środa, 8 kwietnia 2020

Miernik smogu TTAKA7 z Aliexpress

Tym razem przyrząd, który nie ma nic wspólnego z szeroko rozumianym zjawiskiem radioaktywności, ale temat zagrożenia smogiem jest zbyt poważny, by przejść obok niego obojętnie. Powiem więcej, smog stanowi obecnie znacznie większe zagrożenie niż narażenie na promieniowanie jonizujące. Incydenty radiacyjne w ciągu roku można policzyć na palcach, szczególnie te poważniejsze, które i tak zwykle mają jedynie lokalne znaczenie [LINK]. Tymczasem na smog  jesteśmy wszyscy narażeni przez cały rok, zarówno w większych, jak i mniejszych miejscowościach. Temat ten jest zresztą często negowany albo co najmniej bagatelizowany.
Czym jest smog? Krótko mówiąc, jest to mieszanina mgły z dymem i spalinami. Nazwa pochodzi od angielskich słów "smoke" (dym) i "fog" (mgła). Do składników smogu należą:
  • tlenki siarki i azotu
  • pyły zawieszone w powietrzu, podzielone wg maksymalnego rozmiaru cząstek w mikronach (PM1, PM2.5, PM10), przypomnę, że 1 mikron (µm) = 1/1000 milimetra
  • wielopierścieniowe węglowodory
  • para wodna.
Skąd się bierze smog? W Polsce głównym źródłem są domowe kotły grzewcze o nieefektywnym spalaniu, opalane paliwem niskiej jakości lub, pomimo zakazu, śmieciami.
https://www.cieplosystemowe.pl/cieplo-systemowe/miasta-bez-smogu/skad-bierze-sie-smog/

Najwyraźniej widać to w małych miejscowościach albo na obrzeżach wielkich miast - w chłodniejsze dni, zwykle jesienią, zimą i wczesną wiosną, zwłaszcza wieczorami, powietrze robi się zamglone i ma charakterystyczny zapach, przypominający nieco topiony asfalt. Nie jest to typowy zapach dymu, znany z ogniska czy kaflowego pieca. Zresztą suche drewno, prawidłowo spalane w wysokiej temperaturze przy odpowiednim dostępie tlenu daje bardzo mało dymu*. Co innego, gdy jest mokre, lakierowane, nasycone różnymi chemikaliami albo przemieszane z domowymi odpadami. Niektóre substancje używane do impregnacji drewna stwarzają wyjątkowe zagrożenie dla zdrowia nie tylko podczas spalania, ale nawet przy przebywaniu w pobliżu, np. kreozot, którym nasycano podkłady kolejowe i słupy energetyczne**, albo ksylamit, używany powszechnie do impregnacji drewna również we wnętrzach mieszkalnych. Są to substancje silnie rakotwórcze, które powinny być utylizowane, a nie palone w domowych piecach! Jeszcze bardziej szkodliwe jest spalanie tworzyw sztucznych, podczas którego powstaje m.in. cyjanowodór, czyli... Cyklon B. Zatem paląc śmieci w piecu fundujesz okolicy komorę gazową o przedłużonym działaniu i odroczonych skutkach. Inne szkodliwe substancje wydzielane przy spalaniu plastików i lakierów to dioksyny, znane choćby z wojny w Wietnamie, katastrofy w Seveso i otrucia Wiktora Juszczenki. Poniżej przykłady substancji powstałych podczas spalania oraz termicznego rozkładu tworzyw sztucznych. Smacznego!
http://tworzywa.com.pl/Wiadomo%C5%9Bci/Po%C5%BCary-tworzyw-sztucznych-20915.html

Niestety, świadomość zagrożenia jest bardzo niska w społeczeństwie, a możliwość pozornego zysku wygrywa z ostrzeżeniami naukowców. Dla palenia odpadami ludzie znajdują tysiące usprawiedliwień, z wysokim kosztem opału na czele. Tymczasem, jak wyliczył portal czysteogrzewanie.pl, spalając dającą się spalić część śmieci produkowanych podczas sezonu grzewczego przez czteroosobową rodzinę zyskujemy w przeliczeniu na koszt opału... 200 zł. Za to bardzo poważnie narażamy zdrowie - nie tylko swoje, ale całego otoczenia, również dalszego. Do tego dochodzą koszty wymiany pieca i komina przeżartego przez agresywne związki wydzielające się podczas spalania tworzyw sztucznych (np. kwas solny) oraz skutki pożaru w kominie od zapalonej sadzy i innych osadów [LINK]. Niestety o długoterminowych konsekwencjach często się zapomina, przeważa doraźny zysk, głupie skąpstwo zwane niekiedy "zaradnością" i stare przyzwyczajenia w stylu "zawsze się tak robiło i ludzie jakoś żyli" czy "kiedyś nie było smogu" (!). Często jest to też po prostu kwestia braku świadomości, na zasadzie "skoro to jest palne, to wrzucam do pieca". Inną kwestią jest stosowanie paliw niskiej jakości i nieumiejętne palenie w piecach ("od dołu"), które powoduje zwiększoną emisję cząstek stałych i jednocześnie dużą stratę opału. Poniżej porównanie emisji dymu przy paleniu "od dołu" i "od góry":
https://czysteogrzewanie.pl/jak-palic-w-piecu/jak-palic-czysto-weglem/

Potrzebna jest w tej materii solidna edukacja, którą oferuje chociażby wspomniany portal czysteogrzewanie.pl. Pamiętajmy, że gminy oferują dopłaty do wymiany pieca na nowoczesny, o ekonomicznym spalaniu, zaś dotacje na zakup opału można otrzymać z pomocy społecznej. Niestety, oprócz marchewki niezbędny jest też kij, gdyż wiele osób za nic ma edukację i trwa uparcie w szkodliwych nawykach.
***
Drugim źródłem smogu jest transport samochodowy, i choć w skali kraju samochody odpowiadają jedynie za kilka procent emisji (vide ilustracja na początku notki), to w centrach największych miast powodują nawet i 60% zanieczyszczeń powietrza [LINK]. Szczególnie silnie emitują pyły PM10 oraz tlenki azotu:

