Blog o promieniowaniu jonizującym, dozymetrii i ochronie radiologicznej. Zwalcza mity związane ze zjawiskiem radioaktywności i przybliża wiedzę z zakresu fizyki jądrowej oraz źródeł promieniowania w naszym otoczeniu.
W zbiorach Biblioteki Cyfrowej Politechniki Śląskiej znalazłem ten oto Katalog aparatury naukowej wykonywanej w szkołach wyższych [LINK]:
Publikacja jest podzielona na działy z numeracją ciągłą przez wszystkie III tomy. Tom II zaczyna się działem V, który nas najbardziej zainteresuje, gdyż przedstawia aparaturę do pomiaru promieniowania (głównie jonizującego, choć jest też licznik UV):
Przyrządy te były wykonywane w gospodarstwach pomocniczych Katedr i Wydziałów szkół wyższych. W tym okresie jeszcze nie powstał krajowy przemysł aparatury jądrowej, w związku z czym urządzenia należało najpierw opracować, a następnie wykonać we własnym zakresie. Przykładem takiego miernika może być choćby monitor typu 62/57, wyprodukowany w Katedrze Budowy Aparatury Elektromedycznej Politechniki Warszawskiej [LINK]. Niestety ten przyrząd nie znalazł się w niniejszym katalogu, jest za to wiele innych ciekawych konstrukcji. Są to zarówno przyrządy przenośne, z zasilaniem bateryjnym lub sieciowym, jak też urządzenia stacjonarne oraz zasilacze, tuby Geigera i przeliczniki do nich.
1. Bateryjny monitor beta-gamma typ 20/55 z licznikiem G-M wbudowanym w korpus, zakres do 10000 cpm (166,6 cps), produkcja KBAE PW:
2. Sieciowy licznik G-M z elektromechanicznym numeratorem (typ 23/56) o zakresie zaledwie 700 cpm (11,6 cps) do pomiarów małych aktywności beta-gamma, produkcja KBAE PW:
3. Monitor sieciowy typ 3/54 z licznikiem G-M wbudowanym w korpus do pomiaru promieniowania gamma i rentgenowskiego. Zwraca uwagę duży ciężar urządzenia (9,7 kg, do tego 1,8 kg sonda). Produkcja KBAE PW:
4. Monitor sieciowy z licznikiem G-M typ 1/56 z zewnętrzną sondą pomiarową, przewidziano sondę dla promieniowania X oraz "i" (błąd w tekście, pewnie chodziło o promieniowanie beta). Przyrząd waży 5 kg, a sondy odpowiednio 1,5 i 3 kg. Produkcja KBAE PW:
5. Bateryjny monitor z komorą jonizacyjną typ 31/56 do pomiaru małych mocy dawki promieniowania beta i gamma o zakresie do 100 mR/h. Przyrząd składa się z pistoletowego miernika z komorą oraz zasobnika baterii podłączonego za pomocą przewodu. Całość waży 3 kg, produkcja KBAE PW:
6. Dawkomierz typ 4/54 przeznaczony do diagnostyki rentgenowskiej, wyposażony w jonizacyjną komorę naparstkową, umożliwia zarówno pomiar mocy dawki (do 100 R/min, czyli 6000 R/h), jak i dawki (do 250 R). Produkcja KBAE PW:
7. Elektrometr z komorami kieszonkowymi typ 12/56, czyli po prostu pulpit kontrolno-załadowczy do dozymetrów indywidualnych, odpowiednik radzieckiego DP-21. Dozymetry mają zakres do 150 mR i są wyskalowane dla promieniowania radu. Produkcja KBAE PW:
8. Dawkomierz dla promieni gamma i X - brak oznaczenia typu. Urządzenie jest pulpitem kontrolno-załadowczym o mniej rozbudowanej konstrukcji niż poprzedni przyrząd - służy do ładowania oraz odczytu dozymetrów indywidualnych. Produkcja - Katedra Fizyki Ogólnej AGH w Krakowie:
9. Przelicznik całkujący z licznikiem G-M - brak oznaczenia typu. Przeznaczony do zliczania impulsów z tuby G-M w zakresie 5-20000 cpm (0,083-333,3 cps). Katalog podaje zakres raz w cpm, raz w cps, ale wynik w cpm wydaje się bliższy prawdzie, zresztą wtedy jeszcze nie stosowano cps. Napięcie zasilania tuby regulowane bezstopniowo 400-2000 V, stabilizowane. Produkcja Katedra Elektroniki i Automatyki Przemysłowej Politechniki Poznańskiej:
10. Przelicznik 1:64 do liczników G-M - brak oznaczenia modelu. Zawierał zasilacz wysokiego napięcia, wtórnik katodowy i właściwy przelicznik o wartościach 1:2, 1:4, 1:8, 1:16, 1:32 i 1:64. Ciężar 17 kg. Produkcja - Katedra Fizyki Ogólnej AGH w Krakowie:
Prezentowane urządzenia przedstawiłem jako ważne przykłady polskiej myśli technicznej z początków przemysłu jądrowego w kraju, kiedy aparaturę trzeba było albo sprowadzać z ZSRR, albo produkować w przyuczelnianych warsztatach. Własna produkcja ruszyła dopiero z końcem lat 50. w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Tele- i Radiotechnicznego w Bydgoszczy, który później zostanie przekształcony w Zjednoczone Zakłady Urządzeń Jądrowych "Polon", istniejące do dziś.
***
Jeżeli ktoś miałby do czynienia z egzemplarzami tych przyrządów albo miał dodatkowe informacje co do ich przeznaczenia i specyfikacji, proszę o kontakt przez formularz bloga.
Wreszcie zdecydowałem się na zakup tego sygnalizatora. Długo odwlekałem nabycie z racji dużej podaży na rynku przy jednoczesnym niewielkim zastosowaniu praktycznym tego przyrządu. Tym niemniej, widząc, że szukacie o nim informacji w sieci, postanowiłem go w końcu opisać. W dodatku trafiła mi się korzystna oferta, jeżeli chodzi o stosunek jakości do ceny. Zaczynamy!
RS-70 jest progowym sygnalizatorem promieniowania, informującym za pomocą dźwięku i światła o przekroczeniu jednego z zaprogramowanych przez producenta progów. Wprowadzono go do produkcji na początku lat 70. Nie wspomina o nim Podręcznik dowódcy drużyny, oddany do składu w lipcu 1970 r., ale na rynku są egzemplarze wyprodukowane dwa lata później. Produkowano go do końca lat 80., a w zapasach Obrony Cywilnej przetrwał do czasów obecnych. Trafiają się egzemplarze ze świadectwami kalibracji z 2002 r., ważnymi do 2007 r.!
Ceny wahają się od 30 aż do 200 zł (!) z dominantą 50 zł, w zależności od skompletowania i stanu wizualnego. W dniu zakupu na Olx.pl znajdowało się aż 14 szt. z lat 1972-1989, a na Allegro dalsze 4, z czego część to pewnie te same, co na Olx. Sprzedawany sprzęt jest w większości w stanie magazynowym, w oryginalnym opakowaniu i z akcesoriami.
W komplecie, oprócz styropianowego pudełka, znajduje się jeszcze pas nośny (skórzany lub nylonowy), wtyki "banan" do podłączenia zewnętrznego zasilania oraz zapasowe uszczelki i żarówka. Uszczelki są 3 - jedna pod osłonę żarówki oraz dwie do zakrętki komory baterii (mniejsza i większa). Swoją drogą, skoro zakrętki są dwie, to powinni dać dwa komplety tych uszczelek:
Przyrząd wykorzystuję pojedynczy szklany licznik GM typu DOB-50 w osłonie ołowianej. Zasilanie odbywa się z 4 baterii 1,5 V R-20 lub zewnętrznego źródła napięcia stałego 4,5-7 V (nominalnie 6 V) podpiętego za pomocą "bananków". Napięcie 4 baterii R-20 powinno wynosić między 3,6 a 6,5 V, czyli może spaść nawet do 0,9 V na pojedynczej baterii. Deklarowany pobór prądu nie powinien przekraczać 17 mA. Czas pracy na najniższym zakresie bez sygnalizacji min. 200 h (średnio 300 h), z ciągłą sygnalizacją odpowiednio 50 i 80 h. Przy magazynowaniu należy przyrząd co pół roku włączać na pół godziny w trybie kontroli celem zregenerowania kondensatorów elektrolitycznych. Należy o tym pamiętać, zwłaszcza że często kupujemy używany sprzęt, który nie wiadomo jak długo leżał. Swojego egzemplarza nie rozkręcałem z racji świetnego stanu wizualnego i zachowanych plomb, ale jak kogoś interesuje, "co lalka ma w środku", polecam ten filmik:
Wyłączony sygnalizator bez opakowania powinien, wg producenta, wytrzymywać wibracje o przyspieszeniu 4 g (20-80 Hz), udary do 15 g i upadek z wysokości 0,7 m (nie napisali tylko, na jakie podłoże, raczej nie na beton). W opakowaniu powinien wytrzymać nawet udary do 120 g. Obudowa jest pyłoszczelna i odporna na deszcz o umiarkowanym natężeniu. W razie zanieczyszczenia piaskiem czy pyłem można ją spłukać strumieniem wody.
Najniższy próg pomiarowy to 0,5 R/h, następne to 5 R/h i 30 R/h. Skupmy się na chwilę na najniższym progu. Jego wartość - 0,5 R/h - w przeliczeniu wynosi:
500 mR/h
5000 µSv/h
5 mSv/h
0,005 Sv/h
Tak wysokiej mocy dawki nie spotkamy ani w naturalnym otoczeniu, ani nawet w reaktorze w Świerku - wg personelu moc dawki na hali wynosi 100 µSv/h (10 mR/h). Zegary lotnicze mają najwyżej 5-7 mR/h, kompasy Adrianowa do 1,5 mR/h, źródło radonowe przy obudowie 6-7 mR/h, źródło od czujnika oblodzenia 50 mR/h (i to promieniowania beta), odsłonięte źródło od PIMP-3 do 100 mR/h, jeśli wierzyć użytkownikom. Nawet słynny chwytak w Strefie ma na zewnątrz 30 mR/h, a wewnątrz 50, czyli 10x mniej. Z tego co czytałem na forum Elektroda, to nawet dentystyczna lampa rentgenowska nie robi wrażenia na RS-70, ale nie róbcie tego w domu! Dopuszczalna przeciążalność sygnalizatora RS-70 wynosi aż 1000 R/h, choć przy takiej mocy dawki mamy tylko kilka minut na znalezienie ukrycia o odpowiedniej krotności osłabienia, a i tak nie unikniemy choroby popromiennej.
Wróćmy do samego przyrządu. Skrócona instrukcja użytkowania wytłoczona jest na tylnej ściance przyrządu, oprócz tego do zestawu dołączona jest książeczka z opisem technicznym i zasadami eksploatacji. Sygnalizator włączamy, przestawiając pokrętło progów na pozycję K. W tym położeniu powinna zadziałać sygnalizacja dźwiękowa i świetlna oraz powinna migać mała neonówka oznaczona N. Jeśli brak dźwięku - słaba bateria. Żarówka się nie świeci - przepalona. Nie świeci żarówka, neonówka i brak dźwięku - źle włożone baterie lub uszkodzony przyrząd. Brak światła neonówki lub ciągły dźwięk - uszkodzenie. Poniżej sprzęt podczas kontroli działania - neonówka i czerwona lampka zapalają się naprzemiennie, jednak z racji długiego czasu ekspozycji widzimy obie podczas świecenia:
Jeśli przyrząd w trybie kontroli działa poprawnie, to należy włączyć pierwszy podzakres. Jeżeli uzyskamy sygnał, przełączamy na wyższy. Gdy wtedy sygnał milknie, moc dawki nieznacznie przekracza wcześniejszy zakres. Zakresy są opisane jako "bezpieczny" (do 0,5 R/h), "zagrożenie - ukryć się" (do 5 R/h), "zagrożenie silne" (do 30 R/h), "zagrożenie niebezpieczne" (powyżej 30 R/h).
Sygnalizacja przekroczenia progu odbywa się za pomocą migającej czerwonej lampki albo sygnału dźwiękowego. Dźwięk jest koszmarnie głośny i mógłby obudzić umarłego, na szczęście można go wyłączyć, pozostawiając jedynie sygnalizację wizualną. Częstotliwość sygnałów dźwiękowych lub świetlnych informuje nas o stopniu przekroczenia progu. Czyli jeśli włączamy zakres I, a sygnalizator wydaje ok. 10 sygnałów na minutę, to próg 0,5 R/h został przekroczony nieznacznie, zaś jeśli sygnałów jest ok. 19 na minutę, to przekroczenie jest dwukrotne (ok. 1 R/h). W każdym wypadku należy przełączyć przyrząd na wyższy zakres, by upewnić się, że poziom promieniowania nie przekracza następnego zakresu. Przybliżone wartości mocy dawki przy poszczególnych częstotliwościach sygnałów podaje ta tabelka z instrukcji (podziękowania dla Blog Strefa [LINK] za udostępnienie materiałów):
Jak widać, faktyczny zakres pomiarowy jest 3x szerszy niż nominalny, przynajmniej jeżeli chodzi o górny zakres. Przy 22 sygnałach na minutę moc dawki w otoczeniu miernika jest nie mniejsza niż 90 R/h. W takich warunkach otrzymamy dawkę śmiertelną LD50/30 w ciągu 4,5 godziny. Instrukcja zaleca ukrycie się, jednocześnie przyjmując, że zagrożenie przy 0,5 R/h nie jest poważne. Oczywiście, pamiętajmy, że standardy wojny jądrowej były mniej rygorystyczne nawet niż dawki awaryjne w czasie pokoju. Sygnalizator RS-70 miał na celu oszacowanie mocy dawki promieniowania gamma, a przez to obliczenie okresu, po którym będzie można opuścić ukrycie, jak również dopuszczalnego czasu przebywania poza ukryciem.
Wskazania sygnalizatora były też podstawą do ogłoszenia oraz odwołania alarmu o skażeniach przez obserwatorów Obrony Cywilnej. W czasie trwania alarmu sygnalizator był włączany okresowo, aby sprawdzić, czy ustał opad radioaktywny. Jeżeli wskazania rosły, opad trwał, jeśli stopniowo zmniejszały się, opad już osiadł na ziemi. Pamiętajmy, że moc dawki po wybuchu jądrowym spada dość szybko, nawet jeśli początkowo była bardzo duża, gdyż większość produktów rozpadu jest krótkożyciowa:
Wracając do sygnalizatora, konstrukcja urządzenia jest dość prosta, choć spece z Elektrody uznali ją za "paskudną", pewnie przez wzgląd na kadmowane elementy mechaniczne. Tą technologię stosowano kiedyś dla zabezpieczenia przed korozją, szczególnie w warunkach kontaktu z wodą morską, jednak przez toksyczność kadmu została wycofana. Na poniższym zdjęciu (źródło) widać z prawej osłonę tuby G-M, a z lewej u góry potencjometry kalibrujące każdy z zakresów.
Sama tuba w osłonie wygląda tak (źródło j.w.), i gdy ja zdejmiemy, czułość znacznie podskoczy:
Przy głośniku znajduje się wkręt, dostępny za pośrednictwem otworu w obudowie, którym można regulować głośność alarmu. Dokręcając zwiększamy głośność, wykręcając zmniejszamy. Warto zmniejszyć głośność, aby nie ogłuchnąć i nie drażnić sąsiadów, alarm ma prawie 94 dB !
Tak duże natężenie hałasu jest porównywalne z motocyklem bez tłumika, młotem pneumatycznym albo pociągiem na moście kratownicowym, dlatego też polecam ochronniki słuchu przy pracach z tym przyrządem.
***
Sprzęt występuje w instruktażowym filmie "W pogodny dzień" z 1976 r., gdzie ostrzega pracującą w polu rodzinę o zagrożeniu radiacyjnym.
Omawiają go też podręczniki przysposobienia obronnego i obrony cywilnej, jak choćby ten (S. Fidyk et al., Przysposobienie obronne - obrona cywilna dla szkoły średniej, WSiP 1991):
Spotykałem się z modyfikacjami RS-70, polegającymi na odsłonięciu tuby oraz wykonaniu otworu w obudowie, ale mam mieszane uczucia wobec takich praktyk. Po pierwsze, kwestia kalibracji - czułość przyrządu znacznie wzrośnie, ale należałoby wszystkie progi wzorcować od nowa za pomocą specjalnego źródła, które posiadają tylko instytucje. Po drugie, zastosowanie - nie będzie to nadal czuły dozymetr do codziennych pomiarów jak Polaron, czułość będzie ograniczona licznikiem DOB-50. Po trzecie, to jednak zabytek. Może powszechnie występujący, ale jednak zabytek, szczególnie starsze roczniki. Nie ma sensu go kaleczyć, by tworzyć coś, co i tak będzie miało ograniczoną użyteczność. Foto z forum Elektroda (link):
Podsumowując, sygnalizator RS-70 może mieć następujące zastosowanie:
eksponat w muzeach wojskowości, obrony cywilnej lub wzornictwa przemysłowego
dekoracja awangardowych wnętrz
syrena alarmowa :)
zabezpieczenie na wypadek apo / W / SHTF
W tym ostatnim celu jednak lepiej sprawdzi się jego następca, czyli rentgenometr sygnalizacyjny KOS-1. Ma on dużo szerszy zakres indykacji (0,001-900 mGy) , który w dodatku jest podzielony na liczne podzakresy, co pozwala dość dokładnie oszacować bieżącą moc dawki gamma. Zakres RS-70, wynoszący 0,5-30 R/h (5-30 mGy), jest zaledwie wąskim wycinkiem zakresu KOS-1. Sam przyrząd jest też znacznie lżejszy (0,42 kg) od ważącego aż 1,5 kg RS-70.
DP-5W był jednym z ostatnich rentgenoradiometrów serii DP-5.
Od poprzedników różni się przede wszystkim zupełnie nową obudową z zielonego plastiku zamiast
brązowej fibry i tranzystorową konstrukcją niewymagającą regulacji przed każdym
użyciem. Aby uruchomić przyrząd, po prostu przełączamy pokrętło zakresów w położenie oznaczone trójkątem - jeśli wskazówka znajdzie się na czarnym pasku na skali, oznacza to, że baterie mają wystarczające napięcie i możemy włączyć żądany zakres pomiarowy. Nie musimy kręcić pokrętłem "reżim" i nastawiać wskazówki na specjalny punkt na skali, który to punkt ona uparcie omija.
Moc dawki promieniowania kosmicznego rośnie wraz z wysokością nad poziomem morza. Mieszkańcy rejonów górskich otrzymują większe dawki niż mieszkańcy nizin. Samoloty pasażerskie latają na wysokości 9000-14000 m, gdzie moc dawki wynosi nieraz i 3-5 µSv/h. Jeszcze wyższe wysokości - i moce dawki - osiągają samoloty naddźwiękowe.
Uwaga - rysunek uwzględnia tylko promieniowanie kosmiczne, stąd tak niska moc dawki na poziomie morza. Źródło
Natężenie promieniowania kosmicznego waha się w zależności od aktywności Słońca [LINK], jak również od szerokości geograficznej - mniejsze jest w pobliżu równika, większe w okolicach biegunów. Z kolei pora dnia nie ma wpływu na natężenie promieniowania, czego dowiodły badania podczas zaćmienia Księżyca:
Narażenie na promieniowanie kosmiczne podczas lotu nie stanowi poważnego problemu nawet w przypadku kilkukrotnych przelotów w ciągu roku. Aby otrzymać taką dawkę, jaką otrzymujemy podczas roku od promieniowania naturalnego, należałoby lecieć z Poznania do Chicago 14 razy, albo z Poznania do Warszawy... 1265 razy. Zatem przeloty krótkodystansowe mają pomijalny wpływ, jeżeli chodzi o przyjętą dawkę promieniowania. Organizm dobrze znosi niewielkie dawki promieniowania, jeżeli tylko były podawane z przerwami, w czasie których może naprawić powstałe uszkodzenia, które przy mniejszych dawkach są nieznaczne czy wręcz na granicy wykrywalności. Nawet duże dawki, podawane z przerwami, nie są tak szkodliwe, jak podawane ciągle, czego dowiodły doświadczenia na zwierzętach. Bardziej narażony jest personel linii powietrznych z racji większej liczby godzin spędzanych w powietrzu w skali roku. Powoduje to konieczność kontroli dozymetrycznej pracowników, choć, jak pokazały badania, ekspozycja na promieniowanie kosmiczne nie przekłada się na zwiększone występowanie chorób nowotworowych. Więcej na ten temat TUTAJ
Dla porównania, na orbitalnej stacji kosmicznej moc dawki dochodzi do aż 200 µSv/h (20 mR/h), choć również podlega wahaniom. Wbrew pozorom silny
wiatr słoneczny zmniejsza moc dawki od promieniowania kosmicznego, gdyż odpycha
naładowane cząstki lecące w kierunku Ziemi. Zagrożenie skutkami późnymi od
skumulowanej dawki promieniowania jest istotnym problemem zdrowotnym u
astronautów. Przeprowadzano nawet badania na specjalnych fantomach
umieszczanych na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Widzimy tutaj czujniki w różnych punktach "ciała" fantomu - na głowie, piersi, pasie i w palcach dłoni.
Podobne badania przeprowadzali Rosjanie podczas projektu "Matrioszka" za pomocą dozymetrów Jaxa-Padles (kombinowany dozymetr śladowy i termoluminescencyjny - LINK]:
Przykładowy wynik pomiaru na fantomie - największa dawka to 0,21 mGy (210 µGy) na dobę, czyli 8,75 µGy/h, najmniejsza 0,14 mGy (140 µGy), czyli 5,84 µGy/h. Pomiar w grejach oznacza dawkę pochłoniętą bez uwzględnienia biologicznego działania promieniowania (należałoby przemnożyć przez odpowiedni współczynnik QF, jednak promieniowanie kosmiczne ma dość złożone widmo):
A jaką dawkę przyjęli pierwsi ludzie w kosmosie? Opierając się na publikacji "Kto, kiedy dlaczego" tom I (wyd. III popr. i uzup., Warszawa 1964, s. 458) mogę przytoczyć dane dla kosmonautów radzieckich:
Jurij Gagarin - 1 mR, czas lotu 108 minut, moc dawki 0,55 mR/h (~5,5 µSv/h)
Herman Titow - 10 mR, czas lotu 25 godzin i 18 minut, moc dawki 0,4 mR/h (~4 µSv/h), jego orbita była o 50 km niższa niż Gagarina
Andrijan Nikołajew - 30 mR, czas lotu 3 doby, 22 godziny i 22 minuty, moc dawki 0,31 mR/h (~3 µSv/h)
Pawieł Popowicz - 40 mR, czas lotu 2 doby, 22 godziny i 56 minut, moc dawki 0,56 mR/h (~ 5,6 µSv/h)
W powyższych obliczeniach przyjąłem dla uproszczenia, że moc dawki nie zmienia się wraz z fazą lotu, choć jak wiadomo, podczas startu i lądowania będzie odpowiednio niższa. Etap ten trwa jednak dość krótko w porównaniu z całym lotem orbitalnym, można więc go pominąć. Zaokrągliłem też czas lotu do pełnych godzin i przyjąłem uproszczony przelicznik z milirentgenów na mikrosiwerty (1 mR = 10 µSv). Ponieważ rentgen jest jednostką dawki ekspozycyjnej promieniowania gamma i rentgenowskiego, dlatego też podana dawka nie uwzględnia innych rodzajów emisji obecnych w promieniowaniu kosmicznym, np. protonów i neutronów.
Jako ciekawostkę przytoczę "dopuszczalną" dawkę podaną w cytowanym artykule rzędu 0,3 R na tydzień. Jest to 300 mR, czyli aż 3000 µSv (3 mSv). Taką dawkę otrzymujemy w Polsce przez rok od wszystkich źródeł (naturalnych i sztucznych). Osoby niezatrudnione przy promieniowaniu mogą otrzymać jedynie dodatkowy 1 mSv, zaś zatrudnione 20, wyjątkowo 50. Więcej na ten temat w notce o bezpiecznym poziomie promieniowania [LINK].
***
Wracając na wysokości przelotowe samolotów pasażerskich - z tego co wiem, raczej nie ma problemu z
wniesieniem dozymetru na pokład samolotu, zatem jeśli posiadacie odpowiedni
sprzęt, możecie sami zmierzyć moc dawki podczas lotu. Szczególnie przydatne są
liczniki logujące wynik pomiaru w ustalonych odstępach czasu, np. Radiatex
MRD-2 czy Gamma Scout. Wówczas możemy zarejestrować wzrost mocy dawki przy
wznoszeniu oraz spadek przy podchodzeniu do lądowania, a następnie zgrać wyniki na komputer i zrobić wykres. Poniżej kilka przykładów pomiarów podczas lotu, dokonywanych różnymi przyrządami dozymetrycznymi.
Stary dobry Pripyat (czarna wersja, czyli zakłady "Arsenal"), pomiar max 4,14 µSv/h:
Znowu Pripyat, tylko z zakładów "Polaron" (źródło - Vimeo) - 3,8 µSv/h:
Stary amerykański miernik Ludlum Survey Meter 19 series 8, na filmie porównano wskazania z wysokością lotu, aczkolwiek przyrząd ustawiony jest na najniższy zakres (do 0,25 µSv/h) i na nim pokazuje wartość maksymalną. Jednocześnie w pobliżu licznika widać radziecki wysokościomierz z farbą świecącą:
Terra-P - 4,40 µSv/h:, obok smartfon z aplikacją mierzącą prędkość:
Nowoczesny GQ-GMC-320 - 2,57 µSv/h
Biełła - jeden pomiar 1,78, drugi 2,27 µSv/h
Niezbyt udany RDX-DX1 - między 0,1 a 0,2 mR/h (1-2 µSv/h), niestety drobna skala na początku zakresu nie ułatwia odczytu:
Atom Simple do smartfonów (3,4 µSv/h w przeliczeniu z "dzikiej" jednostki, jaką są mikrorentgeny na godzinę - µR/h):
Porównanie promieniowania w Strefie wokół Czarnobyla i podczas lotu samolotem:
A tutaj reporter wracając z Japonii, gdzie robił materiał o elektrowniach jądrowych, zmierzył 3,5 µSv/h i się bardzo przestraszył. Komentarze niestety wyłączone.
Wyniki pomiarów logowane co 1 minutę na trasie Dublin-Kraków za pomocą dozymetru Radiatex MRD-2 przez Autora przyrządu. Wyraźnie widać wznoszenie przez ok. 12-13 minut do osiągnięcia wysokości przelotowej, następnie ustabilizowany wynik ok. 2,5 µSv/h i potem podchodzenie do lądowania:
Poniżej pomiar wykonany przez Michała (pozdrowienia!) za pomocą dozymetru Soeks podczas lotu nad północnym Bałtykiem. W czasie wznoszenia od poziomu morza do 6000 m wzrost mocy dawki jest nieznaczny - od tła 0,10 µSv/h do 1 µSv/h, dopiero od tej wysokości do przelotowej (10.000 m) zaczyna się skok nawet do 4 µSv/h:
I wreszcie pomiar Kolegi z forum Strefazero, dokonany za pomocą... DP-66! Przyrząd wzbudził zainteresowanie celników o tyle, że poprosili o sprawdzenie szczelności osłon w urządzeniu do prześwietlania bagażu. Osłony okazały się skuteczne, zaś wynik w czasie lotu na wysokości 11000 m przekroczył nieco najniższy zakres, czyli 0,5 mR/h,(5 µSv/h):
Jest to o tyle dobry znak, że jak widać, nawet duże wojskowe przyrządy, przy odrobinie dobrej woli pracowników lotniska, mogą być zabrane na pokład samolotu. Tym mniej problematyczne jest wnoszenie małych przyrządów rozmiarów Polarona czy Terry. Jak będę miał okazję do lotu, to spróbuję zabrać RK-67 lub RK-21.
***
Jeżeli dokonywaliście pomiarów podczas lotu i macie to udokumentowane, dajcie znać! Piszcie również, jeśli mieliście problemy z wnoszeniem sprzętu dozymetrycznego na pokład samolotu.
O tym przyrządzie do niedawna wiedziałem jedynie, że jest i mniej więcej, jak wygląda, opierając się na rysunku z instrukcji obsługi. Tymczasem na rosyjskim forum RHBZ, w dziale "aparatura dozymetryczna produkcji polskiej", natrafiłem na egzemplarz tego sygnalizatora! ALDO-2 znajdował się obok RUST-3, RK-67, RKP-1-2, D-08, DP-66 i DP-75, czyli przyrządów bardzo pospolitych, produkowanych w setkach i tysiącach egzemplarzy. Oto i on - wyprodukowany w 1976 r.:
Atest otrzymał w 1971 r. i produkcję rozpoczęto w rok później, wyprodukowano zaledwie 100 egzemplarzy. Przyrząd miał informować dźwiękiem o przekroczeniu przyjętej dawki 30, 100, 500 lub 3000 mR, w zależności od wykonania. Na zdjęciu widzimy wykonanie 100 mR. Urządzenie jest bardzo proste, po włożeniu baterii 9 V należy wcisnąć przycisk testujący - jeśli usłyszymy sygnał dźwiękowy, zamykamy przedział baterii i wkładamy sygnalizator do kieszeni. Przedział baterii można plombować. Poniżej widzimy przedział baterii zamykany zasuwką ze śrubką (z lewej), przycisk testujący (pośrodku) i głośnik ze zdjętą osłoną (z prawej):
Konstrukcja wykorzystuje komorę jonizacyjną sprzęgniętą z kondensatorem, który jest rozładowywany przez prąd jonizacyjny komory. Pojemność kondensatora zależy od przewidzianego przez producenta progu pomiarowego:
Sama komora wygląda tak - wykorzystuje ścianki obudowy jako drugą elektrodę:
Płytka drukowana wybudowana z przyrządu. Niestety na forum nie udostępniono większej liczby zdjęć:
Sygnalizator nie ma włącznika, po włożeniu baterii jest cały czas włączony. Zmieniono to w jego ulepszonej wersji ALDO-3 z 1974 r., którego wyprodukowano 200 egzemplarzy.
Poniżej opis z publikacji: Zbiór wykładów - seminarium na temat zastosowania wyrobów techniki jądrowej - cz. 4 - dozymetria, radiometria; Warszawa 13-14.05.1974
Ostatnio sygnalizatory te "wysypały się" na Allegro (luty 2019 r.) - trwa wyprzedaż zapasów magazynowych, zapraszam do sklepu DW_Radio [LINK].
Nowsza wersja ALDO-3 wprowadzona została w 1974 r. i miała wg producenta wzmocnioną konstrukcję i bardziej niezawodne działanie progu sygnalizacji, a także, uwaga, uwaga - wyłącznik zasilania :)
Zastosowanie w codziennej praktyce tego sygnalizatora jest praktycznie zerowe. Aby uruchomić sygnalizacje w wykonaniu 30 mR, należałoby przebywać 6 godzin w bezpośrednim sąsiedztwie skali od DP-63A lub wariometru lotniczego z farbą radową (moc dawki 5 mR/h). Dla wykonania 100 mR czas ten wydłuża się do 20 godzin, przy 500 mR jest to już 100 godzin, a przy 3000 mR aż 600! Tym niemniej, jest to ciekawy, rzadki eksponat kolekcjonerski i ważne świadectwo rozwoju polskiej myśli technicznej w dziedzinie dozymetrii i ochrony radiologicznej.
***
Poniżej kolejny, bardzo ładnie zachowany egzemplarz z 1975 r., zdjęcia dzięki uprzejmości DW_RADIO
Ten wazon jest jednym z największych i najbrzydszych artefaktów, na jakie trafiłem. Kształt i faktura jednoznacznie sugeruje ręczne lepienie z gliny. Wysokość wynosi aż 24,5 cm, dno ma średnicę ok. 13 cm, a otwór 8-9 cm (jest nieregularny). Polewa ciemnożółta, miejscami brązowa, w środku butelkowo zielona. Aktywność żółtej polewy rzędu 250 cps, zatem nie jest rekordowa, jak w przypadku belgijskiej popielniczki. Zielona w ogóle nie wykazuje podwyższonej aktywności.
Wazon początkowo nie zwrócił mojej uwagi, ale jak mierzyłem popielniczkę, mającą z zewnątrz czarną polewę, a w środku czerwoną, to coś mi się nie zgadzało. Odszedłem parę kroków, popielniczka "straciła" aktywność, zatem dozymetr musiał reagować na coś innego. Po chwili zlokalizowałem źródło, co nie było szczególnie trudne - Polaron z otwartą klapką wskazał 12 µSv. Dla porównania, z zamkniętą klapką zaledwie 0.15, czyli w granicach tła naturalnego. Przenikliwość promieniowania z glazury uranowej jest bardzo niewielka, zatem nie stwarza ona zagrożenia dla zdrowia. Co innego sam wyrób takiej ceramiki, jeżeli była mieszana i lepiona ręcznie, mogło dojść do skażenia rąk i dróg oddechowych, choć na szczęście naturalny uran ma niską radiotoksyczność.
Wazon sygnowany jest "Juul" ale to bardzo popularne duńskie nazwisko, tak więc znamy jedynie kraj pochodzenia. Jeżeli ktoś miałby informacje na ten temat, proszę o kontakt.