środa, 15 sierpnia 2018

Kolczyki ze szkła uranowego



Wydawać by się mogło, że popularność szkła uranowego przeminęła wraz z postępującą radiofobią, wywołaną militarnymi zastosowaniami atomu i konsekwencjami awarii reaktorów jądrowych. Tymczasem ostatnio udało mi się nabyć współcześnie wyrabiane kolczyki dyskotekowe ze szkła uranowego. Wykorzystano w nich fakt, że szkło uranowe świeci w ultrafiolecie, zatem na dyskotekach, gdzie występuje takie oświetlenie, kolczyki będą się intensywnie jarzyć i wirować w rytm tańca. Taki sam efekt można uzyskać dzięki farbom okresowego świecenia, używanych w zabawkach czy znakach ostrzegawczych, jednak wówczas biżuteria musiałaby być wykonana z plastiku, byłaby więc za lekka i nieestetyczna. 

Jeżeli chodzi o aktywność, to nie jest ona wysoka - kolczyk z mniejszej pary osiąga 0,62 µSv/h łącznej emisji gamma i beta, zaś z większej - 1,2 µSv/h (mierzone Polaronem). Emisja gamma - jak zwykle w przypadku szkła uranowego - nie przekracza tła naturalnego. W przypadku tak "miękkiego" promieniowania i niewielkiej zawartości uranu w szkle uranowym nie stanowi to żadnego zagrożenia dla zdrowia, zwłaszcza że kolczyki tego typu nosi się w pewnej odległości od skóry.


Ciekawe, czy ten produkt będzie jedynie efemerydą, czy też może powróci moda na uranowe szkło w zwykłej biżuterii? Póki co kolczyki tego typu można nabyć na Allegro za 10-20 zł, należy szukać "kolczyków dyskotekowych" (cena zależy od wielkości, lecz nie przekracza 20 zł).

piątek, 10 sierpnia 2018

Talerz z uranową polewą

Ostatnio ceramika z polewą barwioną solami uranu pojawia się dość często na naszym targu, a jej cena jest dużo niższa niż szkła uranowego. Prezentowany poniżej talerz kosztował zaledwie 20 zł, choć znacznie mniejsze wyroby ze szkła uranowego nie schodzą poniżej 50 zł. Widząc zatem ten talerz na stoisku, przeszedłem obok z Polaronem w dłoni. Momentalny wzrost wskazań przesądził o zakupie. Duża powierzchnia pokryta uranową glazurą przekłada się na większą aktywność niż w przypadku wyrobów z małymi ozdobami:


Jak do tej pory, jest to najbardziej aktywny wyrób ceramiczny, który mi się trafił. Nawet sygnalizator PM-1401, niezbyt czuły na miękkie promieniowanie (szczególnie uranu, tor lepiej wykrywa), wykazał wzrost do 11 cps. (tło 6-7):


Polaron z otwartą klapką wszedł na drugi zakres, co może wydawać się groźne, szczególnie osobie nieobeznanej z tematem - w zależności od miejsca 42-53 µSv/h):



Jednakże po założeniu filtra odcinającego promieniowanie beta i słabsze gamma wynik spadł praktycznie do poziomu tła naturalnego (0,32 µSv/h):

Pewną aktywność wykazuje też środek talerza, choć tutaj wpływ może mieć promieniowanie rozproszone od pomarańczowej glazury:
Spód też "świeci", częściowo na skutek rozpraszania promieniowania glazury z obrzeży w materiale talerza:

Jeszcze większe "przerażenie" mógłby wywołać pomiar monitorem skażeń EKO-C - z otwartą klapką aż 465 cps! Ale pamiętajmy o dużej powierzchni czynnej detektora (50 cm2) oraz niezwykle cienkim okienku mikowym, przepuszczalnym dla większości promieniowania alfa, beta i gamma:


Po zasłonięciu pokrywy, wykonanej z 0,85 mm blachy aluminiowej, wynik spada czterokrotnie:


Teraz czas na miernik wyposażony w osobne przesłony dla promieniowania alfa i beta - Gamma Scout Standard. Pomiar samej emisji gamma - wynik zawyżony w stosunku do Polarona przez słabe ekranowanie tuby Geigera:


Wpuszczamy promieniowanie beta, włączając cienką przesłonę, filtrującą jedynie cząstki alfa - wynik od razu skacze:


A teraz otwieramy okienko pomiarowe, licznik mierzy łączną emisję alfa, beta i gamma - jak widać, wzrost wyniku, choć wyraźny, nie jest uderzający (z 6,5 na 8,3 µSv/h):


Jak widać, możliwość całkowitego odsłonięcia okienka pomiarowego jest przydatna, ale nie niezbędna, przynajmniej przy większych aktywnościach. Precyzyjniejszym sposobem na oszacowanie emisji alfa jest użycie sondy scyntylacyjnej, np. SSA-1P:


Pomiar sondą scyntylacyjną pokazuje, że na środku talerza glazura również wykazuje emisję alfa, choć nie tak silną jak na obrzeżach. Nie jest to zatem promieniowanie rozproszone od obrzeży, gdyż cząstki alfa mają znacznie mniejszy zasięg, a innego promieniowania ta sonda nie wykrywa:

To samo na spodniej powierzchni:


Dzięki dużej powierzchni aktywnej talerz ten jest wykrywany przez radiometry i monitory z licznikami cylindrycznymi (Polaron, RKP-2) już z odległości 1 m, zaś z okienkowymi licznikami z okienkiem mikowym nawet z 1,2 m (EKO-C). Gamma Scout reaguje z nieco bliższej odległości i wzrost wskazań nie jest natychmiastowy, co grozi niewykryciem tego artefaktu przy szybszych poszukiwaniach. Tym niemniej, wyroby ceramiczne z dużą powierzchnią pokrytą uranową glazurą są dużo łatwiejsze do wykrycia niż przedmioty, gdzie barwnikiem tym pokryto jedynie nieznaczne detale, np. na tym wazonie:



Na koniec ostatnie pytanie - czy to jest bezpieczne? Otóż tego typu ceramika nie stwarza zagrożenia dla zdrowia. Promieniowanie naturalnego uranu, użytego jako barwnik do glazury, ma bardzo niewielką energię i małą przenikliwość. Wysokie wskazania, uzyskiwane w powyższych pomiarach, są efektem użycia aparatury pomiarowej o dużej czułości, przeznaczonej do wykrywania słabych źródeł promieniowania. Pamiętajmy, że nawet paliwo jądrowe, przeznaczone do reaktorów, dopóki jest "świeże", można trzymać w rękach (jak ktoś nie wierzy, polecam: Grzegorz Jezierski, Energia jądrowa wczoraj i dziś, WNT 2005). A przecież koncentracja uranu w prętach paliwowych jest o wiele rzędów wielkości większa niż w glazurze na ceramice!
Uprzedzając pytania, produkty położone na takim talerzu nie staną się radioaktywne. Aby zaszła aktywacja, czyli powstanie pierwiastków promieniotwórczych z niepromieniotwórczych, potrzebny jest strumień neutronów. Występuje on jedynie w reaktorach jądrowych oraz podczas wybuchu bomb atomowych.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Radiometr kieszonkowy RK-10

Miernik ten został wprowadzony w 1975 r. jako ulepszona wersja popularnego RK-67. W stosunku do poprzednika zmniejszono wymiary, masę i rozszerzono zakres pomiarowy aż do 1000 mR/h (1 R/h), zmieniono też przełącznik zakresów, sposób zasilania i gniazdo słuchawkowe.


Sprzęt jest ewidentnie lżejszy - zaledwie 0.6 kg - cieńszy i węższy niż RK-67. Przełącznik zakresów ma formę wbudowanego w przedni panel pokrętła, którego wycinek łuku wystaje ponad panel. Zrezygnowano z przycisku monostabilnego, uruchamiającego pomiar. Pokrętło zakresów połączone jest z obrotowym walcem z naniesionymi skalami poszczególnych zakresów, odpada wiec wyszukiwanie odpowiedniej podziałki na wspólnej skali. Pierwsza skala zaraz za pozycją "OFF" służy do kontroli napięcia zasilania, następnie zaczynają się zakresy, oczywiście od najwyższego, czyli logarytmicznej podziałki 0,1-1 R/h. Następne skale są już liniowe - 10-150 mR/h,  1-30 mR/h, 1-10 mR/h, 0,1-3 mR/h i 0,1-1 mR/h. Można zauważyć, że indeksy na zakresach 10-150, 1-10 i 0,1-1 mR/h są rozstawione na tyle szeroko, że możliwy jest przybliżony odczyt wartości pośrednich, w przeciwieństwie do gęsto umieszczonych indeksów na skalach 0,1-3 i 1-30 mR/h. Miernik jest wyłączony, gdy czerwony znaczek na pokrętle jest naprzeciwko analogicznego znaczka na obudowie:




Pokrętło zmiany zakresów nie jest zbyt wygodne, gdy chcemy rozpocząć pomiar od najczulszego zakresu, gdyż trzeba wykonać aż 7 ruchów palcem - w RK-67 można było zrobić to jednym obrotem pokrętła. Brak też możliwości przejścia z najczulszego zakresu do pozycji "wyłączone", tylko trzeba znowu przeskakiwać do początku przez wszystkie zakresy. To jednak jedyna poważna wada tego radiometru.








Zaletą jest zasilanie z baterii 6F22 zamiast ogniw R10 - wg instrukcji bateria starcza na 100 h ciągłej pracy, pobierając prąd rzędu 4,5 mA, dane te można zweryfikować, znając pojemność baterii cynkowo-węglowej, alkalicznej oraz akumulatorka niklowo-wodorkowego. Zastosowano też gniazdo słuchawkowe typu jack 3.5 mono, pozwalające na korzystanie z większości słuchawek do walkmanów i telefonów. Można też połączyć radiometr z komputerem czy aparatem fotograficznym przez wejście liniowe, co jest przydatne przy nagrywaniu filmów albo stosowaniu miernika jako monitora promieniowania. Wyjście jest monofoniczne, zatem sygnał będzie na jednym kanale. Oryginalnie miernik przystosowano do słuchawki miniaturowej Tonsil SM-73, którą omówię w osobnej notce.
Radiometr wykonywano w dwóch wersjach (wykonaniach), różniących się zastosowaną tubą Geigera: 
  • RK-10-1 miał tubę Philips 18504 z okienkiem mikowym, przeznaczoną, oprócz pomiarów gamma i beta, także do awaryjnego wykrywania skażeń emiterami alfa o energii cząstek większej niż 5 MeV. Przy pomiarze emisji alfa i beta należało otworzyć okienko, natomiast pomiaru gamma dokonywano przy zamkniętym okienku przykładając sondę boczną powierzchnią do źródła promieniowania. Sonda miała przegubowy przedłużacz, umożliwiający ustawienie sondy w położeniu pomiarowym lub transportowym
  • RK-10-2 miał tubę STS-5 lub odpowiednik, zatem mierzył tylko promieniowanie gamma i beta. Niestety jak do tej pory nie spotkałem się z tą wersją.
  • Obie wersje mierzyły promieniowanie beta o energii większej niż 150 keV.
Skórzany futerał ma uchwyt na sondę pomiarową na bocznej ściance, a dodatkowo w środku "kontrolkę" beta-aktywną podobną do tej od DP-66M, lecz o mniejszej aktywności (0.5 µCi zamiast 10) i  z osłonką zamocowaną na sprężynce, która wraca w położenie zamknięte po puszczeniu. Miernik jest przykręcany do futerału jak aparat fotograficzny - na jedną śrubkę:




Mój egzemplarz nie miał sondy pomiarowej, zatem, analogicznie jak w RK-67, wstawiłem tubę STS-5 z oporem 5,1 MOm (wg schematu powinno być 4,7 MOm ale nie miałem takiego opornika pod ręką). Bez opornika zawyża pomiar (tło na najniższym zakresie poza pierwszą podziałką, czyli 0,1 mR/h), z oporem jakby trochę zaniżał. Obudowa dorabianej sondy z rurki PCV, muszę pomyśleć nad filtrem bety. Poniżej praca miernika z opornikiem 5,1M:

Podsumowując, jest to bardzo użyteczny miernik, szczególnie z tubą z okienkiem mikowym, umożliwiającą indykację skażeń alfa i beta. Zaletą jest też rozszerzony zakres pomiarowy, choć przydałaby się jeszcze jedna skala zaczynająca się od tła naturalnego (0,01 mR/h). Na pewno bije na głowę toporny i nieergonomiczny RK-67. Niestety bardzo rzadko pojawia się na rynku, choć wyprodukowano łącznie 300 szt. Często jest też zdekompletowany - jak dotąd wszystkie egzemplarze na rynku wtórnym, oprócz jednego, nie miały sond pomiarowych. Podejrzewam, że oryginalną tubę z okienkiem mikowym można zastąpić radziecką SBT-9 lub SBT-11, ale chwilowo nie mam żadnego egzemplarza, by sprawdzić.


poniedziałek, 30 lipca 2018

Książka "Domowe laboratorium naukowe"



W książce Domowe laboratorium naukowe możemy znaleźć wiele ciekawych eksperymentów z zakresu fizyki, chemii, biologii, geografii czy meteorologii. Skromny rozdział poświęcono również fizyce jądrowej. Wśród proponowanych doświadczeń jest symulator datowania izotopowego, spintaryskop, dozymetr elektrooptyczny oraz komora mgłowa. Chciałbym się pochylić nad proponowanym projektem spintaryskopu, gdyż jego realizacja jest wyjątkowo niebezpieczna.

Otóż autorzy sugerują, by zdrapać (!) farbę świecącą ze starego zegara, zmieszać z siarczkiem cynku i umieścić w pudełku z soczewką. Oczywiście dla porządku informują o niebezpieczeństwie skażenia i zatrucia, zalecają mycie rąk itp., ale wiadomo, że takich ostrzeżeń nikt nie czyta, a jak czyta, to i tak nie bierze poważnie. Tymczasem nawet niewidoczna gołym okiem drobinka farby może dostać się do dróg oddechowych albo prysnąć poza stanowisko robocze i skazić pomieszczenie. Wypadek taki może zajść nawet przy bardzo ostrożnej pracy, a tym bardziej, gdy eksperyment wykonuje "narwana" młodzież. Do tego dochodzi skażenie narzędzi - nożyk umyjemy gąbką do naczyń, którą potem będziemy myć talerze? A co ze ściekami? Rad należy do IV, najwyższej grupy radiotoksyczności, a przyjęty drogą oddechową jest znacznie bardziej szkodliwy niż spożyty. Prace z tego typu izotopami można wykonywać jedynie w pracowniach izotopowych w specjalnych komorach rękawicowych. Tyle ostrzeżeń. 

Teraz druga kwestia. Autorzy pytają, czy intensywność świecenia zmniejsza się wraz z upływem czasu i jak długo taki spintaryskop może działać, sugerując wpływ czasu połowicznego rozpadu. Otóż w przypadku radu, czas ten nie ma żadnego znaczenia, gdyż wynosi 1600 lat. Stopniowy spadek liczby błysków światła wynika ze zniszczenia struktury kryształów siarczku cynku i postępuje znacznie szybciej niż rozpad radu. Dlatego też wszystkie zegarki i przyrządy z farbą radową od dawna już nie świecą, choć zachowują radioaktywność. Nawet trytowe źródła światła tracą jasność szybciej, niż by to wynikało z rozpadu trytu - po prostu luminofor się zużywa.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Klasyczny spintaryskop ma ekran scyntylacyjny, po którego jednej stronie, tej z luminoforem, znajduje się źródło, a po drugiej soczewka [LINK]. Dla większej wartości naukowej źródło powinno mieć możliwość regulacji odległości od ekranu, aby można było śledzić zasięg cząstek alfa, wynoszący kilka centymetrów w powietrzu. Podczas przysuwania źródła w kierunku ekranu w pewnym momencie zauważymy pojedyncze błyski, które bardzo szybko zwiększą swą intensywność, by przy samym źródle stać się "wulkanem". Źródło powinno mieć dużą wydajność emisji alfa bez jednoczesnej emisji gamma i beta, zatem rad sugerowany w książce to słaby wybór. Szkolne spintaryskopy miały albo polon-210, albo ameryk-241, ew. pluton-239, jednakże źródła te były szczelnie zamknięte w solidnych, metalowych obudowach. Spintaryskop powstały w wyniku wymieszania substancji radioaktywnej ze scyntylatorem będzie świecił stale, bez możliwości obserwacji zasięgu cząstek alfa. Nie będzie można go też "wyłączyć" przez odsunięcie źródła od ekranu poza zasięg strumienia cząstek, co spowoduje przedwczesne zużycie scyntylatora.

W pozostałych dwóch eksperymentach również autorzy zalecają użycie radu jako źródła promieniowania - zarówno w dozymetrze elektrooptycznym, jak i komorze mgłowej. Co ciekawe, w uwagach pojawia się informacja o izotopowych czujkach dymu z amerykiem-241. Autorzy nawet pytają, czy rozbieranie takiej czujki jest bezpieczne i legalne, jakby zdrapywanie radu z tarczy zegara było!

