30 września, 2018

Sygnalizator przekroczenia dawki ALDO-2

O tym przyrządzie do niedawna wiedziałem jedynie, że jest i mniej więcej, jak wygląda, opierając się na rysunku z instrukcji obsługi. Tymczasem na rosyjskim forum RHBZ, w dziale "aparatura dozymetryczna produkcji polskiej", natrafiłem na egzemplarz tego sygnalizatora! ALDO-2 znajdował się obok RUST-3, RK-67, RKP-1-2, D-08, DP-66 i DP-75, czyli przyrządów bardzo pospolitych, produkowanych w setkach i tysiącach egzemplarzy. Oto i on - wyprodukowany w 1976 r.:


Atest otrzymał w 1971 r. i produkcję rozpoczęto w rok później, wyprodukowano zaledwie 100 egzemplarzy. Przyrząd miał informować dźwiękiem o przekroczeniu przyjętej dawki 30, 100, 500 lub 3000 mR, w zależności od wykonania. Na zdjęciu widzimy wykonanie 100 mR. Urządzenie jest bardzo proste, po włożeniu baterii 9 V należy wcisnąć przycisk testujący - jeśli usłyszymy sygnał dźwiękowy, zamykamy przedział baterii i wkładamy sygnalizator do kieszeni. Przedział baterii można plombować. Poniżej widzimy przedział baterii zamykany zasuwką ze śrubką (z lewej), przycisk testujący (pośrodku) i głośnik ze zdjętą osłoną (z prawej):


Konstrukcja wykorzystuje komorę jonizacyjną sprzęgniętą z kondensatorem, który jest rozładowywany przez prąd jonizacyjny komory. Pojemność kondensatora zależy od przewidzianego przez producenta progu pomiarowego:


Sama komora wygląda tak - wykorzystuje ścianki obudowy jako drugą elektrodę:


Płytka drukowana wybudowana z przyrządu. Niestety na forum nie udostępniono większej liczby zdjęć:


Sygnalizator nie ma włącznika, po włożeniu baterii jest cały czas włączony. Zmieniono to w jego ulepszonej wersji ALDO-3 z 1974 r., którego wyprodukowano 200 egzemplarzy.

Poniżej opis z publikacji:  Zbiór wykładów - seminarium na temat zastosowania wyrobów techniki jądrowej - cz. 4 - dozymetria, radiometria; Warszawa 13-14.05.1974


Ostatnio sygnalizatory te "wysypały się" na Allegro (luty 2019 r.) - trwa wyprzedaż zapasów magazynowych, zapraszam do sklepu DW_Radio [LINK]. 


Nowsza wersja ALDO-3 wprowadzona została w 1974 r. i miała wg producenta wzmocnioną konstrukcję i bardziej niezawodne działanie progu sygnalizacji, a także, uwaga, uwaga - wyłącznik zasilania :)

Zastosowanie w codziennej praktyce tego sygnalizatora jest praktycznie zerowe. Aby uruchomić sygnalizacje w wykonaniu 30 mR, należałoby przebywać 6 godzin w bezpośrednim sąsiedztwie skali od DP-63A lub wariometru lotniczego z farbą radową (moc dawki 5 mR/h). Dla wykonania 100 mR czas ten wydłuża się do 20 godzin, przy 500 mR jest to już 100 godzin, a przy 3000 mR aż 600! Tym niemniej, jest to ciekawy, rzadki eksponat kolekcjonerski i ważne świadectwo rozwoju polskiej myśli technicznej w dziedzinie dozymetrii i ochrony radiologicznej.

***

Poniżej kolejny, bardzo ładnie zachowany egzemplarz z 1975 r., zdjęcia dzięki uprzejmości DW_RADIO






25 września, 2018

Ręcznie lepiony wazon "Juul" z polewą uranową


Ten wazon jest jednym z największych i najbrzydszych artefaktów, na jakie trafiłem. Kształt i faktura jednoznacznie sugeruje ręczne lepienie z gliny. Wysokość wynosi aż 24,5 cm, dno ma średnicę ok. 13 cm, a otwór 8-9 cm (jest nieregularny). Polewa ciemnożółta, miejscami brązowa, w środku butelkowo zielona. Aktywność żółtej polewy rzędu 250 cps, zatem nie jest rekordowa, jak w przypadku belgijskiej popielniczki. Zielona w ogóle nie wykazuje podwyższonej aktywności.


 Wazon początkowo nie zwrócił mojej uwagi, ale jak mierzyłem popielniczkę, mającą z zewnątrz czarną polewę, a w środku czerwoną, to coś mi się nie zgadzało. Odszedłem parę kroków, popielniczka "straciła" aktywność, zatem dozymetr musiał reagować na coś innego. Po chwili zlokalizowałem źródło, co nie było szczególnie trudne - Polaron z otwartą klapką wskazał 12 µSv. Dla porównania, z zamkniętą klapką zaledwie 0.15, czyli w granicach tła naturalnego. Przenikliwość promieniowania z glazury uranowej jest bardzo niewielka, zatem nie stwarza ona zagrożenia dla zdrowia. Co innego sam wyrób takiej ceramiki, jeżeli była mieszana i lepiona ręcznie, mogło dojść do skażenia rąk i dróg oddechowych, choć na szczęście naturalny uran ma niską radiotoksyczność.


Wazon sygnowany jest "Juul" ale to bardzo popularne duńskie nazwisko, tak więc znamy jedynie kraj pochodzenia. Jeżeli ktoś miałby informacje na ten temat, proszę o kontakt.


20 września, 2018

Indykator-sygnalizator schronowy DP-64




W szeregu radzieckich przyrządów dozymetrycznych oznaczanych "DP" i kolejnymi numerami jedno z ostatnich miejsc zajmuje ten oto sygnalizator. Urządzenie jest bardzo proste, gdyż jego zadaniem jest jedynie alarmowanie o przekroczeniu mocy dawki gamma 0,2 R/h, czyli 200 mR/h (2000 µSv/h) przy energii między 0,08 a 1,25 MeV. Zestaw składa się z pulpitu, umieszczanego w schronie i sondy z tubą STS-5, montowanej na zewnątrz, połączonej z pulpitem przez 30-metrowy przewód. Zasilanie odbywa się z sieci 127/220V lub akumulatorów 6 V - przewód zasilający ma dwa wyprowadzenia: z wtyczką sieciową do gniazdka ściennego oraz z zaciskami z oznaczeniem biegunów. Napięcie zasilania sieciowego 127/220 V zmienia się osobnym przełącznikiem. Włączenia dokonujemy dolnym przełącznikiem na przednim panelu urządzenia, zaś górnym wybieramy tryb funkcjonowania - "kontrola" lub "praca". W trybie kontroli układ zliczający ma 7-krotnie większą czułość, aby móc zliczyć impulsy od wbudowanego w sondę źródła beta-aktywnego. Impulsy te są sygnalizowane przez trzaski w głośniku i błyski neonówki. W trybie pracy miernik osiąga gotowość w ciągu 30 sekund od włączenia i monitoruje poziom promieniowania. Alarm uaktywnia się po przekroczeniu ustawionego fabrycznie progu mocy dawki 0,2 R/h. Wówczas należy przyrząd natychmiast wyłączyć, aby od alarmu nie ogłuchli wszyscy w schronie - producent nie przewidział wyłącznika dźwięku. Dalszą kontrolę poziomu mocy dawki należy prowadzić, okresowo włączając przyrząd na 3-5 s. 

Gdy moc dawki dochodzi do 0,2 R/h, wówczas lampka zaczyna migać z tym większą częstotliwością, im bliżej wartości progowej, po której włącza się alarm. Bezwładność układu sygnalizacji wynosi wg instrukcji max 3 s. Kontrolę pracy przyrządu za pomocą w/w trybu kontrolnego należy przeprowadzać raz na dobę. Poniżej oryginalna instrukcja z radzieckich plansz instruktażowych Obrony Cywilnej:


Wartość progu może wydawać się wysoka w porównaniu z tłem naturalnym (0,1 µSv/h = 0,01 mR/h), jednak pamiętajmy, że DP-64 powstał na wypadek wojny jądrowej, gdzie moce dawki są znacznie wyższe. Osoby przebywające w schronie odciętym od świata zewnętrznego musiały mieć możliwość kontrolowania poziomu radiacji poza schronem. Przy wybuchu jądrowym moc dawki spada stosunkowo szybko - najbardziej w ciągu pierwszej godziny, nieco wolniej podczas pierwszej doby.


Instrukcja podaje przepisy bezpieczeństwa przy manipulacji źródłem beta-aktywnym, co pozwala przypuszczać, że stront-90 był w nim w postaci niezwiązanej. W razie uszkodzenia ochronnej folii na źródle należało ją wymienić w rękawiczkach chirurgicznych, a po każdej pracy ze źródłem umyć ręce wodą z mydłem. Źródło należało dotykać tylko pincetą i posługiwać się ekranem ochronnym ze szkła organicznego lub okularami. Raczej nie była to pastylka B-8, stosowana w DP-5 i DP-63, w której Sr-90 jest zatopiony w metalu. Widok ogólny sondy i umiejscowienie źródła przedstawiono na tym schemacie - źródło z lewej strony tuby GM, w górnej części:



Sprzęt był produkowany na potrzeby budowli ochronnych, budowanych masowo podczas zimnej wojny na wypadek ataku jądrowego. Cały komplet wraz ze skrzynią waży 10,5 kg, sam pulpit 5 kg. Indykator nie występuje na polskim rynku, natomiast dość często się pojawia u naszych wschodnich sąsiadów. Nie widzę dla niego zastosowania w codziennej dozymetrii, może być jedynie eksponatem kolekcjonerskim czy rekonstruktorskim. Do bieżącego monitoringu promieniowania znacznie lepiej się nadaje czujnik Radioactive@home czy dozymetr Radiatex MRD-2 - oba mają dużą czułość i współpracują z komputerem przez port USB, choć ich zakres jest ograniczony parametrami tuby STS-5 lub kompatybilnej. Jeżeli zaś szykujemy się na wojnę jądrową, mamy krajowy rentgenometr pokładowy DPS-68M z regulowanymi progami i dwiema sondami pomiarowymi.




Schemat ideowy całego kompletu:


 Schemat montażowy pulpitu:



15 września, 2018

Sonda scyntylacyjna SSA-1P

Sonda ta została opracowana w 1966 r. przez zespół pod kierownictwem E. Januszkiewicza. Jej oznaczenie można rozwinąć jako sonda scyntylacyjna powierzchniowa alfa. Wraz z nią opracowano całą rodzinę sond, oznaczonych SSA, SSU, SGB i SSNT, której genezę i systematykę omawiałem w osobnym wpisie [LINK]. Sonda SSA-1P przeznaczona jest do wykrywania skażeń emiterami promieniowania alfa, zwłaszcza w obecności towarzyszącego mu promieniowania gamma, na które nie jest wrażliwa.


Sonda występowała w dwóch wersjach:
  • starsza, produkowana przez Biuro Urządzeń Techniki Jądrowej, a potem ZZUJ "Polon", z niemieckim fotopowielaczem Zeiss M12FS52A, dłuższym korpusem, czarnym tylnym korkiem i pierścieniem łączącym, o masie 1,27 kg
  • nowsza, produkowana po przekształceniu ZZUJ "Polon" w Polon-Alfa S.A., z brytyjskim fotopowielaczem EMI 6097B, krótszym korpusem, srebrnym tylnym korkiem i pierścieniem łączącym, o masie 1,28 kg

Z lewej nowsza wersja z brytyjskim fotopowielaczem (ekran magnetyczny został we wnętrzu korpusu), z prawej starsza wersja z fotopowielaczem Zeiss, której konstrukcja jest praktycznie identyczna z uniwersalnymi sondami scyntylacyjnymi SSU-3



SSA-1P została wyprodukowana w liczbie 1500 egzemplarzy, co czyni ją drugą co do liczebności produkcji sondą produkowaną przez ZZUJ "Polon" (po SGB-1P, której wykonano aż 2000 szt.).


Specyfikacja z Katalogu 37R - izotopowa aparatura radiometryczna i przemysłowa wydanego w 1969 r.:


Nowsza wersja jest produkowana do chwili obecnej - cena nowego egzemplarza w marcu 2025 r. wynosiła 6600 zł netto. 

https://pomiarymetr.pl/pomiar.php?typ=ssa-1-p

Z kolei na rynku wtórnym pojawiły się w latach 2013-2025 wedle mojej wiedzy 22 egzemplarze, z czego zaledwie 1,5 starszej wersji (połówka to korpus z fotopowielaczem, przerobiony na sondę uniwersalną SSU-3). Najczęściej stanowiły zestaw z radiometrem RUST-3, stosowany do sprawdzania szczelności izotopowych czujek dymu, ewentualnie komplet z EKO-C/s  lub RKP-2.

Tyle tytułem historii i systematyki, przejdźmy do omawiania samej sondy.


SSA-1P służy do wykrywania skażeń emiterami alfa-aktywnymi, szczególnie przy występującym wysokim tle promieniowania gamma i beta, na które sonda nie jest wrażliwa. Przeznaczona jest do pracy ze wszystkimi radiometrami podłączanymi na jeden wtyk koncentryczny typu BNC, czyli serią RUST, MSP, RUM, URL i URS, autorskimi konstrukcjami UDR i UDAR i wszystkimi innymi, zapewniającymi wysokie napięcie 750-1350 V (zwykle wystarczy 900-1000 V). Może również współpracować z monitorami skażeń RKP-2 oraz EKO-C w wersji EKO-C/s.

Detektorem promieniowania jest scyntylator - siarczek cynku  domieszkowany srebrem - ZnS(Ag) - umieszczony na podłożu ze szkła organicznego o grubości 3 mm i średnicy 125 mm, zaś powierzchnia czynna wynosi ok. 85 cm2. Całość pokryta jest cienką folią światłoszczelną o gęstości powierzchniowej 1 mg/cm2. 


Ponieważ scyntylator ma znacznie większą średnicę niż fotopowielacz, w sondzie zastosowano stożkowy światłowód powietrzny, pokryty od wewnątrz specjalną powłoką rozpraszającą. Zapewnia on połączenie optyczne między tymi elementami i sprawia, że większość błysków światła powstałych w scyntylatorze trafia do fotopowielacza:


Zasada działania sondy SSA-1P jest typowa dla wszystkich liczników scyntylacyjnych. Błyski światła, powstające przy padaniu cząstek alfa na scyntylator, są wzmacniane przez fotopowielacz i po wzmocnieniu w radiometrze przekazywane do układu zliczającego. 

Z uwagi na zasadę działania, podczas pracy sondy niezmiernie ważna jest światłoszczelność - producent zapewnia brak wzrostu biegu własnego przy natężeniu oświetlenia do 500 luksów. W pomieszczeniach takie natężenie występuje na większości stanowisk do średnio precyzyjnych prac, natomiast prace precyzyjne wymagają silniejszego oświetlenia. 

https://www.akademiadobrychwnetrz.pl/prawidlowe-natezenie-oswietlenia

Z kolei na dworze natężenie światła sięga zwykle tysięcy i dziesiątek tysięcy luksów. Należy o tym pamiętać, pracując z SSA-1P w terenie. Jest to szczególnie istotne, gdyż nawet małe zadrapanie folii światłoszczelnej może spowodować znaczne zwiększenie biegu własnego sondy. Większe uszkodzenie zniszczy fotopowielacz - na tej samej zasadzie, jak przy spojrzeniu przez noktowizor na słońce.

Dlatego też, jeśli mamy podejrzenie uszkodzenia folii światłoszczelnej, pierwszego włączenia sondy dokonujmy w ciemnym pomieszczeniu i dopiero stopniowo zwiększajmy natężenie oświetlenia. W razie stwierdzenia wzrostu odczytu pod wpływem światła, od razu wyłączamy wysokie napięcie radiometru! Jest to szczególnie istotne przy używanych egzemplarzach, gdzie folia jest zniszczona mechanicznie lub chemicznie:


W powyższym przypadku sonda nie wykazywała wzrostu wskazań przy pracy w ciemnym przedpokoju, jedynie nieco rozjaśnionym światłem z innych części mieszkania (zdjęcie bez korekcji):


Włączenie górnego światła spowodowało natychmiastowy skok odczytu na koniec zakresu, na szczęście momentalnie zgasiłem lampę, zatem przeciążenie trwało tylko ułamek sekundy. Podczas następnych prób, już w ciemności, sonda działała normalnie, nie doszło więc do uszkodzenia fotopowielacza - ale dlatego taką uwagę zwracam na światłoszczelność! 

Drobne uszkodzenia folii można zamalować czarną farbą temperową - nie wolno stosować farb na rozpuszczalnikach organicznych! Sondy z takimi reperacjami nadal zachowują parametry użytkowe, pod warunkiem że uszkodzeń nie jest za wiele. 


Uszkodzenia o większej powierzchni albo rozdarcia folii oznaczają konieczność wymiany całej folii. 

***

Sondę podłączamy przy wyłączonym radiometrze. Jeśli mamy RKP-2, który przedtem pracował bez sondy, wyłączamy go, czekamy kilka minut i dopiero podłączamy sondę.

Gdy sonda jest podłączona, a następnie włączamy miernik i zasilacz wysokiego napięcia - jeśli ma osobny włącznik. Napięcie pracy ustawiamy zgodnie z kartą badania danego egzemplarza sondy, a jeśli jej nie mamy, wyznaczamy doświadczalnie, o czym za moment.

Po uruchomieniu radiometru odczekujemy kilka minut i mierzymy bieg własny sondy z założoną osłoną na scyntylatorze.


Bieg własny jest bardzo niski, rzędu 0,033 cps (2 cpm), a jego dokładna wartość znajduje się w karcie badania danego egzemplarza. Wzrost biegu własnego oznacza albo utratę światłoszczelności, albo skażenie powierzchni sondy. W pierwszym przypadku ponawiamy próbę w ciemności, w drugim próbujemy ustalić miejsce skażenia za pomocą małego okienkowego licznika G-M lub sondy SSU-3 ze scyntylatorem ZnS(Ag). 

Jeśli bieg własny mieści się w granicach normy, możemy przystąpić do pomiarów. Badana powierzchnia powinna być wolna od różnego rodzaju okruchów czy wystających przedmiotów, mogących uszkodzić folię światłoszczelną. Najlepiej gdy jest ona płaska i gładka, gdyż sonda naciska na nią całym swoim ciężarem. W przypadku przedmiotów o nieregularnych krawędziach najlepiej zamontować sondę w statywie, utrzymującym ją w minimalnej odległości od badanego obiektu. 

Jeżeli chodzi o czułość, to SSA-1P reaguje nawet na niewielkie aktywności emiterów alfa, których nie jest w stanie zarejestrować okienkowy licznik G-M, szczególnie gdy współwystępuje tło gamma. Za jej pomocą udało mi się wykryć skażenie folii na sondzie SGB-3P, które było ledwo wykrywalne przez najczulsze liczniki okienkowe.

Przykłady pracy tej sondy przedstawia film:




Po zakończeniu pomiarów możemy odłączyć sondę  dopiero po wyłączeniu miernika i ta zasada obowiązuje przy wszystkich innych sondach, zarówno scyntylacyjnych, jak i licznikowych. 

Jeśli nie mamy karty badania danego egzemplarza sondy albo wymienialiśmy fotopowielacz, musimy ustalić napięcie pracy doświadczalnie. W tym celu zbliżamy sondę bez nakładki do źródła promieniowania alfa (np. Am-241) i stopniowo podnosimy napięcie w radiometrze, zaczynając od 500 V. W pewnym momencie pojawią się zliczenia, które będą rosły w funkcji napięcia. Po przekroczeniu pewnej wartości (800-1000 V) wskazania ustabilizują się, dalsze podnoszenie napięcia nie będzie miało wpływu na odczyt. Napięcie pracy ustawiamy wówczas ok. 50-100 V powyżej ustalonego progu. 

Nakładka ochronna powinna być założona na scyntylatorze podczas przerw w pracy oraz magazynowania sondy. Z uwagi na delikatność fotopowielacza sondę najlepiej przechowywać w fabrycznym opakowaniu ze styropianu.


Jeśli go nie mamy, pozostaje sztywny karton lub drewniana skrzyneczka, miękko wyścielone folią bąbelkową. 

Do tej pory testowałem trzy egzemplarze nowej wersji: dwa z 1995 r. i jeden z 2001 r., oraz jeden starszej, z 1980 r. Kupując na rynku wtórnym należy uważać na uszkodzenia folii światłoszczelnej oraz samego scyntylatora a także ryzyko zniszczonego fotopowielacza, zarówno elektronicznie, jak i mechanicznie. 

Czas na podsumowanie. Sonda SSA-1P będzie przydatna głównie do wykrywania skażeń emiterami alfa lub pomiarów małych aktywności, kiedy czułość okienkowych liczników G-M będzie niewystarczająca. Pamiętajmy jednak, że większość najpopularniejszych izotopów oprócz emisji alfa emituje też promieniowanie gamma i beta, zatem ich emisję wykryją również sondy z licznikami G-M. Emitery czystego promieniowania alfa są bardzo rzadkie (pluton, polon) i lepiej nie mieć z nimi do czynienia w codziennym życiu. Zakup sondy SSA-1P powinien być podyktowany faktyczną potrzebą, a przede wszystkim - posiadaniem odpowiedniego radiometru. 

10 września, 2018

Sterylizacje za pomocą promieniowania w KL Auschwitz


Niemiecka nazistowska ideologia zakładała fizyczną eliminację grup ludności uznanych za "niepożądane rasowo”. Jednocześnie zaś chciano wykorzystać tych ludzi jako siłę roboczą, szczególnie wobec braku rąk do pracy podczas wojny. Powstał więc projekt masowej sterylizacji bądź za pomocą środków blokujących jajowody, bądź przez naświetlanie jajników i jąder za pomocą promieniowania rentgenowskiego. Miało to przyspieszyć cały proces, zapewniając, wg pomysłodawców, wydajność rzędu 1000 osób na dobę. Plany zostały zaakceptowane przez Himmlera, któremu następnie na bieżąco meldowano o postępie prac.

 Eksperymenty te, otoczone ścisłą tajemnicą, prowadzono w owianym złą sławą Bloku 10 obozu Auschwitz I oraz w bloku 30 kobiecego obozu w Auschwitz-Birkenau. Zajmowało się tym dwóch "lekarzy" - Carl Clauberg od metody farmakologicznej i Horst Schumann od naświetlań.

Horst Schumann



W Bloku 10 zainstalowano dwa aparaty stosowane w rentgenoterapii nowotworów, wyprodukowane przez firmę Siemens. Umożliwiały naświetlania płytkie i głębokie. Lampy rentgenowskie były chłodzone wodą w obiegu otwartym, która płynęła stale, nawet gdy urządzenia nie pracowały. Sam fakt zainstalowania tak drogiej, specjalistycznej aparatury w obozie koncentracyjnym był zastanawiający. Ostatnią rzeczą, o jakiej można byłoby myśleć w tej "fabryce śmierci", było leczenie nowotworów. Niemcy jednak nie ukrywali tych planów we własnym gronie. Szybko wtajemniczyli w przeznaczenie urządzeń inż. Ludwiga Gehra z Siemensa, który instalował ten sprzęt, uczył jego obsługi oraz prowadził prace serwisowe.
http://www.radiologie-im-nationalsozialismus.org/eng_1/phone/panel-9.html

Pomieszczenie dla obsługi, sterującej aparatem i nadzorującej "eksperymenty", było zabezpieczone ołowiem i szkłem ołowiowym, jednakże reszta pomieszczenia nie miała osłon, uniemożliwiających wydostawanie się promieniowania na zewnątrz. Według słów "lekarzy" zasięg promieniowania wynosił aż 30 m. Nawet jeśli jest to odległość zawyżona, to na pewno promieniowanie przenikało przez ściany pomieszczenia, a moc dawki znacznie przekraczała bezpieczne wartości w bezpośrednim sąsiedztwie pracowni.
Clauberg i Schumann przy "pracy".

Sam "zabieg" polegał na naświetlaniu narządów płciowych jednocześnie z przodu i z tyłu. Czas ekspozycji wynosił do 15 min. Dawkę ustalano "na oko", gdyż Schumann nie miał zielonego pojęcia o promieniowaniu i radioterapii. Ofiara czuła lekkie ciepło w miejscach, przez które przechodziły wiązki promieni, jednak bardzo szybko po napromieniowaniu pojawiało się osłabienie, biegunka i wymioty - typowe objawy choroby popromiennej. Z naświetlonych miejsc schodziła skóra i pokrywały się rozległymi owrzodzeniami, które nie chciały się goić przez wiele tygodni. Schumann nie pomyślał nawet, by w jakikolwiek sposób zabezpieczyć okolice naświetlanych narządów, a naświetlania odbywały się "z zapasem" powierzchni ciała, aby mieć pewność zniszczenia organu. Ofiary eksperymentów miały następnie usuwany jeden z jajników, który konserwowano i wysyłano do Instytutu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie badano go pod kątem zmian wywołanych przez promieniowanie.  Czasem naświetlano powtórnie i usuwano drugi jajnik, badając skutki podwójnej ekspozycji. W przypadku "nieskutecznej" sterylizacji naświetlanie ponawiano za pomocą większej dawki, co wydłużało jeszcze okres popromiennych wymiotów, nawet do tygodnia.
***
Większość ofiar zmarła bądź na chorobę popromienną i jej komplikacje, bądź na tyfus, łatwiej atakujący organizm osłabiony promieniowaniem. Infekcje często towarzyszą chorobie popromiennej, osłabiającej układ odpornościowy przez zniszczenie białych ciałek krwi. Sama metoda sterylizacji wykorzystywała wyjątkowo dużą promienioczułość komórek, z których zbudowane są narządy płciowe. Słabsze napromieniowanie hamuje ich działalność w sposób czasowy, silniejsze - nieodwracalnie. Wyniki naświetlań ostatecznie okazały się dla samego Schumanna niesatysfakcjonujące i w liście do Himmlera z 1944 r. optował za sterylizacją chirurgiczną, jako skuteczniejszą.

Oprócz aparatów do naświetlań w Bloku 10 był też aparat do zdjęć rentgenowskich, używany w "eksperymentach" dra Clauberga. Najpierw wykonywano nim prześwietlenie macicy z jajowodami przy użyciu jodowego środka kontrastowego. W przypadku stwierdzenia drożności jajowodów wstrzykiwano specjalny środek na bazie formaliny, który miał spowodować stan zapalny, a w efekcie - ich zarośnięcie. Wstrzyknięcia dokonywano z jednoczesnym podglądem na ekranie aparatu rentgenowskiego, na którym obserwowano wypełnianie jajowodów przez płyn. "Pięknie to płynie" - miał powiedzieć "doktor" Clauberg. Następnego dnia wykonywano kontrolne prześwietlenie. Aby sprawdzić trwałość sterylizacji, wykonywano kolejne prześwietlenie z kontrastem jodowym.
***
Pomimo zachowania ścisłej tajemnicy wkrótce po obozie zaczęły krążyć pogłoski o przeprowadzanych w Bloku 10 "eksperymentach". Wiedziano, że mają coś wspólnego z płodnością, choć niektórzy myśleli, że chodzi o działanie odwrotne - sztuczne zapłodnienie. Wieści szybko roznosiły się pocztą pantoflową. Często osoby selekcjonowane do eksperymentów wolały ciężką pracę w komandach Birkenau niż rolę królika doświadczalnego. Dla innych odwrotnie - sterylizacja była ceną przeżycia, gdyż nie wytrzymałyby niewolniczej pracy w obozie. Pomimo blokady informacyjnej wiele więźniarek przeczuwało, że naświetlania mogą mieć groźne skutki. Podejmowano próby ukrycia się na bloku albo wręcz biernego oporu.

***
Sprawcy tych pseudomedycznych eksperymentów w Auschwitz nigdy nie ponieśli odpowiedzialności. Clauberg został aresztowany i osądzony w ZSRR, lecz odsiedział jedynie 10 lat z zasądzonych 25, po czym wrócił do Niemiec. Przed ponownym procesem uchroniła go przedwczesna śmierć. Schumann pracował pod własnym nazwiskiem w Niemczech, następnie, gdy upomniał się o niego wymiar sprawiedliwości - zbiegł do Japonii, a następnie do Afryki. W Sudanie pracował jako lekarz, lecz gdy rozpoznał go były więzień Auschwitz, uciekł do Ghany Po jego ekstradycji do RFN w 1966 r. można było w 1970 r. rozpocząć proces. Niestety jednak zbrodniarz zasłaniał się złym stanem zdrowia, przez co został zwolniony w 1972 r. Ostatecznie zmarł we Frankfurcie w 1983 r. w wieku 77 lat. Ofiary, które przeżyły, miały ogromne trudności z uzyskaniem należnych odszkodowań. Paradoksalnie łatwiej było uzyskać rekompensatę ofiarom sterylizacyjnych wstrzyknięć Clauberga niż naświetlań Schumanna. Logiczna łączność napromieniowania i bezpłodności wydawała się sędziom mniej oczywista niż zastrzyku i zablokowania jajowodów.

Całość "badań" prowadzonych przez niemieckich zbrodniarzy w Auschwitz szerzej omówiono w książce Hansa Joachima Langa "Kobiety z bloku 10" (Warszawa 2013). Po dodatkowe informacje techniczne odsyłam do czasopism naukowych, np. Stanisław Kłodziński, Sterylizacja" i kastracja promieniami rentgenowskimi w obozie Auschwitz, [w:] Przegląd Lekarski", Oświęcim. Wybór artykułów z lat 19611970, Warszawa 1971. Jest też niemieckojęzyczne wydawnictwo  Unmenschliche Medizin. Anthologie. Bd. 1, Teil 1:


05 września, 2018

Przetwornica transformatorowa PT-1


W PRL-u baterie były dość drogie i starczały na krótko - większość popularnych ogniw stanowiły suche ogniwa cynkowo-węglowe typu Leclanchego. Postanowiono obejść ten problem, wprowadzając akumulatorki niklowo-kadmowe wielokrotnego ładowania. Były droższe i miały niższą pojemność od ogniw tradycyjnych, jednak ich koszt szybko się zwracał. Stosowano m.in. modele KN-1 i KN-0.2. W popularnych radioodbiornikach typu Koliber, Sylwia czy Dana używano 5 sztuk KN-0.2 w specjalnym zasobniku, zastępującym fabryczny koszyczek na 4 paluszki R6 (AA). Gniazdo zasilacza znajdowało się w koszyczku naprzeciwko specjalnego otworu w tylnej ściance obudowy i umożliwiało jednoczesną pracę urządzenia oraz ładowanie akumulatorków.


Fabryczny koszyczek na baterie miał w miejscu gniazda zaślepkę, zasłaniającą otwór w obudowie radia podczas zasilania z tradycyjnych baterii. Z tego co się dowiedziałem, akumulatorki były dość odporne na całkowite rozładowanie.
Do ładowania tych akumulatorków służył "adapter" PT-1 (przetwornica transformatorowa), będąca po prostu transformatorem z diodą prostowniczą DZG. Produkowane były przez Zakłady Produkcji Transformatorów Radiowych "Zatra" oraz Zakłady Radiowe "Eltra" i konfekcjonowane w tekturowych pudełkach o różnych wzorach. 

Ładowarka produkcji "Zatry" z pudełkiem jednoczęściowym.

Ładowarka produkcji "Eltry" z pudełkiem dwuczęściowym.

Widoczne logo "Eltry" będące jednocześnie banderolą opakowania.

Pobór prądu wynosił... a napięcie wyjściowe 6 V. Wtyk miał dwa bolce różniące się średnicą i długością, z przetoczeniem na końcach, które zaskakiwało za styki w koszyczku. Na tylnych ściankach odbiorników umieszczano oznaczenie "+", choć  z uwagi na różne średnice wtyków odwrotne podłączenie było niemożliwe, ale próby wciskania na siłę mogłyby uszkodzić gniazdo i wtyk.


Oprócz radioodbiorników ten sposób zasilania wykorzystano w... w radiometrze kieszonkowym RK-63, produkcji Zakładu Doświadczalnego Biura Urządzeń Techniki Jądrowej. Fabryczny karton radiometru ma nawet osobne miejsce na ładowarkę oraz obok koszyczek z bateriami.  Z innych przyrządów warto wymienić choćby przenośny izotopowy miernik poziomu PIMP-3. Niewykluczone, że ten sposób zasilania stosowany był również w innych przyrządach radiometrycznych i izotopowych pierwszej połowy lat 60. Istotną rolę odgrywała unifikacja produkcji, co widać choćby po przyjęciu sposobu zasilania z popularnego radia, że o stylistyce obudowy nie wspomnę.
RK-63 z koszyczkiem na typowe baterie wygląda tak:


Po założeniu obudowy otwór na wtyk ładowarki jest zasłonięty przez występ na koszyczku, służący do jego wyjmowania:


Zakładamy koszyczek z akumulatorkami:


Gniazdo ładowania wystaje przez otwór w obudowie:


i można wetknąć wtyczkę:


Ładowarka w osobnej przegródce firmowego opakowania radiometru RK-63:


Z kolei PIMP-3 miał gniazdo zasłaniane specjalną zaślepką z chromowanej stali, którą można było wyjąć po przekręceniu:






Koszyczek trzymany był na płytce drukowanej przez płaskownik z aluminiowej blachy:


Opis z katalogu "Aparatura jądrowa - informator techniczny" (1963 r.) informuje o możliwości stosowania ładowarki identycznej z tą stosowaną w radioodbiornikach "Koliber" produkowanych przez zakłady "Eltra", stanowiącej element wyposażenia zestawu - zatem możliwe, że produkowano oddzielną wersję specjalnie dla PIMP-3.

Koszyczek z akumulatorkami w swoim uchwycie:


Gniazdo w koszyczku widoczne jest przez wycięcie w obudowie:

Co ciekawe, obudowa jest skręcana na cztery śruby, mocujące panel przedni do korpusu, nie ma żadnej klapki, umożliwiającej wymianę koszyczka, zatem raczej przewidywano stałe korzystanie z akumulatorów - nikt by nie chciał rozkręcać obudowy by zmienić baterie co 30 godzin pracy, a akumulatorki wystarczało naładować z przetwornicy co 20 godzin.



I na koniec radiometr przenośny typu RP, opisywany w Katalogu z 1961 r. Na zdjęciu widzimy ładowarkę o takiej samej wtyczce i przewodzie typu "skrętka", lecz innym korpusie - cylindrycznym i wykonanym z metalu. Opis informuje, że miernik zasilany jest z 2 baterii - jedna 4,5 V, druga 1,5 V lub zasilacza sieciowego, nie przewidziano zatem użycia akumulatorków. Podejrzewam, że ten zasilacz mógł być wspomnianą wyżej oryginalną ładowarką do PIMP-3, ale kwestię zostawiam otwartą.


 Obecnie ładowarki PT-1, zwłaszcza z opakowaniem i instrukcją, osiągają wysokie ceny, od 30 do 50 zł. Co prawda dostępność baterii AA jest większa niż akumulatorków KN-02, ale skoro mamy już RK-63 czy inny sprzęt z tego okresu, to warto uzupełnić jego wyposażenie o PT-1. Trudniej dostępne są koszyczki na akumulatorki, ale od biedy można dorobić z odpowiedniego plastikowego pudełka.
I na koniec porada praktyczna - aby przetwornica zmieściła się w fabrycznym pudełeczku, przewód owijamy wokół wtyków do gniazdka sieciowego - inaczej nie wejdzie:


I na koniec pierwsza wersja "Kolibra" - MOT-601 - w tylnej ściance otwór na wtyk ładowarki: