28 lutego, 2016

Hałdy EC Żerań - gorąca plama

W ramach opisywania "gorących plam" w Warszawie wybrałem się wreszcie na Żerań, ponaglany informacjami o rekultywacji składowiska, gdzie ma zostać wkrótce zbudowane osiedle.  Zabrałem więc Polarona i standardową Sosnę (z 2 tubami) i pognałem na Żerań. Po drodze starałem się namierzyć inną "plamę" w okolicy skrzyżowania ul. Podleśnej i Marymonckiej - kolor tak samo czerwony, jak na Żeraniu, tło lekko podniesione - ale zostawiłem ją do dalszych badań. Samo składowisko znajduje się między Wisłą a dawną Fabryką Domów "Stare Świdry", zaraz obok Mostu Północnego (oops, Skłodowskiej-Curie). Między składowiskiem a rzeką biegnie nowa ścieżka rowerowa, opasująca hałdy od południa i skręcajaca na wschód (dalej jest Kanał Żerański).
Mapy Google, nie wiedzieć czemu, pokazują w tym miejscu jezioro...



Teren składowiska jest wyrównany, pokryty ziemią i powoli porasta roślinnością. W paru miejscach zrobiły się małe jeziorka. Przy podjeździe od strony północnej widoczne ślady ciężkiego sprzętu, obstawiam spychacz gąsienicowy. Tabliczki informują nas o przynależności terenu do PGNiG Termika, tak samo, jak na Siekierkach. Po ostatnich opadach teren jest mocno rozmiękły, więc zalecam kalosze i korzystanie ze ścieżki nad Wisłą.








Południowy kraniec - odbijamy ścieżką w prawo.

Zrekultywowany teren.



Tło promieniowania gamma wg moich pomiarów ok. 0.018-0.028 mR/h. Wynik porównywalny do tego z Siekierek, choć zaprzestanie eksploatacji składowiska i jego rekultywacja przyczyniają się do spadku poziomu promieniowania. Co ciekawe, na radiomapie składowisko sąsiaduje z obszarem o bardzo niskim tle, a symetrycznie, po drugiej stronie Wisły znajduje się podobny obszar o podwyższonym tle, następny cel wędrówki:

16 lutego, 2016

Smart-Geiger FSG-001 - licznik Geigera do smartfona [czerwony]


Wreszcie otrzymałem długo oczekiwany miernik Smart Geiger FSG-001 (wersja z czerwoną obudową). Niestety nie był on skłonny do współpracy z moimi dwoma Samsungami Galaxy (GT-S7580 i poprzedni - GT-S5360), z SONY Xperia M4 Aqua E2303, z Samsungiem Galaxy J5, ani nawet z iPhone 6S. Próbowałem nawet z tabletem - bezskutecznie. Przejściówka konwertująca standard wejścia słuchawkowego nic nie pomogła, wręcz przeciwnie, telefon przestał widzieć licznik (!). Instalowałem różne aplikacje, ale z każdą efekt był ten sam - timer chodzi, ale brak zliczeń i wynik stoi na 0,1 µSv, nawet przy źródłach o mocy dawki gamma 50 µSv/h. Miernik jest wykrywany, aplikacja reaguje na próby jego odłączenia. Zliczenia pojawiają się jedynie przy manipulacji wtyczką, czyli na skutek zwarcia, moc dawki skacze wtedy do 0,3-0,6 µSv/h. W sieci jest bardzo mało informacji na temat tych liczników, szczególnie na polskich stronach. Z tego co wiem, jest to detektor półprzewodnikowy oparty na fotodiodzie. Póki co zdjęcia z pierwszego testu na dwóch Samsungach i z 2 różnymi aplikacjami:


