć krew tryskająca obficie od razu po napromieniowaniu jest przesadzonym efektem. Zdjęć nie będzie, jak ktoś ma mocne nerwy (i żołądek) może sobie wygooglować kadry z serialu oraz filmy przedstawiające faktyczne ofiary katastrofy.

***
Zerknijmy teraz na sprzęt dozymetryczny, z którym można się spotkać w serialu:

1. Elektrownia
  • kieszonkowy RK-02M - łatwo go rozpoznać po skórzanym pasku na rękę, szarej obudowie i maksymalnym zakresie do 3,6 R/h - ściślej, do 1000 µR/s, co w przeliczeniu daje 3,6 R/h (36 mSv/h). Sama moc dawki 3,6 R/h również trafiła już do memów, na instagramie jest nawet profil "3.6 roentgen per hour".

  • dozymetry indywidualne typu radiofotoluminescencyjnego (RFL), model najprawdopodobniej DPG-02 lub DPG-03 
Dozymetr DPG-02 w położeniu otwartym - widoczne pastylki
nabierające zdolności luminescencji po napromieniowaniu (https://www.irk.ru/news/articles/20190508/chernobyl/)

Na tym zdjęciu z pierwszych chwil po wybuchu widzimy zarówno kieszonkowy radiometr RK-02M, jak również indywidualny dozymetr DPG-02 lub DPG-03 przypięty do fartucha:

Zagadkę stanowi ten oto przyrząd z wyświetlaczem na lampach NIXIE - początkowo podejrzewałem, że jest to pulpit IU (GO-32) do odczytu dozymetrów ID-11, ale nie miał on wskaźnika wychyłowego z prawej i miał tylko 4 lampy wyświetlacza:

2. Laboratorium w Mińsku
  • SRP-68 na ścianie w roli stacjonarnego monitora promieniowania, po otwarciu okna od razu podnosi alarm, odczyt na poziomie 8 mR/h - zwraca uwagę przystawka sygnalizacji świetlno-dźwiękowej oraz rozdzielacz, umożliwiający pracę z kilkoma sondami jednocześnie
Przystawka sygnalizacyjna i 3 sondy, podejrzewam, że scyntylacyjnego typu:


  • w tle na szafce z planami leży również scyntylacyjny radiometr DRGZ, trudno ustalić, który model (1,2,3):

  • spektrometr nieustalonego typu, wykorzystujący oscyloskop jako wskaźnik i drukarkę do podawania wyniku. Jeżeli się przyjrzymy, to w momencie pomiaru pyłu z okna laboratorium na ekranie oscyloskopu pojawia się tylko jeden pik z lewej strony, Uliana Chomiuk czyta wydruk na papierowej taśmie i stwierdza obecność jodu-131 - jeżeli nie ustawiła spektrometru na analizę tylko jednego kanału to powinna uzyskać również piki od innych nuklidów występujących w opadzie radioaktywnym, choćby od strontu-90 i cezu-137. 


3. Likwidatorzy

  • DP-5B - łatwy do rozpoznania choćby po futerale z okienkiem na skalę i charakterystycznym wybrzuszeniem z przodu - tutaj w rękach jednego z nurków udających się pod reaktor celem otwarcia zaworów:



  • DP-5W  - nie do pomylenia z racji zielonej, kanciastej obudowy - pojawia się rzadziej niż wersja B, w całej okazałości to tylko w poniższej scenie pomiaru ze śmigłowca:


Sonda nie do pomylenia, tutaj nowsza wersja z kwadratowym kołnierzem, dobrze widoczna obudowa źródła kontrolnego:


Tutaj akurat po samej sondzie w takim ujęciu trudno rozpoznać - albo DP-5B albo DP-5W:


  • Pomiar mocy dawki przy reaktorze, prowadzony jest z opancerzonego ołowiem samochodu za pomocą DP-5 z otwartym okienkiem pomiarowym sondy. Po pierwsze, okienko powinni zakryć, aby emisja beta nie zakłócała pomiaru gamma. Po drugie miernik ten ma zakres do 200 R/h, zaś przy reaktorze było aż 15.000 R/h, na taką moc dawki nie nadaje się nawet rentgenometr DP-3B z zakresem do 500 R/h. Oczywiście, dałoby się nim mierzyć wyższe dawki pod warunkiem obłożenia sondy grubą warstwą ołowiu i pomnożeniu wyniku pomiaru przez odpowiedni współczynnik osłabienia promieniowania. Tymczasem gen. Pikałow po powrocie z rekonesansu, w czasie którego podjechał bezpośrednio pod ruiny IV bloku, od razu mówi o 15.000 R/h, choć nie miał prawa takiej mocy dawki zmierzyć tym przyrządem:

Osłony źródła kontrolnego tak czy inaczej nie byłoby widać w tym położeniu, zatem nie ustalimy, czy był to DP-5B czy DP-5W:

Pomijam fakt, ze Pikałow jechał z kierowcą, a nie sam, i obaj, pomimo osłon, dostali po 13 remów (0,13 Sv) - por. P.P. Read, Czarnobyl - zapis faktów.
  • W serialu mowa jest jeszcze o przyrządzie z zakresem 1000 R/h, który uległ "spaleniu" (podejrzewam, że chodziło o przepalenie elektroniki, a nie zniszczenie w pożarze), niestety typ jest nieustalony. Przy takiej mocy dawki jako dozymetru można byłoby użyć komory jonizacyjnej nawet improwizowanej, z puszki po konserwach - prąd jonizacji byłby naprawdę duży. 

