10 lutego, 2016

Dozymetr ANRI-01 Sosna z 4 licznikami Geigera


Wreszcie udało mi się trafić Sosnę z czterema tubami Geigera, sygnowaną ANRI 01, wypusk z marca 1990 r. Pierwsze zaskoczenie - czas pomiaru taki sam jak w wersji z 2 tubami (ok. 20 s)! Drugie - fabryczne plomby. Trzecie - oryginalny wyświetlacz, który ma już trochę dosyć, a w dodatku skrywa pewien sekret. Czwarte - dziwny ton głośniczka. Poza tym Sosna jak Sosna - 3 przyciski, 2 tryby pomiaru, klapka na niewygodny zameczek i obrotowe strzemiączka do smyczy.

W porównaniu ze standardowym egzemplarzem nie widać różnic przy pomiarze tła, natomiast przy innych źródłach są spore rozbieżności z powodu odmiennej geometrii układu pomiarowego. Wynik odbiega od wyniku standardowej Sosny nawet przy tak powierzchniowych źródłach jak koszulki Auera. Co ciekawe, tarcza starego budzika daje wyjątkowo zgodny pomiar. Zapraszam do obejrzenia filmu, na którym porównania jest z egzemplarzem o 2 tubach rozstawionych blisko, jak w Polaronie:
Z tego, co udało mi się dowiedzieć, konstruktorzy zamiast skrócić czas pomiaru, który dla jednej tuby SBM-20 wynosi 36 sekund, dla dwóch 18, dla czterech 9, postanowili zliczać co 2 impuls przy zachowaniu 18-sekundowego czasu pomiaru! Dlatego też w trybie kontroli wskazań (test układu zliczającego) Sosna z 4 tubami podaje wynik 512, a nie 1024 jak wersje z 2 tubami. 

Sosna z 4 tubami, sygnowana ANRI-01, była pierwszym modelem tego radiometru, choć równolegle produkowano tak samo sygnowane egzemplarze mające jedynie 2 liczniki rozstawione szeroko, z możliwością domontowania 2 dodatkowych. Zwraca uwagę wyświetlacz, w którym z prawej strony zostawiono miejsce na symbol jednostki pomiaru - milirentgen na godzinę:
Źródło - https://www.youtube.com/watch?v=tRoW4txePUw
Później już nie stosowano tych wyświetlaczy, cyfry umieszczono na całej szerokości. Następnie wprowadzono wersję ANRI-01-02 z 2 tubami rozstawionymi szeroko, do której można było dodać 2 liczniki i obsługujący je układ RC. Ostatnia wersja, z 2 przyciskami i 2 tubami ustawionymi blisko siebie pośrodku okienka pomiarowego już nie ma takiej możliwości - inna płytka drukowana i brak miejsca na układ RC. Poszczególne wersje produkowano równolegle, gdyż spotkałem się z egzemplarzami o 4 tubach wykonanymi w 1992 r., czyli pod koniec produkcji. Szczegółową systematykę postaram się przedstawić w osobnej notce.

07 lutego, 2016

Poszukiwania muzealnych artefaktów c.d.

Zgodnie z zapowiedzią wreszcie wybrałem się do Muzeum Wojska Polskiego. Zabrałem ze soba sygnalizator PM-1401, aby podobnie jak w Muzeum Techniki Wojskowej znaleźć izotopowe czujniki w statkach powietrznych lub inne przedmioty (kompasy, zegary) zawierające farbę radową. Miernik zaczął wibrować przy zegarze od Spitfire'a i wskaźnikach od niemieckich samolotów w sali poświęconej Bitwie o Anglię. Natomiast na zewnątrz pewien wzrost aktywności przy An-26, niestety dostęp do śmigłowców był utrudniony. Niektóre samoloty mają zdemontowane zegary, co można zauważyć przez oszklone owiewki kabin.

Zegar od Spitfire'a - wybaczcie szumy, ciemno i wysokie ISO...

Niemieckie zegary z zestrzelonych maszyn.



Po zegarach zostały tylko maskownice :(

Pusto :(

Stary znajomy - izotopowy czujnik oblodzenia w Mi-2 :)

Do Mi-24 nie ma bliskiego dojścia :(

An-26 trochę świeci ;)
Następny cel - Muzeum Techniki (może do tego czasu przyślą mi Smart-Geiger do telefonu, to przetestuję).

05 lutego, 2016

Dozymetr Polon PM-1203

Dzięki uprzejmości Sprzedawczyni mogę zaprezentować dawkomierz mikroprocesorowy PM-1203 produkcji krajowych zakładów Polon-Alfa. Sprzęt przypomina zminiaturyzowany PM-1401, lecz wykorzystuje tradycyjny licznik G-M zamiast scyntylacyjnego, nie ma też alarmu wibracyjnego. Urządzenie mierzy moc dawki w µSv/h oraz dawkę skumulowaną w mSv/h wraz z czasem gromadzenia, sygnalizuje przekroczenie uprzednio ustawionego progu oraz wyświetla datę i godzinę, można też ustawić budzik (!). Zakres pomiaru od 0,1 do 2000 µSv, zakres energetyczny 0,05-1,5MeV gammy, czas pomiaru 36 s, czyli pewnie tuba podobna do STS-5/SBM-20.  Zasilanie 2 bateriami V-357, które powinny starczyć na rok pracy, trwałość całego urządzenia przewidziano na 6 lat. Sprzęt współpracuje z komputerem przez port podczerwieni (IrDA).
Po dodatkowe informacje odsyłam do instrukcji.


28 stycznia, 2016

Czarnobyl - reaktor strachu (film)



Czarnobylska „Zona” (czyli po polsku „Strefa”) to wręcz idealne miejsce na horror. Zwłaszcza zważywszy na potoczne poglądy o promieniowaniu, które rzekomo wywołuje potworne mutacje i zamienia ludzi w zombie. Do filmu "Czarnobyl - reaktor strachu" (2012) podchodziłem więc pełen nadziei, zwłaszcza, że nie mamy za wielu produkcji, poświęconych tej tematyce (poza dokumentami dotyczącymi samej katastrofy). Przy odrobinie wysiłku można byłoby nakręcić wciągający film grozy. Tymczasem produkcja wzbudziła we mnie i moich znajomych mieszane uczucia. Nice try, chciałoby się powiedzieć, ale pozostaje głęboki niedosyt. Film trzyma w napięciu, ale fabuła jest do bólu przewidywalna i banalna. Banda młodzieniaszków robi tournée po Europie i w międzyczasie zahaczają o Kijów, gdzie spotkawszy podejrzanego „przewodnika” decydują się na wyjazd do Strefy. Czyli standard, poza tym pachnie na kilometr „Blair Witch”, choć konwencja „found footage” zachowana jest tylko na początku, później mamy normalny film z lekką nutką amatorskiego ujęcia.

Oglądając ten film co chwila chce się powiedzieć – teraz się rozdzielą, ten wyjdzie, nie wróci, tamten pójdzie go szukać, ktoś zostanie ranny itp. - i te przewidywania są w 99% trafione. Panika, absurdalne zachowania, brak przygotowania i ciągłe kłótnie to stały arsenał produkcji tego typu. Dużo przyjemniej oglądałoby się film, w którym tajemnicze zjawiska przytrafiają się grupie profesjonalnych „eksploratorów”, mających sprzęt i doświadczenie. Mniej byłoby zgrzytania zębami, gdy widzimy, jak np. w ciemnym pomieszczeniu jedna dziewczyna zostaje sama, bo towarzysze oddalili się – i zaraz coś ją wciąga. Albo gdy kolejne osoby wysiadają z samochodu i idą w nieznany teren, czy dotykają zmutowanej ryby leżącej na brzegu. Widzieliśmy to już setki razy. Miło byłoby zobaczyć, jak fortyfikują się na dachu jednego z budynków...
Z drugiej strony, pomimo przewidywalności wielu sytuacji, film trzyma w napięciu, które narasta powoli. Wiemy, że coś złego się wydarzy, bohaterowie co chwila „coś” słyszą, czekamy, kiedy z to „coś” zamieni się w COŚ. Najpierw okazuje się, że to... niedźwiedź. Oddychamy z ulgą, bo spodziewaliśmy się mutantów a nie misia rodem z ZOO. Phi, po prostu zwierzęta pałętają się po opuszczonym mieście, zwykła sukcesja ekologiczna. Nasz dobrostan zakłóca uszkodzenie samochodu – zwierzęta nie wyrwałyby kopułki aparatu zapłonowego. Bohaterowie muszą przeczekać w samochodzie do rana. Nocą pojawiają się zdziczałe psy, które konsumują „przewodnika”, choć ten, jako jedyny, ma broń. Napięcie rośnie, bo już wiemy, że zwierzęta nie są jedynymi mieszkańcami tego odludzia. Wycieczkowicze trafiają na cmentarzysko pojazdów ze śladami wymiany ognia. Ktoś tu się ostrzeliwał z broni maszynowej. Rośnie nadzieja na happy end, gdy wymontowują z jednego z wraków potrzebną część. Kibicujemy – no to biegiem do wozu i chodu! Nagle atakują psy, ale inne, nie wilkowate, tylko podejrzanie zadbane futrzaki. W dodatku przestają ścigać naszych bohaterów, gdy ci wchodzą na kładkę biegnącą przez rozlewisko. Czyżby promieniowanie sprawiło, że psy boją się wody, tylko stoją na brzegu, merdając ogonami i patrząc, jak banda oferm usiłuje sforsować przeprawę? Może miały niezły ubaw, patrząc na kąpiel jednej z nich? Sam wątek promieniowania poruszono bardzo zdawkowo. Przewodnik miał nowoczesny dozymetr typu Terra (lokowanie produktu?), ale pojawia się w filmie 3 razy. Od razu widać, że to nie w promieniowaniu problem. Co prawda pod sam koniec pojawia się wątek omamów, wywołanych radiacją, ale bardzo zdawkowo. Sytuacja nieco się klaruje pod sam koniec, gdy zagrożenie przybiera kształt wyblakłych quasi-zombie. Atmosfera staje się coraz bardziej tajemnicza. Jakieś dziecko rodem z Ringu, pojawiające się kompletnie od czapy i bez kontynuacji. Jakieś polowe szpitale w piwnicach. I zakończenie, które chwilowo ma nas zmylić, że cała historia była efektem przywidzeń spowodowanych promieniowaniem.
Kończąc ten przydługi wywód – inaczej rozłożyłbym akcenty (krótsze wprowadzenie), oddebilniłbym bohaterów i ogólnie zerwał ze sztampowym schematem. Awaria samochodu była od początku do przewidzenia, czuło się już przy problemach z wjazdem do Strefy (wycieczka była nielegalna). Poprawy też wymagała scenografia – jeden z recenzentów nazwał ją „krzakami na Gocławiu”.

 
Podsumowując - jako pasjonat dozymetrii i historii katastrofy czarnobylskiej nie miałem przy tym filmie zbyt wiele do roboty, ale generalnie film polecam, choćby dla wyrobienia sobie własnego zdania :) 

07 stycznia, 2016

Choroba popromienna

Ilekroć pojawia się tematyka promieniowania i radioaktywności, wiele osób myśli o chorobie popromiennej.
Na masową skalę wystąpiła do tej pory trzy razy - w Hiroszimie, Nagasaki i Czarnobylu. Mniejsze wypadki radiacyjne wywołały pojedyncze zachorowania, zaś o innych awariach brak dokładniejszych danych (zwłaszcza w ZSRR). Dobrze znany jest przypadek Louisa Slotina, fizyka zatrudnionego przy projekcie Manhattan - podczas ustalania masy krytycznej przyszłej bomby atomowej doszło do przypadkowego złączenia dwóch półkul z uranu i gwałtownego wzrostu radiacji. Fizyk rozdzielił półkule własnoręcznie, zapobiegając poważniejszemu wypadkowi, jednakże sam otrzymał śmiertelną dawkę i zmarł po 9 dniach.

Nasilenie objawów zależy bardziej od mocy dawki niż od samej dawki. Czyli otrzymanie 4 Sv w ciągu godziny może spowodować zgon w ciągu kilku tygodni, ale ta sama dawka przyjęta przez rok może nie wywołać aż tak poważnych skutków (10,95 mSv/dzień).  Szanse zachorowania rosną, gdy ekspozycja na promieniowanie jest ciągła - w przypadku przerywanej organizm ma czas na regenerację. Istotny jest również napromieniowany narząd, rodzaj promieniowania oraz osobnicza wrażliwość radiacyjna. Stosunkowo największe dawki można przyjąć na ręce, zaś najbardziej wrażliwa jest tarczyca, narządy płciowe i układ krwiotwórczy. Co ciekawe, krwinki czerwone (erytrocyty) są znacznie mniej wrażliwe na promieniowanie niż białe (limfocyty). Niektóre narządy są szczególnie wrażliwe na określone rodzaje promieniowania, np. soczewki oczu na neutrony. Czasem zdarzają się przypadki przeżycia osób, które otrzymały dawki wielokrotnie większe niż śmiertelne - np. Anatolij Bugorski otrzymał dawkę 2000-3000 Gy - i to prędkich protonów - prosto w głowę, ale przeżył, choć z pewnymi powikłaniami. Podobne obserwacje czyniono podczas awarii w Czarnobylu - niektórzy napromieniowani umierali, choć otrzymali małe dawki, inni przeżywali, pomimo większych.
Można wysnuć pewną analogię z poparzeniami - oparzenie I stopnia dużej powierzchni ciała jest bardziej szkodliwe niż III stopnia małej powierzchni, np. ręki.
Choroba popromienna ma kilka postaci, zależnych od pochłoniętej dawki:
  • subkliniczna  (<2 Gy) objawiająca się osłabieniem i zmianami we krwi, oraz brakiem śmiertelności
  • hematologiczna (szpikowa) - (2-4 Gy) zmiany we krwi, osłabienie, niedokrwistość, obniżenie odporności, śmiertelność 25%
  • jelitowa - (4-8 Gy) uszkodzenia przewodu pokarmowego, biegunki, zaburzenia gospodarki wodnej,
  • mózgowa -  (8-50 Gy) drgawki, utrata przytomności, zaburzenie przewodnictwa synaptycznego 
  • enzymatyczna - (>50 Gy) zatrzymanie działalności enzymatycznej na skutek chemicznego rozpadu białek enzymatycznych pod wpływem promieniowania.
W tej notce nie poruszam efektów skażenia izotopami radioaktywnymi, koncentrując się jedynie na efektach napromieniowania. Przy skażeniu musimy się liczyć z radiotoksycznym działaniem wielu izotopów, jak również wbudowywaniu się w tkanki (np. kości) i wieloletnim, często dożywotnim oddziaływaniem na organizm, zarówno radiacyjnym, jak i chemicznym. 
Leczenie choroby popromiennej polega na łagodzeniu objawów, żywieniu pozajelitowym, transfuzjach krwi i płynów krwiozastępczych, ochronie przed zakażeniami (antybiotyki itp.), a w cięższych przypadkach - przeszczepach szpiku kostnego. 
Choro może mieć różnego rodzaju skutki późne, do których zaliczamy zaćmę, bezpłodność, nowotwory czy wady wrodzone u potomstwa. Skutki te możliwe są nawet przy niewielkim napromieniowaniu, natomiast z powodu znacznej odległości czasowej od napromieniowania powiązanie ich z tym faktem bywa problematyczne (nowotwory wywołuje wiele innych czynników, w tym dziedziczne).

02 stycznia, 2016

Zakłócenia pracy dozymetrów

Sprzęt dozymetryczny, jak wiele innych urządzeń elektronicznych, ulega różnego rodzaju zakłóceniom, które albo fałszują wynik pomiaru, albo powodują anomalie w pracy.
Kwestię dokładności pomiaru chwilowo pominę, skupię się na wpływie pola elektromagnetycznego, jako najczęściej występującym zakłóceniu.
Pierwszym przypadkiem była pierwsza wersja Radiatexa, czyli MDR-1. Miernik ten, zbliżony do kineskopu małego telewizorka "Silelis" zaczął wskazywać bardzo wysokie wyniki, rzędu setek µSv. Sosna czy Polaron nie wykazywały takich anomalii, poza tym zjawisko występowało jedynie podczas pracy odbiornika. Nowsza wersja, MDR-2, wyposażona jest już w specjalny filtr, zatem pozostaje niewrażliwa na takie działanie kineskopów. Z tego co wiem, jeden egzemplarz posiada zworkę umożliwiającą wyłączenie tego filtra do celów eksperymentalnych.

Telewizory co prawda emitują promieniowanie rentgenowskie (hamowania), gdy rozpędzone elektrony uderzają w szkło i maskownicę kineskopu, lecz ma ono niską energię i jest pochłaniane przez grube szkło ekranu. Większe emisja wydobywa się przez tył kineskopu, tym niemniej nadal jest trudna do zmierzenia.
Drugie zaobserwowane przeze mnie zakłócenie występowało w... windzie podczas pomiaru sygnalizatorem PM-1401. Miernik ten wykorzystuje kryształ scyntylacyjny, w przeciwieństwie do typowych dozymetrów z licznikiem Geigera. Podczas jazdy nowoczesną windą na 10 piętro miernik zaczyna wariować między 2 a 4 piętrem (wskazania do 100-260 impulsów przy normalnym poziomie 4-8 imp. tła). Problem nie występuje zawsze, na piętrach nie ma źródeł radiacji, stara winda w tym samym bloku nie powoduje zakłóceń. W dodatku podobne zakłócenia wykazuje... Polaron, choć jest to skok tła gamma do 0,2 uSv/h przy tle 0,1 :) Sprawdziłem parę innych wind (w moim bloku, w pracy itp.) i nigdy ten problem nie występował.
Z relacji innych użytkowników słyszałem, że Gamma Scout zaczął świrować w pociągu, sygnalizując alarm. Inny dozymetr zaczął wskazywać podwyższony wynik pomiaru po zbliżeniu do pracującej oprawy świetlówkowej, choć sygnalizacja dźwiękowa pozostawała na tym samym poziomie (!).
Mój Polaron ma czasem skłonność do niewyłączania trybu pomiaru aktywności cezu-137 w produktach i pomimo ustawienia przełączników na pomiar mocy dawki, nadal zlicza impulsy w sposób ciągły. W innych egzemplarzach (a miałem cztery) ten problem nie występował... 
W rentgenoradiometrach DP-66 i pochodnych przetarciu ulegają przewody w kablu prowadzącym do sondy, co skutkuje skokami pomiaru podczas poruszania sondą. Podobny efekt występuje przy uszkodzeniu tuby G-M (zwł. szklanej), ale to temat na inną notkę :)
Zakłócenia pracy dozymetrów najczęściej powodowane są przez zmienne pole elektromagnetyczne, generowane przez kule plazmowe, jonizatory powietrza, induktory Ruhmkorffa czy aparaty d'Arsonvala. Temat będzie rozwinięty w kolejnych notkach. 

31 grudnia, 2015

Drugi rok na blogu - podsumowanie


Nie ukrywam, że w tym roku byłem mniej aktywny na moim blogu, ale co rusz odrywały mnie inne zajęcia, tak zawodowe, jak i prywatne. Nie chcąc nabijać licznika marnymi notkami postawiłem na jakość, stąd rzadsza publikacja tekstów. Mam nadzieję, że w przyszłym roku sytuacja ulegnie zmianie.

Tytułem podsumowań:
  • nabyłem sygnalizator PM-1401, przydatny przy dyskretnym poszukiwaniu artefaktów, wyjątkowo czuły na promieniowanie toru-232
  • i odkryłem ciekawe zakłócenia tegoż miernika podczas jazdy windą (jak do tej pory tylko jedną konkretną)
  • mogłem obejrzeć i obfotografować dozymetr neutronowy, niestety ze zrozumiałych względów trudno go przetestować w codziennym życiu:

  • kupiłem też bardzo prosty szkolny indykator promieniowania, wykonany przez fabrykę pomocy naukowych "Biofiz" w latach 60., wykorzystujący licznik G-M typu BOB-33:

  • a także treningową wersję DP-66M pod nazwą DP-66MS, choć użyteczność tego przyrządu w codziennej dozymetrii jest praktycznie zerowa:

  • odbyłem dwa patrole dozymetryczne, w czasie jednego pobrałem próbkę popiołu na Siekierkach, na drugim szukałem gorących plam na Jelonkach z połowicznym sukcesem (parę plam do dalszego zbadania)

  • zbadałem eksponaty w Muzeum Techniki Wojskowej na Sadybie, kolejne placówki - Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Techniki zostawiając na następny raz


  • znalazłem pod śmietnikiem wazon niemieckiej firmy Jasba Keramik zdobiony glazurą z dodatkiem soli uranu:

  • trafił mi się też rzadki, ciekawy, choć bezużyteczny artefakt, jakim jest odgromnik iskrowy firmy Raytheon z cezem-137 - z uwagi na niewielką ilość izotopu i upływ czasu promieniowanie nie jest mierzalne:

  • "udzieliłem wskazówek na miejscu" (niczym towarzysz Kim Ir Sen) paru zbłąkanym duszom potrzebującym szybkiej porady
  • otrzymałem kilka meldunków od Tajnych Współpracowników w sprawie artefaktów, m.in. z Muzeum Lotnictwa w Krakowie
  • oraz poprawek od PT Użytkowników, za które dziękuję!
  • w międzyczasie zajmowałem się turystyką rowerową, robiąc po Mazowszu 1000 km w 15 trasach. Plan założenia osobnego bloga rowerowego ostatecznie upadł, gdyż dodatkowy blog zbytnio by odrywał mnie od dozymetrii:

Tymczasem wszystkim życzę udanej zabawy sylwestrowej i szczęśliwego Nowego Roku! Niech artefakty wpadają Wam w ręce, pył trzyma się z dala, dozymetry wskazują zawsze dokładny wynik, a atom służy tylko celom pokojowym.


17 grudnia, 2015

Amunicja z rdzeniem uranowym

Uran naturalny składa się głównie z izotopu U-238 i zaledwie 0.72 % U-235 (pomijam śladowe ilości U-234). W reaktorach jądrowych stosuje się izotop U-235, zatem uran naturalny trzeba wzbogacić za pomocą przemysłowych metod mechanicznych i chemicznych. Po tym procesie pozostaje uran zubożony, który stosuje się m.in. w amunicji przeciwpancernej, pancerzach czołgów, jako balast równoważący w samolotach, osłony pojemników z materiałami radioaktywnymi, a także w reaktorach powielających do produkcji plutonu. Uran ma 1,7x większą gęstość niż ołów, a jednocześnie jest jednym z najtwardszych metali, stąd zastosowanie w amunicji, szczególnie przeciwpancernej. Najczęściej wykorzystuje się go w pociskach podkalibrowych, czyli mających średnicę mniejszą niż średnica lufy. Właściwe prowadzenie w przewodzie lufy zapewnia sabot z tworzywa sztucznego, odpadający po opuszczeniu przez pocisk lufy.

Moment odpadnięcia sabotu po opuszczeniu lufy przez pocisk - widoczny rdzeń uranowy (źródło)


Podczas uderzenia w cel następuje skoncentrowanie ogromnej energii na małym przekroju pocisku, co powoduje wybicie dziury w pancerzu i rażenie załogi pojazdu. Z racji zapalności uranu metalicznego, zwłaszcza w postaci rozdrobnionej i podwyższonej temperaturze, występuje dodatkowe rażenie temperaturą i skażeniem. Pocisk trafiający w dom czy bunkier powoduje skażenie całego wnętrza, trudne do wykrycia i usunięcia.
Rdzeń pocisku 30 mm wykonany z uranu (źródło: Wikipedia domena publiczna - https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/69/30mm_DU_slug.jpg).

 Radioaktywność uranu zubożonego jest jedynie 4x większa niż tło naturalne i jednocześnie o połowę mniejsza niż uranu naturalnego. Uran-238 jest izotopem długożyciowym - czas półrozpadu wynosi 4,468 mld  lat, jeden z najdłuższych w przyrodzie. Przechodzi rozpad alfa, zatem napromieniowanie zewnętrzne nie jest groźne - cząstki alfa nie są w stanie przeniknąć naskórka czy kilku cm powietrza. Dużo poważniejszy problem powoduje skażenie i napromieniowanie wewnętrzne. Emitery alfa mają bardzo szkodliwe działanie na tkanki, gdyż przekazują im dość dużą energię, do czego dołącza się chemiczna szkodliwość samego pierwiastka (metal ciężki!). W dodatku uran jest piroforyczny i bardzo łatwo zapala się w kontakcie z powietrzem, szczególnie w podwyższonej temperaturze, emitując opary tlenku uranu. Pociski uranowe po trafieniu w cel pękają na wiele drobnych odłamków, rozlatujących się w promieniu wielu metrów od miejsca uderzenia. Żołnierze walczący w Zatoce Perskiej (I wojna) co chwili obecnej cierpią na choroby wywołane skażeniem przez uran. Jednocześnie czynniki wojskowe zaprzeczają tym doniesieniom, podobnie jak w przypadku wcześniejszego stosowania Agent Orange w Wietnamie. 
Dodatkowe źródła:

http://wolnemedia.net/zdrowie/zmora-zubozonego-uranu/  (mało składny artykuł z licznymi redundancjami)
Trochę obcojęzycznych artykułów:

21 listopada, 2015

Wojskowy dozymetr radiofotoluminescencyjny

Jakiś czas temu kupiłem w demobilu taki oto miernik. Nie posiada on żadnych sygnatur oprócz numeru seryjnego. Obudowa wykonana jest z twardego plastiku, zakorkowana z obu stron zatyczkami. Po zdjęciu jednej z nich ukazuje się gniazdo do klucza o przekroju trójkątnym. Wykręcenie śruby umożliwia rozkręcenie dozymetru i jego odczyt w specjalnym pulpicie. Zasada działania jest taka sama jak w radiofotoluminescencyjnych dozymetrach ID-11 oraz DI-77. Kawałek specjalnego szkła zyskuje pod wpływem promieniowania zdolność do luminescencji w świetle ultrafioletu, a jej intensywność jest proporcjonalna do otrzymanej dawki. Całość jest szczelnym plastikowym pudełeczkiem z gumowymi uszczelkami. Dozymetr wiesza się na szyi na łańcuszku takim jak od "nieśmiertelników".  Dokładniejszych danych brak, zatem zamieszczam tylko zdjęcia:




Dozymetry te były przez pewien czas dostępne w demobilu w dość przystępnej cenie, jednakże później nigdy się z nimi nie spotkałem. Wykonanie zdradza dość współczesną produkcję.
Jeżeli ktoś miałby jakiekolwiek dane dotyczące tego dozymetru, proszę o informację przez formularz zgłoszeniowy.

12 listopada, 2015

Trynityt


Trynityt jest sztucznym minerałem, powstałym z piasku stopionego podczas wybuchu jądrowego. Nazwa pochodzi od "Trinity", kodu pierwszej w historii eksplozji jądrowej, która  miała miejsce 16 lipca 1945 r. w Alamogordo w stanie Nowy Meksyk. Odpalono wówczas bombę plutonową o kryptonimie "Gadżet", działającą na zasadzie implozyjnej. Siła eksplozji wyniosła ok. 20 kiloton TNT. Przedtem, dla kalibracji aparatury pomiarowej, dokonano wybuchu 100 ton trotylu - oba kratery widzimy na poniższym zdjęciu lotniczym:


Jak wiadomo, wybuch jądrowy wytwarza temperaturę rzędu milionów stopni Celsjusza, zatem wszystko w jego bezpośrednim otoczeniu odparowuje, a w dalszej odległości ulega stopieniu. Temperatura potrzebna do zeszklenia piasku to "zaledwie" 1470 st. C, zatem nawet w pewnym oddaleniu od punktu zerowego ziemia pokryje się szklistą skorupą. 
Część trynitytu powstaje bezpośrednio na ziemi, a reszta pochodzi z piasku, który został zassany do wnętrza kuli ognistej i tam uległ odparowaniu, a następnie, po kondensacji, w postaci kropel opadł na ziemię i zakrzepł. 

Trynityt był powszechnie zbierany w pobliżu Ground Zero przez kilka lat po zakończeniu II wojny światowej. Trafiał do obiegu kolekcjonerskiego oraz  jubilerskiego. Wytwarzano z niego biżuterię, choć z uwagi na kruchość i trudność obróbki były to zwykle proste wisiorki i kolczyki. 


Ostatecznie w 1953 r. na mocy decyzji US Atomic Energy Commision miejsce eksplozji zostało wyrównane, a cały materiał zebrano. Z części wykonano pomnik w formie obelisku. 

https://www.flickr.com/photos/tamasrepus/5078959015/


Zakazano również dalszego zbierania trynitytu, choć nie zniknął on z obrotu handlowego [LINK]. Pojedyncze próbki tego minerału są znajdowane w Alamogordo do dziś.

Małe kawałki trynitytu do tej pory można nabyć na eBay'u. Ich aktywność nie stanowi już zagrożenia dla zdrowia. Kiedyś pojawiały się przypadki oparzeń od noszonej długo biżuterii z trynitytu [LINK]. Podejrzewam, że wynikało to z dużej aktywności krótkożyciowych produktów rozpadu plutonu i nuiklidów powstałych na skutek aktywacji neutronowej pierwiastków z otoczenia. Obecnie promieniowanie trynitytu jest ledwie wykrywalne i to jedynie za pomocą bardzo czułych detektorów.


Minerał przypomina butelkowe szkło z dużą ilością pęcherzy i wtopionego piasku na wierzchu. Najczęściej ma barwę zieloną, choć występuje - znacznie rzadziej - również czarny, zabarwiony od elementów wieży, na której zdetonowano "Gadżet", oraz czerwony od miedzi z przewodów mechanizmu odpalającego. Poniżej widzimy wieżę, bombę oraz pozostałości wieży po eksplozji bomby:


Trynityt jest znany także pod innymi nazwami: atomsite, Alamogordo glass, charitończyk. Występuje we wszystkich miejscach, gdzie wybuch jądrowy miał kontakt z ziemią, czyli przy eksplozjach naziemnych, podziemnych oraz niskich wybuchach powietrznych. Skład różnił się w zależności od podłoża, na którym dokonano eksplozji - znajdowany w kazachskiej SRR "charitończyk" zawiera dużo materiału skalnego, ma czarną barwę i trochę inną fakturę:

https://carlwillis.wordpress.com/2012/08/19/gamma-analysis-of-chagan-atomsite/p1060408m_small/

W trynitycie występuje większość produktów rozpadu uranu i plutonu oraz produktów aktywacji, choć po 70 latach aktywność izotopów zdążyła się znacznie zmniejszyć (czas półrozpadu Co-60 to 5,7 roku, Cs-137 30 lat, Sr-90 28 lat). Pozostały jedynie izotopy długożyciowe, które z kolei mają mniejszą aktywność właściwą. Ciekawy artykuł o badaniu spektrometrycznym trynitytu można znaleźć tutaj (ENG).
***
Jak każdy poszukiwany minerał, trynityt był podrabiany. Starano się imitować zarówno barwę i konsystencję, jak również radioaktywność [LINK]. Do odróżnienia oryginału niezbędna jest analiza spektralna, wykrywająca produkty aktywacji neutronowej, niewystępujące w przypadku nuklidów pochodzenia naturalnego. Szczególnie charakterystyczny jest radioizotop baru-133, powstający na skutek aktywacji neutronami nieradioaktywnego baru zawartego w baratolu*, materiale wybuchowym używanym w pierwszych bombach, tak amerykańskich, jak i radzieckich. Brak tej linii oczywiście nie oznacza od razu, że trynityt jest podrabiany, po prostu bomba atomowa, która go stworzyła, nie zawierała baratolu, tylko inny materiał wybuchowy. Poniżej porównanie próbek amerykańskich z testu Trinity i radzieckich z poligonu w Semipałatyńsku - jak widać, w radzieckiej próbce brak Ba-133:
 
Źródło 

W handlu zwykle dostępne są niewielkie okruchy trynitytu, a ich koszt do niedawna wynosił kilka dolarów. Obecnie podaż spadła a ceny wzrosły. Jedna z ostatnich aukcji:

Źródło - eBay.

Podobne do trynitytu minerały powstają podczas uderzenia pioruna (tzw. fulguryt) oraz upadku meteorytów. Oprócz braku podwyższonej radioaktywności od trynitytu odróżnia je również wrzecionowaty kształt.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fulguryt#/media/Plik:Fulgurite1.jpg

Trynityt zaś zwykle ma postać płaskiej płytki, gdyż pochodzi ze skorupy zeszklonego piasku:


Jeżeli chodzi o aktywność promieniotwórczą trynitytu, to jest ona znikoma, szczególnie tak małego kawałka, jak prezentowany na powyższych zdjęciach. Aby ją zmierzyć, potrzebujemy sprzętu dozymetrycznego o dużej czułości, najlepiej okienkowego licznika Geigera. Przykładowe wyniki pomiarów za pomocą wybranych dozymetrów - jak widać próbka wykazuje znaczne różnice w aktywności po obu stronach:
  • Radex RD1008 - 12/32 rozp/min*cm2
  • ANRI Sosna - 0,32/0,67 µSv/h (łączna emisja beta+gamma, sama gamma poniżej tła)
  • Polaron Pripyat - 0,3-0,4/0,6-0,8 µSv/h (j.w.)
  • EKO-C - 3-4/4-5 cps
  • UAGB-1 - 0,4/0,8 cps
Powyższe wyniki są porównywalne z odczytami dla granitu, szkła kryształowego i niskoaktywnego szkła uranowego, zatem trynityt nie stanowi żadnego zagrożenia radiologicznego.
Jako źródło promieniowania może być przydatny jedynie do testowania czułości dozymetrów na słabe promieniowanie. Jeśli nasz dozymetr ma licznik STS-5/SBM-20/BOI-33 lub STS-6/SBM-19/BOI-53, wykryjemy nim promieniowanie małej próbki trynitytu, choć wzrost wskazań nie będzie znaczny. Wskazania będą nieco wyższe w przypadku liczników okienkowych, szczególnie o małym okienku, pokrywającym całą powierzchnię próbki (SBT-9, SI18BGM). Większe okienko, np. licznika SBT-10 z EKO-C, da niższe wskazania, gdyż trynityt działał będzie jedynie na niewielki fragment powierzchni czynnej.
Oczywiście, jeśli mamy możliwość kupna trynitytu, warto go nabyć, chociażby ze względu na wartość historyczną takiej próbki. Pamiętajmy jednak o istnieniu podróbek i możliwych trudnościach przy sprowadzaniu z zagranicy. 

---------------------
* baratol, materiał wybuchowy będący mieszaniną trotylu i azotanu baru, używany wraz z Composition B (heksogen z trotylem) w bombach implozyjnych do wstrzelenia materiału rozszczepialnego do wnętrza bomby i osiągnięcia w ten sposób masy krytycznej - więcej w notce o bombach atomowych [LINK].