Głównymi trucicielami są pojazdy z silnikiem Diesla, często nielegalnie pozbawione filtra cząstek stałych (DPF) albo starszej konstrukcji, które obecnie nie spełniają coraz bardziej rygorystycznych europejskich norm emisji spalin. W Polsce średni wiek auta to prawie 12 lat [LINK], do czego przyczynia się masowy import używanych wozów z Zachodu, po zniesieniu ograniczeń w 2002 r. Ale nawet nowsze pojazdy generują smog, jeżeli jest ich po prostu za dużo na zbyt małej przestrzeni. Emisja zanieczyszczeń jest szczególnie silna przy wolnej jeździe, częstym ruszaniu i zatrzymywaniu, co ma miejsce w korkach podczas godzin szczytu. Spaliny nie są zresztą jedynym składnikiem smogu dostarczanego przez motoryzację - dodatkowym jest również pył ze startych opon, klocków i tarcz hamulcowych, szczególnie w ciężkich pojazdach. Masowy ruch drogowy powoduje również wzbijanie pyłu z jezdni, zwłaszcza w miesiącach suchych, co dobitnie widać na szybach budynków położonych przy ruchliwych arteriach. Niestety, znowu wchodzi kwestia przyzwyczajeń - większość samochodów osobowych jeździ na krótkich dystansach i wiezie tylko kierowcę. W większych miastach, z rozbudowaną komunikacją miejską i siecią dróg rowerowych warto pomyśleć nad alternatywami dla własnych czterech kółek. Im mniej samochodów na jezdni, tym większa płynność ruchu, a co za tym idzie, mniejsza emisja smogu. Poszerzanie jezdni nie jest rozwiązaniem, gdyż po pierwsze, nie można go przeprowadzać w nieskończoność, w końcu zwyczajnie zabraknie miejsca, a po drugie, zgodnie z twierdzeniem Lewisa-Mogridge'a, wraz z poszerzaniem jezdni zwiększa się liczba samochodów na niej. Rozwiązaniem jest promowanie transportu zrównoważonego i zachęcanie do korzystania z innych środków przemieszczania się.
Oczywiście, nie każdy może przesiąść się na rower czy do autobusu - polecam ten szczery i wyważony artykuł [LINK] - ale warto w miarę możliwości ograniczyć korzystanie z auta. Czy się to nam podoba, czy nie, działania na rzecz dobra wyższego, jakim jest czyste powietrze, którym przecież wszyscy oddychamy, wymagają również ograniczenia własnego egoizmu. W tym momencie jest to egoizm podjechania własnym SUV-em wszędzie pod same drzwi, wykształcany już od najmłodszych lat. Przed warszawskimi szkołami, nawet średnimi (!), często trudno przejść piechotą z racji ciągle ciągle przyjeżdżających i odjeżdżających aut rodziców podwożących uczniów. Potem się dziwimy, że rośnie pokolenie niewyobrażające sobie życia bez samochodu, w dodatku cierpiące na liczne schorzenia cywilizacyjne (wady postawy, otyłość, choroby układu krążenia). Niestety podejście Polaków do samochodu jako przedmiotu statusu jest dość charakterystyczne w Europie i zyskało nawet prześmiewczą nazwę Samochodoza polonica [LINK].

***

Ostatnim źródłem smogu jest przemysł, zwłaszcza energetyka, ale przy obecnej technologii odpylania spalin problem nie jest tak poważny, jak jeszcze kilkanaście lat temu, że o latach PRL-u, z jego rozbudowanym przestarzałym przemysłem ciężkim nie wspomnę. Tutaj warto poruszyć kwestię argumentów "kiedyś tego nie było" albo "było gorzej i ludzie żyli". Są to wręcz szkolne błędy w rozumowaniu. Przede wszystkim, fakt niezdiagnozowania pewnych zjawisk nie oznacza ich braku. Zaczynając od braku świadomości istnienia problemu, przez brak instrumentów pomiarowych aż po inne priorytety w mediach.  Przede wszystkim ludzie żyli krócej i wiele chorób, np. nowotworów, nie miało kiedy się ujawnić. A nawet, jak się ujawniały, po prostu mówiono, że ktoś "umarł na płuca" lub "na suchoty", choć wcale nie musiała to być gruźlica, a np. rak płuc. Ludzie byli też bardziej przyzwyczajeni do mniej higienicznych warunków bytowych i zadymione powietrze, zwłaszcza w dzielnicach przemysłowych uważali po prostu za normę. Nie mieli zresztą kiedy się nad tym zastanawiać, pracując po kilkanaście godzin na dobę. A fabryczne kominy nie miały wówczas żadnych filtrów, zaś stosowane procesy przemysłowe byłby bardzo energochłonne i oparte głównie o spalanie węgla. Poniżej panorama jednego z najbardziej uprzemysłowionych polskich miast wykonana w okresie międzywojennym (źródło - zbiory NAC).
Gdyby wówczas wykonać pomiary współczesnymi detektorami, mogłoby w nich zabraknąć skali. Nie było jednak takiej aparatury, a i mało kto wiązał zanieczyszczenia z chorobami i śmiertelnością. Przemysł, szczególnie ciężki, uważano wówczas za synonim postępu i dobrobytu, zwłaszcza w kraju wyniszczonym przez I wojnę światową, kryzysy gospodarcze międzywojnia i pożogę II wojny. Nawet jeśli w końcu pojawiały się jakieś głosy protestu, były skutecznie wyciszane przez "propagandę sukcesu". Dopiero u schyłku PRL-u udało się zamknąć nieliczne najbardziej szkodliwe zakłady, np. hutę aluminium w Skawinie [LINK]. W ogóle kwestia ochrony środowiska w Polsce jest relatywnie młoda, co przekłada się na niską świadomość społeczną nie tylko w kwestii smogu, ale również segregacji odpadów, oszczędności energii, ograniczania konsumpcji, rezygnacji z samochodu itp. 
***
Do zwiększania się smogu w miastach przyczyniają się też wycinki drzew bez wystarczającego uzupełnienia nowymi nasadzeniami, choć rola filtracyjna zadrzewień miejskich jest oczywista.
https://www.szkolneblogi.pl/blogi/sko-tojestto/makulatura-zebrana-i-sprzedana/
Podzielmy te 28 kg zanieczyszczeń przez typowe skażenie 1 metra sześciennego, liczone zwykle w mikrogramach (1/1000 mg), a zobaczymy, jak ogromne masy powietrza może oczyścić zaledwie jedno średniej wielkości drzewo. Niestety ostatnio obserwuję jakąś wściekłą kampanię przeciwko zieleni miejskiej, co jest tym bardziej szkodliwe przy ostatnich suchych i upalnych latach...