  • Podczas rozmowy Legasowa i Szczerbiny z szefem załogi górników kopiących tunel pod reaktorem na biurku Szczerbiny widać komplet elektrooptycznych dozymetrów indywidualnych ID-1 w pudełku z urządzeniem załadowczym ZD-6. Zestawy takie do dziś można nabyć na rosyjskich i ukraińskich portalach aukcyjnych


  • Jeżeli chodzi o dozymetry indywidualne, to widać pewną niekonsekwencje - wspomniani wyżej bohaterowie raz mają dozymetry elektrooptyczne z w/w zestawu, odpowiedniki naszych DKP-50...


...a raz nieustalonego typu dozymetry RFL lub TLD, pojawiające się również u szeregowych likwidatorów:




  • Na koniec, przy współczesnym pomiarze promieniowania od ubrań strażaków, do dziś leżących w piwnicach szpitala w Prypeci, pojawia się... Gamma Scout, oczywiście w foliowym woreczku, bo tak dziurawa konstrukcja momentalnie nabrałaby radioaktywnego pyłu przez szczeliny wokół licznika G-M:

http://remigiusz.com/meter.jpg (filmik z wyprawy włączony do serialu - https://www.youtube.com/watch?v=tItVL70NsQI)

Nie czas tu i miejsce na wyłapywanie wszystkich nieścisłości (szklanki z Ikei), generalnie serial jest bardzo udany i pozwala zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do katastrofy oraz poczuć klimat "bitwy o Czarnobyl". Oczywiście nie zaszkodzi uzupełnić wiedzy poprzez lektury, np. książki, której autorem jest Piers Paul Read - Czarnobyl - zapis faktów z 1993 r., czy starego programu dokumentalnego z Discovery (1995 r.)

Inne recenzje:
https://belsat.eu/pl/news/serial-czarnobyl-uklad-zamkniety-peka-recenzja/

https://teleshow.wp.pl/czarnobyl-czy-tworcy-serialu-wciskaja-nam-kit-jesli-tak-robia-to-dobrze-6384464701036673a

Krytyczna recenzja serialu okiem fizyka jądrowego, ukazująca alternatywną, choć mniej prawdopodobną wersję wydarzeń:

https://www.polskieradio24.pl/39/156/Artykul/2318516?fbclid=IwAR2-tGH9k7Z7r9J75pN5eTPMINwLp1gXOCk-4q019AEm9RttZsi5kCOBVSM


środa, 5 czerwca 2019

Szkło manganowe - prawie jak uranowe

Irydius poinformował mnie o nowym gatunku szkła, łudząco podobnym do szkła uranowego. Ma bardzo podobny, zielony odcień oraz wykazuje luminescencję w świetle UV, jednakże bez radioaktywności. Sama luminescencja charakteryzuje się brakiem żółtawej dominanty, specyficznej dla związków uranu, jest też bardziej intensywna:

Z lewej szkło uranowe, z prawej manganowe, u góry odpowiednio barwa luminescencji - przy szkle
manganowym jest bliżej błękitu, przy uranowym - bliżej żółci.
Do identyfikacji szkła potrzebny jest dozymetr, gdyż niektóre gatunki szkła uranowego mogą mieć podobne odcienie - por. na tej fotografii:

Kieliszek wykonano z manganowego szkła, nie wykazuje żadnej aktywności, natomiast widoczna w tle patera to szkło uranowe o barwie turkusowej. Związków manganu używano w przemyśle szklarskim już w XIX w. Mangan był tzw. odbarwiaczem, pozbawiającym masę szklaną zielonej barwy. Przedmioty z takiego szkła wystawione na długie działanie ultrafioletu (słońce, lampa kwarcowa) stopniowo nabierały ametystowej barwy. Ale to już inna historia. Dla nas istotne jest, by szkło uranowe identyfikować głównie na podstawie promieniowania, gdyż luminescencja może być myląca. Często też współczesne wyroby z IKEI mają dodawane substancje fluoryzujące i po samej barwie trudno je odróżnić od prawdziwego szkła uranowego. Na szczęści zarówno wzornictwo, jak i obecność nalepek z kodem kreskowym zdradza współczesny charakter wyrobu:

https://www.promoceny.pl/detail/carrefour-wazon-fala-109653/
Pomijam tutaj liczne wyroby ze zwykłego, zielonego szkła, łudząco podobnego do szkła uranowego, które ani nie wykazują luminescencji, ani nie emitują promieniowania jonizującego:
Zagadka - który wyrób nie jest ze szkła uranowego?