[EDIT] Wreszcie miałem możliwość sprawdzenia miernika z telefonem SONY Xperia Z3 D6603 (system 6.0.1) i zadziałał (dzięki, Zuzanno!). Niestety z moim SONY Xperia M4 Aqua E2303 nadal nie chce działać Co ciekawe, inny egzemplarz (czarny) działa na moim telefonie. Podejrzewam, że czerwone SmartGeigery, sprzedawane po 170 zł zamiast 220-250, to jakaś felerna seria, która nie współpracuje ze wszystkimi modelami telefonów... Sprawdziłem dwa egzemplarze czerwonych liczników - bez skutku, choć po odsprzedaniu ich nie miałem reklamacji. Jakby ktoś miał dodatkowe informacje, proszę o kontakt :)
Co do samego licznika - zlicza dość powoli, ale reaguje nawet na uranową ceramikę, która jest dobrym wyznacznikiem czułości na słabe promieniowanie. Niestety nawet przy mocnych źródłach, takich jak kontrolka od DP-66, na ustabilizowanie wyniku pomiaru trzeba czekać kilka minut.

Oba SmartGeigery działają - czarny na obu telefonach Sony, czerwony tylko na D6603. Dziękuję za pomoc Zuzannie :)

Występują pewne różnice w czasie zliczania impulsów przez mierniki, wynikające pewnie z różnic w oprogramowaniu telefonów.

Jak widać, nawet pomiar bardzo aktywnego źródła trwa dość długo, ale dobrze, że czułość na niskie aktywności jest wystarczająca:



Często spotykam się z krytyką tego typu "mierników" i nazywaniem ich zabawkami oraz narzekaniem na cenę. Fakt, zważywszy na mało zaawansowaną technologię, cena mogłaby być niższa. Natomiast jeśli chodzi o walory użytkowe - jest to de facto najmniejszy dozymetr dostępny na rynku. Wszyscy wiemy, ile miejsca w kieszeni zajmuje Sosna, Polaron czy nawet Biełła. Mały jest Master, ale nie liczy bety i słabej gammy, oraz Soeks, który kosztuje 700-1000 zł i liczy betę dzięki szczelinom w osłonie tuby G-M. Ile razy mieliśmy sytuację, gdy chcieliśmy sprawdzić jakiś artefakt, a dozymetr został w domu. Szczególnie latem, gdy nie mamy na sobie kurtki z licznymi kieszeniami, tylko szorty ;)  Dozymetry swoje ważą, zaś Smart Geiger, jeszcze gdy mamy specjalny breloczek, można po prostu przypiąć do kluczy lub nosić na smyczy z telefonem. Zawsze będzie to jakiś miernik promieniowania, który mamy przy sobie. Mniejsze jest też ryzyko zniszczenia w razie upadku (wyświetlacz, tuba) albo mrozu czy upału (wyświetlacz). Podejrzewam, że nawet wpadnięcie do wody by przeżył, gorzej z telefonem ;)  
Tak, wiem, dokładność pomiaru jest mała - ale jest - i szkło czy ceramikę uranową odróżnimy od podróbek, że o farbie radowej nie wspomnę, co może być przydatne, gdy mamy mało czasu na decyzję  o zakupie. 



10 lutego, 2016

Dozymetr ANRI-01 Sosna z 4 licznikami Geigera


Wreszcie udało mi się trafić Sosnę z czterema tubami Geigera, sygnowaną ANRI 01, wypusk z marca 1990 r. Pierwsze zaskoczenie - czas pomiaru taki sam jak w wersji z 2 tubami (ok. 20 s)! Drugie - fabryczne plomby. Trzecie - oryginalny wyświetlacz, który ma już trochę dosyć, a w dodatku skrywa pewien sekret. Czwarte - dziwny ton głośniczka. Poza tym Sosna jak Sosna - 3 przyciski, 2 tryby pomiaru, klapka na niewygodny zameczek i obrotowe strzemiączka do smyczy.

W porównaniu ze standardowym egzemplarzem nie widać różnic przy pomiarze tła, natomiast przy innych źródłach są spore rozbieżności z powodu odmiennej geometrii układu pomiarowego. Wynik odbiega od wyniku standardowej Sosny nawet przy tak powierzchniowych źródłach jak koszulki Auera. Co ciekawe, tarcza starego budzika daje wyjątkowo zgodny pomiar. Zapraszam do obejrzenia filmu, na którym porównania jest z egzemplarzem o 2 tubach rozstawionych blisko, jak w Polaronie:
Z tego, co udało mi się dowiedzieć, konstruktorzy zamiast skrócić czas pomiaru, który dla jednej tuby SBM-20 wynosi 36 sekund, dla dwóch 18, dla czterech 9, postanowili zliczać co 2 impuls przy zachowaniu 18-sekundowego czasu pomiaru! Dlatego też w trybie kontroli wskazań (test układu zliczającego) Sosna z 4 tubami podaje wynik 512, a nie 1024 jak wersje z 2 tubami. 

