poniedziałek, 10 czerwca 2019

Serial HBO "Czarnobyl" - recenzja



Nie jestem fanem seriali, jednak dla "Czarnobyla" zrobiłem oczywisty wyjątek. Mini-serial HBO ma 5 odcinków po godzinę każdy. W fabularyzowany sposób ukazuje samą awarię, akcje ratowniczą, dyskusje na szczeblach władzy, proces sprawców, jak również osobiste dramaty uczestników. Szczególnie uderza atmosfera tajności, partyjnych przepychanek, sporów kompetencyjnych i wszechobecnej inwigilacji. Zarządzanie odbywa się metodą sowiecką, czyli rewolwer i niedwuznaczna sugestia dla wszystkich wychylających się przed szereg bądź kwestionujących linię partii. Wizerunek ZSRR  na arenie międzynarodowej jest ważniejszy od życia i zdrowia obywateli, pomimo postulowanej przez Gorbaczowa "głasnosti".
***
Serial jest retrospekcją - zaczyna się od samobójstwa Walerija Legasowa, poprzedzonego nagraniem testamentu na kasety, które faktycznie miało miejsce dzień po 2 rocznicy katastrofy (w serialu jest to 1 minuta w dniu 2 rocznicy). Legasow był zastępcą dyrektora Instytutu Energii Atomowej im. Kurczatowa i ekspertem z ramienia Instytutu podczas akcji ratowniczej, po awarii zaś przedstawiał kwestię awarii na konferencji MAEA w Wiedniu. Następnie narracja prowadzona jest od skrótowo opowiedzianego feralnego eksperymentu 26 kwietnia 1986 r. Oczywiście mogłaby rozpocząć się wcześniej, aby ukazać szereg nieprawidłowości już podczas budowy elektrowni (braki materiałowe, konieczność improwizacji) i liczne awarie, z których ostatnia miała miejsce na krótko przed wybuchem. Byłaby to swego rodzaju uwertura do głównego dramatu, a tak katastrofa jest jakby zawieszona w przestrzeni, pojawia się "znikąd". Dobrze oddano apodyktyczny charakter Anatolija Diatłowa, odpowiedzialnego za eksperyment zastępcę głównego inżyniera (na zdjęciu z prawej) i bezradność załogi, niemogącej sprzeciwić się jego absurdalnym rozkazom.

https://news.avclub.com/russia-hates-hbos-chernobyl-vows-to-make-its-own-serie-1835298424

Jest to program fabularny, a nie dokumentalny, stąd pewne rozbieżności w stosunku do faktów historycznych. Najlepszym przykładem jest katastrofa śmigłowca, który zawadził o dźwig w pobliżu IV bloku. Miała ona miejsce 2 października podczas odkażania sarkofagu nad reaktorem, a nie w czasie jego gaszenia pół roku wcześniej, tutaj jednak użyto jej dla udramatyzowania akcji. - https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Katastrofa_%C5%9Bmig%C5%82owca_Mi-8 Same ładunki gaśnicze (ołów, bor, piasek) początkowo zrzucano w workach przez otwarte drzwi śmigłowców, a nie z zasobników podwieszonych na linach:

https://lalinealaterale.wordpress.com/2019/04/10/chernobyl-in-arrivo-la-miniserie-hbo-sky/

Jeżeli chodzi o zrzucany materiał gaśniczy, to w serialu jest mowa jedynie o zrzutach piasku i boru, zupełnie pominięto ołów, który parując w ogromnej temperaturze płonącego reaktora  powodował liczne zatrucia wśród pilotów biorących udział w akcji. Z kolei postać UIiany Chomiuk z Mińskiego Instytutu Badań Jądrowych faktycznie nie istniała, jest  kompilacją różnych badaczek i swoistym archetypem niepokornego naukowca, pomimo represji dążącego do prawdy. Wprowadzenie takiej jednej "skondensowanej" postaci upraszcza narrację, szczególnie wobec licznie występujących przedstawicieli władz partyjnych, rządowych i świata nauki, wśród których niezorientowany widz mógłby się po prostu pogubić. Twórcy serialu otwarcie przyznają się do faktu tej kreacji na zakończenie ostatniego odcinka. Uzasadniają to chęcią upamiętnienia wszystkich naukowców, walczących o prawdę o rzeczywistych przyczynach czarnobylskiej awarii, czyli ukrywanych przez lata wadach konstrukcyjnych reaktorów.


https://www.cnet.com/news/hbo-chernobyl-miniseries-is-bleak-grotesque-and-absolutely-necessary/
Nie czas tu i miejsce na omawianie każdego z bohaterów osobno, zatem odsyłam do tego lapidarnego kompendium [ENG]:

Niektóre wielkości podawane w filmie są znacznie przesadzone - siła wybuchu reaktora liczona jest w megatonach, a obszar potencjalnych skażeń rozciąga się na całą Europę, której ludność może zostać kompletnie unicestwiona przez skażenia. To samo tyczy się szacunków liczby ofiar w ostatnim odcinku - od 4000 do 90000. Faktycznie udowodniono 31 zgonów bezpośrednio związanych z katastrofą (choroba popromienna, oparzenia, urazy mechaniczne), pozostałe mogą, ale nie muszą być z nią związane. Zresztą, czy np. śmierć na raka 20 lat po awarii będzie mogła być zaliczana do ofiar Czarnobyla, skoro nie wiemy, czy to promieniowanie wywołało ten nowotwór?
***
Parę razy lektor zamieniał litery skrótu RMBK-1000, sam głos lektora w sporej części serialu jest dość nieprzyjemny, ale da się to przeżyć. Czasami bohaterowie podają dawkę zamiast mocy dawki, czyli 3,6 R a nie 3,6 R/h, choć może to być po prostu skrót myślowy.
***
Czarnobylska elektrownia jest udawana przez swoją "siostrę" w Ignalinie, zamieniono tylko napis:
https://zw.lt/gospodarka/ignalinska-elektrownia-atomowa-nie-wywiazuje-sie-z-terminow/

W 4. odcinku nadmiernie rozbudowano wątek eksterminacji zwierząt domowych w opuszczonej Strefie - 15 minut w trwającym godzinę odcinku!. Jest to tanie zagranie na emocjach, wpisujące się w obecne trendy (Amundsen zły, bo zabił część swoich psów zaprzęgowych itd).  Oczywiście temat powinien się pojawić, zgodnie z prawdą historyczną, ale w tylko paru oszczędnych scenach. W prezentowanej formie sprawia wrażenie rozwlekanego na siłę w celu wyciskania łez, a także zabiera miejsce innym wątkom. 
https://metro.co.uk/2019/05/28/chernobyl-episode-4-review-vital-drama-goes-darkest-place-yet-9710238/
Zabrakło z kolei wzmianki o... sprzątaczkach zatrudnionych w Prypeci do usuwania produktów żywnościowych z opuszczonych mieszkań w celu zapobieżenia epidemii. Uzyskały tytuł Likwidatorów na równi z górnikami, pilotami czy strażakami, tak samo jak oni narażały się na promieniowanie i skażenie, zatem ich brak jest mocno krzywdzący. Można byłoby umieścić je w odcinku kosztem połowy nadmiernie rozbudowanego wątku zwierzęcego - szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy chętnie badana i przedstawiana jest kobieca strona historii, określana jako herstory.
***
Chorobę popromienną przedstawiono bardzo realistycznie, bez upiększeń i omijania tematu, choć krew tryskająca obficie od razu po napromieniowaniu jest przesadzonym efektem. Zdjęć nie będzie, jak ktoś ma mocne nerwy (i żołądek) może sobie wygooglować.

***
Zerknijmy teraz na sprzęt dozymetryczny, z którym można się spotkać w serialu:

1. Elektrownia
  • kieszonkowy RK-02M - łatwo go rozpoznać po skórzanym pasku na rękę, szarej obudowie i maksymalnym zakresie do 3,6 R/h - ściślej, do 1000 µR/s, co w przeliczeniu daje 3,6 R/h (360 mSv/h)

  • dozymetry indywidualne typu radiofotoluminescencyjnego (RFL), model najprawdopodobniej DPG-02 lub DPG-03 
Dozymetr DPG-02 w położeniu otwartym - widoczne pastylki
nabierające zdolności luminescencji po napromieniowaniu (https://www.irk.ru/news/articles/20190508/chernobyl/)

Na tym zdjęciu z pierwszych chwil po wybuchu widzimy zarówno kieszonkowy radiometr RK-02M, jak również indywidualny dozymetr DPG-02 lub DPG-03 przypięty do fartucha:

Zagadkę stanowi ten oto przyrząd z wyświetlaczem na lampach NIXIE - początkowo podejrzewałem, że jest to pulpit IU (GO-32) do odczytu dozymetrów ID-11, ale nie miał on wskaźnika wychyłowego z prawej i miał tylko 4 lampy wyświetlacza:

2. Laboratorium w Mińsku
  • SRP-68 na ścianie w roli stacjonarnego monitora promieniowania, po otwarciu okna od razu podnosi alarm, odczyt na poziomie 8 mR/h - zwraca uwagę przystawka sygnalizacji świetlno-dźwiękowej oraz rozdzielacz, umożliwiający pracę z kilkoma sondami jednocześnie
Przystawka sygnalizacyjna i 3 sondy, podejrzewam, że scyntylacyjnego typu:


  • w tle na szafce z planami leży również scyntylacyjny radiometr DRGZ, trudno ustalić, który model (1,2,3):

  • spektrometr nieustalonego typu, wykorzystujący oscyloskop jako wskaźnik i drukarkę do podawania wyniku. Jeżeli się przyjrzymy, to w momencie pomiaru pyłu z okna laboratorium na ekranie oscyloskopu pojawia się tylko jeden pik z lewej strony, Uliana Chomiuk czyta wydruk na papierowej taśmie i stwierdza obecność jodu-131 - jeżeli nie ustawiła spektrometru na analizę tylko jednego kanału to powinna uzyskać również piki od innych nuklidów występujących w opadzie radioaktywnym, choćby od strontu-90 i cezu-137. 


3. Likwidatorzy

  • DP-5B - łatwy do rozpoznania choćby po futerale z okienkiem na skalę i charakterystycznym wybrzuszeniem z przodu - tutaj w rękach jednego z nurków udających się pod reaktor celem otwarcia zaworów:



  • DP-5W  - nie do pomylenia z racji zielonej, kanciastej obudowy - pojawia się rzadziej niż wersja B, w całej okazałości to tylko w poniższej scenie pomiaru ze śmigłowca:


Sonda nie do pomylenia, tutaj nowsza wersja z kwadratowym kołnierzem, dobrze widoczna obudowa źródła kontrolnego:


Tutaj akurat po samej sondzie w takim ujęciu trudno rozpoznać - albo DP-5B albo DP-5W:


  • Pomiar mocy dawki przy reaktorze, prowadzony jest z opancerzonego ołowiem samochodu za pomocą DP-5 z otwartym okienkiem pomiarowym sondy. Po pierwsze, okienko powinni zakryć, aby emisja beta nie zakłócała pomiaru gamma. Po drugie miernik ten ma zakres do 200 R/h, zaś przy reaktorze było aż 15.000 R/h, na taką moc dawki nie nadaje się nawet rentgenometr DP-3B z zakresem do 500 R/h. Oczywiście, dałoby się nim mierzyć wyższe dawki pod warunkiem obłożenia sondy grubą warstwą ołowiu i pomnożeniu wyniku pomiaru przez odpowiedni współczynnik osłabienia promieniowania. Tymczasem gen. Pikałow po powrocie z rekonesansu, w czasie którego podjechał bezpośrednio pod ruiny IV bloku, od razu mówi o 15.000 R/h, choć nie miał prawa takiej mocy dawki zmierzyć tym przyrządem:

Osłony źródła kontrolnego tak czy inaczej nie byłoby widać w tym położeniu, zatem nie ustalimy, czy był to DP-5B czy DP-5W:


  • W serialu mowa jest jeszcze o przyrządzie z zakresem 1000 R/h, który uległ "spaleniu" (podejrzewam, że chodziło o przepalenie elektroniki, a nie zniszczenie w pożarze), niestety typ jest nieustalony. Przy takiej mocy dawki jako dozymetru można byłoby użyć komory jonizacyjnej nawet improwizowanej, z puszki po konserwach - prąd jonizacji byłby naprawdę duży. 


  • Podczas rozmowy Legasowa i Szczerbiny z szefem załogi górników kopiących tunel pod reaktorem na biurku Szczerbiny widać komplet elektrooptycznych dozymetrów indywidualnych ID-1 w pudełku z urządzeniem załadowczym ZD-6. Zestawy takie do dziś można nabyć na rosyjskich i ukraińskich portalach aukcyjnych


  • Jeżeli chodzi o dozymetry indywidualne, to widać pewną niekonsekwencje - wspomniani wyżej bohaterowie raz mają dozymetry elektrooptyczne z w/w zestawu, odpowiedniki naszych DKP-50...


...a raz nieustalonego typu dozymetry RFL lub TLD, pojawiające się również u szeregowych likwidatorów:




  • Na koniec, przy współczesnym pomiarze promieniowania od ubrań strażaków, do dziś leżących w piwnicach szpitala w Prypeci, pojawia się... Gamma Scout, oczywiście w foliowym woreczku, bo tak dziurawa konstrukcja momentalnie nabrałaby radioaktywnego pyłu przez szczeliny wokół licznika G-M:

http://remigiusz.com/meter.jpg

Nie czas tu i miejsce na wyłapywanie wszystkich nieścisłości (szklanki z Ikei), generalnie serial jest bardzo udany i pozwala zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do katastrofy oraz poczuć klimat "bitwy o Czarnobyl". Oczywiście nie zaszkodzi uzupełnić wiedzy poprzez lektury, np. książki, której autorem jest Piers Paul Read - Czarnobyl - zapis faktów z 1993 r.

Inne recenzje:
https://belsat.eu/pl/news/serial-czarnobyl-uklad-zamkniety-peka-recenzja/

https://teleshow.wp.pl/czarnobyl-czy-tworcy-serialu-wciskaja-nam-kit-jesli-tak-robia-to-dobrze-6384464701036673a

Krytyczna recenzja serialu okiem fizyka jądrowego:

https://www.polskieradio24.pl/39/156/Artykul/2318516?fbclid=IwAR2-tGH9k7Z7r9J75pN5eTPMINwLp1gXOCk-4q019AEm9RttZsi5kCOBVSM


środa, 5 czerwca 2019

Szkło manganowe - prawie jak uranowe

Irydius poinformował mnie o nowym gatunku szkła, łudząco podobnym do szkła uranowego. Ma bardzo podobny, zielony odcień oraz wykazuje luminescencję w świetle UV, jednakże bez radioaktywności. Sama luminescencja charakteryzuje się brakiem żółtawej dominanty, specyficznej dla związków uranu, jest też bardziej intensywna:

Z lewej szkło uranowe, z prawej manganowe, u góry odpowiednio barwa luminescencji - przy szkle
manganowym jest bliżej błękitu, przy uranowym - bliżej żółci.
Do identyfikacji szkła potrzebny jest dozymetr, gdyż niektóre gatunki szkła uranowego mogą mieć podobne odcienie - por. na tej fotografii:

Kieliszek wykonano z manganowego szkła, nie wykazuje żadnej aktywności, natomiast widoczna w tle patera to szkło uranowe o barwie turkusowej. Związków manganu używano w przemyśle szklarskim już w XIX w. Mangan był tzw. odbarwiaczem, pozbawiającym masę szklaną zielonej barwy. Przedmioty z takiego szkła wystawione na długie działanie ultrafioletu (słońce, lampa kwarcowa) stopniowo nabierały ametystowej barwy. Ale to już inna historia. Dla nas istotne jest, by szkło uranowe identyfikować głównie na podstawie promieniowania, gdyż luminescencja może być myląca. Często też współczesne wyroby z IKEI mają dodawane substancje fluoryzujące i po samej barwie trudno je odróżnić od prawdziwego szkła uranowego. Na szczęści zarówno wzornictwo, jak i obecność nalepek z kodem kreskowym zdradza współczesny charakter wyrobu:

https://www.promoceny.pl/detail/carrefour-wazon-fala-109653/
Pomijam tutaj liczne wyroby ze zwykłego, zielonego szkła, łudząco podobnego do szkła uranowego, które ani nie wykazują luminescencji, ani nie emitują promieniowania jonizującego:
Zagadka - który wyrób nie jest ze szkła uranowego?

piątek, 31 maja 2019

Cyfrowy radiometr kieszonkowy RK-21C

Przyrząd ten jest rozwojową wersją RK-20, wyprodukowanego w liczbie zaledwie 50 egzemplarzy w drugiej połowie lat 80. W stosunku do pierwowzoru różni się zastosowaniem wyświetlacza LCD zamiast LED i wyskalowaniem w jednostkach mocy dawki pochłoniętej (mGy/h) zamiast ekspozycyjnej (nA/kg). Nieco nowsze jest też wzornictwo miernika, ale cały układ radiometru, łącznie z sondą i miniaturowym licznikiem G-M typu DOI-80 pozostał bez zmian. 

Radiometr mierzy promieniowanie gamma (0,04-1,5 MeV) i silniejsze beta (>500 keV) w zakresie od 0,001 do 99,9 mGy/h, czyli od 1 do 99999 µSv/h. Górny zakres jest bardzo wysoki jak na codzienne zastosowania, zbliża się do dawek, które mogą wywoływać łagodne postaci choroby popromiennej. Dolny zakres jest typowy dla przenośnych radiometrów z tamtych czasów, w których skala zaczynała się od 10-krotności tła naturalnego (1 µSv/h = 0, 1 mR/h). Czas uśredniania pomiaru wynosi od 10 s na początku zakresu do 1,5-3 s na końcu, przełączany jest automatycznie, miernik ma jeden zakres pomiarowy. O czasie uśredniania pomiaru informuje nas położenie przecinka pomiędzy cyframi. Jak widać zaraz po włączeniu przyrząd pracuje z krótkim czasem uśredniania (z lewej), dopiero po chwili przełącza się na długi:

Sonda pomiarowa ma kształt niewielkiego prostopadłościanu. Nie posiada przesuwnej przesłony, tylko wzorem RK-67 ma okienko pomiarowe z jednej strony, oznaczone "gamma+beta" i płaską ekranowaną powierzchnię z drugiej, oznaczoną "gamma".

Mierząc różnicę między pomiarem za pomocą jednej i drugiej strony sondy można ustalić, czy mamy do czynienia z emisją gamma czy beta. Dla gammy różnica wynosi 1,2-5 w zależności od energii, dla bety aż 1000. Ekranowanie sondy jest na tyle solidne, że nawet silne źródła beta-aktywne nie powodują wzrostu wskazań. Sondę można zamontować na wysięgniku w postaci metalowego pręta z 4 odcinków połączonych gwintem.

Ułatwia to zachowanie bezpiecznej odległości od silnie aktywnych źródeł, pomiar zza osłon i w trudno dostępnych miejscach. Gniazda na gwint w sondzie mamy dwa, więc możemy umocować ją pod kątem prostym w stosunku do wysięgnika, co przydaje się, gdy mierzymy zza osłony.

Odcinki wysięgnika przechowywane są pod pokrywą futerału i lubią z niego wypadać. Sam montaż jest pracochłonny, mogliby zastąpić gwint przegubami z zapadką albo zrobić wysięgnik teleskopowy.


Impulsy są sygnalizowane dźwiękiem w słuchawce, podłączanej przez wtyk jack-3,5. Wtyk jest monofoniczny i niestety jak podłączymy słuchawki stereo, dźwięk będzie tylko w jednej, co przy dłuższej pracy bardzo obciąża ucho. Rozwiązaniem są stare słuchawki monofoniczne albo podłączenie wtyku jack mono do słuchawek stereo i zrobienie z nich dual-mono.
W przypadku tła naturalnego impulsy pojawiają się raz na kilka sekund i  nie powodują zmiany wskazań - na wyświetlaczu będą same zera. Szkło uranowe daje bardzo nieznaczny wzrost częstotliwości trzasków, jednak na wyświetlaczu nadal widnieją zera, choć teoretycznie moc dawki mieści się w zakresie (1-4 µSv/h, oczywiście mówię o pomiarze gamma+beta). Koszulki żarowe balansują na skraju czułości przyrządu. Ceramika uranowa działa na miernik, zwłaszcza ta bardziej aktywna, lecz wynik wzrasta dość ospale.


RK-21 nie posłuży nam do identyfikacji szkła uranowego, a i przy ceramice możemy przeoczyć sporo artefaktów. Sprawdzi się za to przy zegarach lotniczych, kompasach i bardziej aktywnych minerałach. Nie wspominam oczywiście o sytuacjach awaryjnych, w których działanie lepiej pozostawić wyspecjalizowanym służbom.

W komplecie radiometru znajduje się futerał z podgumowanej ceraty, czteroczęściowy przedłużacz sondy pozwalający na pomiar z odległości oraz słuchawka miniaturowa SM-73.


Futerał ma odpinaną klapę, która odsłania wyświetlacz i okienko pomiarowe sondy, umożliwiając szybki pomiar bez wyjmowania przyrządu.




Jako dodatkowe wyposażenie producent przewidział źródło kontrolne o średnicy takiej samej jak kontrolki z DP-66/RG-1/RK-10. Na sondzie zaznaczone jest miejsce, w którym należy umieścić źródło. Jak widać na rysunku technicznym z instrukcji, jest ono przesunięte w stosunku do geometrycznego środka okienka pomiarowego i faktycznie czułość licznika jest tam 4x większa niż przy umieszczeniu źródła centralnie.
Jaka ostateczna ocena miernika? Czułość na najniższym zakresie wyraźnie niższa niż w RK-67, nie wspominając o Polaronie, ale za to znacznie rozszerzony górny zakres pomiaru. Przy codziennych pomiarach zwykle jednak potrzebujemy zakresu od tła naturalnego i to z dosyć szybkim czasem reakcji miernika. Mocne źródła zdarzają się rzadko i raczej nie są tak silne, byśmy potrzebowali zakresu do 99 mGy/h - chwytak w Strefie to 0,3-0,5 mGv/h (300-500 µSv/h). Trzeba pamiętać też o przeliczaniu jednostek - wynik dzielimy przez 1000 by uzyskać µSv/h. Do zalet zalicza się na pewno mały błąd pomiaru (+/- 15%), znacznie nowsza elektronika i możliwość kalibracji przyrządu w CLOR i innych placówkach. Wadą jest wysoka cena i mała podaż na rynku - ten egzemplarz jest pierwszym, który spotkałem na rynku wtórnym od 2013 r. Sprzęt ma raczej zastosowanie specjalistyczne, w specyficznych okolicznościach.

sobota, 25 maja 2019

"Czarnobyl - instrukcje przetrwania" - recenzja

Książka Kate Brown jest świeżą publikacją, premiera miała miejsce 24 kwietnia bieżącego roku.  Autorka spędziła wiele lat w archiwach Ukrainy, Białorusi, Rosji i innych państw, starając się spełnić obowiązek historyka, polegający na dotarciu do wszelkich możliwych źródeł. Katastrofa ukazana głównie jest od strony propagandowej, autorka śledzi mechanizmy tworzenia i zmiany narracji o katastrofie. Już na wstępie zauważa pewne zwichnięcie w sposobie opowiadania o Czarnobylu - bezpieczna technologia jądrowa, niespodziewany wypadek, bohaterscy likwidatorzy, ewakuacja, trudna do ustalenia liczba ofiar i zaraz potem zmiana planu, Strefa jako rezerwat przyrody, zagrożenie nie było takie duże - to w końcu jak było? 31 ofiar czy tysiące? Kto ma rację?
***
Sama katastrofa jest potraktowania bardzo pobieżnie, a jej przyczyny to rutynowy eksperyment, podczas którego wyłączono system bezpieczeństwa. Temat pojawia się w nieco szerszej odsłonie kilkadziesiąt stron dalej, jednak daleko mu do pełnego wyjaśnienia chociażby założeń feralnego eksperymentu. Można było trochę więcej napisać, publikacja ma 400 stron, a nie wszyscy odbiorcy siedzą w temacie na tyle głęboko, że obędą się bez tej informacji.

***

Tytułowe "instrukcje" to wydana w nakładzie 5000 egz. ulotka dla ludności, która najpierw mówi "nie ma zagrożenia" a zaraz potem ostrzega przed praktycznie wszystkim - zbiorem jagód i grzybów, piciem mleka i jedzeniem warzyw oraz mięsa ze skażonych terenów. Okładkę zdobi kolorowe zdjęcie dozymetru DRG-01T wskazującego 1,13 mR/h (11,3 µSv/h) i w tle dzieci jedzących jabłka z koszyka stojącego w izbie wiejskiego domu. Taka moc dawki oznacza 100-krotne przekroczenie poziomu tła naturalnego - ten dozymetr mierzy tylko promieniowanie gamma, bardziej przenikliwe niż beta, zagrożenie jest tym większe. 

W tekście nie brak pewnej niezręczności w opisach zjawisk fizycznych, np. "ludzie skażeni promieniowaniem" - jak już, to skażeni substancjami radioaktywnymi, emiterami promieniowania itp. Zamiast dawka konsekwentnie używane jest określenie "doza", brzmiące dziś jak archaizm, ale to podejrzewam kwestia tłumaczenia angielskiego "dose" czy wręcz kalka z rosyjskiego. Obecnie określenia "doza" używa się głównie w utartych zwrotach "z dużą dozą prawdopodobieństwa", "doza rozsądku" itp. 

Druga kwestia. Rentgenoradiometr DP-5A nazwano przyrządem o zakresie na warunki wojny jądrowej - prawda, lecz niezupełna, jak wiemy, przyrząd ten miał również niższe zakresy, zaczynające się od tła naturalnego, co było jego ogromnym atutem. Nieściśle też wyposażono go w "alarm", może dla podkoloryzowania tekstu, choć jak wiemy miał tylko sygnalizację impulsów promieniowania w słuchawkach, nie było dodatkowych dźwięków przy przekroczeniu jakiegoś progu.


Pojawia się też stwierdzenie, że moc dawki rzędu 100 Sv/h (obliczona bezpośrednio przy Nodze Słonia pod sarkofagiem) daje człowiekowi dawkę śmiertelną w ciągu kilku godzin. Raczej w ciągu 6 minut, jeśli przyjmiemy za dawkę śmiertelną 10 Sv, a jeśli 4 (LD50/30) to jeszcze szybciej.

Jeden fragment wygląda na ewidentnie błędny. Jest mowa o skażeniu białoruskich lasów cezem-137. Jak wiadomo, izotop ten ma fizyczny okres półrozpadu równy 30 lat. Czasu tego nic nie jest w stanie przyspieszyć, po 30 latach zostanie połowa zawartości cezu, po 60 zostanie 1/4 itd., aż po 10 okresach przyjmuje się, że izotop całkowicie ulegnie rozpadowi. W tekście pojawia się wzmianka, że najpierw biolodzy ustalili czas półrozpadu cezu-137 na 15 lat. Jeśli zrobili to biolodzy, to chodzi raczej o biologiczny czas półrozpadu, czyli okres, w którym połowa zawartości zostanie usunięta z danego organizmu (fizyczny wynosi 30 lat i nic go nie zmieni). Następnie Autorka twierdzi, że niedługo potem biolodzy wydłużyli ten czas do 180-320 lat (!). Jeszcze dolną granicę można byłoby uznać, ale górną? Po 320 latach nie zostaną w środowisku żadne znaczące ilości cezu-137, gdyż po prostu ulegną fizycznemu rozpadowi - jak więc można powiedzieć, że BIOLOGICZNY czas półrozpadu będzie większy niż fizyczny? Zastanawiam się, czy Autorce udzielono nieścisłych odpowiedzi, czy zawinił tłumacz.

Poza tymi wpadkami lektura jest wciągająca, a styl przystępny, od wieczora do wieczora pochłonąłem 200 stron, przeczytanie całości zajęło mi weekend i jeden wieczór. Zauważam lekką tendencję do węszenia teorii spiskowych, szczególnie w odniesieniu do okresu po rozpadzie ZSRR.

Tak naprawdę jedynym mankamentem publikacji jest brak jakichkolwiek ilustracji, zarówno zdjęć, jak i mapek czy wykresów. Przydałyby się choć podstawowe:
  • położenie Czarnobyla na mapie Ukraińskiej SRR czy nawet całej Europy
  • zasięg poszczególnych chmur skażeń, które nadchodziły falami, wraz ze zmianami kierunku wiatru (Szwecja, Polska, Austria, Grecja)
  • stopień skażenia poszczególnych rejonów Ukrainy i Białorusi
  • mapa Strefy - faktycznej i postulowanej\
  • [część w/w mapek można obejrzeć w tej notce - LINK]
Jeżeli chodzi o fotografie:
  • elektrownia po zbudowaniu, miasto Prypeć w rozkwicie
  • płonący reaktor - zdjęcie ze śmigłowca, likwidatorzy
  • ewakuacja
  • sarkofag nad reaktorem, wymarła Prypeć
  • rezerwat przyrody w Strefie, anomalie (Czerwony Las), samosioły 

Umieszczenie tych materiałów na kilku wklejkach mogłoby ożywić tekst i przybliżyć tematykę osobom, które nie mają szerszego pojęcia o katastrofie i jej kontekście. Całość nie byłaby tak sucha i abstrakcyjna, szczególnie dla młodego pokolenia z kultury obrazkowej.
***
Wracając do samego tekstu - zwraca uwagę kilka tematów, które nie były szerzej omawiane w starszej literaturze;

  • biegłość radzieckich lekarzy w szacowaniu dawek promieniowania przyjętych przez ludzi jedynie na podstawie obrazu krwi i tętna - wynikało to z powszechnej tajności, szczególnie rozwiniętej w przemyśle jądrowym -  nawet w razie wypadku radiacyjnego nie udzielano lekarzom informacji o możliwej dawce, jaką przyjął poszkodowany
  • braki w sprzęcie nawet w tajnej moskiewskiej klinice nr 6, wyspecjalizowanej w chorobie popromiennej - krwinki liczono ręcznie pod mikroskopem, choć w USA stosowano maszyny robiące to w 20 s.
  • napięcia między władzami Ukraińskiej SRR i Moskwą
  • kapitalistyczne podejście sowieckich decydentów, pasujące bardziej do Lodzermenschów niż przedstawicieli ustroju "sprawiedliwości społecznej" - co tam promieniowanie, wybijanie stad po katastrofie dostarczyło tysięcy tusz zwierzęcych, co pozwoli przekroczyć plan produkcji wełny, skór i mięsa - skażone mięso mieszano z nieskażonym i robiono kiełbasy, rozsyłane następnie po całym ZSRR
  • pojedyncze przypadki odwagi i niezależnych decyzji - zamknięcie garbarni w Żytomierzu z powodu skażenia surowców, gdyż garbowanie skór przeniosłoby izotopy do rzeki zaopatrującej miasto w wodę - decyzja podjęta przez lekarza nadzoru sanitarnego pomimo szału oficjeli w Moskwie
  • zagrożenie za nieposłuszeństwo nie było tak duże - w/w lekarz został zdegradowany z kierownika do inspektora, zamiast wylądować w więzieniu ("a mógł zabić!"), wbrew temu, co niektórzy potem twierdzili (mogliśmy mało, bo inaczej tiurma) - za czasów Gorbaczowa gra nie toczyła się już o tak wysoką stawkę
  • decyzja o wywoływaniu opadów deszczu w niektórych rejonach Białorusi przy jednoczesnym wstrzymywaniu opadów nad Ukrainą, co spowodowało znaczne skażenie tych odległych od katastrofy rejonach, a także chorobę popromienną u pilotów przelatujących przez radioaktywne chmury. 
  • specyfika bagien Polesia pod względem zdolności do akumulowania skażeń - wody ubogie w sole mineralne sprawiały, że rośliny tym łatwiej wyłapywały radioaktywny stront i cez, powinowate do wapnia i potasu
  • podejrzenia o traktowaniu w/w bagien jako poligonu taktycznych pocisków nuklearnych, co tłumaczyłoby zarówno tajne pomiary dozymetryczne, jak i liczne narodziny dzieci z wadami genetycznymi w okolicy jeszcze przed katastrofą w Czarnobylu. Mieszkańców sporego obszaru bagien przesiedlono, organizując poligon, oficjalnie tylko dla konwencjonalnych bomb lotniczych. Oficjalnie.
  • poraża liczba awarii w czarnobylskiej elektrowni jeszcze przed katastrofą - oficjalnie to były 1-2 zdarzenia na rok, faktycznie było ich kilkadziesiąt.
  • Czarnobyl jako zjawisko osadzone w kilkudziesięciu latach intensywnych testów jądrowych w atmosferze, pod wodą i pod ziemią - opad poczarnobylski był "deserem" po serwowanych nam przez mocarstwa atomowe skażeniach - jeszcze bardziej pogorszył ogólny stan zdrowia ludzkości, zamiast wywołać wysyp chorób.
  • Manipulacje normami skażeń przy kwalifikowaniu terenów do zasiedlenia, próg wyznaczono na 15 Ci/km2, choć tak naprawdę powinno to być 5 Ci/km2. Na skutek braku wolnych nieskażonych miejsc pod osiedlenia, szczególnie na Białorusi, wiele osób musiało mieszkać na terenach, gdzie skażenie przekraczało 40 Ci/km2. Przeliczcie to sami na Bq/m2...
  • Czytając o tak silnie skażonych rejonach nie dziwi masowa produkcja dozymetrów na terenie byłych republik ZSRR i w samej Rosji, choć do kontroli skażeń powinny to być raczej radiometry beta-gamma (Polaron, Sosna, RKSB-104) niż proste przyrządy mierzące tylko emisję gamma, w dodatku niezbyt dokładnie.
Tematów oczywiście jest więcej, ale nie będę psuł Wam przyjemności z lektury. "Czarnobyl - instrukcje przetrwania" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich interesujących się zagadnieniem katastrofy czarnobylskiej, szczególnie od strony jej politycznych i społecznych reperkusji. Zawiera też sporo danych dotyczących poziomów skażeń i mocy dawek w poszczególnych rejonach Ukrainy i Białorusi


poniedziałek, 20 maja 2019

Latarka taktyczna Bailong 801-2 LED UV


Latarka ze światłem ultrafioletowym jest bardzo przydatnym narzędziem do identyfikacji szkła uranowego i większości minerałów uranu. Pozwoli np. odróżnić uraninit od autunitu (ten pierwszy nie wykazuje luminescencji) czy wyszukiwać interesujące nas okazy na hałdach, w sztolniach itp. Oprócz poszukiwań latarka UV znajdzie zastosowanie również w domu, gdy chcemy sfotografować luminescencję swoich zbiorów albo podświetlić określony detal. Osobiście stosuję latarkę Bailong BL-801-2, bardzo udany prezent gwiazdkowy od Żony :)



Zanim zacznę tą mini-recenzję chciałbym zaznaczyć, że nie jestem sprzętowym onanistą i nie przewiduję robienia testów porównawczych, jedynie przedstawię, jak ten konkretny model sprawdza się w moich okołodozymetrycznych zastosowaniach.

Latarka wykorzystuje dwie mocne diody LED - jedną dla światła widzialnego, drugą dla ultrafioletu, umocnowane pod silną soczewką skupiającą w wysuwanym tubusie. Latarka zowie się "taktyczną", aczkolwiek obecnie wszystko jest "taktyczne", nawet kalesony. Ja przyznaję się jedynie do taktycznego kałduna i polecam klub jego posiadaczy - https://kaldun.pl/.


Wracając do naszej latarki, oferuje ona dwa tryby świecenia, zmieniane po prostu włącznikiem - pierwsze wciśnięcie to światło widzialne, drugie to ultrafiolet. Regulowana soczewka pozwala uzyskać światło rozproszone bądź skupione, w zależności od tego, czy szukamy minerałów lub fotografujemy całą kolekcję, bądź też chcemy uwiecznić pojedynczy detal na ceramicznym naczyniu. Maksymalnie rozproszony strumień ultrafioletu potrafi oświetlić skutecznie całkiem sporą kolekcję - z odległości 1 m daje koło o średnicy ok. 70 cm, w którym zmieściło się moje 19 artefaktów (zdjęcie robione w słoneczny dzień przy zasuniętych lekko przepuszczalnych zasłonach).

Odsuwając się na 2,8 metra otrzymamy okrąg dwumetrowy, aczkolwiek wtedy warto już postarać się o lepsze zaciemnienie, a zdjęcia robić na dłuższym czasie naświetlania, z użyciem statywu.

Nawet z takiego oddalenia każde, również mało aktywne szkło uranowe wykazuje luminescencję, widać też różnice w intensywności świecenia, wynikające z zawartości uranu, grubości szkła i obecności innych domieszek. Zwężając snop światła możemy wyodrębnić interesujący nas artefakt lub grupę:


Z kolei przy największym skupieniu snop światła ma kształt prostokątnej diody LED, pozwala jednak na podkreślenie interesującego nas detalu i widzimy od razu, które elementy wykonano ze szkła uranowego, a które ze zwykłego, jak w tej filiżance:

Najbardziej skupiony strumień wygląda tak i ma zasięg ok. 200 m w obu rodzajach światła, zatem w nocy możemy prowadzić poszukiwania na odległość:



Z kolei tryb światła widzialnego może służyć za improwizowany oświetlacz przy fotografowaniu detali, choć musimy pamiętać o korygowaniu balansu bieli, gdyż dioda LED w tej latarce ma zimne, niebieskawe światło. Tutaj plik bez obróbki, ceramiczna popielnica z uranowymi detalami w rzeczywistości ma ciepłą beżową barwę:
Tym niemniej jest to wygodne, gdy chcemy zrobić szybko zdjęcie w świetle widzialnym i w ultrafiolecie by potem stworzyć animowany GIF:

Oczywiście pomijam typowe zastosowania jako zwykłej lekkiej i wydajnej latarki, niezbędnej w domu, na wyjeździe, jako przednia lampka w rowerze itp. Również ultrafiolet może służyć do wykrywania plam krwi, moczu, testowania banknotów i znaczków pocztowych, odczytywania niektórych atramentów sympatycznych, eksperymentów z luminescencją, utrwalania lakierów etc. 
***
Latarka z akumulatorem waży tylko 120 g dzięki zastosowaniu w obudowie lekkich stopów aluminium. Natężenie oświetlenia wynosi 37000 luksów, jak nie więcej, podejrzewam, że stary selenowy luksomierz raczej zaniża, niż zawyża pomiar:
Pomiar na zakresie x10 z dodatkowym filtrem x100.

Zasilanie odbywa się z litowo-jonowego akumulatora 3,7 V typu 18650 bądź też koszyczka na 3 typowe paluszki AAA. Akumulator powinien starczyć na 6 godzin ciągłej pracy po 8 h ładowania. Można go ładować bez wyjmowania z latarki za pomocą zasilacza sieciowego lub samochodowego - oba otrzymujemy w zestawie. Ładowarka informuje nas zmianą barwy diody na korpusie o zakończeniu ładowania, nie ma ryzyka przeładowania akumulatora. 

Akumulatory litowo-jonowe nie mają efektu pamięci, zatem można je doładowywać nie czekając na całkowite rozładowanie i nie spowoduje to negatywnych następstw.


Przy pracy dorywczej - do testów i fotografowania - latarki możemy nie ładować miesiącami. Nawet jak napięcie spadnie z 4,2 do 3,2 V intensywność świecenia nadal będzie wystarczająca do wszystkich zastosowań.
***

Obudowa latarki wykonana jest z mocnego aluminium malowanego na czarno. Dobrze leży w dłoni i umożliwia pewny chwyt - nie jest ani za mała, ani za duża. Przesuwny pierścień regulujący snop światła chodzi z właściwym oporem. Można go przesunąć kciukiem i palcem wskazującym, ale trzeba się przyłożyć, co ułatwiają głębokie nacięcia w obudowie reflektora. Włącznik znajduje się w zasięgu kciuka, latarkę bez problemu włączymy zarówno lewą, jak i prawą ręką bez niepotrzebnych kombinacji. Również regulacja snopa światła nie stwarza problemów osobom leworęcznym, zresztą pierścień jest obrotowy, więc można ustawić wycięcia na nim w takim położeniu, by znajdowały się pod odpowiednimi palcami:


Jedynym mankamentem, jaki można znaleźć, jest zatyczka gniazda ładowarki, umocowana na korpusie latarki przez cienki pierścień z gumy. Jest on dość luźny i sprawia wrażenie, jakby miał zaraz spaść lub pęknąć, ale to detal przy całej bardzo pozytywnej ocenie latarki. Nie testowałem jedynie wodoszczelności, ale latarka na pewno jest kroploszczelna, a pływać z nią nie zamierzam.


Największą zaletą jest silne światło o strumieniu regulowanym w szerokim zakresie i możliwość pracy jako również zwykła mocna latarka, czego nie oferują tanie latarki wyposażone jedynie w diody UV. Funkcja ładowania akumulatora bezpośrednio w latarce oszczędza nam jej rozkręcania i przyspiesza cały proces, szczególnie przy intensywnym użytkowaniu. W razie potrzeby możemy też zastąpić akumulator bateriami z kiosku. W zestawie może zabrakło jakiegoś małego futerału, pozwalającego nosić latarkę przy pasie, ale to już czepialstwo z mojej strony, kaburę można sobie uszyć albo dostosować jakąś od noża czy starego telefonu.

I na sam koniec - nie jestem sprzętowym ortodoksem,  który musi mieć latarkę za miliony monet, bo poniżej zyliarda cebulionów to "wyrób latarkopodobny". Sprzęt wyprodukowany w Państwie Środka też potrafi być trwały i funkcjonalny, szczególnie gdy nie zamierzamy go katować na wyprawie w Himalaje. Wiertarka no-name, sygnowana "Pegasus" z supermarketu wytrzymała u mnie 8 lat intensywnej pracy, zanim w końcu padła. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi co do tego modelu albo alternatywne propozycje - piszcie!