czwartek, 18 października 2018

Aparatura dozymetryczna produkowana w szkołach wyższych

W zbiorach Biblioteki Cyfrowej Politechniki Śląskiej znalazłem ten oto Katalog aparatury naukowej wykonywanej w szkołach wyższych [LINK]:


Publikacja jest podzielona na działy z numeracją ciągłą przez wszystkie III tomy. Tom II zaczyna się działem V, który nas najbardziej zainteresuje, gdyż przedstawia aparaturę do pomiaru promieniowania (głównie jonizującego, choć jest też licznik UV):



Przyrządy te były wykonywane w gospodarstwach pomocniczych Katedr i Wydziałów szkół wyższych. W tym okresie jeszcze nie powstał krajowy przemysł aparatury jądrowej, w związku z czym urządzenia należało najpierw opracować, a następnie wykonać we własnym zakresie. Przykładem takiego miernika może być choćby monitor typu 62/57, wyprodukowany w Katedrze Budowy Aparatury Elektromedycznej Politechniki Warszawskiej [LINK]. Niestety ten przyrząd nie znalazł się w niniejszym katalogu, jest za to wiele innych ciekawych konstrukcji. Są to zarówno przyrządy przenośne, z zasilaniem bateryjnym lub sieciowym, jak też urządzenia stacjonarne oraz zasilacze, tuby Geigera i przeliczniki do nich.
1. Bateryjny monitor beta-gamma typ 20/55 z licznikiem G-M wbudowanym w korpus, zakres do 10000 cpm (166,6 cps), produkcja KBAE PW:

2. Sieciowy licznik G-M z elektromechanicznym numeratorem (typ 23/56) o zakresie zaledwie 700 cpm (11,6 cps) do pomiarów małych aktywności beta-gamma, produkcja KBAE PW:
3. Monitor sieciowy typ 3/54 z licznikiem G-M wbudowanym w korpus do pomiaru promieniowania gamma i rentgenowskiego. Zwraca uwagę duży ciężar urządzenia (9,7 kg, do tego 1,8 kg sonda). Produkcja KBAE PW:

4. Monitor sieciowy z licznikiem G-M typ 1/56 z zewnętrzną sondą pomiarową, przewidziano sondę dla promieniowania X oraz "i" (błąd w tekście, pewnie chodziło o promieniowanie beta). Przyrząd waży 5 kg, a sondy odpowiednio 1,5 i 3 kg. Produkcja KBAE PW:



5. Bateryjny monitor z komorą jonizacyjną typ 31/56 do pomiaru małych mocy dawki promieniowania beta i gamma o zakresie do 100 mR/h. Przyrząd składa się z pistoletowego miernika z komorą oraz zasobnika baterii podłączonego za pomocą przewodu. Całość waży 3 kg, produkcja KBAE PW:

6. Dawkomierz typ 4/54 przeznaczony do diagnostyki rentgenowskiej, wyposażony w jonizacyjną komorę naparstkową, umożliwia zarówno pomiar mocy dawki (do 100 R/min, czyli 6000 R/h), jak i dawki (do 250 R). Produkcja KBAE PW:
7. Elektrometr z komorami kieszonkowymi typ 12/56, czyli po prostu pulpit kontrolno-załadowczy do dozymetrów indywidualnych, odpowiednik radzieckiego DP-21. Dozymetry mają zakres do 150 mR i są wyskalowane dla promieniowania radu. Produkcja KBAE PW:
8. Dawkomierz dla promieni gamma i X - brak oznaczenia typu. Urządzenie jest pulpitem kontrolno-załadowczym o mniej rozbudowanej konstrukcji niż poprzedni przyrząd - służy do ładowania oraz odczytu dozymetrów indywidualnych. Produkcja - Katedra Fizyki Ogólnej AGH w Krakowie:
9. Przelicznik całkujący z licznikiem G-M - brak oznaczenia typu. Przeznaczony do zliczania impulsów z tuby G-M w zakresie 5-20000 cpm (0,083-333,3 cps). Katalog podaje zakres raz w cpm, raz w cps, ale wynik w cpm wydaje się bliższy prawdzie, zresztą wtedy jeszcze nie stosowano cps. Napięcie zasilania tuby regulowane bezstopniowo 400-2000 V, stabilizowane. Produkcja Katedra Elektroniki i Automatyki Przemysłowej Politechniki Poznańskiej:
10. Przelicznik 1:64 do liczników G-M - brak oznaczenia modelu. Zawierał zasilacz wysokiego napięcia, wtórnik katodowy i właściwy przelicznik o wartościach 1:2, 1:4, 1:8, 1:16, 1:32 i 1:64. Ciężar 17 kg. Produkcja - Katedra Fizyki Ogólnej AGH w Krakowie:

Prezentowane urządzenia przedstawiłem jako ważne przykłady polskiej myśli technicznej z początków przemysłu jądrowego w kraju, kiedy aparaturę trzeba było albo sprowadzać z ZSRR, albo produkować w przyuczelnianych warsztatach. Własna produkcja ruszyła dopiero z końcem lat 50. w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Tele- i Radiotechnicznego w Bydgoszczy, który później zostanie przekształcony w Zjednoczone Zakłady Urządzeń Jądrowych "Polon", istniejące do dziś.
***
Jeżeli ktoś miałby do czynienia z egzemplarzami tych przyrządów albo miał dodatkowe informacje co do ich przeznaczenia i specyfikacji, proszę o kontakt przez formularz bloga. 

poniedziałek, 15 października 2018

Sygnalizator promieniowania RS-70

Wreszcie zdecydowałem się na zakup tego sygnalizatora. Długo odwlekałem nabycie z racji dużej podaży na rynku przy jednoczesnym niewielkim zastosowaniu praktycznym tego przyrządu. Tym niemniej, widząc, że szukacie o nim informacji w sieci, postanowiłem go w końcu  opisać. W dodatku trafiła mi się korzystna oferta, jeżeli chodzi o stosunek jakości do ceny. Zaczynamy!


RS-70 jest progowym sygnalizatorem promieniowania, informującym za pomocą dźwięku i światła o przekroczeniu jednego z zaprogramowanych przez producenta progów. Wprowadzono go do produkcji na początku lat 70. Nie wspomina o nim Podręcznik dowódcy drużyny, oddany do składu w lipcu 1970 r., ale na rynku są egzemplarze wyprodukowane dwa lata później. Produkowano go do końca lat 80., a w zapasach Obrony Cywilnej przetrwał do czasów obecnych. Trafiają się egzemplarze ze świadectwami kalibracji z 2002 r., ważnymi do 2007 r.! 

Ceny wahają się od 30 aż do 200 zł (!) z dominantą 50 zł, w zależności od skompletowania i stanu wizualnego. W dniu zakupu na Olx.pl znajdowało się aż 14 szt. z lat 1972-1989, a na Allegro dalsze 4, z czego część to pewnie te same, co na Olx. Sprzedawany sprzęt jest w większości w stanie magazynowym, w oryginalnym opakowaniu i z akcesoriami.


W komplecie, oprócz styropianowego pudełka, znajduje się jeszcze pas nośny (skórzany lub nylonowy), wtyki "banan" do podłączenia zewnętrznego zasilania oraz zapasowe uszczelki i żarówka. Uszczelki są 3 - jedna pod osłonę żarówki oraz dwie do zakrętki komory baterii (mniejsza i większa). Swoją drogą, skoro zakrętki są dwie, to powinni dać dwa komplety tych uszczelek:

Przyrząd wykorzystuję pojedynczą szklaną tubę GM typu DOB-50 w osłonie ołowianej. Zasilanie odbywa się z 4 baterii 1,5 V R-20 lub zewnętrznego źródła napięcia stałego 4,5-7 V (nominalnie 6 V) podpiętego za pomocą "bananków". Napięcie 4 baterii R-20 powinno wynosić między 3,6 a 6,5 V, czyli może spaść nawet do 0,9 V na pojedynczej baterii. Deklarowany pobór prądu nie powinien przekraczać 17 mA. Czas pracy na najniższym zakresie bez sygnalizacji min. 200 h (średnio 300 h), z ciągłą sygnalizacją odpowiednio 50 i 80 h. Przy magazynowaniu należy przyrząd co pół roku włączać na pół godziny w trybie kontroli celem zregenerowania kondensatorów elektrolitycznych. Należy o tym pamiętać, zwłaszcza że często kupujemy używany sprzęt, który nie wiadomo jak długo leżał. Swojego egzemplarza nie rozkręcałem z racji świetnego stanu wizualnego i zachowanych plomb, ale jak kogoś interesuje, "co lalka ma w środku", polecam ten filmik:


Wyłączony sygnalizator bez opakowania powinien, wg producenta, wytrzymywać wibracje o przyspieszeniu 4 g (20-80 Hz), udary do 15 g i upadek z wysokości 0,7 m (nie napisali tylko, na jakie podłoże, raczej nie na beton). W opakowaniu powinien wytrzymać nawet udary do 120 g. Obudowa jest pyłoszczelna i odporna na deszcz o umiarkowanym natężeniu. W razie zanieczyszczenia piaskiem czy pyłem można ją spłukać strumieniem wody.


Najniższy próg pomiarowy to 0,5 R/h, następne to 5 R/h i 30 R/h. Skupmy się na chwilę na najniższym progu. Jego wartość - 0,5 R/h - w przeliczeniu  wynosi:
  • 500 mR/h
  • 5000 µSv/h
  • 5 mSv/h
  • 0,005 Sv/h

Tak wysokiej mocy dawki nie spotkamy ani w naturalnym otoczeniu, ani nawet w reaktorze w Świerku - wg personelu moc dawki na hali wynosi 100 µSv/h (10 mR/h). Zegary lotnicze mają najwyżej 5-7 mR/h, kompasy Adrianowa do 1,5 mR/h, źródło radonowe przy obudowie 6-7 mR/h, źródło od czujnika oblodzenia 50 mR/h (i to promieniowania beta), odsłonięte źródło od PIMP-3 do 100 mR/h, jeśli wierzyć użytkownikom. Nawet słynny chwytak w Strefie ma na zewnątrz 30 mR/h, a wewnątrz 50, czyli 10x mniej. Z tego co czytałem na forum Elektroda, to nawet dentystyczna lampa rentgenowska nie robi wrażenia na RS-70, ale nie róbcie tego w domu! Dopuszczalna przeciążalność wynosi aż 1000 R/h, choć przy takiej mocy dawki mamy tylko kilka minut na znalezienie ukrycia o odpowiedniej krotności osłabienia, a i tak nie unikniemy choroby popromiennej.


Wróćmy do samego przyrządu. Skrócona instrukcja użytkowania wytłoczona jest na tylnej ściance przyrządu, oprócz tego do zestawu dołączona jest książeczka z opisem technicznym i zasadami eksploatacji. Sygnalizator włączamy, przestawiając pokrętło progów na pozycję K. W tym położeniu powinna zadziałać sygnalizacja dźwiękowa i świetlna oraz powinna migać mała neonówka oznaczona N. Jeśli brak dźwięku - słaba bateria. Żarówka się nie świeci - przepalona. Nie świeci żarówka, neonówka i brak dźwięku - źle włożone baterie lub uszkodzony przyrząd. Brak światła neonówki lub ciągły dźwięk - uszkodzenie. Poniżej sprzęt podczas kontroli działania - neonówka i czerwona lampka zapalają się naprzemiennie, jednak z racji długiego czasu ekspozycji widzimy obie podczas świecenia:

 Jeśli przyrząd w trybie kontroli działa poprawnie, to należy włączyć pierwszy podzakres. Jeżeli uzyskamy sygnał, przełączamy na wyższy. Gdy wtedy sygnał milknie, moc dawki nieznacznie przekracza wcześniejszy zakres. Zakresy są opisane jako "bezpieczny" (do 0,5 R/h), "zagrożenie - ukryć się" (do 5 R/h), "zagrożenie silne" (do 30 R/h), "zagrożenie niebezpieczne" (powyżej 30 R/h).

Sygnalizacja przekroczenia progu odbywa się za pomocą migającej czerwonej lampki albo sygnału dźwiękowego. Dźwięk jest koszmarnie głośny i mógłby obudzić umarłego, na szczęście można go wyłączyć, pozostawiając jedynie sygnalizację wizualną. Częstotliwość sygnałów dźwiękowych  lub  świetlnych informuje nas o stopniu przekroczenia progu. Czyli jeśli włączamy zakres I, a sygnalizator wydaje ok. 10 sygnałów na minutę, to próg 0,5 R/h został przekroczony nieznacznie, zaś jeśli sygnałów jest ok. 19 na minutę, to przekroczenie jest dwukrotne (ok. 1 R/h). W każdym wypadku należy przełączyć przyrząd na wyższy zakres, by upewnić się, że poziom promieniowania nie przekracza następnego zakresu. Przybliżone wartości mocy dawki przy poszczególnych częstotliwościach sygnałów podaje ta tabelka z instrukcji (podziękowania dla Blog Strefa [LINK] za udostępnienie materiałów):

Jak widać, faktyczny zakres pomiarowy jest 3x szerszy niż nominalny, przynajmniej jeżeli chodzi o górny zakres. Przy 22 sygnałach na minutę moc dawki w otoczeniu miernika jest nie mniejsza niż 90 R/h. W takich warunkach otrzymamy dawkę śmiertelną LD50/30 w ciągu 4,5 godziny. Instrukcja zaleca ukrycie się, jednocześnie przyjmując, że zagrożenie przy 0,5 R/h nie jest poważne. Oczywiście, pamiętajmy, że standardy wojny jądrowej były mniej rygorystyczne nawet niż dawki awaryjne w czasie pokoju. Sygnalizator RS-70 miał na celu oszacowanie mocy dawki promieniowania gamma, a przez to obliczenie okresu, po którym będzie można opuścić ukrycie, jak również dopuszczalnego czasu przebywania poza ukryciem.

Wskazania sygnalizatora były też podstawą do ogłoszenia oraz odwołania alarmu o skażeniach przez obserwatorów Obrony Cywilnej. W czasie trwania alarmu sygnalizator był włączany okresowo, aby sprawdzić, czy ustał opad radioaktywny. Jeżeli wskazania rosły, opad trwał, jeśli stopniowo zmniejszały się, opad już osiadł na ziemi. Pamiętajmy, że moc dawki po wybuchu jądrowym spada dość szybko, nawet jeśli początkowo była bardzo duża, gdyż większość produktów rozpadu jest krótkożyciowa:



Wracając do sygnalizatora, konstrukcja urządzenia jest dość prosta, choć spece z Elektrody uznali ją za "paskudną", pewnie przez wzgląd na kadmowane elementy mechaniczne. Tą technologię stosowano kiedyś dla zabezpieczenia przed korozją, szczególnie w warunkach kontaktu z wodą morską, jednak przez toksyczność kadmu została wycofana. Na poniższym zdjęciu (źródło) widać z prawej osłonę tuby G-M, a z lewej u góry potencjometry kalibrujące każdy z zakresów.

Sama tuba w osłonie wygląda tak (źródło j.w.), i gdy ja zdejmiemy, czułość znacznie podskoczy:


Przy głośniku znajduje się wkręt, dostępny za pośrednictwem otworu w obudowie, którym można regulować głośność alarmu. Dokręcając zwiększamy głośność, wykręcając zmniejszamy. Warto zmniejszyć głośność, aby nie ogłuchnąć i nie drażnić sąsiadów, alarm ma prawie 94 dB !

Tak duże natężenie hałasu jest porównywalne z motocyklem bez tłumika, młotem pneumatycznym albo pociągiem na moście kratownicowym, dlatego też polecam ochronniki słuchu przy pracach z tym przyrządem.
***
Sprzęt występuje w instruktażowym filmie "W pogodny dzień" z 1976 r., gdzie ostrzega pracującą w polu rodzinę o zagrożeniu radiacyjnym. 

Omawiają go też podręczniki przysposobienia obronnego i obrony cywilnej, jak choćby ten (S. Fidyk et al., Przysposobienie obronne - obrona cywilna dla szkoły średniej, WSiP 1991):


Spotykałem się z modyfikacjami RS-70, polegającymi na odsłonięciu tuby oraz wykonaniu otworu w obudowie, ale mam mieszane uczucia wobec takich praktyk. Po pierwsze, kwestia kalibracji - czułość przyrządu znacznie wzrośnie, ale należałoby wszystkie progi wzorcować od nowa za pomocą specjalnego źródła, które posiadają tylko instytucje. Po drugie, zastosowanie - nie będzie to nadal czuły dozymetr do codziennych pomiarów jak Polaron, czułość będzie ograniczona tubą DOB-50. Po trzecie, to jednak zabytek. Może powszechnie występujący, ale jednak zabytek, szczególnie starsze roczniki. Nie ma sensu go kaleczyć, by tworzyć coś, co i tak będzie miało ograniczoną użyteczność. Foto z forum Elektroda (link):



Podsumowując, sygnalizator RS-70 może mieć następujące zastosowanie:

  • eksponat w muzeach wojskowości, obrony cywilnej lub wzornictwa przemysłowego
  • dekoracja awangardowych wnętrz
  • syrena alarmowa :)
  • zabezpieczenie na wypadek apo / W / SHTF

W tym ostatnim celu jednak lepiej sprawdzi się jego następca, czyli rentgenometr sygnalizacyjny KOS-1. Ma on dużo szerszy zakres indykacji (0,001-900 mGy) , który w dodatku jest podzielony na liczne podzakresy, co pozwala dość dokładnie oszacować bieżącą moc dawki gamma. Zakres RS-70, wynoszący 0,5-30 R/h (5-30 mGy), jest zaledwie wąskim wycinkiem zakresu KOS-1. Sam przyrząd jest też znacznie lżejszy (0,42 kg) od ważącego aż 1,5 kg RS-70.


środa, 10 października 2018

Rentgenoradiometr DP-5W (DP-5V)



DP-5W był jednym z ostatnich rentgenoradiometrów serii DP-5. Od poprzedników różni się przede wszystkim zupełnie nową obudową z zielonego plastiku zamiast brązowej fibry i tranzystorową konstrukcją niewymagającą regulacji przed każdym użyciem. Aby uruchomić przyrząd, po prostu przełączamy pokrętło zakresów w położenie oznaczone trójkątem - jeśli wskazówka znajdzie się na czarnym pasku na skali, oznacza to, że baterie mają wystarczające napięcie i możemy włączyć żądany zakres pomiarowy. Nie musimy kręcić pokrętłem "reżim" i nastawiać wskazówki na specjalny punkt na skali, który to punkt ona uparcie omija.


Sama skala jest mniejsza, a wskazówka grubsza, co może wydawać się mniej wygodne niż skala z poprzednich modeli, szeroka jak od radiostacji. Zachowano farbę okresowego świecenia na skali i szyldzie pokrętła zakresów oraz żaróweczkę włączającą oświetlenie skali. Futerał z dermy nie ma okienka na skalę, zatem nie możemy przeprowadzać pomiarów przy zamkniętej pokrywie. Od wewnętrznej strony umieszczono tabelkę z normami skażeń produktów żywnościowych i uzbrojenia:


Pozostawiono kieszeń na sondę w dolnej części futerału, wymieniono za to taśmy na szersze i cieńsze, jak do polskich masek przeciwgazowych typu "słoń". 


Źródło kontrole z pokrywy futerału przeniesiono do niszy, wytłoczonej w obrotowej osłonie okienka pomiarowego. Jest to taka sama pastylka B-8, jak w starszych wersjach, tylko zatopiona w żywicy syntetycznej:

Obracając osłonę możemy umieścić źródło naprzeciwko okienka pomiarowego albo po jego przeciwnej stronie. Metal osłony jest gruby i doskonale tłumi promieniowanie beta emitowane przez stront-90 z kontrolki, a ruchome części są dobrze spasowane. Porównajmy to z DP-5A i B, gdzie blaszka osłaniała kontrolkę tylko od przodu, a bokami siało. 


Po tym charakterystycznym wybrzuszeniu na sondzie możemy bezbłędnie rozpoznać DP-5W, pojawia się on często na filmach z akcji likwidacyjnej skutków awarii w Czarnobylu (więcej zdjęć na końcu notki):


Okienko w sondzie odsłania fragment tuby STS-5, odpowiadającej za najniższy zakres pomiarowy. Całość obwodów sondy umieszczono w specjalnej tulejce z tworzywa sztucznego, co gwarantuje szczelność, choć nieco tłumi miękkie promieniowanie. 

Rozbiórka sondy wymaga wykręcenia małej śrubki wystającej z boku kołpaka na końcu sondy, a następnie odkręcenia nakrętki przy kablu - może być potrzebny WD-40 albo podgrzanie nad palnikiem spirytusowym (więcej TUTAJ). Tu na zdjęciu śrubka widoczna jest z prawej:

Zarówno zakresy pomiarowe, jak i sposób zasilania czy wyposażenie dodatkowe - są takie same jak w DP-5B. Najwyższy zakres pomiarowy - do 200 R/h - ma osobną podziałkę. Pozostałe mają mnożniki x1000, x100, x10, x1 i x0,1. Najniższy zakres zaczyna się od 0,02 mR/h (0,2 µSv/h), czyli praktycznie od tła naturalnego. Podziałka skali nie jest zbyt dokładna, ale pamiętajmy, że to przyrząd wojskowy, nie laboratoryjny.


Zasilanie odbywa się z 3 specjalnych ogniw o napięciu 1,5 V, z których 2 zasilają przyrząd, a 1 żarówkę oświetlającą skalę, ogniwo to jest nieco odsunięte od dwóch pozostałych. Ogniwa te można zastąpić albo paluszkami R6/AA w rurce z PCV i śrubkami w roli kontaktów, albo wlutowanymi koszyczkami do baterii. Przy lutowaniu należy pamiętać, że kontakty są z chromowanej miedzi i trzeba zeszlifować chrom, bo inaczej cyna nie złapie. Zwykle są jednak skorodowane od wylanego elektrolitu i wystarczy trochę przeszlifować by dostać się do czystej miedzi.

Poniżej kilka chałupniczych patentów z Forum RHBZ. Pierwszy - plastikowa wkładka z tworzywa ABS:
Patent drugi - rurki z kartonu i nakrętki - też działają, generalnie chodzi o to, by baterie nie latały na boki, od góry trzyma je klapka, przedział baterii jest dość płytki, standardowy koszyczek 2x AA powoduje trudności ze szczelnym dokręceniem pokrywy:
Patent trzeci - chusteczki i kulki z folii aluminiowej. Pamiętajmy o dobrym styku między baterią, przedłużką i stykiem w komorze, aby zmniejszyć opór i wydłużyć czas pracy na bateriach: 

Układy elektroniczne przedstawiają się następująco - płytkę drukowaną można odchylić celem łatwiejszego dostępu:


Z prawej transformator przetwornicy napięcia (zielony), u góry żaróweczki podświetlenia skali.




Wyposażenie DP-5W składa się z teleskopowego przedłużacza sondy, słuchawek, instrukcji, zapasowych żarówek i uszczelek, przystawki zasilania zewnętrznego oraz woreczków z pochłaniaczami wilgoci.

Ten egzemplarz niestety był w złym stanie, ale dobrze widać na nim akcesoria dodatkowe - zwiniętą taśmę naramienną i biodrową, woreczki z silikażelowym osuszaczem, zapasowe uszczelki i ochronne foliowe pokrowce na sondę pomiarową:

Schemat naklejony na wieko skrzyni pokazuje, jak należy pakować całość zestawu - blaszka w wieku przytrzymuje instrukcję obsługi:


Przyrząd produkowano przez całe lata 80. Jest omawiany na instruktażowych planszach radzieckiej obrony cywilnej z 1986 r.:

Co prawda jest określany jako rentgenometr (rentgenmetr), choć de facto jest to rentgenoradiometr:


W zachodniej literaturze często występuje jako DP-5V, gdyż rosyjskie "B" jest transliterowane jako "V" (nasze W). Ja konsekwentnie używam polskiej nazwy DP-5W, gdyż drażni mnie popularna u internautów angielska transliteracja rosyjskich nazw, ze słynnym "Dragunov" i "Makarov" na czele.
***
Rozwojową wersją DP-5W, przeznaczoną na użytek cywilny, był DP-5WB, z większym okienkiem pomiarowym, bez źródła kontrolnego i bez skrzyni z wyposażeniem, sprzedawany tylko z futerałem i kartonem. Sprzęt omówię w osobnej notce.

 ***
DP-5W był moim pierwszym miernikiem promieniowania, którym udało mi się cokolwiek zmierzyć (zegarek "Delbana" i busolę Adrianowa). Poprzedni (DBGB-01U "Fon") miał zbyt niską czułość na słabe źródła, a i ja jeszcze nie miałem wystarczającej wiedzy. 

Poniżej dwa filmiki z tych pionierskich czasów, nagrywane jeszcze Motorolą V8, czyli jakość "jak z kalkulatora":

To był rok 2010 r., i z różnych przyczyn zajmowałem się tym niezbyt długo, a potem nastąpiła ostatnia, 3-letnia przerwa w dozymetrycznej pasji, zakończona zakupem pierwszej Sosny.




Podsumowując, DP-5W to bardzo solidny rentgenoradiometr, dobrze przystosowany do poszukiwań w trudnych warunkach terenowych. Jest lżejszy i mniejszy niż nasze krajowe DP-66 przy porównywalnym zakresie pomiarowym. Umożliwia zarówno pomiar tła naturalnego, jak również najsilniej świecących artefaktów. Nawet przy słynnym chwytaku w Strefie nie zabraknie nam zakresu, a najwyższy zakres oby nigdy nie był nam potrzebny, gdyż przy 200 R/h po 2 godzinach otrzymamy dawkę śmiertelną LD50/30.

***
Na zakończenie kilka zdjęć przyrządu z awarii w Czarnobylu. Poniżej widać charakterystyczne wybrzuszenie sondy pomiarowej (fot. W. Repik):

Na tym zdjęciu model przyrządu zdradza pokrywa futerału bez okienka na skalę (fot. Igor Kostin):
Punkt kontroli dozymetrycznej - sprawdzanie skażenia kół autobusu, znowu charakterystyczna pokrywa (źródło - Fotokronika TASS):


A tu rozpoznajcie sami, gdzie jest DP-5B, a gdzie DP-5W (źródło):