Sosna z 4 tubami, sygnowana ANRI-01, była pierwszym modelem tego radiometru, choć równolegle produkowano tak samo sygnowane egzemplarze mające jedynie 2 liczniki rozstawione szeroko, z możliwością domontowania 2 dodatkowych. Zwraca uwagę wyświetlacz, w którym z prawej strony zostawiono miejsce na symbol jednostki pomiaru - milirentgen na godzinę:
Źródło - https://www.youtube.com/watch?v=tRoW4txePUw
Później już nie stosowano tych wyświetlaczy, cyfry umieszczono na całej szerokości. Następnie wprowadzono wersję ANRI-01-02 z 2 tubami rozstawionymi szeroko, do której można było dodać 2 liczniki i obsługujący je układ RC. Ostatnia wersja, z 2 przyciskami i 2 tubami ustawionymi blisko siebie pośrodku okienka pomiarowego już nie ma takiej możliwości - inna płytka drukowana i brak miejsca na układ RC. Poszczególne wersje produkowano równolegle, gdyż spotkałem się z egzemplarzami o 4 tubach wykonanymi w 1992 r., czyli pod koniec produkcji. Szczegółową systematykę postaram się przedstawić w osobnej notce.

07 lutego, 2016

Poszukiwania muzealnych artefaktów c.d.

Zgodnie z zapowiedzią wreszcie wybrałem się do Muzeum Wojska Polskiego. Zabrałem ze soba sygnalizator PM-1401, aby podobnie jak w Muzeum Techniki Wojskowej znaleźć izotopowe czujniki w statkach powietrznych lub inne przedmioty (kompasy, zegary) zawierające farbę radową. Miernik zaczął wibrować przy zegarze od Spitfire'a i wskaźnikach od niemieckich samolotów w sali poświęconej Bitwie o Anglię. Natomiast na zewnątrz pewien wzrost aktywności przy An-26, niestety dostęp do śmigłowców był utrudniony. Niektóre samoloty mają zdemontowane zegary, co można zauważyć przez oszklone owiewki kabin.

Zegar od Spitfire'a - wybaczcie szumy, ciemno i wysokie ISO...

Niemieckie zegary z zestrzelonych maszyn.



Po zegarach zostały tylko maskownice :(

Pusto :(

Stary znajomy - izotopowy czujnik oblodzenia w Mi-2 :)

Do Mi-24 nie ma bliskiego dojścia :(

An-26 trochę świeci ;)
Następny cel - Muzeum Techniki (może do tego czasu przyślą mi Smart-Geiger do telefonu, to przetestuję).

05 lutego, 2016

Dozymetr Polon PM-1203

Dzięki uprzejmości Sprzedawczyni mogę zaprezentować dawkomierz mikroprocesorowy PM-1203 produkcji krajowych zakładów Polon-Alfa. Sprzęt przypomina zminiaturyzowany PM-1401, lecz wykorzystuje tradycyjny licznik G-M zamiast scyntylacyjnego, nie ma też alarmu wibracyjnego. Urządzenie mierzy moc dawki w µSv/h oraz dawkę skumulowaną w mSv/h wraz z czasem gromadzenia, sygnalizuje przekroczenie uprzednio ustawionego progu oraz wyświetla datę i godzinę, można też ustawić budzik (!). Zakres pomiaru od 0,1 do 2000 µSv, zakres energetyczny 0,05-1,5MeV gammy, czas pomiaru 36 s, czyli pewnie tuba podobna do STS-5/SBM-20.  Zasilanie 2 bateriami V-357, które powinny starczyć na rok pracy, trwałość całego urządzenia przewidziano na 6 lat. Sprzęt współpracuje z komputerem przez port podczerwieni (IrDA).
Po dodatkowe informacje odsyłam do instrukcji.


