sobota, 19 października 2019

Radiometr RUST-1 - pierwszy z serii


Radiometry serii RUST są bardzo rozpowszechnione w polskich laboratoriach, szczególnie ostatni model RUST-3 z 1987 r., którego wyprodukowano aż 2000 szt. Ich historia zaczyna się w roku 1962, kiedy to powstał pierwszy model, oznaczony RUST-1. Był to niewielki, przenośny przyrząd o konstrukcji tranzystorowej z zasilaniem bateryjnym, współpracujący z różnymi wymiennymi sondami pomiarowymi, zarówno licznikowymi (SGB-1P,-2P,-3P,-1R,-D,-1Z), jak i scyntylacyjnymi (SSA-1P, SSU-3) czy neutronowymi SSN i SST. Można do niego podłączać również starsze sondy LGM, LS i LGO.


Sondy, produkowane przez ZZUJ Polon, podłączano przez standardowe złącze BNC. Wysokie napięcie było regulowane skokowo: 350, 1100, 1200, 1300, 1400, 1500 V z możliwością dodatkowej regulacji każdego z napięć o 25, 50 i 75 V.  Jak widać, brakuje napięć między 425 a 1100 V, widać wówczas nie produkowano liczników na taki woltaż. Skala miała pojedynczą podziałkę do 300 imp./min z działkami co 10, zakresy regulowane pokrętłem z mnożnikami x1, x10, x100 i x1000. Maksymalny zakres wynosił 300.000 imp/min (5000 imp/s). Przed pracą należało wyregulować "zero" za pomocą specjalnego pokrętła. Osobne gniazdo służyło do podłączenia słuchawek, można było też dołączyć zewnętrzną stałą czasu. Obudowa miała charakterystyczny design lat 60. - opływowe linie i pastelowe kolory. Zasilanie odbywało się z 6 baterii R-20, które starczały na 50 godzin pracy nieciągłej, czyli w cyklu 4 h pracy, 4 h przerwy. Przedział baterii odizolowany od reszty elektroniki, co chroni ją w razie wycieku elektrolitu ze zużytych ogniw.

Miernik prezentowano na Międzynarodowych Targach Poznańskich w 1964 r. Wykonano łącznie 150 egzemplarzy, z których część podobno jest nadal eksploatowana i regularnie kalibrowana. Niestety jak do tej pory żaden nie pojawił się na rynku wtórnym. Jedyne dostępne zdjęcia pochodzą z folderów reklamowych oraz fotografii prasowych z MTP, dostępnych w Narodowym Archiwum Cyfrowym (zespół CAF, dostępny na miejscu, pytać o aparaturę dozymetryczną). Następcą miernika był RUST-2 wprowadzony w 1969 r., którego wykonano już 400 szt. Oprócz znacznie nowocześniejszej obudowy przyrząd ten miał szerszą regulację wysokiego napięcia, choć nadal z "dziurą" między 650 a 1000 V. W RUST-3 brakujący zakres napięcia zmniejszył się do 700-900.

czwartek, 17 października 2019

Radiometr monitor skażeń DC-3E-83
































Miernik ten, stosowany przez czechosłowacką obronę cywilną (Civilní obrana, CO) został prawdopodobnie wykonany przez ZRUP (Základna rozvoje uranového průmyslu - baza rozwoju przemysłu uranowego). Mierzy moc dawki w mGy/h i μGy/h oraz skażenie powierzchni w Bq/cm2 (x1 i x100). Każda z tych funkcji ma 6 zakresów. 

Najwyższy zakres mierzonej mocy dawki to 10 mGy/h. Pomiar odbywa się w dwóch trybach "1 s" lub "RC", różniących się stałą czasu. W trybie 1 s głośnik jest włączony i możemy słyszeć impulsy. Tryb ten służy do pomiarów promieniowania o większym natężeniu, w przeciwnym wypadku wskazówka skacze z jednej strony na drugą.
Tryb RC służy do precyzyjnych pomiarów (RC oznacza "resistor capacitor", układ złożony z opornika i kondensatora). W tym trybie czas pomiaru jest 3x dłuższy niż stała układu RC, czyli czas, po którym kondensator będzie naładowany w 99%.



Ciekawą funkcją jest odejmowanie tła naturalnego, która jednak nie działa, gdy tło przekracza 0,33 µGy/h (0,033 mGy/h, 1,2 Bq/cm2 lub 100 x1,2 Bq/cm2 w zależności od wybranego zakresu). Licznik Geigera umieszczony jest w sondzie z uchwytem, na której można przymocować pulpit pomiarowy, do którego podłączona jest przewodem o łącznej długości 3,6 m.

Przewód zwija się na specjalnej szpulce z boku sondy. Długi przewód umożliwia operowanie sondą w trudno dostępnych miejscach i zachowanie bezpiecznej odległości przy pomiarze silniejszych źródeł.


Czujnikiem promieniowania jest znany nam dobrze okienkowy licznik Geigera SBT-10A z okienkiem mikowym, wyposażony w przesuwną przesłonę, odcinającą promieniowanie beta.



Zgodnie z instrukcją miernik mierzy tylko promieniowanie beta i gamma, choć okienko mikowe jest  przepuszczalne dla cząstek alfa, przynajmniej tych o wyższych energiach. Na tylnej ściance znajdują się dwa wykresy zależności wskazań od energii mierzonego promieniowania, podające współczynnik K, przez który trzeba podzielić wynik pomiaru. Na urządzeniu znajduje się też skrócona instrukcja obsługi, niestety brak oryginalnego manuala.


Miernik niestety nie pojawia się w Polsce, a i w Czechach występuje dość rzadko. Podziękowania dla Alesa za udostępnienie zdjęć i opisu! Zdravem! 





poniedziałek, 14 października 2019

Symulator skutków ataku nuklearnego

W internecie dostępnych jest kilka symulatorów skutków ataku nuklearnego. Współpracują z Mapami Google, nanosząc na nie promienie stref poszczególnych stopni zniszczenia. Musimy tylko wybrać cel (Łódź Bałuty!) oraz model bomby spośród kilkunastu historycznych i współczesnych. Zwykle dostępne są najbardziej znane, od maleństwa W-54 (20 t TNT), przez Little Boy (16 kt), Shrimp (15 Mt), aż kończąc na Car Bombie (50-100 Mt). Niektóre są opisane np. jako najsłabsza bomba atomowa w historii albo najsłabsza w obecnym arsenale US Army. Można tez wybrać własny równoważnik trotylowy. Symulator podaje zasięgi najważniejszych czynników rażenia - kuli ognistej, fali uderzeniowej, promieniowania cieplnego, promieniowania natychmiastowego oraz opadu promieniotwórczego. Strefy podzielone są na stopnie zniszczeń - np. przy fali uderzeniowej od jedynie wybitych szyb do zniszczenia nawet wzmocnionych schronów. 

Symulatorów jest kilka, ale różnią się głównie szczegółami, zatem przedstawię tylko najważniejsze. Outrider.org [LINK] oferuje animację pokazującą poszczególne czynniki rażenia, jednocześnie wybór bomb jest bardzo mały:

Wybrać możemy zaledwie 4 modele bomb - od hiroszimskiego Little Boya (16 kt), przez największą koreańską wodorową 240 kt, amerykańską W-87 (300 kt) przenoszoną przez pociski Minuteman III, aż po radziecką Car Bombę (50 Mt):

System szacuje liczbę ofiar z podziałem na zabitych i rannych oraz powierzchnię rażenia poszczególnymi czynnikami. Można też wybrać rodzaj wybuchu - powietrzny lub powierzchniowy. Symulator jest ciekawy, lecz nie zajmie nas na długo, gdyż zbyt wielki nacisk położono na grafikę, a za mały na stronę merytoryczną. Nie ma możliwości wpisania własnego równoważnika trotylowego, że o innych parametrach nie wspomnę. Ot, zabawka na chwilę, by by zaszpanować przed znajomymi na imprezie.
***
NukeMap jest bardziej rozbudowana, choć interfejs w pierwszej wersji wygląda dość staroświecko. Spójrzmy na skutki zrzucenia Little Boya (16 kt) na Pałac Kultury:

Dla porównania, najsilniejsza bomba wodorowa, tzw. Car-Bomba (50 Mt) zmiotłaby całe Mazowsze.  Z mapą powiązany jest również inny kalkulator - Missile Map [LINK], pokazujący trajektorię i zasięg rakiet, które byłyby nośnikami głowic:

Druga wersja oferuje jeszcze więcej opcji, ze stopniowaniem skali zniszczenia. Możemy nawet sprawdzić wymiary grzyba atomowego, wywołanego wybuchem.
Mnogość opcji może być przytłaczająca dla osób mniej zorientowanych w temacie, zatem przygodę z symulacjami lepiej zacząć od wspomnianego wcześniej Outridera, szczególnie jeśli chcemy mieć tylko orientacyjne pojęcie o skutkach jakiegokolwiek wybuchu nuklearnego w znanym nam miejscu.

Nuke Map, podobnie jak poprzedni symulator,  korzysta z danych dotyczących gęstości zaludnienia w miejscu eksplozji, zatem zrzucenie wspomnianego Little Boya na Kampinos będzie skutkować "zaledwie" 50 zabitymi i 350 rannymi:
Zmieńmy zatem cel na warszawską Wolę - ofiary idą w dziesiątki tysięcy:
Znacznik można przesuwać po mapie, jednak aby zaktualizować dane trzeba "odpalić" bombę ponownie w nowym miejscu. Obliczenia liczby trwają kilka sekund, jednak obserwując tempo przyrastania wyniku możemy ocenić rząd wielkości. Jeżeli chodzi o Warszawę, bombardowanie dzielnic centralnych daje dość zbliżone efekty, ale przesuńmy znacznik na Siekierki czy Włochy, to liczba ofiar znacząco spadnie.
Pomimo mniejszego zaawansowania graficznego ten symulator potrafi wciągnąć na dłuższy czas, głównie dzięki możliwości wpisywania własnych równoważników trotylowych, a także dużej liczbie dodatkowych informacji o skutkach wybuchu. Możemy np. stopniowo zwiększać siłę eksplozji i obserwować, czy nasz dom na przedmieściach jest jeszcze bezpieczny w razie ataku na centrum miasta.
***
Kolejny symulator to Single City Attack Simulator na stronie NuclearWarMap [LINK], niestety jest ograniczony jedynie do terytorium USA. Możemy wybrać równoważnik trotylowy, miasto oraz rodzaj wybuchu (powietrzny lub naziemny):
Prezentowane informacje są dość skąpe, ograniczają się jedynie do zasięgu poszczególnych stref rażenia. Poniżej skutki zrzucenia 500 kt na Dallas:

Na tej stronie można również uruchomić kalkulator ataku globalnego, jednak nie ma on możliwości modyfikowania parametrów. Ukazuje jedynie skutki ataku nuklearnego na ważniejsze cele w USA ze szczegółowymi informacjami, ile głowic uderzy w który cel, o jakim tonażu i jakie wywoła to ofiary. Po 120 minutach jest pozamiatane - na 388 celów zrzucono 1071 głowic (łącznie 570 Mt), zabijając ponad 186 mln osób. Poniższa mapka ukazuje szczegóły ataku na Rhode Island, oczywiście można wybrać każdy inny spośród widocznych na mapie:
Gdy mapę powiększymy, widzimy zasięg opadu radioaktywnego z poszczególnych wybuchów - to te czerwone wrzecionowate kształty. Gdy klikniemy jeden z nich, ukażą się szczegóły - z którego wybuchu pochodzi opad, jakie są wymiary i powierzchnia chmury oraz moc dawki:

Jeśli jeszcze bardziej powiększymy mapę, widzimy poszczególne cele (wojskowe, gospodarcze) z wyliczeniem, jakim ładunkiem będą zniszczone i jaki będzie zasięg strat. Przykładowo zerknijmy na US Naval Academy w Annapolis w stanie Maryland, dla której zniszczenia przewidziano wybuch powietrzny o sile 800 kt:

Podsumowując, nawet krótka "zabawa" symulatorem pokazuje, jak niszczycielskim wynalazkiem jest broń jądrowa i jakie skutki może mieć nawet lokalne użycie ładunku o przeciętnym równoważniku trotylowym. Prawdziwy konflikt nuklearny nie ograniczyłby się jednak do pojedynczej rakiety, tylko byłby zmasowanym uderzeniem, by zdążyć przed ewentualną odpowiedzią przeciwnika. Ponieważ jednak czas lotu rakiet nie był odpowiednio krótki, druga strona zdążyłaby odpalić swoje rakiety, doprowadzając do wzajemnego zniszczenia obu walczących stron, a pewnie i nawet do zagłady życia na Ziemi. Podczas zimnej wojny ten scenariusz był realną groźbą zważywszy na silne napięcia między blokami mocarstw i olbrzymie arsenały nuklearne gotowe do użytku. Paradoksalnie, groźba wzajemnego zniszczenia obu stron konfliktu powodowała, że żadna ze stron ostatecznie nie ośmieliła się na atak. Powodowało to jednak nieograniczony wyścig zbrojeń, zgodne z doktryną "wzajemnego gwarantowanego zniszczenia" (Mutual Assured Destruction - LINK). Przykład bazy rakietowej z tego okresu można zobaczyć na Ukrainie koło Pierwomajska  - dziś jest to Muzeum Strategicznych Wojsk Rakietowych: - http://promieniowanie.blogspot.com/2019/09/muzeum-strategicznych-wojsk-rakietowych.html

A konsekwencje wyścigu zbrojeń trafnie ujął Albert Einstein: "nie wiem, jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na kije i kamienie". 

czwartek, 10 października 2019

Sonda okienkowa beta SGB-2P


Sonda ta została opracowana w 1964 r. jako jedna z rodziny sond wypuszczonych przez Zakład Doświadczalny Biura Urządzeń Techniki Jądrowej w Bydgoszczy, późniejsze Zjednoczone Zakłady Urządzeń Jądrowych [LINK]. Wykonano łącznie 1000 szt. i w wielu placówkach naukowych stosowane są do dziś. Zastąpiła wcześniejszą sondę okienkową LGO-5A współpracującą z radiometrami RUS-5. Od starszego modelu różni się sposobem zasilania, a przez to i podłączenia - ma wtyk BNC-2,5, którym jest prowadzone zarówno wysokie napięcie, jak i sygnał. Wcześniejsze sondy miały osobne wyprowadzenia, przewód wielożyłowy i wtyk o kilku pinach.

Sonda służy do pomiarów skażeń powierzchni emiterami beta o energii powyżej 100 keV oraz silniejszymi emiterami alfa. Wykorzystuje 3 liczniki okienkowe BOH-45 w charakterystycznej trójkątnej obudowie z ebonitową rączką. Podejrzewam, że kształt sondy ma ułatwić pomiar w narożnikach stołów roboczych, podłóg, tacek itp.

Sonda pracuje przy napięciu 400-600 V, dokładną wartość napięcia pracy odczytujemy z karty badania danego egzemplarza sondy. Zwykle jednak karty nie ma, zatem po umieszczeniu sondy w pobliżu umiarkowanie aktywnego źródła musimy stopniowo zwiększać napięcie, aż uzyskamy odczyt i wtedy jeszcze podwyższyć napięcie o 50 V. Próg Geigera jest wyraźnie wyczuwalny - zanim go osiągniemy, radiometr jest martwy, a po jego przekroczeniu od razu zaczynają się zliczenia. Większość liczników Geigera ma zalecany punkt pracy w odległości 40-80 V od progu Geigera. Dalsze zwiększanie napięcia nie ma sensu, gdyż zwiększa bieg własny i obniża trwałość licznika, a w skrajnych przypadkach może go uszkodzić. Niestety ponieważ specyfikacje w katalogach wykazują często duży rozrzut, pozostaje doświadczalne ustalenie napięcia pracy. Poniżej karta z katalogu z 1969 r. Jak widać, bieg własny podawany przez producenta wynosi 200 cpm (3,3 cps), więc tą wartością możemy się posiłkować, dobierając napięcie, choć oczywiście tło naturalne waha się nieraz znacznie w zależności od miejsca pomiaru.

Sonda współpracuje ze wszystkimi radiometrami, w których zasilanie i sygnał są prowadzone jednym współosiowym przewodem z wtykiem BNC-2,5. Pasować będzie do przyrządów serii RUST, URL, URS, RUM, jak również do bardzo udanego cyfrowego radiometru uniwersalnego UDR-1 reklamowanego jakiś czas temu na blogu. Przed podłączeniem sondy do radiometru pamiętajmy o wyłączeniu przyrządu - dotyczy to wszystkich zewnętrznych sond pomiarowych! Następnie sprawdźmy ustawienie obu przełączników regulujących napięcie (zgrubne i dokładne) - czy są ustawione na minimum. Dopiero wówczas włączamy radiometr i następnie wysokie napięcie (zwykle włącza się je osobnym przyciskiem lub pokrętłem).

Okienka mikowe zastosowanych liczników G-M są dosyć grube (ok. 3-4 mg/cm2), jednak wystarczają do pomiarów większości słabych źródeł, z którymi możemy mieć do czynienia w codziennej praktyce. Wzrost wskazań otrzymamy już przy związkach potasu, granicie czy nawet trytowym breloczku, choć tu raczej będzie to promieniowanie hamowania niż emisja beta trytu (18 keV).


Sonda waży ok. 1 kg, a jej masywny metalowy korpus jest niezbyt wygodny w manipulacji i szybko męczy rękę z racji niekorzystnie umieszczonego środka ciężkości. Głównym przeznaczeniem SGB-2P jest pomiar skażeń na odzieży i blatach, więc jest albo przesuwana wzdłuż fartucha czy rękawic, albo stawiana pionowo na stole. Dłuższe poszukiwania terenowe z udziałem tej sondy byłyby dość uciążliwe, zwłaszcza że oprócz sondy trzeba też nosić radiometr (RUST-3 - 4 kg). W dodatku większość źródeł, z którymi możemy mieć do czynienia, ma charakter punktowy, zatem pomiaru będziemy dokonywali na jednym z trzech liczników.

 Niewiele jest wielkopowierzchniowych źródeł pozwalających na wykorzystanie wszystkich. Do pomiaru małych źródeł bardziej przydatna byłaby sonda SGB-1R mająca pojedynczy licznik okienkowy BOH-45, niestety występuje bardzo rzadko (wykonano 200 szt.)

Zresztą SGB-2P też nie pojawia się na rynku wtórnym szczególnie często - wiem o 3 egzemplarzach, wliczając mój. Zwykle sprzedawana jest w komplecie z radiometrem RUST-2 i sondą powierzchniową beta-gamma SGB-1P w fabrycznej walizce:


Przy pracy z sondą SGB-2P uważajmy na cienkie okienka mikowe, które łatwo uszkodzić np. podczas nieumiejętnego czyszczenia. Najlepiej ich w ogóle nie dotykać, a podczas każdej przerwy w pracy nakładać na sondę fabryczny dekiel z chromowanej blachy. Zapasowe liczniki GM są praktycznie nie do zdobycia. Należy zatem bardzo uważać, jeśli jednak postanowimy stosować tą sondę w terenie. Dla zapewnienia ochrony przed skażeniem najlepiej włożyć sondę do foliowego worka, chyba że mierzymy wyjątkowo małe aktywności izotopów lub emitery promieniowania alfa, które jest silnie tłumione nawet przez najcieńsze przeszkody. Generalnie sonda ta ma zastosowanie specjalistyczne i wymaga umiejętnego obchodzenia się z nią. Dotyczy to zresztą większości sond okienkowych i scyntylacyjnych, bardzo wrażliwych na błędy użytkowania. Stosunkowo odporne są za to sondy licznikowe z metalowymi licznikami cylindrycznymi, ale je omówię w osobnej notce. A jak Wasze doświadczenia z SGB-2P?

wtorek, 8 października 2019

Dziecko w skanerze do prześwietlania bagażu

Od trzech dni różne serwisy informacyjne udostępniają informację z 29 lipca, kiedy to dziecko weszło do skanera, którym prześwietlany jest bagaż na przejściu granicznym w Korczowej [LINK]. Rodzina wracała z Ukrainy do Polski, dziecko wykorzystało moment nieuwagi i weszło na przenośnik taśmowy, którym bagaże wjeżdżają do skanera. Oczywiście prześwietlanie od razu przerwano, gdy zauważono postać na ekranie. Zdarzenie tłumaczono przeciążeniem celników, którzy wg zaleceń mają odprawiać minimum 10 pojazdów na godzinę i nie mają nawet czasu na przerwę - LINK. Dawkę przyjętą przez dziecko oszacowano na 100 µSv i porównano z jednym prześwietleniem zęba (!). Cóż, po pierwsze przy prześwietleniu zęba przyjmuje się znacznie mniejsze dawki - 1-2 µSv (kiedyś 3-5), pantomogram 5-20 (kiedyś 15-30) LINK. Jak już porównać to można do prześwietlenia płuc - w kwestii szczegółowych dawek przy prześwietleniach i tomografiach odsyłam do tego materiału Narodowego Centrum Badań Jądrowych - LINK. Inne ciekawe porównanie dawki od lotniskowego skanera z badaniami diagnostycznymi, lotem kosmicznym, promieniowaniem tła i piciem wody - TUTAJ.


Po drugie, taka sama dawka promieniowania podana miejscowo ma inne skutki niż rozłożona na całe ciało, dlatego też przy chorobie popromiennej i skutkach śmiertelnych przyjmuje się napromieniowanie całego ciała. Nadal oczywiście te 100 µSv/h nie jest szczególnie dużą dawką - w przeliczeniu to odpowiednik 28 dni promieniowania naturalnego (0,15 µSv/h), ale pamiętajmy, że została podana na całe ciało i to w dodatku dziecka, o znacznie mniejszej odporności na promieniowanie. O zdarzeniu zostało poinformowane Centrum Zdarzeń Radiacyjnych Państwowej Agencji Atomistyki, które nie stwierdziło żadnych nieprawidłowości w konstrukcji urządzenia. Zawinił niestety, jak w większości przypadków czynnik ludzki.

Notabene w informacjach o tym wydarzeniu wspominano opisywany przeze mnie wcześniej wypadek z początku sierpnia, kiedy ktoś wszedł do rentgena prześwietlającego wagony kolejowe na przejściu w Medyce [LINK]. Pojawiła się nawet informacja, że: 

Nieuprawniona osoba, idąc wzdłuż torów kolejowych, dostała się w pole rażenia rentgena prześwietlającego wagony. To urządzenie ma już bardzo dużą moc i jest jednym z największych rentgenów granicznych w Europie.W tym wypadku naświetlenie mogło mieć negatywne skutki dla zdrowia czy nawet życia. Intruz był przez pewien czas poszukiwany przez celników. Apelowali oni, by osoba ta jak najszybciej zgłosiła się do szpitala.

I tak sobie sama "szła", nikt jej nie zauważył? Poza tym pominęli fakt, że wyłączyła ten rentgen, wiec raczej nie był to ktoś przypadkowy. Swoją drogą ciekawe, jak rozwój śledztwa...

Podobne wypadki ze skanerami miały miejsce w innych państwach. W Chinach do skanera raz weszło dziecko [LINK] - czyli zrobił się tzw. babygram - prześwietlenie całego ciała dziecka, niegdyś popularny u noworodków do wykrywania wad wrodzonych, dziś zarzucony.


Innym razem dorosła kobieta, która nie chciała puścić torebki, przekonana, że ją straci, zatem wraz z nią wjechała do skanera - LINK

Tutaj fragment całego zajścia, a kadr z prawej ocenzurowany pewnie z obawy przed amatorami X-ray porn... Swoją drogą w epoce radowego szaleństwa kobiety obawiały się, że dzięki promieniom rentgenowskim mogą być podglądane, zatem handlowcy od razu zwietrzyli zysk i wypuścili odzież z ołowianymi wkładkami. 

Z kolei w Hiszpanii celnicy na ekranie skanera zobaczyli... dziecko zapakowane do walizki, które miało być przemycone z Maroka. Wydawałoby się, że ta metoda w dobie wszechobecnych skanerów jest anachroniczna, a jednak:
Interwencja celników przyszła rychło w czas, ratując dziecku życie - więcej [LINK]

Aż by się chciało zacytować stary dowcip o dziadku, co chcąc uniknąć płacenia za bilet wnuka, wpakował go do walizki, jednak musiał zapłacić za bagaż...

sobota, 5 października 2019

Dozymetr Soeks 112

Dozymetr ten jest świeżą konstrukcją, na stronie producenta reklamują go jako "nowinka 2019 goda". Firma Soeks ma już na swoim koncie kilka kieszonkowych dozymetrów, mniej lub bardziej udanych (01M, Prime, Quantum, Ecovisor F4 itp.), jednak do tej pory ich ceny były dość zaporowe: 600-1600 zł. Teraz jednak pojawił się przyrząd w dużo bardziej przystępnej cenie (379), choć moim zdaniem nadal lekko zawyżonej, ale o tym za chwilę.

Dozymetr nazywa się Soeks 112 i ma kształt walca wykonanego z białego tworzywa sztucznego. Przypomina nieco glukometr bądź gruby flamaster. Na przedniej ścianie znajduje się mały wyświetlacz LCD, dwa przyciski i dioda LED, na tylnej - otworki w obudowie, odsłaniające licznik Geigera typu SBM-20.


Z lewej strony obudowę zamyka pokrywa przedziału baterii, mieszczącego 2 ogniwa guzikowe typu AG-13/LR-44. Brak klipsa do pasa lub uszka do smyczy, co w przypadku tak małego przyrządu jest kłopotliwe - łatwo go zgubić lub upuścić.


Urządzenie mierzy łączną moc dawki beta i gamma w mikrosiwertach na godzinę, a także skumulowaną dawkę w mikrosiwertach od czasu ostatniego resetu pamięci. Brak przesłony odcinającej promieniowanie beta, umożliwiającej pomiar samej emisji gamma. Widać producenci uznali, że przeciętnego użytkownika niezbyt to interesuje, wystarczy mu ogólny poziom promieniowania, a jak wiadomo, emisja łączna zwykle przewyższa samą gammę kilkukrotnie, pomiar taki będzie bardziej efektowny. Podobne rozwiązanie zastosowano zresztą w dużo droższym Soeks Quantum za 999,99 zł (!). Oczywiście bywa to zgubne, o czym się zaraz przekonamy.

Obsługa jest prosta - prawy przycisk to włącznik, wciskamy go i trzymamy, aż na wyświetlaczu pojawią się wszystkie trzy zera, wówczas miernik włączy się, sygnalizując to krótkim dźwiękiem. Jest to zabezpieczenie przed przypadkowym włączeniem - krótkie naciśnięcie wywołuje jedno zero, dłuższe - dwa, lecz jak zwolnimy nacisk, przyrząd się nie włączy. Poniżej wyświetlacz przed wyświetleniem ostatniego zera, po którym następuje uruchomienie dozymetru. Sygnalizacja dźwiękowa włączenia dozymetru przydaje się, gdy chcemy go szybko uruchomić bez patrzenia na wyświetlacz - wystarczy przytrzymać przycisk aż do usłyszenia dźwięku.

Gdy już uruchomimy miernik, wyświetli się na chwilę łączna skumulowana dawka, po czym rozpocznie się pomiar. Przez pierwsze kilka sekund widzimy tylko poziome kreski, miernik dokonuje wtedy wstępnych zliczeń.

Następnie rozpoczyna się pomiar, sygnalizowany przez animowany symbol "koniczynki" z prawej strony. Soeks 112 reaguje nieco wolniej niż Polaron, a osiągane wyniki są niższe. Wynika to po pierwsze z zastosowania jednego licznika GM zamiast dwóch, po drugie z osłonięcia licznika plastikiem, w którym wywiercono ok. 50 otworków o różnych średnicach (w Polaronie liczniki są zupełnie gołe), co w pewnym stopniu tłumi promieniowanie. Jak widać, spora część powierzchni czynnej licznika pokryta jest plastikiem i jedynie 10 środkowych otworów ma względnie dużą średnicę, umożliwiając dotarcie miękkiego promieniowania do ścianki detektora:

Osłonięcie licznika zmniejsza czułość, szczególnie na słabe źródła, nieznacznie przekraczające tło. Podczas pomiaru po odsunięciu od źródła wynik przez chwilę spada powoli, w tempie 0,1 µS/h na sekundę, lecz zaraz potem następuje gwałtowny spadek aż do tła naturalnego - tu akurat ma przewagę nad Polaronem. Pozwala to pominąć przycisk resetujący pomiar.

Impulsy promieniowania mogą być sygnalizowane dźwiękiem - delikatnym cykaniem - lecz zmniejsza to trwałość baterii z 250 h do 100 - i tak dobry wynik jak na pojemność ogniw AG-13. Dozymetr ma też możliwość dźwiękowej sygnalizacji przekroczenia zaprogramowanego progu - fabrycznie jest to znana ze starszych radzieckich przyrządów wartość 1,2 µSv/h, ale można ją ustawiać od 0,2 µSv/h skokowo co 0,2 aż do 100 µSv/h. Gdy wartość progu zostanie przekroczona, miernik alarmuje "pikając" jak budzik. Dodatkowo czerwona dioda LED informuje o przekroczeniu poziomu promieniowania tła, migając z niezmienną częstotliwością. Może to mylić, gdy przywykliśmy do diody z Biełły, migającej w rytm impulsów. Obie te funkcje można wyłączyć i tak od razu zrobiłem, choć np. w Strefie czy w Kowarach warto ustawić próg na 2-3 µSvh, by alarm uruchamiał się jedynie przy istotniejszych "gorących plamach". 

Funkcjami dozymetru sterujemy z menu, do którego wchodzimy po dłuższym wciśnięciu lewego przycisku w trybie pomiaru mocy dawki. Wówczas oba przyciski działają jak kursory - zmieniamy opcje od H1 do H4. Numery oznaczają:
  • 1 - czas automatycznego wyłączenia po określonej liczbie minut (0 - brak automatycznego wyłączenia) - przydatna funkcja: jeśli nie dotkniemy żadnego z przycisków przez zaprogramowany czas, najpierw zacznie migać napis "OFF", a potem dozymetr wyłączy się
  • 2 - próg alarmu (0 - brak)
  • 3 - włączenie sygnalizacji dźwiękowej impulsów 
  • 4 - włączenie sygnalizacji diodą LED przekroczenia normalnego poziomu promieniowania
Aby zmienić któryś z parametrów, trzymamy lewy przycisk, wówczas cyfra zacznie migać, kursorami nastawiamy żądaną wartość i następnie przytrzymujemy lewy przycisk aż wyświetlacz przestanie migać (będą się wyświetlać i gasnąć poziome kreski), wówczas wartość zostanie zapisana.
Resetu skumulowanej dawki dokonujemy również lewym przyciskiem - najpierw go wciskamy, by wejść w ten tryb, potem trzymamy dłużej, a jak zacznie migać, naciskamy jeszcze raz. Tryb dawki skumulowanej przydaje się podczas poruszania się po terenie o podwyższonym poziomie promieniowania (Strefa, Kowary), w czasie lotu samolotem czy wycieczki do Świerku - przed wejściem resetujemy pomiar i później wiemy, jaką dawkę pochłonęliśmy od tego momentu. W trybie dawki wynik wyświetla się jedynie przez chwilę i z prawej strony nie widzimy migającego symbolu promieniowania, zaś jednostkę oznaczono jedynie µS (!) zamiast µSv (pewnie by jeszcze bardziej się odróżniała od jednostki mocy dawki, w której prowadzony jest główny pomiar, czyli µSv/h).

Jak przedstawia się funkcjonalność dozymetru? Soeks 112 wykazuje minimalnie niższą czułość niż Polaron i wyraźnie dłuższy czas reakcji, nawet przy silniejszych źródłach. Kompas Adrianowa spowodował ustabilizowanie się wyniku na 12 µSv/h już po 30 s, natomiast obiektyw od projektora (Th-232) dopiero po 2 minutach ustalił wynik na 5,2 µSv/h, choć początkowy skok do 3 µSv/h był dość szybki.Jeżeli chodzi o granit czy saletrę potasową, wzrost jest do 0,2 µSv/h w porównaniu do 0,4 w radzieckim przyrządzie. Gdy mierzymy szkło uranowe, to nawet egzemplarze dające 5,5 µSv/h pokazywały na Soeksie 112 zaledwie 1,2, czyli 5x mniej! W przypadku ceramiki zaniżenie było nieco mniejsze, ale równie wyraźne. Szczegółowe dane pokazuje poniższa tabela:

Jeżeli mamy czas, możemy chwilę poczekać i poobserwować wyświetlacz, jednak taki mały przyrząd raczej będziemy nosić przy sobie do szybkich pomiarów, kiedy od razu chcemy mieć wyraźny wynik, a nie oscylowanie wokół tła naturalnego. Poniżej trzykrotne zaniżenie wyników na szkle uranowym (obie czarki są takie same), oczywiście pewien wpływ  ma geometria układu pomiarowego - Soeksa trudno równo położyć:



Małe okienko pomiarowe się nie sprawdzi szczególnie przy poszukiwaniu artefaktów, gdy chcemy szybko sprawdzić większy obszar (skrzynie z ceramiką na targu, hałdy). Oczywiście lepszy Soeks 112 w garści niż Polaron w domu - w wielu przypadkach najlepszy dozymetr to ten, który aktualnie mamy przy sobie i możemy szybko uruchomić. Do poszukiwań "w ciemno" i tak najlepiej użyć "żelazka", a jeśli już mamy obiekt na oku, to w 90% przypadków wystarczy Soeks. Poniższe wazony na Polaronie dawały 3 µSv/h, a na Soeksie - 1,3 z początkowym momentalnym skokiem do 0,3.


Wymiary dozymetru są porównywalne z sondą od RK-67 i są ogromną zaletą np. przy pomiarach we wnętrzach różnego rodzaju naczyń. Dzięki temu możemy się dowiedzieć, czy nasz wazonik jest pokryty glazurą uranową tylko z zewnątrz, czy również od środka, jak ten poniżej:

W przypadku szkła uranowego czasem po prostu wygodniej dokonać pomiaru na wewnętrznej ściance naczynia i tutaj Soeks 112 jest praktycznie bezkonkurencyjny (pomijam RK-67, bo to inna klasa przyrządów):


Lekkość i małe gabaryty miernika są jego niewątpliwą zaletą, po prostu zawsze można go mieć przy sobie. Waga rzędu 28 g z bateriami jest po prostu pomijalna, zwłaszcza jak się nosi sporo żelastwa przy sobie:

Przydałby się jednak klips do pasa, nawet i odpinany, ewentualnie uszko do smyczy, by dozymetr nie wysunął się nam z kieszeni czy nie wypadł z ręki, szczególnie w terenie, przy wspinaniu się i innych aktywnościach. Obudowa ma średnicę zaledwie 2 cm i jest wykonana z plastiku o dość śliskiej, jedwabistej fakturze - miernik trudno chwycić dłonią w sposób pewny, zwykle trzymamy go dwoma palcami, by nie zasłaniać wyświetlacza i okienka pomiarowego. Przy takim trzymaniu bardzo łatwo o upuszczenie przyrządu. Pewnym rozwiązaniem może być opaska z gumy, naciągnięta na jeden z końców, do której przymocujemy małą smycz na dłoń.
Osobiście, nauczony doświadczeniem, staram się przedmioty stanowiące EDC (every day carry) nosić w futerałach lub na smyczach - jednego victorinoxa już posiałem:

Wróćmy jednak do kwestii dozymetrycznych. Bardziej zaawansowanym użytkownikom może przeszkadzać brak filtra odcinającego promieniowanie beta. Dla początkujących pomiar tylko emisji łącznej gamma+beta może być mylący - ten sam wynik całkowitej emisji od uranu, toru i radu nie oznacza takiego samego udziału promieniowania gamma, najbardziej szkodliwego z racji swej przenikliwości. W przypadku uranu wynik będzie najbardziej miarodajny, gdyż uran naturalny (U238+U235) wraz z produktami rozpadu emituje głównie miękkie promieniowanie gamma oraz beta (pomijam emisję alfa, której nie zmierzy żaden metalowy licznik GM). Obecność filtra nic by tu nie zmieniła, gdyż odciąłby przeważającą większość promieniowania uranu, zostawiając tło naturalne lub jego dwukrotność. Za to już w przypadku toru-232 udział promieniowania gamma wynosi 10 % emisji łącznej, zaś dla radu - ok. 50 % . Nie można zatem bezpośrednio porównywać wskazań emisji łącznej jeśli chodzi o skutki biologiczne, gdyż dojdziemy do wniosku, że 30 µSv/h z siatki żarowej jest bardziej szkodliwe niż 10 z kompasu Adrianowa. A tymczasem w przypadku siatki Auera 3 µSv/h z 30, a przy kompasie Adrianowa 5 µSv/h z 10 przypadnie na promieniowanie gamma. Co innego, gdy wykonamy dwa pomiary (gamma+beta, sama gamma) i będziemy wiedzieć, jaki procent łącznej emisji przypada na emisję gamma. Do tego celu należałoby jednak dopasować jakąś rynienkę z blachy, tłumiącą emisję beta.
Poniżej przykład - miliamperomierz z farbą świecącą, którego łączna emisja wynosi 22,7 µSv/h i podobny wynik pokazuje również  30-lat starsza ANRI Sosna, lecz po zamknięciu klapki-filtra w tym mierniku okaże się, że z tej emisji aż 7 µSv/h przypada na promieniowanie gamma. Tego już nam Soeks 112 nie pokaże:


Niestety obserwuję w dostępnym obecnie na rynku sprzęcie dozymetrycznym tendencję do rezygnowania z klapki-filtra i podawania jedynie łącznej emisji gamma+beta. Występuje to zarówno w tanich miernikach typu BR-6 z Aliexpress, jak i w Soeks Quantum za  1600 zł. Mierniki wyposażone w klapkę są stosunkowo nieliczne, jeśli nie liczyć starych radzieckich Polaronów i Sosen lub współczesnego Gamma-Scouta, mającego aż dwie przesłony. 
***
Kolejnym problemem jest... kształt obudowy. Walcowaty korpus trudno jest stabilnie położyć, by się nie turlał - wykazuje tendencje do toczenia się i zatrzymywania w pozycji okienkiem pomiarowym do góry. Taka odwrotna Wańka-wstańka. Jak już, powinien stabilizować się w pozycji okienkiem pomiarowym w stronę podłoża. Trudno go położyć na artefakcie, a pomiar jednak trwa chwilę i miernik musimy trzymać w dłoni, co jak wspomniałem, nie jest łatwe.

Mogli go wykonać w formie graniastosłupa lub płaskiego prostopadłościanu jak PM-1203. Turlanie się dozymetru jest bardzo irytujące, zwłaszcza jeśli z tego powodu spadnie nam ze stołu albo w przepaść. Można temu zaradzić domowymi sposobami, choćby za pomocą opasek z gumy na obu końcach, ale w sprzęcie za 379 zł powinien pomyśleć o tym projektant. 

Drugim istotnym problemem jest brak uszczelnień, wyjątkowo istotna kwestia w przyrządzie, który może mieć kontakt z substancjami promieniotwórczymi. Szczególnie w otworkach odsłaniających licznik GM będzie gromadził się brud i pył - powinny być pokryte cienką folią, jak w starych miernikach radzieckich. Wolne przestrzenie są też między przyciskami i obudową, widzimy przez nie nawet fragmenty ścieżek płytki drukowanej (!) - lepiej sprawdziłaby się hermetyczna klawiatura membranowa, łatwa do dekontaminacji. Za pomocą szczelinomierza zmierzyłem odstęp między krawędzią przycisku a otworem w obudowie i z jednej strony odstęp wynosi 0,2 mm, z drugiej 0,15:

Pokrywa przedziału baterii też nie jest najlepiej spasowana i lekko się chwieje, zostawiając luzy rzędu 0,4 mm, a przecież do zawilgocenia baterii może łatwo dojść nawet podczas normalnej eksploatacji. Przydałaby się choćby uszczelka i bardziej pewne mocowanie pokrywki, np. na gwint. 

Póki co w terenie lepiej używać Soeksa w woreczku strunowym albo przy pomocy zgrzewarki do folii wykonać hermetyczne etui, w przeciwnym razie położenie miernika na ziemi, trawie, skale albo praca podczas mżawki czy mgły rozładuje nam baterie, czy nawet zniszczy przyrząd. Wystarczy dostęp wilgotnego powietrza do wnętrza przez szczeliny wokół przycisków, skraplająca się para wodna zrobi resztę, dyskretnie ale skutecznie. Również odporność mechaniczna powinna być większa, połówki są nieźle spasowane, ale plastik nie jest bardzo mocny, lepiej cały dozymetr nosić w futerale od okularów lub innym sztywnym etui. Inaczej łatwo go po prostu zgnieść w kieszeni i choćby uszkodzić wyświetlacz czy przełączniki.
***
Ostatnią kwestią jest wyświetlacz LCD, w którym cyfry ledwo się mieszczą i czasami można pomylić jedynkę z siódemka albo nie zauważyć przecinka, szczególnie jak patrzymy lekko pod kątem. Szczególnie w kwestii przecinka może to być mylące - jaki wynik widzimy na tym zdjęciu?

Ja rozumiem, że przyrząd ma być kompaktowy, ale zostawienie trochę luzu wokół cyfr by nie zaszkodziło. O podświetleniu nie marzę, bo znacznie przyspieszyłoby zużycie baterii. Sam wyświetlacz też warto byłoby czymś osłonić.

Na koniec zostaje cena. Soeks 112 na Allegro kosztuje 379 zł i znajduje licznych nabywców - na jednej aukcji aż 11, na drugiej 4. Duży zbyt pokazuje, że istniała nisza na rynku, którą ten miernik wypełnił.

Podsumowując, nie  jest to dziadostwo z Aliexpress ani sprzęt z wyższej półki, tylko w sam raz dla osoby, która zaczyna przygodę z dozymetrią lub zna już jej podstawy i chce szukać artefaktów. Jest mały, lekki, prosty w obsłudze i energooszczędny. Cena nowego przyrządu wydawała mi się nieco za wysoka, zatem poczekałem na pierwszy używany egzemplarz, tańszy o ok. 30 %. Jeśli cena by jeszcze nieco spadła, powiedzmy do 300 zł, wówczas mielibyśmy poważną konkurencję dla Polarona, że nie wspomnę o Masterach i Biełłach, których wówczas kompletnie nie byłoby sensu kupować. 
***
Jednak póki co mój werdykt nie jest jednoznaczny. Jeśli chcesz mieć zawsze przy sobie mały dozymetr o dobrej czułości, którego wagi i gabarytów wcale nie odczujesz - nie wahaj się. Szczególnie jeśli potrzebujesz alarmu o przekroczeniu pewnego poziomu promieniowania lub zliczania dawki skumulowanej. Jeśli jednak noszenie 300-gramowej "cegły" nie stanowi problemu, a chcesz mieć szybką odpowiedź nawet przy bardzo słabych źródłach, duży wyraźny wyświetlacz i łatwość w lokalizowaniu źródeł w terenie, to szukaj Polarona. Przy odrobinie szczęścia nabędziesz ten stary miernik za niewiele wyższą cenę niż Soeks 112.

Tymczasem jest to bardzo ciekawa konstrukcja, wprowadzająca pewien powiew świeżości na polskim rynku sprzętu dozymetrycznego, który do niedawna był podzielony między stare konstrukcje poczarnobylskie, nieliczne profesjonalne sprzęty z Polonu, krajowe samoróbki, badziewie z Aliexpress i pojedyncze "białe kruki" z Zachodu. Tutaj mamy przyrząd o przyzwoitym stosunku jakości do ceny, na którego wady można przymknąć oko, jeśli mówimy o zastosowaniu amatorskim. Głównym zastosowaniem dla Soeksa 112 jest według mnie dawkomierz podczas poruszania się w terenie o podwyższonym poziomie promieniowania, a także mały i poręczny tester do minerałów, szkła uranowego i ceramiki czy farb świecących. Jednak warto mieć też Polarona, Sosnę i parę innych mierników, ale na początek Soeks 112 w  zupełności wystarczy.

***
Dla leniwych, niemogących skupić się na tekście dłuższymi niż 3 strony, podaję zalety i wady Soeksa 112:

Zalety:
  • mały i lekki
  • wystarczająca czułość na słabe źródła
  • niskie zużycie baterii
  • licznik dawki skumulowanej
  • tryb alarmu
Wady:
  • mały wyświetlacz
  • brak uszczelnień
  • łączny pomiar beta+gamma
  • brak uchwytu do paska czy smyczy
  • walcowaty kształt powodujący turlanie się dozymetru
  • wolne ustalanie się wyniku przy słabszych źródłach