Tak więc, nie próbujcie tego w domu :) Gwoli sprawiedliwości, książka jest bardzo ciekawa i zawiera szereg inspirujących doświadczeń, które można wykonać bardzo prostymi i tanimi środkami. Pytania umieszczone po każdym eksperymencie zmuszają do myślenia i samodzielnego rozwiązywania problemów badawczych. Ale radem lepiej się nie bawić! Poniżej dodatkowe ostrzeżenia w dziale "uwagi" na końcu książki:




środa, 25 lipca 2018

Pomnik ofiar radu i promieniowania X w Hamburgu

Pomnik ten, zlokalizowany na terenie Szpitala św. Jerzego, upamiętnia wszystkie osoby, które zmarły na skutek działania promieniowania jonizującego podczas pracy naukowej i lekarskiej. Ustawiono go z inicjatywy Niemieckiego Towarzystwa Rentgenologicznego w 1936 r. i wówczas nosił 169 nazwisk, w tym Marii Skłodowskiej-Curie (jako "Marie Curie"). W roku 1959 nazwisk było już 359, w tym córki Marii, Ireny Joliot-Curie, odkrywczyni wraz z mężem Fryderykiem zjawiska sztucznej promieniotwórczości. Prowadzono też specjalną księgę z biogramami osób upamiętnianych na pomniku, której ostatnią, III edycje, wydano w 1992 r. Mam nadzieję, że moje nazwisko nie pojawi się na tym monumencie :)

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/64/Ehrenmal_der_Radiologie_%28Hamburg-St._Georg%29.1.ajb.jpg

Działanie promieniowania jonizującego, zarówno emitowanego przez rad, jak i generowanego w lampach rentgenowskich poznawano stopniowo, metodą prób i błędów. Wielu badaczy eksperymentowało na sobie, m.in. małżonkowie Curie. Piotr Curie nie dożył rozwinięcia się objawów choroby popromiennej, gdyż zginął potrącony przez wóz konny, ale podejrzewa się, że rozkojarzenie powodujące ten wypadek mogło być spowodowane działaniem promieniowania.  Na białaczkę zmarła zarówno Maria, jak również Irena Joliot-Curie. Przyjmuje się, że Marii bardziej zaszkodziła praca w polowych aparatach rentgenowskich podczas I wojny niż praca z radem i polonem. Jednakże oba te pierwiastki są bardzo silnie radiotoksyczne i na pewno miały wpływ na zdrowie naszej Noblistki.
W toku rozwoju diagnostyki rentgenowskiej zauważono, że rentgenolodzy średnio żyją kilka lat krócej od lekarzy innych specjalności. Spowodowało to pierwsze próby ograniczenia dawek przy prześwietleniach i ustalenia limitów możliwego napromieniowania. Pierwsze "dawki graniczne" były bardzo wysokie z punktu widzenia dzisiejszych kryteriów:
Cyt. za: Ryszard Szepke, Podstawy ochrony radiologicznej, Warszawa 1967

niedziela, 22 lipca 2018

Zasilacz Elektronika BP2-1

Jak już wspominałem, do dozymetrów Polaron Pripyat' można było stosować zasilacze od kalkulatorów "Elektronika". Zasilacz ten miał oznaczenie D2-10M, wtyczkę w kształcie trapezu z dwoma bolcami i produkowany był w latach 80. i na początku lat 90. Notkę o nim można znaleźć TUTAJ. Jednakże do kalkulatorów "Elektronika" stosowano również starszy model zasilacza, oznaczony BP-2-1. Zasilacz ten, wyprodukowany w 1979 r., nabyłem wraz z kalkulatorem Elektronika MK-23A.


Od nowszego modelu różni się praktycznie tylko obudową. Schematy elektryczne obu zasilaczy są identyczne, nie ma też zauważalnych różnic w pracy dozymetru. Pobór prądu wg specyfikacji wynosi 0,02 A, zaś maksymalne obciążenie wyjścia 0,09 A. Producent dopuszcza pracę tylko przy temperaturach od -1 do 40 st. C. 
Jeżeli napięcie na wyjściu wynosi 5 V, a głośnik podłączony do zasilacza daje przydźwięk (buczenie) sieci 50 Hz, oznacza to awarię kondensatora. Można się o tym przekonać, podłączając dodatkowy kondensator równolegle do wyjścia - przydźwięk powinien zniknąć a napięcie skoczyć do 7 V. Zasilacze te mają swoje lata i elementy elektroniczne mogą być już zużyte, zdarzają się też odklejenia ścieżek na płytce drukowanej.

Sama obudowa jest nieco bardziej ergonomiczna niż w kanciastym, nowszym modelu. Ma też tą przewagę, że zasilacz da się  podłączyć do gniazdek z wąskim wycięciem, spotykanym niekiedy w przedłużaczach:


Poniżej Elektronika MK-23A, prosty kalkulator z lat 70. wraz z fabrycznym zasilaczem BP2-1:


Kupując taki zasilacz pamiętajmy o sprawdzeniu wtyczki, gdyż również produkowano wersje z wtykiem jack:
Źródło
Oczywiście zasilacz pasuje też do innych dozymetrów, do których przeznaczone były zasilacze Elektronika D2-10M, czyli oprócz Polaronów m.in. RKB-20.01 Beta.

wtorek, 17 lipca 2018

Kondensatory i lampy elektronowe ze szkłem uranowym

Zupełnie przypadkiem trafiłem na ten oto wątek na forum Elektroda [LINK]. Omawiany jest w nim wysokonapięciowy (35 kV) kondensator o pojemności 25 pF, w którym doprowadzenia do okładek są zatopione w szkle uranowym. Oczywiście sporo jest tam błędnych poglądów na temat promieniowania, a talerzyk z uranową polewą nazwano "patologią". Sam kondensator można nabyć na Ebay za równowartość ok. 100 zł:


Szkło uranowe zastosowano jako uszczelnienie metalowych wyprowadzeń w próżniowej bańce kondensatora. Z tego co znalazłem w zachodnich serwisach internetowych, szkło uranowe ma dobre właściwości przylegania do metalu i rozszerzalności cieplnej, co jest istotne przy elementach wysokonapięciowych. Podczas produkcji kondensatora dobrze zwilża metalowe wyprowadzenia, zapewniając szczelność. Kondensatory tego typu stosowano m.in. w nadajnikach radiowych w układach wzmacniających i oscylatorach. Były rzadko stosowane z racji wysokiej ceny, dlatego tylko, gdzie się dało, stosowano niższe napięcia pracy i kondensatory z izolatorami ceramicznymi.  Poniżej na zdjęciu fluorescencja szkła uranowego w UV z diody LED:



Poszczególne modele różniły się pojemnością i napięciem pracy. Zdjęcie innego egzemplarza - Eimac VC-50-20 (50 pF 20 kV):


Kondensator taki przedstawiłem jedynie jako ciekawostkę z racji małej zawartości szkła uranowego, wysokiej ceny i konieczności sprowadzania z zagranicy.
Poniżej pomiar aktywności, niestety miernik wykalibrowany tylko w cps:




Tego typu uszczelnienia stosowano też w lampach elektronowych, np. w nadawczej triodzie  VT-127A tej samej firmy [LINK]. Lampę tą opracowano krótko przed II wojną światową i służyła m.in. w radarze SCR-268. Po wojnie większość zniszczono, aby odzyskać platynę [LINK]


Światło UV demaskuje elementy wykonane ze szkła uranowego, szczególnie dużo użyto go w dolnej części lampy, tam gdzie są wyprowadzenia katody żarzonej bezpośrednio. Boczne wyprowadzenia są do siatki sterującej i do anody (u góry lampy).

Moc dawki alfa+beta+gamma mierzona przy wyprowadzeniach wg Gamma Scouta wynosi 1,3-1,5 µSv/h (dla porównania, moje bibeloty z tegoż szkła dają 0,5-1 µSv/h na tym mierniku):


Lampy takie są zwykle bardzo drogie z uwagi na kosztowne surowce i rzadkość występowania (powyższy model widziałem za 295 $), zatem nie ma sensu celowego kupowania ich w charakterze źródła promieniowania. Co innego, gdy przypadkiem trafi w nasze ręce lub możemy kupić okazyjnie. Poniżej jeszcze inny model - JAN-750TL:
https://www.youtube.com/watch?v=PvwAiim38sc
Lampa nadawcza Eimac 100 TH:

Źródło

I na koniec - rurki Geisslera, w których zjonizowany rozrzedzony gaz emituje ultrafiolet, powodujący luminescencję szkła uranowego, z którego wykonana jest rurka:
https://www.youtube.com/watch?v=Yf_7dgnpN6E