***

Kończąc ten przydługi wstęp chciałbym przedstawić jeden z wielu dostępnych na rynku mierników smogu. Jest on produkcji chińskiej i na Aliexpress kosztuje z wysyłką zaledwie 120 zł [LINK], podczas gdy na naszym Allegro trzeba było za niego zapłacić 400. Piszę "było", gdyż obecnie został wyparty z polskiego rynku przez inne modele w podobnych cenach. Co prawda wadą przesyłki zagranicznej jest czas oczekiwania (niecały miesiąc), ale na krajowym rynku ceny zaczynają się od 200-300 zł i są to często mierniki mierzące jedynie stężenie PM2,5, czasem też PM10. Niestety nagłośnienie problemu smogu spowodowało skok cen mierników zgodnie z prawami popytu i podaży, tak samo jak po awarii w Fukushimie podskoczyły ceny dozymetrów [LINK].



Prezentowany miernik niestety nie ma żadnej nazwy, ani na obudowie, ani w instrukcji, ani w ofercie na Aliexpress, zatem oznaczę go tylko nazwą producenta - TTAKA7. Przyrząd na głównym ekranie wyświetla stężenie PM2,5 wraz ze stopniem zagrożenia dla zdrowia w postaci kolorowych prostokątów oraz zmiany barwy wyświetlanego wyniku. Zieleń oznacza bezpieczny poziom (<50), błękit nieco gorszy (50-100), żółty - podniesiony (100-150), brązowy - zły (150-200), brązowowoczerwony - bardzo zły (200-300) i czerwony - niebezpieczny (300-500) :
Jeśli krótko wciśniemy przycisk zasilania, znajdujący się  z boku obudowy, uruchamiamy drugi ekran, na którym mamy wyszczególnione stężenie wszystkich 3 kategorii pyłów zawieszonych, wchodzących w skład smogu (PM1, PM2,5 i PM10):

Ale to nie koniec - jak wciśniemy jeszcze raz przycisk zasilania, pojawi się bardziej szczegółowy wykaz, obejmujący cząstki znacznie drobniejsze niż PM1 (0,3 i 0,5 µm) oraz pośrednie między PM2,5 i PM10 (5 µm). Wartości podawane są w cząstkach na litr (pcs/l), podejrzewam, że są to "surowe" dane z detektora, które następnie algorytm miernika przelicza na stężenie w mikrogramach na metr sześcienny. Przeliczenia z objętości na masę dokonuje najprawdopodobniej na podstawie średniej gęstości cząstek danego typu pyłu, zatem wynik taki ma większą niepewność niż "surowy" w cząstkach na litr. Obserwując ten szczegółowy wykaz możemy śledzić chwilowe wzrosty poziomu smogu, spowodowane np. przyjazdem śmieciarki, której spaliny ledwo zarejestruje główny ekran. Dane te przydadzą się również, gdy z powodu silnego wiatru albo opadów deszczu główny ekran wskaże zero. Nie oznacza to uszkodzenia przyrządu ani zupełnego braku smogu w powietrzu, a jedynie na tyle niskie stężenie, że algorytm miernika nie może przeliczyć go na µg/m3, choć dane są nadal podawane w cząstkach na litr.
Ostatnim ekranem jest wykres zmian stężenia pyłów PM2,5 w funkcji czasu, aktualizowany co sekundę na osi czasu o długości 2 godzin. Możemy więc uchwycić moment, kiedy sąsiedzi rozpalają swoje kopcące piecyki, jak również, kiedy wiatr rozrzedza smog i go zupełnie przegania. Łatwo niestety o fałszywy alarm, gdy np. przypalimy patelnię, wówczas wynik od razu skacze do 200 µg/m3.


Miernik ten jest szczególnie przydatny, gdy chcemy wiedzieć nie tylko, czy poziom smogu jest podwyższony - do tego często wystarczy nos, choć i on może mylić - ale przede wszystkim, o ile i jakich jego składników. Poszczególne kategorie pyłów różnią się składem, pochodzeniem i działaniem fizjologicznym [LINK], choć tak po prawdzie są to różnice jak między dżumą a cholerą. Mając miernik możemy weryfikować dane podawane przez sieć państwowego monitoringu oraz niezależne stacje, oraz dokonywać własnych pomiarów, jeśli akurat w naszej okolicy nie ma detektorów. Czyli ta sama zasada, co w przypadku globalnej sieci czujników promieniowania jonizującego - śledź dostępny monitoring, ale prowadź także własne pomiary. Szczególnie, że polityka władz oznacza często chowanie głowy w piasek albo bagatelizowanie problemu w myśl w/w argumentów.  Poniżej mapa Airly.eu dla Warszawy i okolic, jak widać, są rejony, gdzie praktycznie nie ma czujników. Mogłoby ich być więcej, ale  między prywatnymi podmiotami monitorującymi smog nie ma zgody - por. ostatni spór między Airly i Kanarkiem [LINK]. 
https://airly.eu/map/pl/
Jeżeli chodzi o moje miejsce zamieszkania, to najbliższy czujnik mam 500 m od domu w jednym kierunku i 1200 m w drugim. Ich wyniki są nieco wyższe niż mojego domowego miernika (200 zamiast 150), ale nie chodzi tu o ścisłe liczby, tylko stopień spadku lub wzrostu. A pod tym względem wskazania pokrywają się - gdy punkty są w większości na zielono, mój miernik wskazuje ok. 30 µg/m3, a gdy robią się pomarańczowe, jak poniżej, podnosi się do ponad 150...


Sam miernik jest przyrządem raczej stacjonarnym, który możemy postawić na parapecie, balkonie, w pokoju, sypialni, biurze itp. Jednak w razie potrzeby można go też zabrać w teren, jeśli chcemy sprawdzić, w których częściach miasta jest najbardziej zanieczyszczone powietrze. Możemy też spróbować zlokalizować palących śmieci sąsiadów albo zakład przemysłowy bez odpowiednich filtrów. Musimy wówczas skierować go właściwą stroną w kierunku potencjalnego źródła smogu. W lewej bocznej ściance obudowy znajdują się dwa zestawy otworów - jednym powietrze jest zasysane przez wentylator do laserowego czujnika cząstek, drugim opuszcza miernik.

Przyrząd jest mały (73x53x23 mm) i lekki (77 g), zatem bez problemu zmieści się do kieszeni czy torebki i w każdej chwili możemy nim skontrolować poziom smogu. Mierząc w terenie pamiętajmy o zapewnieniu dopływu powietrza do detektora, gdyż przy małej, trudnej do uchwycenia obudowie można przypadkiem zasłonić je palcem. Miernik warto nosić w jakimś szczelnym sztywnym futerale, aby detektory nie uległy zanieczyszczeniu podczas przechowywania i transportu, co spowoduje sztucznie zawyżony pomiar oraz zmniejszy trwałość czujnika.

Instrukcja zaleca ograniczenie długotrwałości pomiarów w silnie zapylonym powietrzu własnie z uwagi na żywotność detektora. W normalnych warunkach trwałość miernika obliczona jest na 20 tys. godzin (833 dni = 2 lata i 3 miesiące), zatem możemy go trzymać uruchomiony przez cały czas, chyba że wcześniej ulegną zużyciu inne komponenty. Jest tylko jeden problem. Akumulatorek starcza na zaledwie 3 godziny pracy, co przy stałym używaniu oznacza trzymanie miernika cały czas na ładowarce. Poziom naładowania baterii sygnalizowany jest wskaźnikiem w górnym prawym rogu ekranu - jeśli robi się czerwony, nie możemy zmieniać funkcji miernika i przyrząd zaraz wyłączy się. Ładowanie jest sygnalizowane migającą zieloną diodą koło gniazda USB, a jego zakończenie ustaniem migania. Podczas normalnej pracy dioda również miga, sygnalizując trwanie pomiaru. Ładowanie odbywa się przez gniazdo mini-USB, zatem możemy używać ładowarek od telefonu lub portu USB w komputerze, choć producent zaleca te zapewniające wyższy prąd.

Akumulator mógłby starczać na dłużej, niestety wysoki pobór prądu powodowany jest przez wentylator zasysający powietrze do detektorów oraz kolorowy wyświetlacz. Planując dłuższy pomiar w terenie można zabrać ze sobą powerbank, który znacznie przedłuży czas pracy. Zasilanie jest głównym mankamentem tego detektora - bardziej pojemny akumulator co prawda nieco powiększyłby obudowę, ale byłoby to z korzyścią dla walorów użytkowych sprzętu. Dlatego też polecam dorywczą pracę miernika - włączyć go wieczorem i postawić na oknie przez godzinę, a następnie podpiąć do ładowarki, następny pomiar wykonując rano. Wieczór i poranek są newralgicznymi porami, jeśli chodzi o stężenie smogu. Widać to szczególnie w sezonie wiosenno-jesiennym, kiedy dni są już ciepłe, ale wieczorami temperatura znacznie spada i ludzie rozpalają w piecach, wygaszając je dopiero rano. Powstały smog rozwiewa się dopiero w godzinach przedpołudniowych, co bardzo wyraźnie widać na wykresie omawianego miernika. Szczególnie niekorzystne jest połączenie niskich temperatur z brakiem wiatru - spaliny ulegają schłodzeniu i koncentracji w warstwie 2 m powietrza nad poziomem gruntu, zamiast unosić się i rozpraszać. Mając miernik, możemy stale kontrolować, w jakich porach roku i warunkach pogodowych stężenie smogu w naszej okolicy jest największe.

***

Jeżeli chodzi o jakość wykonania miernika, to nie jest ona najwyższa, w moim egzemplarzu zaraz po wyjęciu z pudełka zaczął się odklejać przedni panel.


Trudno jednak się dziwić w takim budżetowym, masowo produkowanym przyrządzie. To jest miernik na sam początek pomiarów smogu, do stwierdzenia, jaki jest poziom zanieczyszczeń w naszej okolicy i czy faktycznie musimy go monitorować droższym sprzętem. Jeśli smog będzie stężony, nawet taki miernik nas zaalarmuje. Możemy oczywiście polegać na w/w sieci czujników, których wyniki można śledzić w różnych aplikacjach (polecam Kanarek - ostrzeżenia o smogu), jednak sieć detektorów nie wszędzie jest gęsta, szczególnie poza miastem, a poziom smogu może  różnić się znacznie nawet w różnych punktach tego samego osiedla.
Jeżeli chodzi o fabryczne wyposażenie przyrządu, jest ono bardzo skromne - oprócz sztywnego kartonowego pudełeczka na cały zestaw mamy jedynie kabel mini-USB (bez ładowarki!), instrukcję i świstek "gwarancji", na którym też nie ma napisanego modelu sprzętu:


Podsumowując, taki miernik, jak na początek, zupełnie wystarczy. Oferta droższych przyrządów na Allegro jest bardzo szeroka, ale nie wszyscy od razu chcą wydawać 300-1200 zł, szczególnie jeśli w ich okolicy zagrożenie smogiem jest minimalne. To trochę jak z czujnikami radonu, których ceny skutecznie zniechęcają do masowego monitorowania stężenia tego radioaktywnego gazu w budynkach.
Oczywiście w czujniku przydałby się bardziej pojemny akumulator, eliminujący stałe używanie ładowarki. Brakuje też możliwości zgrywania danych na komputer albo chociaż gromadzenia statystyk w pamięci przyrządu (średnia dzienna, miesięczna itp.). Od tego są jednak bardziej zaawansowane przyrządy. Przydatny byłby też pomiar wilgotności i temperatury, co akurat jest łatwe do rozwiązania od strony technicznej i nie zwiększyłoby znacznie ani ceny, ani gabarytów miernika.
***
I na sam koniec, jeśli dobrnęliście aż do tego momentu, zaczekajcie chwilę. Pisałem, że smog nie ma nic wspólnego z tematem promieniowania. Otóż trochę ma. Jeżeli w powietrzu znajduje się radon, to jego produkty rozpadu, będące ciałami stałymi, unoszą się w powietrzu i wchodzą w skład smogu. Są oczywiście zbyt małe, by rejestrowały je detektory, ale mogą przyklejać się do drobinek nieradioaktywnego smogu. Deszcz spłukuje je na ziemię, stąd przejściowy wzrost radioaktywności wody deszczowej w pierwszych chwilach silnej ulewy po dłuższym okresie suszy [LINK].
Innym związkiem smogu z promieniowaniem jest pył radioaktywny unoszący się zarówno po eksplozjach nuklearnych, jak również przy pożarach reaktorów jądrowych, jak choćby w Czarnobylu. Pył jest wyrzucany siłą eksplozji na wysokość wielu kilometrów, a następnie tworzy opad promieniotwórczy (fallout), złożony z cząstek o różnej średnicy, który powoli opada na ziemię. Prędkość opadania zależy od średnicy tych cząstek i wynosi dla 300 µm ok. 1 godziny, zaś dla 5 µm aż pół roku (!), cząstki jeszcze mniejsze mogą krążyć w atmosferze znacznie dłużej.***  Tematowi temu poświęcę osobną notkę.

I jeszcze pytania do PT Czytelników. Czy w Waszej okolicy występuje smog? Mierzycie go, czy tylko węchem wyczuwacie pogorszoną jakość powietrza? Podejmujecie jakieś działania w celu zmniejszenia zagrożenia skażeniem atmosfery? Czy problem uważacie za bzdurę wymyśloną przez "ekologów"?



---------------------------
* w kwestii racjonalnego palenia drewnem polecam książkę "Porąb i spal" Larsa Myttinga - https://lubimyczytac.pl/ksiazka/292425/porab-i-spal-wszystko-co-mezczyzna-powinien-wiedziec-o-drewnie
** Kreozot odpowiada za charakterystyczny zapach w pobliżu linii kolejowych z drewnianymi podkładami, a jego szkodliwość jest na tyle wysoka, że lepiej unikać przebywania przy takich torowiskach. Niestety stare podkłady często są stosowane jako... słupki do ogrodzeń albo ławeczki na działkach. Nie polecam takiego ich wykorzystania, poczytajcie "Rozmowy z katem", a dowiecie się, że kreozot był wlewany do kanałów podczas powstania w warszawskim getcie, aby wypędzić z nich powstańców.
*** cyt. za: K. Żarnowiecki, Podstawy ochrony radiologicznej, s. 152

niedziela, 5 kwietnia 2020

Pożar lasu koło Czarnobyla i medialna panika

Znowu zapalił się kawałek lasu w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia, w dodatku daleko od elektrowni. Pożary takie nie są niczym dziwnym w Strefie, ostatni miał miejsce w  czerwcu 2018 r. [LINK]. Zgłoszenie wpłynęło w sobotę o godz. 13 czasu lokalnego, czyli naszej 12, zaś ogień został ugaszony do godz. 20. W akcji brało udział 190 strażaków i śmigłowiec. Płonęło raptem... 20 hektarów "napromieniowanego" lasu. Jeśli już, to skażonego (i przy tym oczywiście napromieniowanego, mylenie i łączenie tych zjawisk jest nagminne). Oczywiście media podkręcają panikę i internet zalała fala alarmujących artykułów i komentarzy:


Na szczęście pojawiły się nieliczne trzeźwe komentarze, próbujące hamować powstałą histerię. Zwraca uwagę wpis p. Jakuba Wiecha na jego mikroblogu:
https://pl-pl.facebook.com/jakub.wiech.mikroblog/
Od siebie dodam, że sytuacja radiacyjna w kraju jest monitorowana zarówno przez Państwową Agencję Atomistyki [LINK], jak również przez sieć prywatnych detektorów promieniowania radioactive@home [LINK], gdzie możemy w każdej chwili sprawdzić moc dawki w różnych punktach kraju i świata.

Jak widać, wszędzie tło jest w normie. Pro forma wyszedłem z "żelazkiem" RKP-1-2 na balkon, ale odczyt nie przekracza tła, zarówno jeśli chodzi o moc dawki w powietrzu, jak i aktywność opadu:

Pożar trwał zbyt krótko i objął zbyt mały obszar lasu, w dodatku o niskim poziomie skażenia, aby wyemitować taką ilość radionuklidów, która dotarłaby do Polski. Występuje tutaj wielostopniowe rozcieńczanie - wspomniany las rośnie na glebie o niewielkim poziomie skażenia, nie wszystkie skażenia zostaną wchłonięte przez drzewa, nie wszystkie ulotnią się z dymem (część trafi do popiołu), zaś sam dym rozproszy się na dużym obszarze. W dodatku kierunek wiatru był północny, zatem omijał nasze terytorium [LINK]
Na sam koniec przestrzegam przed przyjmowaniem preparatów jodu, co niektórym może przyjść do głowy, zwłaszcza jak pamiętają akcję podawania płynu Lugola po awarii w Czarnobylu w 1986 r. Nie ma to najmniejszego sensu, ponieważ jod-131 nie występuje już w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia - mając czas półrozpadu równy 8 dni, dawno uległ całkowitemu zanikowi. Nawet jeśli jakieś skażenia znad Strefy miałyby trafić do Polski, co jest wielce nieprawdopodobne, jodu w nich po prostu nie będzie. Dlatego też przyjmowanie preparatów jodowych "na wszelki wypadek" jest  bezcelowe, a wręcz szkodliwe. Jod jest pierwiastkiem silnie żrącym, a jego nadmiar może nam poważnie zaszkodzić, aż do śmiertelnego zatrucia (pamiętacie Justynę z "Granicy"?).
Niestety w interesie mediów, zwłaszcza brukowych, jest podsycanie paniki przy użyciu chwytliwych, clickbaitowych nagłówków, niemających nic wspólnego z rzeczywistością. Bo czy ktoś by przeczytał artykuł zatytułowany "Na terenie Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia zdarzył się kolejny niewielki pożar, jakie mają tam miejsce co pewien czas. Ogień objął zaledwie 20 ha z 260000 ha Strefy i został ugaszony po kilku godzinach"? A tak, wystarczy obudzić poczarnobylskie demony i już strona przeżywa oblężenie.
Tym się zresztą różni pismak od dziennikarza - dziennikarz weryfikuje fakty i podaje rzetelne informacje, nie goniąc za tanią sensacją na użytek gawiedzi. Niestety poziom dziennikarstwa w Polsce ulega stałemu pogorszeniu, odpowiadając na gust przeciętnego odbiorcy. A jednym z podstawowych narzędzi takiego sensacyjnego dziennikarstwa jest wyolbrzymianie, choć czasem bywa ono wręcz komiczne. Pamiętam artykuł o skonfiskowaniu przez Policję 100 kg materiałów wybuchowych - "dziennikarz" napisał, że jest to ilość, którą można by wysadzić... pół Warszawy. "Chyba chodziło o samochód marki warszawa" - trzeźwo stwierdził jeden z komentujących. Nie jestem ekspertem od pirotechniki, ale 100 kg starczyłoby może na jeden blok mieszkalny.
Trafiając na tego typu sensacyjne wiadomości, należy zawsze być czujnym i sprawdzać źródła oraz kompetencje autora. Wskazówką może być też język przekazu, gdyż im mniej jest neutralny, tym zwykle bardziej stronniczy.  I na koniec zawsze niezawodne - Czynności Antystystemowe (by Pvek):

piątek, 3 kwietnia 2020

Fukushima memes

O katastrofie w elektrowni jądrowej Fukushima Dai-Ichii pisałem niedawno [LINK], obiecując szersze omówienie memów związanych z tym wydarzeniem. Wyszukałem zatem ok. 70 najbardziej reprezentatywnych, z których następnie przeprowadziłem dalszą selekcję, głównie pod względem typowości oraz oryginalności. Można je podzielić na kilka grup. Pierwsza to kopie "Meanwhile in Chernobyl", powielające wyświechtane klisze o mutacjach popromiennych. Zastosowano jednak inny dobór zwierząt:






Choć oczywiście pojawiają się kopie tych czarnobylskich, jedynie z nowym podpisem:



Albo z dodanymi nowymi elementami. Chciałoby się powiedzieć nihil novi sub sole... 


...ale czy na pewno? Temat mutacji popromiennych w kręgu kultury japońskiej od razu przywołuje Godzillę:






Nie mogło też zabraknąć Wojowniczych Żółwi Ninja:


Temat mutacji popromiennych doczekał się również całkowicie nowych odsłon. "Zmiany", które dotknęły cytryny, przypominają Cthulhu 




I słynny Pieseł (Doge) "po chorobie popromiennej":


Świecenie kocich oczu dzięki odbijającej światło błonie odblaskowej (tapetum lucidum) jest kanwą dla wszelkiego rodzaju memów związanych z promieniowaniem, kosmitami itp.:

Jeszcze na koniec trochę z ludźmi:




Ponieważ Fukushima, w przeciwieństwie do Czarnobyla, nie jest mglistym wspomnieniem z epoki przedinternetowej, tylko współczesnym wydarzeniem rozgrywającym się praktycznie online na oczach świata, memy dotyczące tej katastrofy odzwierciedlają również całą debatę, jaka miała miejsce w następnych latach. W przypadku Czarnobyla śmiano się praktycznie tylko z mutacji, ponieważ o innych aspektach zwyczajnie nie wiedziano, albo już zapomniano i nie byłyby nośnym materiałem na memy. Tu z kolei mamy np. echo odejścia Niemiec od energetyki jądrowej i przestawiania się na odnawialne źródła energii:








Opłakiwanie "prawdziwych ofiar" czyli... przemysłu jądrowego, który miał rzekomo być w sposób forsowny brandowany jako "przyjazny środowisku", a teraz cała robota na marne...

Zwróćcie uwagę na maski - przecież to tzw. "świńskie ryje" z czasów Czarnobyla:
Przypadek czy dyskretna aluzja do 1986 r.?

https://www.youtube.com/watch?v=xSOYZ7YFKlo

Nadmierne reakcje (overreactions) również znalazły swoje odzwierciedlenie:




Brak rzetelnych informacji czy wręcz kłamstwa ze strony rządu Japonii stworzyły kolejną grupę memów:
Poniższy obrazek sugeruje, że niby ci sami ludzie, którzy kiedyś ostrzegali przed zagrożeniami energetyki jądrowej, dziś są jej propagatorami? Nie sądzę, przeciwnicy zawsze używali podobnych argumentów, a Fukushima dostarczyła im jedynie amunicji, zaś zwolennicy przez awarię z 2011 r. znaleźli się w defensywie, przez co, broniąc się przez atak, zwarli szeregi i przystąpili do kontry.



Tutaj jeszcze dodatkowo mój ulubiony motyw chłodni kominowych, które emitują jedynie parę wodną, a są od dziesięcioleci przedstawiane jako ilustracja zanieczyszczenia środowiska.



Chłodnie takie występują zarówno w elektrowniach jądrowych, jak i w spalających paliwa kopalne. A tak na marginesie, obecnie sytuacja zmieniła się o tyle, że niedawno opatentowano technikę wypuszczania spalin przez chłodnie kominowe, zatem przestały być takie zupełnie niewinne. Przez wiele lat były jednak zupełnie nieadekwatnym symbolem zatruwania środowiska przez przemysł.
***
Ciekaw jestem źródła poniższych rewelacji. Liczba zgonów na 1000 mieszkańców spadała w Japonii do 1979 r., a potem zaczęła stopniowo rosnąć (o 0,1 pkt. proc. rocznie), dodatkowo przyspieszając w 2004 (0,2 pkt. proc. rocznie) - polecam analizę tych statystyk [LINK].




Dla leniwych umieszczam zrzut ekranu - celem lepszej czytelności podzieliłem wykres na dwa etapy - od ostatniego roku ze spadkiem śmiertelności aż po rok przed katastrofą i następnie od 2010 r. do 2020. 



Podaję jeszcze inne źródło - Knoema.com [LINK], ale dane mówią to samo - nie można stwierdzić korelacji awarii z 2011 r. ze wzrostem liczby zgonów, gdyż ten trend zaczął się znacznie wcześniej, a przyspieszył minimalnie po 2004 r., czyli 7 lat przed awarią.
***
Ten mem chyba stworzył ktoś z jakiegoś antypolicyjnego ruchu w rodzaju naszego JP100% czy innych dindunuffinów. 



Homer Simpson, choć został zatrudniony w przemyśle jądrowym, to źle tłumaczy podstawowe jednostki dozymetryczne. Od biedy można uznać, że z bekerelem niezbyt popłynął, choć promieniowanie rzadko kiedy oznacza świecenie światłem widzialnym, ale często potocznie obecność promieniowania nazywa się "świeceniem". Jednak na pewno napromieniowanie nie sprawi, że będę świecił i promieniował ani nie zapewni mi dodatkowych oczu. Wspomniane mity omawiałem poprzednio [świecenie - LINK, aktywacja - LINK, mutacje - LINK].




Zresztą świecenie na skutek radiacji, zwłaszcza tej przyjętej przez organizm żywy, to mój ulubiony mit:


Tapetum lucidum u krów. Mem nieaktualny z racji kolejnej reformy oświaty, likwidującej gimnazja:



Nie wiem, czy na pewno chcę zrozumieć, o co chodzi w tym obrazku...




Z kolei ta rzeźba ma symbolizować proces odbudowy po nuklearnej awarii i przedstawiać bezatomową Japonię - stąd symbol słońca na ręce figury, symbolizującego OZE. Moim zdaniem chybiony pomysł, rzeźba stanowi tani wyciskacz łez połączony z creepy-postacią z kiepskiego horroru.



Na szczęście każda akcja rodzi reakcję i antyatomowa propaganda spotyka się z kontrą. Szantażowanie zdjęciami rzekomych mutacji popromiennych nie działa na krytycznie myślące jednostki. Jeśli przeanalizujemy tego typu obrazki choć przez chwilę, to przekonamy się, że są to zdjęcia dziwnie wyglądających, ale normalnie występujących gatunków lub zmian wywołanych przez nowotwory przed Fukushimą albo schorzeń powodowanych przez pasożyty. Myślę, że wiele osób, widząc po raz pierwszy takie gatunki jak żabnica czy grzbietoród, od razu pomyślałoby "mutant!". A mutacje wywołane promieniowaniem są nie do odróżnienia "na oko" od tych spowodowanych przez czynniki chemiczne, szczególnie dla laika. Ale wystarczy, by hasło było nośne, jak chociażby to, że produkcja "maści tygrysiej" grozi... wyginięciem tygrysów (jeśli już, to koali, bo robi się ją m.in. z eukaliptusa). I tłum ma igrzyska "w słusznej sprawie", mogąc do woli szczuć i pluć jadem w internecie, bo też zwykle na internetowym wrzasku się kończy...




Niestety, przekona to tylko przekonanych. Jak ktoś spał na biologii, a do tego ma tzw. ogólną orientację spiskową, to każde tłumaczenie będzie uważane za element spisku. Pewną szczepionką może być duża dawka rzetelnych książek i filmów popularnonaukowych podawana od najmłodszych lat plus regularny trening w krytycznym myśleniu i szukaniu "drugiego dna". Jeśli jednak zostało to zaniedbane, nadrobienie zaległości może nie być możliwe. Polecam też "Czynności antystystemowe", do których m.in. zalicza się krytyczne myślenie:


https://pl.pinterest.com/pin/420594052688366635/?lp=true



Istnieje też spora grupa proatomowych memów, kontrujących pofukuszimską histerię. Szczególnie "wysokie" moce dawek w rejonie elektrowni, które jak można się przekonać, są znacznie niższe niż w wielu rejonach świata:


Źródło - Refutations to Anti-Nuclear Memes





To samo w kwestii "zabicia życia w Pacyfiku" przez zrzut skażonej wody z elektrowni w Fukushimie. Amerykańskie testy jądrowe umieściły w tym oceanie o wiele więcej radionuklidów i o znacznie wyższych aktywnościach.




Porównanie zawartości naturalnego uranu i potasu, skutków testów jądrowych, Czarnobyla i Fukushimy w wodach oceanów i atmosferze:

https://www.facebook.com/R2ANM/photos/a.1561349920772560/1924452021129013/?type=3&theater

A teraz trochę dodatkowych, niewygodnych faktów o odnawialnych źródłach energii, w tym wypadku o panelach słonecznych. Na obrazku porównano powierzchnię paneli słonecznych, które miałyby taką moc jak cała elektrownia w Fukushimie, z terenem ewakuowanym po awarii (zielony) i terenem wykluczonym z użytkowania w 2013 r. (różowy). Jako wzorzec mocy wybrano położoną na podobnej szerokości geograficznej elektrownię Sarnia Solar Photovoltaic Plant w stanie Ontario w USA (na zdjęciu wkopiowanym z prawej u góry). Moc tej elektrowni to zaledwie 97 MW, czyli potrzeba 300 takich siłowni, by dać moc generowaną przez 6 reaktorów z Fukushimy (4696 MW). Pokrycie panelami tak dużego terenu wykluczyłoby go z użytkowania na znacznie dłużej niż stale kurcząca się strefa wykluczenia wokół Fukushimy. A w kraju o tak małej powierzchni i górzystym terenie jak Japonia jednym z kluczowych czynników jest powierzchnia, którą można poświęcić pod infrastrukturę energetyczną.


Pamiętajmy też, że materiały użyte do budowy paneli słonecznych mogą być równie niebezpieczne jak odpady nuklearne, zwłaszcza że zużyte panele też trzeba będzie jakoś utylizować. Dla porównania część odpadów z elektrowni jądrowych można przetwarzać, produkując nowe paliwo, zaś procent tych najgroźniejszych jest niewielki. Przeważają odpady nisko- i średnioaktywne. A jak wygląda sprawa nieradioaktywnych, ale toksycznych pierwiastków w rodzaju arsenu, zawartego w panelach lub rtęci, występującej w węglu?


Zerknijmy jeszcze na liczbę ofiar w energetyce jądrowej. Poniższy przykład jest analogiczny do kwestii bezpieczeństwa transportu lotniczego w porównaniu z kołowym. 


Nieporównanie więcej osób ginie w wypadkach drogowych niż lotniczych, jednak liczba ofiar pojedynczej katastrofy samolotowej, jej przebieg i niewielkie szanse przeżycia działają na wyobraźnię, tworząc mit większego ryzyka podróży powietrznych. Zagrożenia transportu samochodowego są też na swój sposób "oswojone" w społecznym odbiorze, gdyż wypadki te zdarzają się tak często, że media relacjonują jedynie bardziej drastyczne z nich.



Z kolei ten obrazek przypomina podział na głównie obozy w tej dyskusji, zwykle pokrywające się z preferencjami politycznymi i obyczajowymi. Energetyka oparta na spalaniu węgla - prawica, energetyka z przewagą OZE - skrajna lewica, energetyka jądrowa (wspierana przez OZE) - umiarkowana lewica i trochę centrum.

Porównanie gęstości energii z najpopularniejszych źródeł - dopóki nie opanujemy kontrolowanej syntezy termojądrowej, palma pierwszeństwa będzie przypadać uranowi:

Postęp techniczny zawsze wywoływał opór. Parowozy miały zabijać ptaki, powodować, że kury przestaną się nieść a krowy dawać mleko. Niedługo przed pierwszym lotem braci Wright kilku panów ręczyło honorem, że maszyna cięższa od powietrza nie może latać. Lekarz, który jako pierwszy zalecił dezynfekcję rąk w szpitalach i wyeliminował gorączkę połogową, został tak zaszczuty, że skończył w szpitalu psychiatrycznym. Zatem przełóżmy antyatomowe argumenty na... ogień u ludzi pierwotnych:




I podobnie jak w przypadku Czarnobyla - panika, ewakuacja i stres spowodowały większe szkody niż promieniowanie. Niektórzy jednak wolą żyć w antyatomowym Matrixie, zaludnionym przez popromienne mutanty.



Do walki ze skażeniami po Fukushimie zaangażowano nawet... konopie indyjskie. Jednak zastosowanie roślin w procesie fitoremediacji, czyli usuwania substancji toksycznych ze środowiska nie jest takie proste, jak by się mogło wydawać twórcom poniższego obrazka. Skażenia chemiczne są przez rośliny zwykle choć częściowo metabolizowane, a nawet jeśli nie, to powstałą biomasę można spalić, gdzie zwłaszcza związki organiczne ulegną rozkładowi do substancji prostych.


Skażenia promieniotwórcze mają niestety taką cechę, że nie da się ich zniszczyć, można je jedynie przemieścić. Zatem choć rośliny wchłoną radionuklidy z gleby, to z kolei same staną się odpadam promieniotwórczymi, które trzeba będzie składować. Spalenie ich przeniesie pierwiastki promieniotwórcze do dymu i popiołu, choć oczywiście zmniejszy objętość skażonego materiału. Technologia ta wymaga jak widać dalszych badań i nie wygląda tak różowo jak w teorii.

***
Wróćmy jeszcze do samych memów i zerknijmy na kilka z działu "varia", czyli bez kategorii, cicer cum caule:








Na sam koniec współczesny akcent - nawiązanie do Igrzysk Olimpijskich w Tokio.

Jeśli spotkaliście się z jakimiś innymi memami, które powielają wierutne bzdury na temat katastrofy w Fukushimie albo ogólnie energetyki jądrowej, ale w związku z tym wydarzeniem, dajcie znać w komentarzach. Zasoby internetowych memów są tak ogromne, że życia by mi nie starczyło, jakbym chciał je wszystkie zewidencjonować. Szczególnie, że spora część z nich to wtórny chłam o niskim poziomie graficznym i merytorycznym.