28 stycznia, 2016

Czarnobyl - reaktor strachu (film)



Czarnobylska „Zona” (czyli po polsku „Strefa”) to wręcz idealne miejsce na horror. Zwłaszcza zważywszy na potoczne poglądy o promieniowaniu, które rzekomo wywołuje potworne mutacje i zamienia ludzi w zombie. Do filmu "Czarnobyl - reaktor strachu" (2012) podchodziłem więc pełen nadziei, zwłaszcza, że nie mamy za wielu produkcji, poświęconych tej tematyce (poza dokumentami dotyczącymi samej katastrofy). Przy odrobinie wysiłku można byłoby nakręcić wciągający film grozy. Tymczasem produkcja wzbudziła we mnie i moich znajomych mieszane uczucia. Nice try, chciałoby się powiedzieć, ale pozostaje głęboki niedosyt. Film trzyma w napięciu, ale fabuła jest do bólu przewidywalna i banalna. Banda młodzieniaszków robi tournée po Europie i w międzyczasie zahaczają o Kijów, gdzie spotkawszy podejrzanego „przewodnika” decydują się na wyjazd do Strefy. Czyli standard, poza tym pachnie na kilometr „Blair Witch”, choć konwencja „found footage” zachowana jest tylko na początku, później mamy normalny film z lekką nutką amatorskiego ujęcia.

Oglądając ten film co chwila chce się powiedzieć – teraz się rozdzielą, ten wyjdzie, nie wróci, tamten pójdzie go szukać, ktoś zostanie ranny itp. - i te przewidywania są w 99% trafione. Panika, absurdalne zachowania, brak przygotowania i ciągłe kłótnie to stały arsenał produkcji tego typu. Dużo przyjemniej oglądałoby się film, w którym tajemnicze zjawiska przytrafiają się grupie profesjonalnych „eksploratorów”, mających sprzęt i doświadczenie. Mniej byłoby zgrzytania zębami, gdy widzimy, jak np. w ciemnym pomieszczeniu jedna dziewczyna zostaje sama, bo towarzysze oddalili się – i zaraz coś ją wciąga. Albo gdy kolejne osoby wysiadają z samochodu i idą w nieznany teren, czy dotykają zmutowanej ryby leżącej na brzegu. Widzieliśmy to już setki razy. Miło byłoby zobaczyć, jak fortyfikują się na dachu jednego z budynków...
Z drugiej strony, pomimo przewidywalności wielu sytuacji, film trzyma w napięciu, które narasta powoli. Wiemy, że coś złego się wydarzy, bohaterowie co chwila „coś” słyszą, czekamy, kiedy z to „coś” zamieni się w COŚ. Najpierw okazuje się, że to... niedźwiedź. Oddychamy z ulgą, bo spodziewaliśmy się mutantów a nie misia rodem z ZOO. Phi, po prostu zwierzęta pałętają się po opuszczonym mieście, zwykła sukcesja ekologiczna. Nasz dobrostan zakłóca uszkodzenie samochodu – zwierzęta nie wyrwałyby kopułki aparatu zapłonowego. Bohaterowie muszą przeczekać w samochodzie do rana. Nocą pojawiają się zdziczałe psy, które konsumują „przewodnika”, choć ten, jako jedyny, ma broń. Napięcie rośnie, bo już wiemy, że zwierzęta nie są jedynymi mieszkańcami tego odludzia. Wycieczkowicze trafiają na cmentarzysko pojazdów ze śladami wymiany ognia. Ktoś tu się ostrzeliwał z broni maszynowej. Rośnie nadzieja na happy end, gdy wymontowują z jednego z wraków potrzebną część. Kibicujemy – no to biegiem do wozu i chodu! Nagle atakują psy, ale inne, nie wilkowate, tylko podejrzanie zadbane futrzaki. W dodatku przestają ścigać naszych bohaterów, gdy ci wchodzą na kładkę biegnącą przez rozlewisko. Czyżby promieniowanie sprawiło, że psy boją się wody, tylko stoją na brzegu, merdając ogonami i patrząc, jak banda oferm usiłuje sforsować przeprawę? Może miały niezły ubaw, patrząc na kąpiel jednej z nich? Sam wątek promieniowania poruszono bardzo zdawkowo. Przewodnik miał nowoczesny dozymetr typu Terra (lokowanie produktu?), ale pojawia się w filmie 3 razy. Od razu widać, że to nie w promieniowaniu problem. Co prawda pod sam koniec pojawia się wątek omamów, wywołanych radiacją, ale bardzo zdawkowo. Sytuacja nieco się klaruje pod sam koniec, gdy zagrożenie przybiera kształt wyblakłych quasi-zombie. Atmosfera staje się coraz bardziej tajemnicza. Jakieś dziecko rodem z Ringu, pojawiające się kompletnie od czapy i bez kontynuacji. Jakieś polowe szpitale w piwnicach. I zakończenie, które chwilowo ma nas zmylić, że cała historia była efektem przywidzeń spowodowanych promieniowaniem.
Kończąc ten przydługi wywód – inaczej rozłożyłbym akcenty (krótsze wprowadzenie), oddebilniłbym bohaterów i ogólnie zerwał ze sztampowym schematem. Awaria samochodu była od początku do przewidzenia, czuło się już przy problemach z wjazdem do Strefy (wycieczka była nielegalna). Poprawy też wymagała scenografia – jeden z recenzentów nazwał ją „krzakami na Gocławiu”.

