Strony

31 sierpnia, 2022

Kopalnia uranu w Kletnie - zwiedzanie

Kopalnia w Kletnie (https://www.kletno.pl/) jest ostatnią z trzech kopalni uranu zwiedzonych przez nas w tym roku.


Dojazd do niej jest najtrudniejszy spośród wspomnianych kopalni. Jedzie się górską drogą, która jest udostępnionym traktem leśnym, więc nie zawsze nawigacja ja wskazuje. W razie potrzeby możemy kierować się na któryś z pobliskich zajazdów lub parking przy Jaskini Niedźwiedziej:


Na drodze wiodącej bezpośrednio do kopalni jest wąsko i brak barier ochronnych. Dwa auta się nie miną, na szczęście w paru punktach są zatoki gdzie można zjechać na bok. Przy samej kopalni jest parking który trudno nazwać parkingiem: mały, nieogrodzony, bez wyraźnego oznaczenia i wytyczonych miejsc do parkowania, za to nachylony i nad zboczem. Jesteśmy pierwsi, możemy więc wybrać dogodne miejsce, parking wkrótce zapełni się "pod korek" i to w dość nieuporządkowany sposób. Oprócz widocznego w centrum kadru cypla, na którym znajduje się parking, do dyspozycji jest jeszcze drugi, nieco dalej, tam gdzie biała tablica na dalszym planie.


Z parkingu udajemy się na małą polanę ze stołami i ławkami, gdzie czekamy na przewodnika.


Tu znajduje się wejście do sztolni, zaś do kasy biletowej trzeba podejść jeszcze kawałek pod górę (schody widoczne z prawej strony zdjęcia). 


Bilety kupiliśmy online (https://bilety.kletno.pl/sklep/), zatem oszczędzamy sobie wspinaczki. Jesteśmy jak zwykle przed czasem, więc czekamy dłuższą chwilę. Powoli schodzą się pozostali zwiedzający. Grupa rośnie aż do maksymalnego limitu 25 osób, w tym dzieci. Przeczuwamy kłopoty, widząc jedno dziecko w wieku trudnym do ustalenia (już chodzi, ale jeszcze ma pieluchę i smoczek), które od początku jest bardzo marudne.

Pojawia się przewodnik i idziemy do sztolni. Przed wejściem otrzymujemy kaski - jeden rozmiar z regulacją paskiem z tyłu. Chodnik jest oświetlony i suchy, temperatura podobna do pozostałych kopalni uranu, jednak jest mniej odczuwalna z uwagi na liczną grupę. Na wstępie informacja o bezpieczeństwie radiologicznym: nie ma promieniowania, promieniować może tylko wasz uśmiech. Jest to pewien skrót myślowy: brak promieniowania przekraczającego tło naturalne, gdyż radiacja jako taka występuje w każdym zakątku Ziemi. Takie ujęcie tematu jest jednak zrozumiałe z uwagi na powszechną w społeczeństwie radiofobię i o niebo lepsze niż straszenie promieniowaniem jak w Liczyrzepie. Oczywiście mam ze sobą dozymetry: AT6130, Radex RD1008, Radiacode 101 i Radex Obsidian, który wreszcie zaczął prawidłowo działać. 

Zaczynamy od historii górnictwa w tym rejonie, od średniowiecza po wydobycie uranu. Przewodnik mówi ciekawie i merytorycznie, nie będę tu streszczał całej opowieści, skupię się tylko na wybranych aspektach - podobnie jak w przypadku kopalni Podgórze, to trzeba po prostu zobaczyć.

Miłym akcentem jest zachęta do robienia zdjęć i umieszczania ich w mediach społecznościowych, zwłaszcza że niektóre placówki albo zakazują fotografowania, albo pobierają za to opłatę (!). Niestety często liczebność grupy utrudnia uchwycenie odpowiedniego kadru, czego przykładem może być to ujęcie w górę szybu, nad którym znajduje się kasa biletowa - deski widoczne w oddali w centrum zdjęcia to jej podłoga, niestety nie udało mi się tego lepiej ująć:


Początek zwiedzania został niestety zakłócony przez wspomniane dziecko, które zaczęło głośno płakać i ostatecznie wraz z rodzicami wyszło z kopalni. Nie wiem, jaki jest sens zabierać tak małe dzieci w tego typu miejsca: nie zrozumie nic z ekspozycji, a tylko zmęczy siebie, rodziców i innych uczestników wycieczki. 

Po tym przerywniku omawiamy budowę geologiczną górotworu. Na poniższej mapie zaznaczono czarnym kolorem sztolnie udostępnione do zwiedzania - jak widać, jest to jedynie drobny ułamek wszystkich korytarzy wydrążonych w tym rejonie.


Spośród bogatej ekspozycji zwróciłem szczególną uwagę na trzy. Pierwszą był sprzęt dozymetryczny, głównie wojskowe mierniki produkcji polskiej i radzieckiej, choć załapał się też cywilny Palesse 26K-86:


Zwraca uwagę zestaw dozymetrów indywidualnych FH-39, działających na zasadzie elektrooptycznej, wraz z przeznaczoną do nich ładowarką FH-390 firmy Frieseke und Hoepfner. Stosowany był przez Bundeswehrę, a podobne zestawy znajdowały się na wyposażeniu wielu innych armii: LWP (komplet dozymetrów KD-65 + pulpit załadowczy PZ-65, zestaw dozymetrów DP-23p) oraz Armii Radzieckiej (DP-22, DP-24).


Tutaj zauważyłem małą nieścisłość w narracji - otóż ten dozymetr nie zmieniał koloru po przekroczeniu określonej dawki dawki, tylko miał nić kwarcową, która przesuwała się po skali wraz ze wzrostem przyjętej dawki, kolor zmieniał dozymetr chemiczny DP-70

Niektóre z urządzeń prezentowanych na tej ekspozycji nie są dozymetrami, choć też stosowano je w górnictwie. Poniżej widzimy zapalarkę kondensatorową TZK-100G służącą do odpalania ładunków strzałowych (z prawej) oraz wykrywacz gazów WG-2 firmy "Faser".


Inna zapalarka (TZK-250), choć mocno skorodowana, ma jeszcze zachowany klucz do odpalania ładunków oraz resztki przewodów strzałowych:


Tutaj z kolei widzimy od lewej: metanomierz VM-1, aparat tlenowy ucieczkowy AU-9L oraz przyrząd kombinowany: tlenomierz i eksplozymetr Combiwarn C firmy Draeger (pod dozymetrem Palesse 26K-86)


Z dala od tej ekspozycji mamy jeszcze rentgenoradiometr DP-66, za pomocą którego przewodnik demonstruje, w jaki sposób sprawdzano obecność rudy uranu w wierconych otworach. 


DP-66 jest jednak późniejszy niż czasy wydobycia uranu w Kletnie, kiedy korzystano głównie z przyrządów produkcji radzieckiej, ponieważ polska produkcja sprzętu dozymetrycznego dopiero się rozwijała. Więcej na temat dozymetrii w górnictwie uranu pisałem przy okazji recenzji "Atomowej tajemnicy Sudetów" [LINK].

Drugą ekspozycją, na którą koniecznie trzeba zwrócić uwagę, to kolekcja szkła uranowego. Jest bardzo obfita, największa spośród odwiedzonych przez nas kopalni uranu. Na tym zdjęciu naliczyłem ok. 190 szt. choć pewnie niektóre ukrywają się w ciemności.


Tutaj z kolei padło twierdzenie, że szkło uranowe przestało być popularne, gdyż ludzie boją się promieniowania, choć jednocześnie noszą telefony w kieszeni spodni, a telefon też promieniuje. Oczywiście, tylko to jest zupełnie inne promieniowanie, znajdujące się po przeciwnej stronie widma elektromagnetycznego, pisałem o tym osobno - LINK). Tym niemniej, rozumiem ideę, choć można byłoby użyć innego przykładu - jesteśmy otoczeni przez promieniowanie jonizujące z ziemi, powietrza, kosmosu, materiałów budowlanych, a nawet mamy je w sobie, zatem ta niewielka ilość ze szkła uranowego nie będzie mieć wpływu na zdrowie. 

Po obejrzeniu tej kolekcji mamy pokaz promieniowania kawałka rudy uranu, umieszczonego w ochronnym słoju. Pomiar prowadzony był przy pomocy dozymetru BlackWings:


Miernik początkowo został przyłożony od boku, gdzie od razu pokazał 1,86 µSv/h, jednak po chwili został umieszczony na szczycie słoja, był zatem bardziej oddalony od minerału i wynik ustabilizował się na 3,12 µSv/h. Ponieważ w tym miejscu byliśmy nieco dłużej, mogłem więc wyjąć swój AT6130 i wykonać własny pomiar:


Szkoda, że nie miałem ze sobą Sosny, która stanowi miernik referencyjny przy pomiarach promieniowania gamma z uwagi na solidny filtr, odcinający niskoenergetyczną emisję. 
Na wykresie mocy dawki, generowanym w aplikacji do dozymetru RadiaCode 101 widać moment pomiaru rudy uranowej - najwyższy pik z prawej:


Jeżeli chodzi o ogólny poziom promieniowania, to jest on najniższy spośród zwiedzonych kopalni - przez połowę trasy oscyluje wokół 0,12 µSv/h, czyli tak jak w Warszawie, zaś w innych miejscach zbliża się do 0,2 µSv/h, czyli tak jak w znacznej części Sudetów. Łączna dawka, zarejestrowana przez Radex RD1008 wynosiła zaledwie 0,1 µSv podczas trwającego 45 minut zwiedzania - porównać ją można z godziną przebywania w Warszawie, pół godziny w Kowarach lub 15 minut nad Morskim Okiem. 

Zwiedzając kopalnię w Kletnie warto też zwrócić też uwagę na tzw. florę lampową, rozwijającą się w pobliżu sztucznego oświetlenia kopalni:


Podsumowując, zwiedzanie było bardzo interesujące zarówno dzięki merytorycznej narracji przewodnika, jak również bogatej ekspozycji. Gdyby nie pewne niedogodności, można byłoby uznać Kletno za najlepszą spośród kopalni uranu udostępnionych do zwiedzania. 
Niestety zwiedzanie utrudniała liczebność grupy: przejście wszystkich osób z miejsca na miejsce trwało długo, trudno też było zrobić dobre zdjęcie, gdyż w tym celu należałoby iść na końcu, a wtedy nie słyszy się przewodnika. Wycieczka trwała 45 minut, co daje lekki niedosyt, gdyż chciałoby się posłuchać jeszcze więcej ciekawostek związanych z górnictwem uranu w tym rejonie albo zwiedzić dalsze korytarze. 

Niestety dodatkowe atrakcje: trasa ekstremalna (3-4 godziny) i warsztaty geologiczne są dostępne tylko w kilku terminach w miesiącu i nie udało się nam załapać. Gdy zwróciliśmy na to uwagę w opinii Google, firma poinformowała, że jest możliwość indywidualnego dobrania terminu, cytuję:

Do takiej wyprawy musimy przygotować przewodnika z uprawnieniami więc oprócz terminów, które udostępniamy, przyjmujemy także zamówienia mailowe, warto przed przyjazdem wysłać maila z liczbą osób i interesującym terminem na: kontakt@kletno.pl, grupa może liczyć maksymalnie 6-8 osób więc nawet przy mniejszej liczbie osób jesteśmy w stanie taką wyprawę zorganizować. Podobnie jak z warsztatami.

Niestety nie było takiej informacji na stronie Kopalni, kiedy planowaliśmy nasz wyjazd, przyjęliśmy więc, że skoro dostępne terminy są już zajęte, to nic się nie da zrobić. Pod kątem dostępności "trasy ekstremalnej" wygrywa jednak Podgórze. Rzućmy jeszcze okiem na parking w chwili naszego wyjścia z kopalni o godzinie 11 - jak widać, jest praktycznie pełny, zatem polecam wczesny przyjazd.


Na sam koniec tej serii recenzji zamieszczam tabelaryczne porównanie kluczowych aspektów wszystkich trzech kopalni - Podgórza, Liczyrzepy i Kletna:
Kletno ma najbogatszą ekspozycję, dojazd jest jednak bardzo trudny, natomiast Podgórze pozwala bardzo namacalnie poczuć klimat kopalni, szczególnie na trasie ekstremalnej. Najlepiej zresztą zwiedzić obie i samemu porównać, oczywiście biorąc ze sobą kilka dozymetrów. Jeśli zwiedzaliście trasę ekstremalną w Kletnie i chcecie podzielić się relacją lub zdjęciami, dajcie znać w komentarzach!

27 sierpnia, 2022

Kopalnia uranu Podgórze - zwiedzanie

Kopalnia ta była moim celem od dawna, jednak utrudniony dojazd do Kowar ciągle przesuwał te plany w dalszą przyszłość. Dopiero teraz, jak wybraliśmy się z Żoną w objazd po Dolnym Śląsku, postanowiliśmy wreszcie zwiedzić to miejsce.

W swojej recenzji nie będę spojlerował niezwykle ciekawych opowieści przewodnika, skupię się tylko na praktycznym oraz dozymetrycznym aspekcie zwiedzania. I tak bym nie przekazał całości wiedzy, zresztą mija się to z celem, kopalnię "Podgórze" trzeba po prostu zobaczyć, usłyszeć i poczuć.

Z kolei o samym górnictwie uranu w tych rejonach pisałem przy okazji recenzji książki "Atomowa tajemnica Sudetów" [LINK], więc tych informacji również nie będę powtarzał. 

***

Zacznijmy od kwestii organizacyjnych. Do kopalni najlepiej dojechać samochodem, oczywiście można spróbować komunikacji miejskiej, jednak od przystanku trzeba będzie jeszcze spory kawałek dojść piechotą. Nawigacja dobrze wskazuje drogę, jednak musimy uważać, by nie pomylić Podgórza z sąsiednią kopalnią Liczyrzepa (o niej w osobnej recenzji - LINK). Jest to o tyle trudne, że obie kopalnie występują pod nazwą "Sztolnie Kowary", zaś parking Liczyrzepy jest wcześniej i specjalny "naganiacz" kieruje do tej kopalni, o czym zostaliśmy poinformowani w Podgórzu, pytając o dojazd. Spotkałem się z informacją, że niekiedy zatrzymuje samochody i informuje, że kopalnia Podgórze jest nieczynna (!). Uważajcie na to i jedźcie dalej, trzymając się prawej strony. Z poziomu ulicy wygląda to tak:

Z lewej parking Liczyrzepy, z prawej w oddali zjazd do kopalni Podgórze - LINK

Droga jest wąska i na pewnym odcinku obowiązuje ruch wahadłowy, regulowany światłami. Światło czerwone trwa 3 minuty, zielone 1 minutę, poczekajmy więc, zanim uznamy, że sygnalizacja się zepsuła. Światła są rozstawiane ok. godziny 9, przed pierwszym terminem trasy turystycznej, więc jeśli jedziemy na godz. 8 (I termin trasy ekstremalnej), to ich jeszcze nie będzie.

Po przejechaniu tego odcinka mamy z lewej strony pierwszy parking kopalni Podgórze. Możemy jednak jechać dalej i z lewej strony mamy mały podjazd, a następnie stromy zjazd. Za nim będzie parking przy kasach biletowych.

Zjazd jest ostry, ale pracownicy zapewniają, że jeszcze nie było przypadku, by ktoś nie podjechał z powrotem. Przy parkingu mamy stoliki z parasolkami, można kupić jedzenie i napoje, jest też kiosk z pamiątkami, m.in. wyrobami ze szkła uranowego.


Bilety najlepiej rezerwować telefonicznie - kontakt jest podany na stronie Kopalni [LINK]. Odbiór i płatność w kasie. Warunki zwiedzania podano na tablicy obok mapy, ukazującej teren wydobycia rud uranu w tym rejonie.


W ofercie kopalni Podgórze są trzy trasy:

  • turystyczna, 1,5 km, 1,5 godziny
  • ekstremalna, 3 km, 3 godziny
  • nurkowa (tylko dla osób z przeszkoleniem nurkowym)

Ponieważ przyjechaliśmy we dwoje, rozdzieliliśmy się, aby zaliczyć zarówno trasę ekstremalną, jak i turystyczną. Recenzję zaczniemy od trasy ekstremalnej. Gotowi? 

*** 

Trasa ekstremalna obrosła już legendami - nasz przewodnik przytoczył czyjąś opinię, że są to "3 godziny czołgania się w błocie" (sic!). Jak było naprawdę, zaraz się dowiecie.

Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, w grupach od 2 do 15 osób, co jest jej ogromną zaletą, gdyż tłok skutecznie zabija radość z każdego zwiedzania, a zwłaszcza kopalni. W mojej grupie było nas pięcioro: dwie pary i ja, co można uznać za optimum. 

Przed wejściem dostajemy kaski z czołówkami oraz kalosze. Do wyboru są dwie opcje:

  • "wodery", czyli pończochy ochronne od stroju przeciwchemicznego OP-1, nakładane na buty - dla osób o rozmiarze buta do ~43 oraz o szerszych łydkach, które nie wejdą w zwykłe kalosze
  • tradycyjne kalosze zakładane zamiast obuwia dla osób o rozmiarze buta >44

OP-1 lepiej zabezpiecza przed bryzgami wody, które mogą się przelać przez zwykłe kalosze, zmieszczą się też na każdą łydkę, gdyż są szerokie, spinane gumowymi paskami nad kostką i pod kolanem. 

Do tych butów lepiej założyć mocniejsze adidasy lub obuwie turystyczne, gdyż w sztolni jest sporo chodzenia po kamieniach i leżących na ziemi belkach.

Jaki strój? Przede wszystkim taki, którego nie szkoda pobrudzić i poocierać. W moim wypadku były to długie spodnie z cienkiego ortalionu i stara lekka kurtka przeciwdeszczowa. W sztolni panuje temperatura ok. 8 st. C, jednak podczas marszu szybko się rozgrzejemy. Wilgotność jest duża (do 97 %), a ze stropu czasem coś kapie, należy więc pamiętać o zabezpieczeniu sprzętu fotograficznego i dozymetrycznego. Jest to szczególnie istotne w przypadku dozymetrów, które nie są hermetyczne - kondensująca się wilgoć może zniszczyć elektronikę. Do tego tematu jeszcze wrócę.

***

Zaczynamy zwiedzanie. Bilety mają postać "przepustek" stylizowanych na stary dokument, będą więc miłą pamiątką z wycieczki. Sporo muzeów nie dba o takie detale, a niektóre w ogóle nie wydają biletów, tylko paragon.

Przewodnik widząc naszą grupę stwierdził, że wyglądamy na sprawnych, może więc zaproponować więcej chodzenia kosztem bardziej pobieżnego omówienia ekspozycji (liczniki itp.). Grupa prawie jednomyślnie przystała na tę propozycję - osobiście wolałbym usłyszeć więcej o eksponatach, jednak ostatecznie dłuższa trasa była strzałem w dziesiątkę. 

Po otrzymaniu informacji organizacyjnych udajemy się do sztolni 19A. Koło wejścia stoi leżak z istniejącego tu kiedyś inhalatorium radonowego oraz wagonik kolejki dowożącej pacjentów. 

Wchodzimy i mijamy kolejne ekspozycje w niszach korytarza. Wilgotność nie daje się bardzo we znaki, spodziewałem się, że będzie gorzej. Fotografuję na szybko, najpierw tylko przy świetle czołówki, na wysokim ISO, później z fleszem. Zaczynamy od sprzętu górniczego - świdrów, łopat i masek przeciwpyłowych. 

Mamy tu też systemy łączności stosowane w kopalniach - zarówno telefony górnicze w hermetycznych obudowach (niebieskie), jak również zwykłe polowe MB-66 z łącznicą ŁP-10, używane w Ludowym Wojsku Polskim:

Z uwagi na panującą w kopalni wilgoć eksponaty są mocno skorodowane, przywodząc na myśl podobną ekspozycję w katakumbach w Odessie [LINK]. Sprzęt dozymetryczny reprezentowany jest przez wojskowe radiometry i rentgenometry:

Nie zatrzymujemy się przy tej ekspozycji, wszak dalekie korytarze przed nami. Na dłuższą chwilę stajemy zaś przy kolekcji szkła uranowego. Dominuje kolor zielony, choć są też pojedyncze wyroby w kolorze miodowym i niebieskim, a także przedmioty ze szkła chryzoprazowego i wazelinowego. Na poniższym zdjęciu udało mi się doliczyć 86 sztuk, choć pewnie w ciemności skrywa się trochę więcej.


Po włączeniu ultrafioletowego podświetlenia występuje charakterystyczna dla uranu luminescencja, która w rzeczywistości prezentuje się bardziej okazale niż na moim zdjęciu:


Warto zwrócić uwagę na jeden z różańców po lewej stronie, który świeci nawet pomimo wyłączenia ultrafioletu. Niestety nie udało mi się tego oddać na zdjęciu.
Innym ciekawym eksponatem jest kocioł marki "Lampart" do rozpuszczania związków uranu w kwasie i mieszadło do niego:


Mijamy też pozostałości inhalatorium radonowego, o którym pisałem osobno [LINK]:


Przewodnik ma ogromną wiedzę z zakresu historii tego miejsca, jak również geologii. Silny akcent kładzie na powstawanie skał i ich przemiany. Zobaczymy m.in. uskoki, w których skała została zmielona na drobną mączkę podczas ruchów górotworu. Można rozróżnić poszczególne minerały, nie tylko uranu, ale też żelaza czy miedzi.


Wiele skał oglądamy zarówno w świetle widzialnym, jak i w ultrafiolecie, po zgaszeniu naszych latarek. 


Silny ultrafiolet pozwala dostrzec nawet małe nacieki związków uranu, przypominające rozgwieżdżone niebo:


Oprócz zielonej luminescencji uranu możemy też dostrzec świecący na fioletowo fluoryt. Podczas zwiedzania możemy też zobaczyć naturalny brokat - błyszcz żelaza, czyli odmianę hematytu:


To zaledwie drobny ułamek całej trasy, która ma 3 km długości i na mapie przedstawia się następująco (różowy szlak wygięty w pałąk i z pętlą na końcu):

Tak jak wspomniałem, nie będę tu przytaczał wszystkiego, co opowiadał przewodnik, ani też zamieszczał szczegółowej fotorelacji z każdego etapu zwiedzania. Niech te kilka zdjęć posłuży za zachętę do odwiedzenia Podgórza, a my przejdźmy teraz do kwestii turystyczno-sprawnościowych. Korytarze pozwalają na swobodne przejście w pozycji wyprostowanej. Dno jest suche, w głębszych rejonach woda do kostek, raz się trafiła do pół łydki. Przewodnik ostrzega, jeśli gdzieś jest głębiej, informuje też, którą stroną lepiej przechodzić. Jeśli mamy zwykłe kalosze, trzeba uważać na rozbryzgi wody, które mogą się przelać górą przy przekraczaniu różnych przeszkód, głównie belek.

W paru miejscach trzeba się trochę pochylić, skręcając głowę w bok. Najniższy korytarz, widoczny poniżej, pokonałem w kucki (mam 194 cm), osoby niższe muszą tylko się mocniej schylić. 

Z innych przeszkód - wysokie schody, po których wchodziliśmy w jedną stronę. stabilne i z poręczami

A także dwie tamy, pod które zresztą podstawiono stopnie, ułatwiające przejście. Tamy te miały na celu ograniczenie przepływu radonu przez chodniki - gaz ten jest cięższy od powietrza i gromadzi się w dolnych partiach.

Osoba o przeciętnej sprawności fizycznej doskonale sobie poradzi z tymi "przeszkodami", nie mówiąc już o korytarzach. Nie wiem, skąd się wzięło to "czołganie się przez 3 godziny", szczególnie że przewodnik stara się dobrać wariant trasy do kondycji danej grupy. 

Jedynie klaustrofobia może być przeszkodą do zwiedzania sztolni, jednak przewodnik przed wejściem pyta, czy ktoś cierpi na tą przypadłość, a także prosi o zgłaszanie nawet drobnych objawów. Lepiej wówczas zrobić przerwę i się uspokoić, niż dopuścić do wystąpienia napadu paniki, z którego wychodzenie trwa znacznie dłużej. Przewodnik ma ze sobą podręczną apteczkę, zatem wszelkie rany i skaleczenia zostaną od razu opatrzone - w naszej grupie na szczęście nie było takiej potrzeby. 

Wilgotność jest duża, ale nie przeszkadza w robieniu zdjęć, w kilku miejscach ze stropu kapie lub ciurka mały strumyczek. Wody lepiej nie dotykać, zwłaszcza tej na dnie, z racji obecności mikroorganizmów charakterystycznych dla jaskiń. Trzeba też uważać na przykryty kamiennymi płytami kanał odwadniający po prawej stronie głównego chodnika sztolni (patrząc od wejścia).

Nasza grupa miała świetny czas - trasę na 3 godziny zrobiliśmy w 2, zwiedziliśmy więc jeszcze jeden chodnik. Przez cały czas nie było zimno, a nawet w niektórych momentach lekko ciepło. Szedłem zwykle na końcu, rozciągnięty między słuchaniem, fotografowaniem a pomiarami. Generalnie polecam być blisko przewodnika, gdyż szum wody i pogłos w kopalni mocno zagłuszają słowa. 

Po zakończonym zwiedzaniu wyszliśmy sztolnią nr 18, którą mijaliśmy na początku wycieczki.

Trasę ekstremalną polecam każdemu - jest to unikalna możliwość spotkania z historią, geologią, biologią i fizyką w niezwykle malowniczej scenerii, wśród licznych anegdot i ciekawostek. Trasę pokonają wszyscy, nawet osoby o słabej kondycji fizycznej, jedynym poważnym przeciwwskazaniem jest klaustrofobia. 

Teraz kwestie dozymetryczne. Na wycieczce miałem ze sobą 3 dozymetry:

  • RadiaCode 101 w wodoszczelnym etui od telefonu z włączoną aplikacją, ale bez mapy - pod ziemią i tak nie ma zasięgu, ale zależało mi na histogramie mocy dawki
  • AT-6130 w firmowym pokrowcu przy pasku - ten dozymetr ma solidny filtr do pomiaru promieniowania gamma, a przy tym jest wodoszczelny i z opcją ręcznego zapisu bieżącego pomiaru
  • Radex RD-1008 w improwizowanym etui w kieszeni kurtki - służył za dawkomierz, wyzerowałem dawkę dla użytkownika nr 2 i rozpocząłem zliczanie na punkcie zbiórki.

Moc dawki monitorowałem głównie za pomocą RadiaCode 101. Na parkingu wynosiła 0,2-0,4 µSv/h, zaraz po wejściu do sztolni skoczyła do 1,38 µSv/h, a później oscylowała wokół 5-7 µSv/h ze skokami do 11. Pamiętajmy jednak, że ten dozymetr nie jest skompensowany energetycznie i trochę zawyża pomiar. Niestety Radex Obsidian odmówił posłuszeństwa, a on ma kompensację energetyczną i odczyty na nim są zawsze trochę niższe niż na RadiaCode 101. 

Histogram z RadiaCode 101 przedstawia się następująco - z lewej częstość zliczania w cps, z prawej moc dawki w µSv/h:


Wysoki pik pod koniec zwiedzania pochodzi od dużego minerału, który pokazał mi przewodnik (pozdrowienia!), gdy ujawniłem się jako autor tego bloga. 
Moc dawki zapisywałem również ręcznie, korzystając z opcji "notebook" w dozymetrze AT6130. Zapisu dokonywałem podczas dłuższych postojów, aby dozymetr zdążył uśrednić wynik, lub też gdy RadiaCode wskazał gdzieś wyższy odczyt. Zwiedzanie zaczęło się ok. 8:20, ponieważ chwilę zajęły sprawy organizacyjne, dobranie kaloszy itp., zatem pierwszy pomiar z godziny 8:25 miał miejsce zaraz po wejściu do sztolni:
  • 8:25 - 0,65 µSv/h 12%
  • 8:33 - 1,29 µSv/h 5%
  • 8:46 - 2,51 µSv/h 22%
  • 9:01 - 4,68 µSv/h 6%
  • 9:04 - 4,67 µSv/h 4%
  • 9:08 - 4,51 µSv/h 3%
  • 9:13 - 6,67 µSv/h 6%
  • 9:19 - 5,06 µSv/h 4%
  • 9:34 - 4,43 µSv/h 6%
  • 9:53 - 5,96 µSv/h 4%
  • 10:11 - 4,38 µSv/h 3%
  • 10:34 - 5,54 µSv/h 5%
  • 10:43 - 4,76 µSv/h 3%
  • 10:52 - 5,74 µSv/h 3%
  • 11:10 - 0,28 mSv/h 3% (wspomniany minerał)
Uzyskane wyniki były ok. dwukrotnie niższe niż na RadiaCode 101 - solidny filtr w AT-6130 wyrównuje charakterystykę energetyczną, pomiar był więc bliższy rzeczywistości.
Z kolei łączna dawka zmierzona przez Radex RD1008 wyniosła 14,4 µSv, co przy 3 godzinach zwiedzania daje średnią moc dawki 4,8 µSv/h, oczywiście znowu biorąc poprawkę na możliwe zawyżenie.


Taką dawkę można porównać z tygodniem przebywania w Warszawie, trzema dniami nad Morskim Okiem w Tatrach lub trzema godzinami lotu samolotem. Pobyt w kopalni podczas zwiedzania trasy ekstremalnej nie stanowi więc żadnego zagrożenia dla zdrowia, wbrew informacjom, które niekiedy można spotkać w internecie. Więcej na temat bezpiecznej dawki promieniowania pisałem w osobnym wpisie [LINK].
Generalnie na trasę ekstremalną warto wziąć ze sobą jak najwięcej dozymetrów, oczywiście w granicach rozsądku, aby nie przeszkadzały w poruszaniu się i przekraczaniu przeszkód. Najlepiej by były to mierniki wykorzystujące różne detektory (cylindryczne i okienkowe liczniki G-M, scyntylatory, detektory półprzewodnikowe itp.) oraz mające funkcję rejestrowania wyników (ręczną lub automatyczną). Podczas zwiedzania trasy ekstremalnej mamy unikalną możliwość przebywania w polu promieniowania o natężeniu wyższym niż typowe tło w Polsce i działającym ze wszystkich stron, a nie kierunkowo. Pozwoli to przetestować nasze dozymetry w warunkach, które gdzie indziej trudno uzyskać. 
W moim przypadku po skończonym zwiedzaniu pozostał lekki niedosyt z powodu zabrania jedynie trzech przyrządów, z których jeden odmówił współpracy. Powinienem jeszcze zabrać Sosnę, Polarona i RadiaScan 701A, choć z drugiej strony obsługa tak licznego instrumentarium mogłaby przeszkadzać w słuchaniu przewodnika i robieniu zdjęć.    

***

Trasę turystyczną zwiedzała moja Żona, przytoczę więc tutaj jej opinię.
 
Ta trasa dostępna jest dla wszystkich, nawet rodziców z wózkami dziecięcymi. Przewyższenie deklarowane przez przewodnika wynosi 4 m pod górę, ale nie jest odczuwalne. Jedyną niedogodnością, i to drobną, może być błoto na płytkach chodnikowych pośrodku trasy. 

Przed zwiedzaniem trasy turystycznej otrzymuje się lampy górnicze zasilane z akumulatorów, noszonych w osobnej torbie na ramię (od maski przeciwgazowej). Na całej trasie brak schodów, przewężeń i innych przeszkód. Opowiadanie przewodnika dotyczy głównie historii wydobycia, warunków pracy i trochę geologii. Ekspozycja narzędzi górniczych i przyrządów dozymetrycznych jest skromna, ale siłą Podgórza jest samo wrażenie przebywania w kopalni, czyli silne doznania dla wszystkich zmysłów. Szczególnie moment wyłączenia świateł pozwala to poczuć. 

I na koniec duży plus dla przewodnika za zwrócenie uwagi jednemu z dzieci, które przeszkadzało całej wycieczce. Zwykle przewodnicy boją się zareagować na niewłaściwe zachowania dzieci, zaś na rodziców często nie ma co liczyć. Tymczasem każdy dodatkowy głos bardzo utrudnia dosłyszenie przewodnika z uwagi na echo w chodniku kopalni. 

Dodatkowe informacje o trasie turystycznej można znaleźć na stronie Kopalni [LINK].

Jeżeli byliście na wycieczce w kopalni Podgórze, a zwłaszcza, jak mierzyliście moc dawki, dajcie znać w komentarzach! 

23 sierpnia, 2022

Kopalnia uranu Liczyrzepa - zwiedzanie

Po zwiedzeniu kopalni Podgórze [LINK] przyszedł czas na sąsiednią Liczyrzepę. Położona jest ona przy drodze do Podgórza i mocno konkuruje z tamtą placówką. Na drodze czeka "naganiacz", zapraszający na parking przy Liczyrzepie, czy wręcz (relata refero) zatrzymujący samochody i mówiący, że... Podgórze jest akurat zamknięte albo w ogóle nie istnieje (sic!).

Dojazd jest taki sam, jak do Podgórza, tylko skręcamy w lewo na przestronny parking. Przy kasie czekamy chwilę na otwarcie (jesteśmy przed czasem, na I godzinę) i kupujemy bilety. 

Do kopalni musimy podejść jeszcze 500 m pod górkę. Droga, którą idziemy, jest dojazdem do hotelu Jelenia Struga i działającego przy nim inhalatorium radonowego. 

W kasie poinformowano nas, że na tej drodze jest zakaz wjazdu, zaś parking przeznaczony jest tylko dla gości hotelu. Idziemy, po czym mijają nas samochody osób, które przyjechały chwilę później. Po dojściu na miejsce okazało się, że żadnego zakazu nie ma, zaś jedna połowa parkingu nie ma znaku "tylko dla gości hotelu". Można było więc podjechać,  co zresztą niektórzy uczynili.


Dochodząc do hotelu skręcamy w lewo i trafiamy na placyk przed wejściem do sztolni. Mamy tu kiosk z pamiątkami i punkt gastronomiczny.


Czekamy na przewodnika, nastawiając jednocześnie dozymetry. Powoli zbiera się nasza grupa.


Osób jest sporo (ok. 40, w tym 10 dzieci), przeciskamy się więc na początek. Przewodnik nas wita pytaniem, czy chcemy się napromieniować i czy nas to nie zniechęca, mówi też coś o naszym potencjalnym świeceniu w nocy na skutek napromieniowania. Żona skomentowała głośno, że nas to nie zniechęca, bo wiemy, że to nieprawda, grupa jednak była bardzo liczna i trudno było się przebić z komentarzem. Pojawił się jeszcze żart "zamiast wycieczki będą świeczki" (czy jakoś tak) i wchodzimy do sztolni. Taka narracja, oparta na lęku przed promieniowaniem i powielająca mity związane z radioaktywnością od razu nas zniechęciła, jednak postanowiliśmy się nie ujawniać, tylko notować "smaczki". 
Dowiedzieliśmy się więc, że - cytuję:
  • promieniowanie jest "wzbudzane" dopiero podczas wysadzania skał zawierających rudę uranu (a faktycznie rozpad radioaktywny trwa cały czas i jest niezależny od czynników zewnętrznych)
  • radon (radioaktywny gaz będący produktem rozpadu radu - LINK) leczy praktycznie wszystkie dolegliwości, łącznie z bezpłodnością (!) a także daje kilkuletnią odporność na raka, zmieniając komórki macierzyste (wcale nie jest to reklamą sąsiedniego inhalatorium radonowego, skądże znowu)
  • szkło uranowe jest szkodliwe, wystarczy położyć jedzenie w naczyniu z takiego szkła przez 2 godziny, by je napromieniować i umrzeć, a ludzie mimo to się cieszą, że mają szkło uranowe, bo jest drogie (tymczasem poziom promieniowania od szkła uranowego jest minimalny, tak samo jak ryzyko przenikania radionuklidów do przechowywanych w nim produktów - większe zagrożenie stwarzają napoje przechowywane w szkle... kryształowym, z którego jest wypłukiwany ołów i to niekiedy w dużych ilościach - LINK).
  • ruda uranu jest nazywana "najczystszym złem", generalnie ten termin w odniesieniu do promieniowania pada bardzo często (jak skała może być złem, szczególnie że izotopy są stosowane w wielu gałęziach medycyny, nauki i przemysłu?)
  • wody mineralne wydobywane w tym miejscu zawierają 3 izotopy: rad, radon i "radoczyn" (nie ma takiego pierwiastka w układzie okresowym, wody mogą być "radoczynne", czyli zawierające radon i produkty rozpadu - cytuję za Słownikiem Języka Polskiego: radoczynny «zawierający ślady radonu, radu lub pierwiastków radioaktywnych, pochodzących z naturalnego rozpadu radu» [LINK])
  • promieniowanie jonizujące zmniejsza płodność u mężczyzn, a zwiększa u kobiet (!)
Oprócz tych rewelacji przedstawiono rys historyczny górnictwa w tym rejonie, a także genezę amerykańskiego i radzieckiego programu nuklearnego. Tu znowu wychwyciłem nieścisłość: pierwsza bomba jądrowa ("Gadget") została określona mianem "lotniczej", choć de facto była to po prostu kula umieszczona na stalowej wieży.

Przejdźmy teraz do ekspozycji. Jako "sprzęt dozymetryczny" mamy takie oto przyrządy:


Obejrzyjmy je po kolei. Z lewej mamy metanomierz do pomiaru stężenia metanu (CH4) w powietrzu - wyraźnie widać skalę w % CH4:


Obok straszliwie skorodowana sonda pomiarowa od w/w metanomierza - na pierwszy rzut oka może przypominać sondę scyntylacyjną od SRP-68, jednak jest połączona kablem z leżącym obok metanomierzem.


Następny w kolejce jest przyrząd kombinowany - omomierz i miliamperomierz Barbara 2. Jako omomierz mierzył opór poszczególnych zapalników lub całego obwodu strzałowego bez ryzyka odpalenia ładunków, z kolei funkcji miliamperomierza używano do pomiaru prądów błądzących [LINK]:


Rentgenometr D-08, jedyny przyrząd dozymetryczny w tym zestawie, przewidziany był na wojnę jądrową, do pomiaru wysokich poziomów promieniowania [LINK]. Zaczęto go produkować w 1960 r., czyli po głównym okresie wydobycia uranu w kowarskich sztolniach. Miernik ten z uwagi na swoją konstrukcję i zakres pomiarowy mógł wykryć jedynie większe i bardziej aktywne kawałki rudy uranu. 


Większości pomiarów w górnictwie uranu dokonywano albo radiometrami licznikowymi DP-11B i ich cywilnymi wersjami ML-56, albo radiometrami scyntylacyjnymi SRP-2 lub też starszymi przyrządami produkcji radzieckiej (polska produkcja sprzętu dozymetrycznego dopiero raczkowała). 

Ostatni w zestawie jest radziecki miliwoltomierz typu P-coś, służący do pomiaru małych napięć, rzędu ułamków wolta:


Pozostała część zbiorów to głównie sprzęt górniczy podzielony na poszczególne aspekty pracy. Widzimy więc makiety ładunków wybuchowych stosowanych w robotach strzałowych:


Jak również ekspozycję lontów i zapalników stosowanych do detonacji:


Przedstawiono też aparaty oddechowe, głównie aparaty regeneracyjne ucieczkowe AU-9 (czerwone):


Licznie reprezentowane są minerały, głównie występujące w Sudetach, choć widzimy również duży kryształ karborundu (węglik krzemu), który jest wytwarzany syntetycznie i ma zastosowanie jako materiał ścierny oraz odporny na wysokie temperatury (z lewej).


Geody ametystu, zarówno przecięte i oszlifowane, jak również w stanie surowym. 


I inne odmiany kwarcu (różowy, dymny, morion, kryształ górski)


Zobaczyliśmy też pomiar promieniowania kawałka uraninitu (wielkości pięści) przy pomocy dozymetru GMC-320


Wynik został opisany jako 2,2 "miliona mikrosiwertów na godzinę" - jeśli byłoby to prawdą, mielibyśmy moc dawki rzędu 2,2 Sv/h, stanowczo za wysoką, by narażać na nią ludzi [LINK]. Z tego co zobaczyłem na wyświetlaczu, wynik raczej wynosił 2,12 µSv/h. Stałem w odległości ok. 1,5 m i mój RadiaCode 101 zarejestrował wyraźny wzrost mocy dawki - najwyższy pik na tym wykresie:


Generalnie podczas zwiedzania moc dawki oscylowała wokół 0,3 µSv/h (środek wykresu). Jest to poziom tylko nieznacznie wyższy niż typowe tło dla rejonu Kowar, wynoszące ok. 0,2 µSv/h ( por. lewa strona wykresu, obejmująca moc dawki podczas marszu z parkingu na placyk przed sztolnią). Łączn dawka, przyjęta podczas 1 godziny w sztolni wyniosła 0,2 µSv/h wg Radex RD1008 - można ją porównać z dwiema godzinami w Warszawie, godziną w Kowarach lub pół godziny nad Morskim Okiem.

Wróćmy do zwiedzania. Po pokazie promieniowania uraninitu obejrzeliśmy kolekcję szkła uranowego. Jest ona dość skromna - tak z 1/5 moich zbiorów - i obejmuje tylko wyroby w kolorze zielonym: 


Jak wspominałem w podsumowującym wpisie o szkle uranowym, może mieć ono różne odcienie - czyste jest żółte, związki żelaza barwią na zielono, inne dodatki dają kolor morski czy miodowy, możet też być mleczne [LINK].

Oglądając tą kolekcję dowiedzieliśmy się, że w okresie największej popularności szkła uranowego praktycznie każda huta szkła kryształowego miała w swej ofercie również szkło uranowe (!). W Polsce szkło uranowe produkowała huta szkła kryształowego "Julia" w Piechowicach [LINK] i jej produkcji jest ta oto karafka:


Tutaj miały miejsce wspomniane wyżej twierdzenia, że szkło uranowe jest "najczystszym złem", a ludzie trzymają to w domach i cieszą się "jak diabeł blaszką" z uwagi na wysoką cenę szkła uranowego.

Ustalmy więc fakty:
  • zawartość uranu w szkle uranowym jest mała, zwykle ok. 2 %, jedynie w niektórych wyrobach z XIX w. do 25 %
  • uran (i jego produkty rozpadu) emituje promieniowanie o niskiej energii, które ma mały zasięg i jest łatwo osłabiane przez odległość (zasada odwrotnych kwadratów - LINK), jest też silnie pochłaniane przez wszelkie przeszkody
  • działanie promieniowania na materię (napromieniowanie) nie sprawia, że staje się ona radioaktywna, wbrew mitom rozpowszechnionym w społeczeństwie [LINK
  • uran w szkle uranowym jest związany z masą szklaną i nie przenika do produktów przechowywanych w naczyniach z tego szkła, nie ma więc ryzyka skażenia - o różnicach między skażeniem a napromieniowaniem pisałem osobno [LINK
Zatem, podsumowując, żywność przechowywana w naczyniach ze szkła uranowego oczywiście zostanie napromieniowana, ale: niewielką dawką promieniowania o niskiej energii, zbyt małej, by spowodować jakiekolwiek zmiany w tej żywności, a już na pewno nie wywoła radioaktywności wzbudzonej. Ryzyko skażenia, czyli przeniknięcia izotopów ze szkła do produktów przechowywanych w naczyniu również jest pomijalne. Nie bójmy się więc wznieść toastu z pięknych uranowych kieliszków:


Wracając do zwiedzania, niektóre ekspozycje są dość chaotyczne, jak choćby ta - manekin w czarnej koszuli i czapce radzieckiego oficera pilnuje ciężarówki z beczkami, oznaczonymi niemiecką nazwą Kowar (Schmiedeberg) oraz polskimi tabliczkami i znakiem "koniczynki", wprowadzonym dużo później [LINK].


Niestety nie udało mi się sfotografować manekina "górniczki" w pełnym, dość krzykliwym makijażu, w sam raz do pracy w kopalni. Generalnie robienie zdjęć było utrudnione z uwagi na liczną grupę: miałem do wyboru być blisko przewodnika i notować "smaczki" lub zostawać z tyłu i robić zdjęcia. Stąd też fotorelacja jest mniej obfita niż z Podgórza [LINK].

Oprócz eksponatów prezentowanych w niszach chodnika mamy też 4 słuchowiska dźwiękowe, z których 2 robią duże wrażenie: 
  • trzeszcząca drewniana obudowa stropu, sygnalizująca ruchy górotworu i dająca czas na ucieczkę z zagrożonego miejsca, co stanowi jej przewagę nad innymi typami obudów, które pękają bez ostrzeżenia (stalowe, betonowe)
  • detonacja ładunków przy ekspozycji przedstawiającej pracę górników strzałowych wraz z wyjaśnieniem, że eksplozja ma za zadanie jedynie skruszyć skałę, bez jej rozrzucenia na dużą odległość

Pozostałe dwa to modlitwa do św. Barbary, patronki górników oraz nagranie dotyczące majątku mieszkańców Wrocławia, który pod koniec II wojny światowej został zdeponowany w tych okolicach. Depozyt ten do dzisiaj nie został odnaleziony, pomimo prowadzonych po wojnie poszukiwań. 


Zwiedzanie kończy się pokazem świetlno-dźwiękowym, poświęconym atakowi nuklearnemu na Hiroszimę. Nie jest to film dokumentalny ani fabularyzowany, tylko widowisko laserowe, ukazujące jedynie kontury ludzi i obiektów. Możemy też obejrzeć makietę Little Boy'a (15 kt TNT) oraz dowiedzieć się, że była to bardziej zabójcza bomba niż Fat Man. 


Warto byłoby jednak wspomnieć, że skuteczność tej bomby nie wynikała z siły ładunku, a również miejsca zrzucenia - dużo silniejszy ładunek nuklearny miał Fat Man (21 kt TNT), jednak został zrzucony niecelnie, w terenie w którym jego niszcząca moc nie została całkowicie wykorzystana. 

Na pożegnanie słyszymy apel, by się opamiętać i dbać o przyrodę, bo inaczej Ziemia pozbędzie się gatunku ludzkiego plus nawiązanie do stwierdzenia Einsteina o przyszłej zagładzie ludzkości, jednak całość wygłoszona w specyficznym, kaznodziejskim stylu. Na pożegnanie przewodnik stwierdził, że ma nadzieję, że nam się podobało, a jak się komuś nie podobało, to jego problem (!), po czym szybko się oddalił, nie mieliśmy więc możliwości sprostowania spornych kwestii.

***

Wychodzimy mocno zniesmaczeni, komentując co bardziej rażące nieścisłości. Trudno się dziwić, że po takim "szkoleniu" ludzie obawiają się elektrowni atomowych czy badania metodą pozytonowej tomografii emisyjnej. Nie lubię pisać negatywnych recenzji, tutaj jednak fakty mówią same za siebie. Generalnie jeśli nie macie dużej wiedzy z zakresu fizyki jądrowej, dozymetrii i ochrony radiologicznej by samodzielnie zweryfikować podawane informacje, lepiej wybierzcie kopalnię Podgórze [LINK] lub, bardziej oddaloną, kopalnię w Kletnie. 
Swoją drogą dziwi mnie aż tak wysoka (4,5) średnia ocen z 3002 opinii na mapach Google:

Wszystkie opinie można przejrzeć TUTAJ



Jeśli byliście w Liczyrzepie i słyszeliście podobne opowieści, dajcie znać w komentarzach. Również jak trafiliście na innych przewodników i bardziej merytoryczną narrację. Tymczasem niedługo zostanie tu omówiona ostatnia z odwiedzonych przez nas kopalni - Kletno.