czwartek, 19 grudnia 2013

Czarnobyl - zwalczamy mitologię

W kwestii katastrofy w Czarnobylu narosło już bardzo wiele mitów i legend tak, że trudno nieraz ustalić obiektywną prawdę. Stanowiska są skrajne - albo była to niegroźna awaria, w której zginęło najwyżej 30-50 osób, albo hekatomba z "tysiącami grzebanymi w przydrożnych rowach". Prawda pewnie leży pośrodku, a w rzeczywistości w rosyjskich archiwach :) Tym niemniej podejmę próbę zestawienia sprzecznych poglądów i zbliżenia się do prawdy.

Zwiększenie częstotliwości raka tarczycy, zwłaszcza u dzieci. Statystyki podają wzrost zachorowań, lecz nie prowadzono ich przed katastrofą, to raz. Dwa, po katastrofie wzmożono diagnostykę, stąd większa wykrywalność. Trzy, wiele guzów tarczycy to guzy łagodne, z którymi można przeżyć całe życie, nie wiedząc o nich (i umrzeć na hemoroidy). Oczywiście, duże dawki radioaktywnego izotopu jodu (jod-131) nie są bez wpływu, zwłaszcza w rejonach, nad którymi przeszedł obłok promieniotwórczy. Czas półrozpadu I-131 wynosi 8 dni, więc dopiero po 80 dniach można uznać, że teren jest "czysty" (przyjmuje się, że do "całkowitej" eliminacji izotopu wystarczy 10 okresów półrozpadu). Tym niemniej, dzięki stopniowemu rozpadowi izotopów i krążeniu ich w przyrodzie (wymywanie przez wodę itp.) dzisiejszy "ślad" po Czarnobylu to ok. 0,25 % rocznej dawki promieniowania tła. Więcej otrzymujemy od diagnostyki medycznej i substancji mineralnych w naszych domach :)

Akcja z płynem Lugola. Było to imponujące przedsięwzięcie, w ciągu kilku dni 18 mln osób (dzieci, młodzież, kobiety w ciąży) otrzymało płyn Lugola, dostarczający niepromieniotwórczego jodu dla tarczycy, dzięki czemu nie przyswaja ona jodu radioaktywnego (bo jest "zapchana" mówiąc kolokwialnie). Inna sprawa, że akcję przeprowadzono z opóźnieniem, zaś najpierw dyskretnie zaopatrzono w płyn Lugola dygnitarzy partyjnych i funkcjonariuszy "służb" wraz z rodzinami (w mało której publikacji jest o tym mowa).

Amatorskie pomiary. Znam co najmniej dwie relacje. Pierwsza dotyczy spektrometru rentgenowskiego, który ciągle zawyżał pomiar pomimo kilku wymian czujnika. Jak się później okazało, problem pojawił się 26.04.1986 r. Drugi dozymetrysty w szpitalu, mierzącego promieniowanie na oddziale radioterapii za pomocą kieszonkowego radiometru RK-67. Na oddziale tło podniesione było trzykrotnie, na zewnątrz szpitala pięciokrotnie, zaś w krzakach dziesięciokrotnie, że aż trzeba było przełączać na mniej czuły zakres.

Konfiskata aparatury dozymetrycznej to osobny temat. Gdy stało się jasne, że nad Polską przesuwa się obłok promieniotwórczy, funkcjonariusze SB dokonali rekwizycji większości sprzętu dozymetrycznego w instytucjach naukowych (UW - fizyka, radiochemia itp.). Oszczędzono sprzęt pozostający w remontach lub nieprzeznaczony wyłącznie do pomiarów dozymetrycznych (spektrometry itp.).

Dysponuję również informacją, że w specjalnej jednostce wojsk chemicznych dokonywano przeskalowywania przenośnych mierników promieniowania, aby pokazywały zaniżony pomiar - i podobno zwożono tam rentgenoradiometry z całego kraju. Czyli prawie to samo co w Fukushimie, gdzie obkładano czujniki ołowiem, by wykazywały zmniejszone promieniowanie. Przeskalowanie DP-66 nie jest rzeczą trudną, podobnie jak DP-5 i pochodnych - na płytce drukowanej znajdują się regulatory dla każdego zakresu (nie pamiętam, czy kondensatory zmienne czy trymery). Informacja ta jest jednak niepotwierdzona i może mieć charakter legendy miejskiej.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli znajdziesz błąd lub chcesz podzielić się opinią, zapraszam!