 
Podsumowując - jako pasjonat dozymetrii i historii katastrofy czarnobylskiej nie miałem przy tym filmie zbyt wiele do roboty, ale generalnie film polecam, choćby dla wyrobienia sobie własnego zdania :) 

07 stycznia, 2016

Choroba popromienna

Ilekroć pojawia się tematyka promieniowania i radioaktywności, wiele osób myśli o chorobie popromiennej.
Na masową skalę wystąpiła do tej pory trzy razy - w Hiroszimie, Nagasaki i Czarnobylu. Mniejsze wypadki radiacyjne wywołały pojedyncze zachorowania, zaś o innych awariach brak dokładniejszych danych (zwłaszcza w ZSRR). Dobrze znany jest przypadek Louisa Slotina, fizyka zatrudnionego przy projekcie Manhattan - podczas ustalania masy krytycznej przyszłej bomby atomowej doszło do przypadkowego złączenia dwóch półkul z uranu i gwałtownego wzrostu radiacji. Fizyk rozdzielił półkule własnoręcznie, zapobiegając poważniejszemu wypadkowi, jednakże sam otrzymał śmiertelną dawkę i zmarł po 9 dniach.

Nasilenie objawów zależy bardziej od mocy dawki niż od samej dawki. Czyli otrzymanie 4 Sv w ciągu godziny może spowodować zgon w ciągu kilku tygodni, ale ta sama dawka przyjęta przez rok może nie wywołać aż tak poważnych skutków (10,95 mSv/dzień).  Szanse zachorowania rosną, gdy ekspozycja na promieniowanie jest ciągła - w przypadku przerywanej organizm ma czas na regenerację. Istotny jest również napromieniowany narząd, rodzaj promieniowania oraz osobnicza wrażliwość radiacyjna. Stosunkowo największe dawki można przyjąć na ręce, zaś najbardziej wrażliwa jest tarczyca, narządy płciowe i układ krwiotwórczy. Co ciekawe, krwinki czerwone (erytrocyty) są znacznie mniej wrażliwe na promieniowanie niż białe (limfocyty). Niektóre narządy są szczególnie wrażliwe na określone rodzaje promieniowania, np. soczewki oczu na neutrony. Czasem zdarzają się przypadki przeżycia osób, które otrzymały dawki wielokrotnie większe niż śmiertelne - np. Anatolij Bugorski otrzymał dawkę 2000-3000 Gy - i to prędkich protonów - prosto w głowę, ale przeżył, choć z pewnymi powikłaniami. Podobne obserwacje czyniono podczas awarii w Czarnobylu - niektórzy napromieniowani umierali, choć otrzymali małe dawki, inni przeżywali, pomimo większych.
Można wysnuć pewną analogię z poparzeniami - oparzenie I stopnia dużej powierzchni ciała jest bardziej szkodliwe niż III stopnia małej powierzchni, np. ręki.
Choroba popromienna ma kilka postaci, zależnych od pochłoniętej dawki:
  • subkliniczna  (<2 Gy) objawiająca się osłabieniem i zmianami we krwi, oraz brakiem śmiertelności
  • hematologiczna (szpikowa) - (2-4 Gy) zmiany we krwi, osłabienie, niedokrwistość, obniżenie odporności, śmiertelność 25%
  • jelitowa - (4-8 Gy) uszkodzenia przewodu pokarmowego, biegunki, zaburzenia gospodarki wodnej,
  • mózgowa -  (8-50 Gy) drgawki, utrata przytomności, zaburzenie przewodnictwa synaptycznego 
  • enzymatyczna - (>50 Gy) zatrzymanie działalności enzymatycznej na skutek chemicznego rozpadu białek enzymatycznych pod wpływem promieniowania.
W tej notce nie poruszam efektów skażenia izotopami radioaktywnymi, koncentrując się jedynie na efektach napromieniowania. Przy skażeniu musimy się liczyć z radiotoksycznym działaniem wielu izotopów, jak również wbudowywaniu się w tkanki (np. kości) i wieloletnim, często dożywotnim oddziaływaniem na organizm, zarówno radiacyjnym, jak i chemicznym. 
Leczenie choroby popromiennej polega na łagodzeniu objawów, żywieniu pozajelitowym, transfuzjach krwi i płynów krwiozastępczych, ochronie przed zakażeniami (antybiotyki itp.), a w cięższych przypadkach - przeszczepach szpiku kostnego. 
Choro może mieć różnego rodzaju skutki późne, do których zaliczamy zaćmę, bezpłodność, nowotwory czy wady wrodzone u potomstwa. Skutki te możliwe są nawet przy niewielkim napromieniowaniu, natomiast z powodu znacznej odległości czasowej od napromieniowania powiązanie ich z tym faktem bywa problematyczne (nowotwory wywołuje wiele innych czynników, w tym dziedziczne).

02 stycznia, 2016

Zakłócenia pracy dozymetrów

Sprzęt dozymetryczny, jak wiele innych urządzeń elektronicznych, ulega różnego rodzaju zakłóceniom, które albo fałszują wynik pomiaru, albo powodują anomalie w pracy.
Kwestię dokładności pomiaru chwilowo pominę, skupię się na wpływie pola elektromagnetycznego, jako najczęściej występującym zakłóceniu.
Pierwszym przypadkiem była pierwsza wersja Radiatexa, czyli MDR-1. Miernik ten, zbliżony do kineskopu małego telewizorka "Silelis" zaczął wskazywać bardzo wysokie wyniki, rzędu setek µSv. Sosna czy Polaron nie wykazywały takich anomalii, poza tym zjawisko występowało jedynie podczas pracy odbiornika. Nowsza wersja, MDR-2, wyposażona jest już w specjalny filtr, zatem pozostaje niewrażliwa na takie działanie kineskopów. Z tego co wiem, jeden egzemplarz posiada zworkę umożliwiającą wyłączenie tego filtra do celów eksperymentalnych.

Telewizory co prawda emitują promieniowanie rentgenowskie (hamowania), gdy rozpędzone elektrony uderzają w szkło i maskownicę kineskopu, lecz ma ono niską energię i jest pochłaniane przez grube szkło ekranu. Większe emisja wydobywa się przez tył kineskopu, tym niemniej nadal jest trudna do zmierzenia.
Drugie zaobserwowane przeze mnie zakłócenie występowało w... windzie podczas pomiaru sygnalizatorem PM-1401. Miernik ten wykorzystuje kryształ scyntylacyjny, w przeciwieństwie do typowych dozymetrów z licznikiem Geigera. Podczas jazdy nowoczesną windą na 10 piętro miernik zaczyna wariować między 2 a 4 piętrem (wskazania do 100-260 impulsów przy normalnym poziomie 4-8 imp. tła). Problem nie występuje zawsze, na piętrach nie ma źródeł radiacji, stara winda w tym samym bloku nie powoduje zakłóceń. W dodatku podobne zakłócenia wykazuje... Polaron, choć jest to skok tła gamma do 0,2 uSv/h przy tle 0,1 :) Sprawdziłem parę innych wind (w moim bloku, w pracy itp.) i nigdy ten problem nie występował.
Z relacji innych użytkowników słyszałem, że Gamma Scout zaczął świrować w pociągu, sygnalizując alarm. Inny dozymetr zaczął wskazywać podwyższony wynik pomiaru po zbliżeniu do pracującej oprawy świetlówkowej, choć sygnalizacja dźwiękowa pozostawała na tym samym poziomie (!).
Mój Polaron ma czasem skłonność do niewyłączania trybu pomiaru aktywności cezu-137 w produktach i pomimo ustawienia przełączników na pomiar mocy dawki, nadal zlicza impulsy w sposób ciągły. W innych egzemplarzach (a miałem cztery) ten problem nie występował... 
W rentgenoradiometrach DP-66 i pochodnych przetarciu ulegają przewody w kablu prowadzącym do sondy, co skutkuje skokami pomiaru podczas poruszania sondą. Podobny efekt występuje przy uszkodzeniu tuby G-M (zwł. szklanej), ale to temat na inną notkę :)
Zakłócenia pracy dozymetrów najczęściej powodowane są przez zmienne pole elektromagnetyczne, generowane przez kule plazmowe, jonizatory powietrza, induktory Ruhmkorffa czy aparaty d'Arsonvala. Temat będzie rozwinięty w kolejnych notkach. 

31 grudnia, 2015

Drugi rok na blogu - podsumowanie


Nie ukrywam, że w tym roku byłem mniej aktywny na moim blogu, ale co rusz odrywały mnie inne zajęcia, tak zawodowe, jak i prywatne. Nie chcąc nabijać licznika marnymi notkami postawiłem na jakość, stąd rzadsza publikacja tekstów. Mam nadzieję, że w przyszłym roku sytuacja ulegnie zmianie.

Tytułem podsumowań:
  • nabyłem sygnalizator PM-1401, przydatny przy dyskretnym poszukiwaniu artefaktów, wyjątkowo czuły na promieniowanie toru-232
  • i odkryłem ciekawe zakłócenia tegoż miernika podczas jazdy windą (jak do tej pory tylko jedną konkretną)
  • mogłem obejrzeć i obfotografować dozymetr neutronowy, niestety ze zrozumiałych względów trudno go przetestować w codziennym życiu:

  • kupiłem też bardzo prosty szkolny indykator promieniowania, wykonany przez fabrykę pomocy naukowych "Biofiz" w latach 60., wykorzystujący licznik G-M typu BOB-33:

  • a także treningową wersję DP-66M pod nazwą DP-66MS, choć użyteczność tego przyrządu w codziennej dozymetrii jest praktycznie zerowa:

  • odbyłem dwa patrole dozymetryczne, w czasie jednego pobrałem próbkę popiołu na Siekierkach, na drugim szukałem gorących plam na Jelonkach z połowicznym sukcesem (parę plam do dalszego zbadania)

  • zbadałem eksponaty w Muzeum Techniki Wojskowej na Sadybie, kolejne placówki - Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Techniki zostawiając na następny raz


  • znalazłem pod śmietnikiem wazon niemieckiej firmy Jasba Keramik zdobiony glazurą z dodatkiem soli uranu:

  • trafił mi się też rzadki, ciekawy, choć bezużyteczny artefakt, jakim jest odgromnik iskrowy firmy Raytheon z cezem-137 - z uwagi na niewielką ilość izotopu i upływ czasu promieniowanie nie jest mierzalne:

  • "udzieliłem wskazówek na miejscu" (niczym towarzysz Kim Ir Sen) paru zbłąkanym duszom potrzebującym szybkiej porady
  • otrzymałem kilka meldunków od Tajnych Współpracowników w sprawie artefaktów, m.in. z Muzeum Lotnictwa w Krakowie
  • oraz poprawek od PT Użytkowników, za które dziękuję!
  • w międzyczasie zajmowałem się turystyką rowerową, robiąc po Mazowszu 1000 km w 15 trasach. Plan założenia osobnego bloga rowerowego ostatecznie upadł, gdyż dodatkowy blog zbytnio by odrywał mnie od dozymetrii:

Tymczasem wszystkim życzę udanej zabawy sylwestrowej i szczęśliwego Nowego Roku! Niech artefakty wpadają Wam w ręce, pył trzyma się z dala, dozymetry wskazują zawsze dokładny wynik, a atom służy tylko celom pokojowym.


17 grudnia, 2015

Amunicja z rdzeniem uranowym

Uran naturalny składa się głównie z izotopu U-238 i zaledwie 0.72 % U-235 (pomijam śladowe ilości U-234). W reaktorach jądrowych stosuje się izotop U-235, zatem uran naturalny trzeba wzbogacić za pomocą przemysłowych metod mechanicznych i chemicznych. Po tym procesie pozostaje uran zubożony, który stosuje się m.in. w amunicji przeciwpancernej, pancerzach czołgów, jako balast równoważący w samolotach, osłony pojemników z materiałami radioaktywnymi, a także w reaktorach powielających do produkcji plutonu. Uran ma 1,7x większą gęstość niż ołów, a jednocześnie jest jednym z najtwardszych metali, stąd zastosowanie w amunicji, szczególnie przeciwpancernej. Najczęściej wykorzystuje się go w pociskach podkalibrowych, czyli mających średnicę mniejszą niż średnica lufy. Właściwe prowadzenie w przewodzie lufy zapewnia sabot z tworzywa sztucznego, odpadający po opuszczeniu przez pocisk lufy.

Moment odpadnięcia sabotu po opuszczeniu lufy przez pocisk - widoczny rdzeń uranowy (źródło)


Podczas uderzenia w cel następuje skoncentrowanie ogromnej energii na małym przekroju pocisku, co powoduje wybicie dziury w pancerzu i rażenie załogi pojazdu. Z racji zapalności uranu metalicznego, zwłaszcza w postaci rozdrobnionej i podwyższonej temperaturze, występuje dodatkowe rażenie temperaturą i skażeniem. Pocisk trafiający w dom czy bunkier powoduje skażenie całego wnętrza, trudne do wykrycia i usunięcia.
Rdzeń pocisku 30 mm wykonany z uranu (źródło: Wikipedia domena publiczna - https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/69/30mm_DU_slug.jpg).

 Radioaktywność uranu zubożonego jest jedynie 4x większa niż tło naturalne i jednocześnie o połowę mniejsza niż uranu naturalnego. Uran-238 jest izotopem długożyciowym - czas półrozpadu wynosi 4,468 mld  lat, jeden z najdłuższych w przyrodzie. Przechodzi rozpad alfa, zatem napromieniowanie zewnętrzne nie jest groźne - cząstki alfa nie są w stanie przeniknąć naskórka czy kilku cm powietrza. Dużo poważniejszy problem powoduje skażenie i napromieniowanie wewnętrzne. Emitery alfa mają bardzo szkodliwe działanie na tkanki, gdyż przekazują im dość dużą energię, do czego dołącza się chemiczna szkodliwość samego pierwiastka (metal ciężki!). W dodatku uran jest piroforyczny i bardzo łatwo zapala się w kontakcie z powietrzem, szczególnie w podwyższonej temperaturze, emitując opary tlenku uranu. Pociski uranowe po trafieniu w cel pękają na wiele drobnych odłamków, rozlatujących się w promieniu wielu metrów od miejsca uderzenia. Żołnierze walczący w Zatoce Perskiej (I wojna) co chwili obecnej cierpią na choroby wywołane skażeniem przez uran. Jednocześnie czynniki wojskowe zaprzeczają tym doniesieniom, podobnie jak w przypadku wcześniejszego stosowania Agent Orange w Wietnamie. 
Dodatkowe źródła:

http://wolnemedia.net/zdrowie/zmora-zubozonego-uranu/  (mało składny artykuł z licznymi redundancjami)
Trochę obcojęzycznych artykułów: