niedziela, 17 czerwca 2018

Szkolny indykator promieniowania "Elektrodieło" z 1968 r.


Ten prosty indykator promieniowania (dosłownie "laboratoryjny licznik jonizujących cząstek") został wyprodukowany przez zakłady "Elektrodieło" z Leningradu w 1968 r. z przeznaczeniem dla szkół. Na kartonowym opakowaniu widoczne jest nawet oznaczenie Ministerstwa Oświaty ZSRR, a tekst instrukcji jest zgodny z Zarządem Metodyczno-Programowym tego ministerstwa. Według uzyskanych od sprzedawcy informacji indykator miał służyć pionierom (radziecki odpowiednik harcerzy) w poszukiwaniu złóż uranu podczas wycieczek. Nie sądzę jednak, aby było to prawdopodobne, tym się zajmowały odpowiednie służby z profesjonalnym sprzętem, a poszukiwania były tajne. Indykator tego typu, zgodnie z instrukcją, był używany w szkołach do doświadczeń z promieniowaniem jonizującym:
  • ustalanie wysokości tła promieniowania kosmicznego
  • szacowanie intensywności promieniowania źródeł naturalnych i sztucznych
  • odróżnianie promieniowania beta i gamma
  • badanie przenikliwości i zasięgu promieniowania gamma i beta. 



Urządzenie wykorzystuje jedną tubę Geigera typu STS-5 (lub odpowiednik). Zasilane jest z kwadratowej baterii 3,7 V, ale można użyć płaskiej baterii 3R12 4,5 V. Sygnalizacja impulsów odbywa się przez słuchawki wysokoomowe (1600 Om lub więcej) podłączane przez wtyki typu "banan". Według informacji z rosyjskiego internetu liczba impulsów zliczonych przez 40 sekund odpowiada mocy dawki w mikrorentgenach na godzinę, czyli powinno to być 10-20 impulsów. Obudowa ma kratkę w dnie, zatem indykator wykrywa również promieniowanie beta w granicach czułości tuby STS-5.



Pomiar uruchamia się przez wciśnięcie przycisku i przytrzymanie na 2-3 s po uprzednim odsunięciu "bezpiecznika" chroniącego przed przypadkowym włączeniem. Po wciśnięciu słychać pisk przetwornicy wysokiego napięcia i impulsy są sygnalizowane dźwiękiem w słuchawkach.




Następnie przycisk trzeba puścić, a indykator pracuje przez ok. 1 minutę po puszczeniu przycisku - wykorzystując ładunek nagromadzony w kondensatorze C1 widocznym na poniższym schemacie:
Źrodło - Radioskot.ru
Ten sposób pracy pozwala na wyeliminowanie pisku przetwornicy, który zagłusza dźwięk impulsów - iście radziecki patent!  Trzeba przyznać, że przetwornica faktycznie jest głośna, znacznie głośniejsza niż w naszym radioindykatorze RIK-59, gdzie nie zagłuszała impulsów we wkładce krystalicznej. Informacje o pracy indykatora przez 5 minut po puszczeniu przycisku są mocno przesadzone, kondensator nie ma aż takiej pojemności. Efektywny czas pracy to niecała minuta:



Jak widać, konstrukcja indykatora jest bardzo prosta - tuba STS-5, przetwornica na tranzystorze P202E i prostownik z 2 diodami D7Ż. Brak jest oznaczeń biegunów baterii, ale można się domyślić, że wyprowadzenia należy wygiąć tak, aby weszły w styki wykonane z wygiętych blaszek, a jest to możliwe tylko przy jednym ułożeniu baterii (jedno wyprowadzenie jest krótsze):

 Cewka wysokiego napięcia (nad tubą, w papierowej izolacji) jest zabezpieczona za pomocą iskrownika powietrznego o rozstawie ostrzy ok 3 mm (poniżej prawego mocowania tuby). Ogranicza on napięcie ładowania kondensatora do 3000 V, potem następuje przeskok iskry. Chroni to cewkę przed przebiciami.

Jeżeli chodzi o zasilanie, to płaską baterię można zastąpić koszyczkiem na 3 paluszki AA lub AAA, tylko trzeba go umocować w obudowie, by się nie przesuwał, gdyż jest mniejszy niż bateria 3R12.

Zwraca uwagę sposób zamontowania tuby Geigera - blaszki z otworami, przez które przekłada się końcówki tuby, zamiast typowych zacisków jak do bezpieczników, gdzie tubę wciska się od góry:


Do pracy indykatora potrzebne są słuchawki tzw. wysokoomowe, stosowane w starych radioodbiornikach kryształkowych itp. Zalecany opór to 1600 omów, ale 2000 też może być. Do testów użyłem polskich słuchawek produkcji Radiotechnicznej Spółdzielni Pracy w Krakowie. Słuchawki czasem trafiają się na targach staroci, dobrze żeby miały wtyki typu "banan" dla lepszego styku z gniazdami indykatora:



Sam indykator przedstawiłem jedynie w charakterze ciekawostki - zabytku radzieckiej myśli technicznej. Jego wymiary i masa (72x239x50 mm, 520 g) są zbyt duże w stosunku do oferowanych możliwości. Do pracy urządzenie potrzebuje słuchawek wysokoomowych albo wzmacniacza dźwięku, jeżeli chcemy użyć głośników. Bez tego usłyszymy jedynie pisk przetwornicy, brak bowiem jakiejś neonówki do wizualnej indykacji impulsów i sprawdzenia, czy urządzenie w ogóle działa. Obudowa wykonana jest z czarnego bakelitu, co wiąże się z jej dużą kruchością. Kratka osłaniająca tubę Geigera nie ma uszczelnień, zatem indykator jest bardzo podatny na skażenie i wilgoć. Można temu zapobiec za pomocą naklejonej od wewnątrz cienkiej folii, np. celofanu, podobnego do tego z dozymetrów Polaron czy Sosna.

Bardziej udaną konstrukcją jest nasz polski RIK-59, mający neonówkę, głośniczek, względnie szczelną obudowę... i mniejsze wymiary. Jeżeli zaś chodzi o użyteczność, to większość najtańszych kieszonkowych indykatorów promieniowania (Copris, Bierieg, Strielec itp.) jest dużo bardziej praktyczna niż ten wynalazek. Jedyne jego zastosowanie to prezentacja zasięgu i przenikalności promieniowania gamma i beta podczas różnego rodzaju pokazów i doświadczeń szkolnych. Oczywiście jest to też cenny eksponat kolekcjonerski z ciekawym rozwiązaniem konstrukcyjnym, praktycznie niedostępny w Polsce.

czwartek, 14 czerwca 2018

Kółko do mebla z polewą uranową

Dzięki uprzejmości Rosomacka mogę przedstawić ten oto artefakt. Jest to ceramiczne kółko z polewą uranową o czarnej barwie, przechodzącej w brąz tam, gdzie się wytarła. Przeznaczone było do nóżki od barku na kółkach. Cztery takie kółka zostały znalezione w piwnicy przy porządkach, zatem przeglądajcie swoje graciarnie z dozymetrem w ręku, zwłaszcza jak macie stare meble na kółkach ;) 



Jak widać, polewa uranowa była bardzo tania, skoro stosowano ją nawet do takich detali. Inna sprawa, że kółko wykonane ze szkliwionej ceramiki ma duży poślizg, zatem słabo sprawdza się jako element toczny, przynajmniej dopóki nie ulegnie zmatowieniu. Trudno jednak było wówczas o zamiennik, wobec wysokich cen gumy, produkowanej z naturalnego kauczuku. Podobna glazura występuje na moim pokrętle od włącznika światła, który opisywałem jakiś czas temu, natomiast nie występuje na naczyniach i innych wyrobach dekoracyjnych. Widać czerń nie była wówczas w modzie, by barwić nią całe wyroby. 


Kółko wykazuje łączną emisję gamma+beta na poziomie 20 µSv/h z każdej strony. W Polaronie przekracza I zakres, jednak sama emisja gamma nie przewyższa tła naturalnego. Z kolei w Gamma Scoucie pomiary przedstawiają się następująco (podaję najwyższe wartości):

Emisja gamma (gruba przesłona na okienku pomiarowym)

Emisja beta+gamma (okienko pomiarowe z cienką przesłoną).

Pomiar łączny alfa+beta+gamma (otwarte okienko pomiarowe).

Monitor skażeń EKO-C wskazuje tylko 140 cps, co można tłumaczyć niewielkim rozmiarem kółka w stosunku do powierzchni tuby Geigera (większe wyroby ceramiczne wskazywały 300-500 cps).
Promieniowanie uranu jest bardzo "miękkie" i łatwo je wytłumić nawet plastikową osłoną tuby Geigera w prostych radiometrach i indykatorach, że nie wspomnę o miernikach z tuba owiniętą folią ołowianą (Biełła, Master). Dlatego też lepiej używać mierników z odsłoniętą tubą (Polaron, Sosna). 

Kółko wykazuje luminescencję w silnym świetle UV, słabszą w miejscu, gdzie glazura uległa wytarciu. Czarna barwa glazury pozwala zauważyć luminescencję, w przypadku polewy czerwonej czy pomarańczowej jest ona tłumiona przez dopełnianie się barw. 



Do testów użyłem lampy z 2 świetlówkami UV i szkłem powiększającym, gdyż breloczek z diodą UV miał za małą wydajność:


***

To niepozorne kółko do mebla pokazuje, w jak niespodziewanych miejscach możemy spotkać ceramikę uranową. Gdy dokonywałem pierwszych pomiarów emisji tego kółka od razu sobie przypomniałem, że podobne są w moim przedwojennym łóżku z wytwórni "Konrad, Jarnuszkiewicz i Spółka", na którym śpię od 2008 r. Chwyciłem więc Polarona i zanurkowałem pod łóżko, niestety emisji brak. Przeglądajcie zatem szuflady z drobiazgami i sprawdzajcie stare meble zalegające na strychach i w piwnicach!

niedziela, 10 czerwca 2018

Radiometr Terra-P

Tym razem dozymetr Terra-P w wersji podstawowej przybliży nam Adam (Mad_Boar) - oddaję głos:

Za namową autora i właściciela niniejszego bloga postanowiłem opisać dozymetr-radiometr Terra P. Jest  to nowoczesny przyrząd dozymetryczny produkowany przez ukraińskie zakłady  EcoTest z Lwowa. Urządzenie to  zakupiłem w kwietniu 2017 r. na wyprawie do Strefy Czarnobylskiej, zorganizowanej przez jednego z czołowych polskich organizatorów.  Organizator ten pomaga w zakupie radiometrów Terra, wystarczy wcześniej zgłosić chęć jego zakupu i mieć przygotowaną odpowiednią kwotę w dolarach USA (w tamtym roku było to 160 $), by już pierwszego dnia wyprawy cieszyć się nowiutkim, żółtym urządzeniem zwanym Terra P.
Radiometr otrzymujemy w estetycznym kartonowym pudełku, wewnątrz którego znajduje się nasz przyrząd w plastikowym ochronnym blistrze, oraz instrukcja obsługi (niestety tylko w języku ukraińskim) W instrukcji mamy zapis z datą produkcji i potwierdzenie kontroli jakości dozymetru z podpisami odpowiedzialnych za to pracowników. Ponadto dołączone jest etui wykonane ze sztucznej skóry z przezroczystą ścianką czołową. Przypomina ono etui na stare telefony komórkowe, no i urodą nie grzeszy, ale spełnia swoje zadanie, a dzięki temu że jest ono wyposażone w klips – nasz przyrząd możemy przypiąć np. do pasa, szelki plecaka itp.


Terra P w pokrowcu. Obok Polaron Pripyat'. Źródło [link]

Urządzenie wykonane jest bardzo solidnie i estetycznie, obudowa i klapki właściwie spasowane, ponadto jest uszczelniane, więc zachlapanie wodą na pewno nie zaszkodzi elektronice ani tubie Geigera (dodatkowo chronionej warstwą przezroczystego tworzywa). Samo urządzenie jest bardzo poręczne. Rozmiarami i wagą bardzo zbliżone jest do słynnego telefonu Samsung Solid 2710.


Na ścianie frontowej mamy opis trybów pracy urządzenia, logo firmy, oraz stosowne informacje o certyfikacie europejskim CE i klasie uszczelnień (IP20). Na odwrocie z kolei mamy klapkę osłaniającą tubę Geigera, drugą klapkę pod którą są baterie, oraz małą  tabliczkę z opisem:

  • Zakresu pomiarowego radiometru, 0,01 – 999,9 µSv/h  lub 0,01-99,99 mRem/h
  • Zakresu pomiaru dawki pochłoniętej, 0,001-9999 mSv, lub 0,1-999,900 mRem
  • Bezpiecznego naturalnego poziomu promieniowania tła  ≤ 0,30 µSv/h i ≤ 0,07 mSv/24h


Terra P zasilana jest dwoma bateriami AAA ( małe paluszki), które również są dołączone do zestawu.
Urządzenie oferuje nam 4 podstawowe funkcje :
  • Bieżący pomiar promieniowania gamma, a po zdjęciu klapki ochronnej – także beta,
  • Pomiar dawki pochłoniętej przez dozymetr,
  • Zegarek,
  • Budzik ( jakby ktoś miał zaspać na pociąg ze Sławutycza do Strefy :) )


Całą obsługę Terry P realizuje się dwoma przyciskami umieszczonymi po bokach urządzenia, nieco powyżej wyświetlacza ciekłokrystalicznego. Obsługa jest prosta, choć dla kogoś kto ma ją w ręku pierwszy raz problem stanowić może ustawienie godziny i progu alarmu (od 0,01 µSv/h do 9,99 µSv/h, standardowo ma ustawione 0,30 µSv/h). Lewym przyciskiem urządzenie się załącza lub „budzi” z trybu uśpienia, a po jego przytrzymaniu – mamy do dyspozycji funkcję ustawiania progu alarmu, oraz włączanie/wyłączanie dźwięku. Po uruchomieniu urządzenie pokazuje bieżący pomiar promieniowania, a  jednym naciśnięciem lewego przycisku - zerujemy pomiar i przyrząd mierzy od nowa.

Pod prawym przyciskiem mamy  po kolei: pochłoniętą dawkę promieniowania w mSv, godzinę i budzik, a potem znowu bieżący pomiar. Naciskając i trzymając prawy – urządzenie wyłącza się  na stałe. Jeżeli natomiast tego nie zrobimy to po jakimś czasie licznik się usypia i pozostaje w trybie czuwania. Jednak gdy "dostanie" promieniowanie przekraczające próg alarmu - natychmiast się budzi i uaktywnia alarm.

Terra P ma jedną tubę Geigera. Reaguje całkiem szybko, ale wyświetla wynik z pewnym opóźnieniem – po przystawieniu go do źródełka promieniowania - słychać pikanie i  dopiero za parę sekund pojawia się wskazanie na wyświetlaczu.  Terra reaguje wyraźnie wolniej niż Polaron Prypiat, natomiast wyniki pomiarów  na obu przyrządach są niemal identyczne ( co wg mnie dobrze świadczy zwłaszcza o tym drugim, ponad 20 lat starszym urządzeniu).


Wielką zaletą Terry P jest zasilanie – dwa małe paluszki są do kupienia w każdym kiosku/sklepiku, a ponadto - nawet gdy urządzenie jest pozostawione w trybie „czuwania”  - wytrzymuje aż około pół roku.  Na wyświetlaczu mamy prosty wskaźnik poziomu energii w baterii – 4 „klocki” na pełnej baterii, a w miarę zużywania – liczba „klocków” się zmniejsza. Wadą jest to, że po wyłączeniu trwałym lub wymianie baterii zeruje się godzina, poziom alarmu i pochłonięta dawka promieniowania. Producent mógł to rozwiązać za pomocą małej bateryjki podtrzymującej, takiej jak np. w komputerach. 
Zakres pomiarowy Terry P to od 0,01 - do 999 µSv/h. Po przekroczeniu zakresu mierzy nadal, ale pomiar może być obarczony  błędem. Maksimum zmierzone moim egzemplarzem to ok. 600 µSv/h – na słynnym chwytaku w Strefie Czarnobylskiej. W piwnicach szpitala w Prypeci kolega "przekręcił" wypożyczoną od organizatora Terrę P do wartości ~2,4 mSv/h.

Terra reaguje też na słabe źródełka promieniowania – np. szkło uranowe, elektrody wolframowe WT-20  do spawania metodą TIG. Robi to jednak wolniej niż stary Polaron Prypiat. Jest to spowodowane posiadaniem tylko jednej tuby Geigera, wobec dwóch w starszym przyrządzie. 



Klapka, która powinna odcinać promieniowanie beta przy pomiarze gamma w rzeczywistości przepuszcza część tego promieniowania. Przy źródle beta (np. szkle uranowym)  Terra P wskazuje  w przypadku niektórych egzemplarzy tego szkła niewielkie  promieniowanie wykraczające ponad tło, a Polaron z zamkniętą klapką nie reaguje wtedy wcale. Sama klapka jest bardzo pewnie zamocowana, przez co  niełatwo ją zgubić. Niestety nosząc Terrę w oryginalnym etui tracimy dostęp do klapki. [Oczywiście, jak ktoś chce, może sobie uszyć na maszynie własny futerał z dostępem do klapki i małą kieszonką, gdzie możemy umieścić klapkę, by się nam nie zgubiła. - odsyłam do osobnej notki o futerałach]
***
Podsumowując – Terra P to bardzo dobry przyrząd radiometryczno – dozymetryczny. Ma duży zakres pomiarowy, możliwość ustawienia progu alarmu, jest wykonany solidnie i estetycznie, a przy tym niewielki i  bardzo poręczny. Pomimo pewnych wad i stosunkowo wysokiej ceny jestem w stanie z czystym sumieniem polecić Terrę każdemu kto interesuje się tematyką promieniowania i wybiera się do Czarnobylskiej Strefy wykluczenia. Z drugiej strony w mniej ekstremalnych warunkach, gdy  chcemy szybko znaleźć "świecący" przedmiot, np. na giełdzie staroci, wystarczy nam nieco tańszy i starszy Polaron Pripyat.
***
Na sam koniec, jakby kogoś interesowało "co lalka ma w środku" - wnętrze dozymetru (źródło)





środa, 6 czerwca 2018

Pożar lasu wokół Czarnobyla - czy jest zagrożenie?

W Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia wybuchł pożar - zaczęło się od płonących traw, potem ogień szybko przeniósł się na las z powodu wysokich temperatur i braku opadów. Z dostępnych w mediach informacji wynika, że płonie 25 hektarów lasu, z pożarem walczy 125 strażaków, samolot i śmigłowiec. 
Źródło - TVN-24

Oczywiście powstaje pytanie, czy jest zagrożenie. Moim zdaniem nie, gdyż stężenie radioaktywnych izotopów w Strefie stale się zmniejsza, ulegają rozcieńczeniu i migracji w biosferze, a także stopniowemu zanikowi promieniotwórczości. Nawet pożar silnie skażonych drzew w Czerwonym Lesie nie jest w stanie wyemitować skażeń w takiej ilości, by zdołały dotrzeć do Polski i mieć realny wpływ na nasze zdrowie. Poziom promieniowania jest monitorowany przez CLOR i PAA - rozkład mocy dawki gamma można sprawdzić TUTAJ. Innym źródłem jest Joint Research Centre - https://remap.jrc.ec.europa.eu/GammaDoseRates.aspx 


Jak ktoś nie wierzy oficjalnym pomiarom, może sprawdzić na mapie czujników projektu Radioactive@Home  - czujniki przy granicy z Ukrainą nie wskazują wzrostu radiacji:


Pożary w Strefie będą wybuchać co jakiś czas, szczególnie przy sprzyjających warunkach pogodowych (upały, brak deszczu) i problemach z pilnowaniem tak rozległego terenu.
***
Oczywiście jeśli ktoś na wszelki wypadek chce kupić dozymetr, zapraszam
POLON RK-10
http://allegro.pl/radiometr-dozymetr-licznik-geigera-polon-rk-10-i7354161514.html

RKGB-01 Gorin (starsza wersja RKSB-104)
http://allegro.pl/dozymetr-licznik-geigera-radiometr-rkgb-01-gorin-i7369298115.html

wtorek, 5 czerwca 2018

Sonda przepływowa SPU-1P


Dzięki uprzejmości firmy Polon-Alfa mogę przedstawić bardzo rzadki model sondy pomiarowej, przeznaczonej do popularnych radiometrów RUST, URL i URS. Jest to sonda przepływowa SPU-1P, wyprodukowana w liczbie zaledwie 10 egzemplarzy - prezentowany egzemplarz pochodzi z 1977 r. 


Sonda działa na zasadzie licznika proporcjonalnego, a scyntylatorem jest czysty butan, doprowadzany z zewnętrznej butli. Dzięki stałemu przepływowi gazu jest on ciągle "świeży", tj. niezjonizowany i licznik ma dobrą wydajność nawet dla słabych aktywności. Przekłada się to również na szybką odpowiedź licznika.



Sonda służyła do pomiarów skażeń emiterami alfa i beta. Powierzchnia czynna sondy wynosi 150 cm2. Napięcie pracy dla skażeń alfa wynosi 1600 V (+/- 20V), zaś dla alfa i beta 2400 V (+/- 200 V), a długość plateau 300 V. Specjalny przycisk przełącza opcję wolnego i szybkiego przepływu gazu. Króćce dostarczające gaz przeznaczone do cienkich wężyków podobnych do tych od pompek akwariowych. Uchwyt przypomina ten z "żelazka" RKP-1-2. Cała sonda (bez butli) waży 1.5 kg. O sondzie jest bardzo mało informacji w literaturze. Instrukcja do uniwersalnego radiometru cyfrowego URS-3 wymienia ją jako jedną z nowo opracowanych sond, szczególnie przydatnych dla tego miernika:

Sonda jest bardzo ciekawym krajowym projektem, niestety produkcja w bardzo małej serii i konieczność stosowania butli z gazem mocno ogranicza jej zastosowanie.

środa, 30 maja 2018

Książka "Działanie rażące wybuchu jądrowego"


Nabyłem książkę A. Iwanowa i G. Rybkina, opisującą działanie rażące wybuchów jądrowych, zarówno wykorzystujących reakcję rozszczepienia, jak i syntezy. Książka w przystępny sposób wprowadza czytelnika w problematykę fizyki jądrowej, a następnie omawia poszczególne czynniki rażące wybuchów jądrowych (błysk, fala uderzeniowa, promieniowanie przenikliwe itp.). Każdy aspekt jest omówiony zarówno teoretycznie, jak i praktycznie, podane są m.in. wzory i współczynniki pozwalające obliczyć działanie wybuchu na różnego rodzaju obiekty. Ostatnie rozdziały poświęcono dozymetrii z omówieniem najważniejszych mierników z końca lat 50., a także obronie przeciwatomowej, walce w warunkach skażenia i zabiegom dezaktywacyjnym. Całość oczywiście podlana propagandowym sosem z czasów zimnej wojny. Zwraca uwagę fragment ,w którym "pokojowo nastawiony" ZSRR jest gotowy zniszczyć swą broń jądrową, ale tylko pod warunkiem, że Zachód zrobi to samo. Podkreślono też, że niszczycielskie działanie wybuchów jądrowych mogą przetrwać tylko państwa o dużej powierzchni, zatem to ZSRR wygra ewentualny konflikt jądrowy, którego tak "usilnie" pragnie uniknąć.


Książka jest cenna z kilku względów. Przede wszystkim ukazuje stan wiedzy z czasów, gdy trwał wyścig zbrojeń między dwoma blokami państw. Cytuje dane z literatury zachodniej, dotyczącej skutków bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, a także efektów eksplozji na atolach Pacyfiku. m.in. Bikini. Niestety zupełnie pominięto kwestę impulsu elektromagnetycznego, który jest bardzo istotnym czynnikiem rażącym broni jądrowej, niszczącym urządzenia elektryczne w promieniu wielu kilometrów. Publikacja wyjaśnia też mechanizmy działania samej bomby oraz powodowanych przez nią zniszczeń i skażeń. Dowiemy się, że promieniowanie przenikliwe może razić żołnierzy ukrytych w okopach dzięki odbiciu od ściany transzei. Poznamy różnice w działaniu wybuchów naziemnych, powietrznych, podwodnych i podziemnych wraz z mocami dawek przy określonej sile wybuchu. 
Pomimo pewnych braków (EMP!), propagandowego zacięcia i dezaktualizacji części wiedzy, jest to bardzo istotna pozycja umożliwiająca poznanie historii zimnej wojny, doktryny wojny jądrowej czy też ochrony radiologicznej.
Poniżej kilka przykładowych ilustracji i tabel:













poniedziałek, 28 maja 2018

Monitor skażeń powierzchni RKP-2


RKP-2, produkowany przez krajowe zakłady Polon-Alfa w Bydgoszczy, jest ulepszoną wersją starszego "żelazka" RKP-1-2, opracowaną w 1997 r. i wprowadzoną do produkcji ok. 1999 r.  Zmiany obejmują zastosowanie wyświetlacza LCD w miejsce wskaźnika wychyłowego, klawiatury membranowej zamiast przełączników "isostat", zasilania z baterii 9 V, a nie 4 paluszków AA, mniejszą liczbę zakresów oraz inną konstrukcję filtra beta. Jednak najważniejszą zmianą jest możliwość współpracy z zewnętrzną sondą scyntylacyjną SSA-1P. Dzięki temu monitor może również mierzyć skażenia izotopami alfa-aktywnymi, nawet w warunkach podwyższonego tła promieniowania gamma. Tą samą funkcję zaimplementowano w wersji monitora EKO-C oznaczonej EKO-C/s.


Pozostałe elementy nie zmieniły się - mamy więc dwa włączniki - "spust" w rączce uruchamiany po wzięciu miernika do ręki oraz "kołek" opierający się o podłoże po ustawieniu radiometru w pozycji pionowej. Czujnikami są tuby BOI-53 lub odpowiedniki (STS-6 itp.), pomiar mocy dawki odbywa się w µSv/h, a pomiar skażeń w impulsach na sekundę. Stosując odpowiedni współczynnik czułości dla danego izotopu, określony podczas kalibracji, można obliczyć skażenie w Bq/cm2. Miernik ma dwie stałe czasu - szybką i wolną, tak jak pierwowzór. 


Jeżeli chodzi o zmiany w stosunku do RKP-1-2, to zakresy są 3 zamiast 5:  do 20, 200 i 2000 µSv/h lub cps. Głośnik działa tylko na najczulszym podzakresie, a nie na wszystkich, co uważam jest mankamentem przyrządu. W komplecie jest słuchawka na wtyk jack 3.5. Podświetlanie wyświetlacza LCD jest włączane przyciskiem i działa przez ok. 30 s od jego zwolnienia. Na wyświetlaczu trójkąty z lewej strony informują o wybranej stałej czasowej (górny - wolna, dolny - szybka) oraz o podpięciu sondy SSA-1P (dwa środkowe). Litera B obok nich sygnalizuje spadek napięcia baterii. Z prawej strony wyświetlacza mamy podaną jednostkę, w jakiej odbywa się pomiar:



Pomiaru mocy dawki gamma dokonujemy z założonym filtrem korekcyjnym. Jest to blacha ze stali chromowanej, z dodatkowo naklejoną folią ołowianą. Jest to więc typowy filtr odcinający promieniowanie beta, a nie perforowana przesłona redukująca emisję beta w celu 10-krotnego rozszerzenia zakresu pomiarowego. Filtr zakładamy ołowiem na zewnątrz - dziwne, ołów jako metal miękki i porowaty dość łatwo wychwytuje skażenia, a jego dekontaminacja jest trudna. Tak jednak twierdzi instrukcja obsługi. Możliwe, że chodzi tutaj o zapewnienie przylegania filtra do okienka pomiarowego, gdyż ołów jednak zwiększa grubość filtra:


Masa radiometru jest porównywalna ze starszym modelem (1,4 kg wobec 1,5 kg). Wzornictwo obudowy jest dużo nowocześniejsze, charakterystyczne dla początku lat 90. - poprzednik (RKP-1-2) powstał w 1975 r., jako ulepszona wersja jeszcze wcześniejszego RKP-1 z 1969 r. 
Radiometr dostarczany jest w styropianowym pudełku z zapasowymi foliami na okienko pomiarowe, słuchawką i pasem nośnym. Niestety w moim egzemplarzu tych akcesoriów brak:



Na koniec najważniejsze - funkcja pracy z sondą scyntylacyjną SSA-1P. Ma ona kryształ scyntylacyjny z siarczku cynku aktywowanego srebrem ZnS(Ag) na podłożu metaplex. Powierzchnia okienka pomiarowego 85 cm2. Gęstość powierzchniowa folii osłaniającej scyntylator ok. 1 mg/cm2. 

Sondę podłączamy do gniazda BNC z prawej strony chwytu. Gdy gniazda nie używamy, jest osłonięte zaślepką na łańcuszku, niestety przeszkadza ona przy podłączonej sondzie, utrudniając postawienie miernika w pionie. Powinien być jakiś występ w obudowie, na którym można zamocować tą zaślepkę. Sondę podłączamy po uprzednim obejrzeniu światłoszczelnej folii, czy nie jest uszkodzona. Podłączamy przy wyłączonym radiometrze i przez 3-5 min. mierzymy bieg własny z założoną plastikową osłoną sondy.

 Nie jest on wysoki, na najniższym zakresie u mnie 0,01 cps. Następnie zdejmujemy osłonę i ostrożnie zbliżamy okienko pomiarowe do badanej powierzchni. Uważamy, by nie skazić sondy ani nie zadrapać cienkiej folii osłaniającej scyntylator. Jeśli to się stanie, dostające się do scyntylatora światło zniszczy fotopowielacz! Małe ubytki światłoszczelności co prawda powodują jedynie zwiększenie biegu własnego, ale lepiej dmuchać na zimne. Uszkodzenia folii trzeba naprawiać czarną temperą (specjalny rodzaj farby). Nie wolno używać farb na rozpuszczalnikach organicznych (aceton, benzyna). Przy dużych uszkodzeniach trzeba wymienić folię, pracując w warunkach słabego oświetlenia i włączając naprawioną sondę dopiero po 2 godzinach.


Sonda wykazuje małą wrażliwość na promieniowanie gamma, co pozwala na jego "odfiltrowanie"  i pomiar samych skażeń alfa. Jest to szczególnie cenne, gdy dokonujemy pomiaru w warunkach podwyższonego tła, wpływającego na pomiar typowym licznikiem Geigera (np. EKO-C). Skrócony opis sondy umieszczony jest w instrukcji do RKP-2. Oczywiście możemy używać jej do innych radiometrów - EKO-C/s, serii RUST czy URL i URS. Pamiętajmy o ostrożnym obchodzeniu się z sondą, szczególnie z jej okienkiem pomiarowym. Czasem na stole mogą być jakieś niewidoczne okruchy i inne drobne obiekty, mogące zniszczyć okienko przy postawieniu na nich sondy. Sondę  SSA-1P szerzej omówię w osobnej notce.

***
Pozostaje kwestia oceny miernika. Główną zaletą jest duża powierzchnia czynna (150 cm2), co  ułatwia poszukiwania w terenie. Ceramika uranowa, w zależności od aktywności, jest wykrywana z odległości 30-100 cm. Wzrost pomiaru jest szybki, a po odsunięciu źródła wynik spada w ciągu kilku sekund do poziomu tła. Podświetlenie skali zapewnia odczyt wyświetlacza w nocy, jednocześnie nie męcząc wzroku. Problemy może sprawiać spust w rękojeści miernika, gdyż trzeba trzymać go cały czas wciśnięty. Zmienimy chwyt dłoni, miernik wyłącza się i włącza od początku. Na szczęście początkowa kalibracja miernika jest szybka, trwa kilka sekund. 
Nowoczesna konstrukcja radiometru może być zarówno wadą, jak i zaletą. Wadą, gdyż trudniej o samodzielną naprawę, w instrukcji nie ma nawet schematu (tak jak EKO-C - do tej pory mam jeden "martwy" egzemplarz). Zaletą, gdyż komponenty są lepszej jakości i producent nadal oferuje serwis. Dodatkowym atutem jest sonda scyntylacyjna, ale wymaga bardzo ostrożnego obchodzenia się z nią, jak również kalibracji z określonym egzemplarzem radiometru. Ostatnią wadą jest cena. Jak dotąd, poza moim egzemplarzem z sondą, pojawiły się jeszcze 2. Jeden za 200 zł, bez sondy, zniknął szybciej, niż się pojawił. Drugi za 5500 zł, nowy i z sondą w komplecie, nadal czeka na nabywcę. Nie jest mi znana wielkość produkcji RKP-2, ale raczej była ona rzędu setek, jeśli nie tysięcy egzemplarzy, analogicznie do RKP-1-2.