15 marca, 2020

Ekotester żywności Soeks Ecovisor F4

Dzięki uprzejmości firmy SR Tech, krajowego dystrybutora wyrobów znanej rosyjskiej firmy Soeks, mam możliwość przetestowania tego oto bardzo ciekawego wielofunkcyjnego miernika. Nie jest to jedynie dozymetr, a raczej multimetr, przez producenta nazwany pribor ekologiczeskogo kontrolja (ecological control device, w skrócie ekotester). Soeks Ecovisor F4 łączy w sobie następujące funkcje:
  • dozymetr promieniowania beta-gamma
  • tester zawartości azotanów w produktach żywnościowych
  • tester twardości wody
  • miernik pola elektromagnetycznego.


Urządzenie jest rozmiarów smartfona, tylko nieco grubsze, wykonane z solidnego plastiku z gumowymi nakładkami po bokach zapewniającymi pewny chwyt. 


Sprzęt waży zaledwie 100 g, a obsługiwany jest za pomocą przycisków i kolorowego ekranu dotykowego. W menu głównym wybieramy tryb pracy, przy czym niezależnie od wybranego trybu, funkcja dozymetru działa cały czas w tle i wyświetla wynik w prawym dolnym rogu ekranu, obok małego symbolu promieniowania. 

Poszczególne tryby mają różne opcje i dodatkowe funkcje, które omówię osobno. Zasilanie odbywa się za pomocą 2 baterii AAA lub akumulatorków. Deklarowany czas pracy na jednym komplecie to 24 godziny wliczając czas uśpienia. Ecovisor F4 jest dostarczany z akumulatorkami i może rozpocząć pracę już po wyjęciu z pudełka, trzeba tylko wyciągnąć listek folii, izolujący źródło zasilania. Akumulatorki można ładować przez port mini-USB:

Zastosowanie popularnego złącza pozwala na ładowanie każdą ładowarką do telefonu albo po podłączeniu do portu USB (prąd 300-500 mA). W razie potrzeby akumulatorki można zastąpić bateriami alkalicznymi, które mają większą pojemność, lecz są jednorazowe. Dla oszczędzania baterii w urządzeniu można zaprogramować czas, po jakim czasie wyłączy się wyświetlacz, a po jakim całe urządzenie. Ja ustawiłem wyświetlacz na najdłuższy możliwy czas, czyli 120 s, a przyrząd na 10 min, by móc obserwować miernik przy dłuższych pomiarach.
***
Omawianie sprzęt zacznę od najbardziej nas interesującej funkcji, czyli dozymetru. Wykorzystuje on pojedynczy licznik SBM-20, znany zarówno ze starszych mierników Pripyat' czy Sosna, jak również nowoczesnych wyrobów - Soeks 112 i 01M. Licznik jest osłonięty dziurkowaną kratką w plastikowej obudowie i mierzy łączną emisję beta i gamma, zgodnie z ostatnim trendem konstruowania dozymetrów*.

Pomiar odbywa się w µSv/h, µR/h lub cps, urządzenie oprócz mocy dawki zlicza również dawkę skumulowaną oraz czas pomiaru. Przekroczenie ustawionego progu włącza alarm, fabrycznie jest on ustawiony dość nisko - na 0,4 µSv/h. Przy pierwszym włączeniu przez 25-30 s miernik dokonuje kalibracji, po czym zaczyna się pomiar.

Wynik można zresetować w każdej chwili, klikając "reset" na ekranie dotykowym, wtedy procedura przygotowania pomiaru powtarza się - chyba że źródło promieniowania emituje powyżej ok. 0,5 µSv/h, wówczas  wynik jest od razu uaktualniany, tylko ekran na chwilę robi się biały. Nie tracimy więc czasu przy silniejszych źródłach - w moim wypadku była to większość szkła uranowego i praktycznie cała ceramika.
Zielony słupek z lewej strony wyświetlacza stopniowo rośnie przez 120 s w czasie pomiaru, sygnalizując zwiększający się stopień jego dokładności, analogicznie jak w starszym Soeksie 01M. Reakcja na wzrost mocy dawki jest bardzo natychmiastowa, zaś po odsunięciu źródła wynik wraca do poziomu tła w ciągu kilku-kilkunastu sekund. Powyżej 0,4 µSv/h na ekranie zamiast zielonego znaczka "ptaszka/fajki" pojawia się wykrzyknik, informując o podwyższonym poziomie promieniowania, zaś przy przekroczeniu 1,2 µSv/h ekran robi się czerwony z symbolem promieniowania.

Przy jeszcze wyższej mocy dawki pojawia się symbol trupiej czaszki. Pamiętajmy jednak, że ostrzeżenia te odnoszą się do pomiaru mocy dawki działającej na całe ciało, a zwykle mamy do czynienia ze źródłami punktowymi (szkło, ceramika, minerały), które działają jedynie na ręce. Jak wspominałem w poprzednich notkach, na ręce można przyjąć największe dawki, a poza tym emisja szkła uranowego czy ceramiki jest "miękka", ma mały zasięg i przenikliwość. Pamiętajmy o tym, zanim się przerazimy czerwonego ekranu. Instrukcja informuje, że przy mocy dawki 0,4 µSv/h możemy przebywać w danym miejscu przez godzinę, przy 0,8 zaś pół godziny, a przy 1,6 tylko 15 minut. I znowu, mowa o dawce na całe ciało i to od źródeł sztucznych, które mają większą energię promieniowania niż naturalne tło. Nad Morskim Okiem w Tatrach można zmierzyć 0,4 µSv/h, zaś w samolocie lecącym na dalszej trasie nawet i 4,5 µSv/h [LINK]. Są też rejony na świecie, gdzie promieniowanie tła jest znacznie wyższe niż najwyższe w Polsce, a ludzie mieszkają tam od lat bez negatywnych skutków zdrowotnych:
http://ecolo.org/documents/documents_in_english/ramsar-natural-radioactivity/ramsar.html

Wracając do naszego przyrządu, to jego czułość jest bardzo dobra dzięki zastosowaniu sprawdzonego od lat licznika GM typu SBM-20. Jego metalowa ścianka jest przepuszczalna dla promieniowania od większości izotopów, z którymi możemy się zetknąć w codziennym życiu. Zauważyć można jedynie niewielkie tłumienie promieniowania przez dziurkowaną tylną ściankę obudowy i dotyczy ono głównie słabszych źródeł. W ich przypadku wynik będzie nieco zaniżony w stosunku do dozymetrów Pripyat' i Sosna, które mają dwa całkowicie odsłonięte liczniki tego samego typu. Podobne zjawisko występowało w innych Soeksach z pojedynczym licznikiem. Przy silniejszych źródłach ta różnica znacznie się zmniejsza.

Natomiast w porównaniu z innymi dozymetrami wyposażonymi w jeden licznik osłonięty plastikową kratką (np. Soeks 112 i 01M) wynik jest zaskakująco zgodny:

Soeks Ecovisor F4 zmierzy przeważającą większość szkła uranowego i ceramiki, z jakimi możemy się zetknąć na targach staroci czy w antykwariatach. Pozwoli też zidentyfikować minerały uranu i toru jak również przedmioty z farbą świecącą starego typu. Pracę dozymetru z różnymi popularnymi źródłami przedstawia poniższy filmik:



Łączna dawka przyjęta przez przyrząd jest stale sumowana i można ją sprawdzić, klikając zielony przycisk "dawka" na ekranie. Czas pomiaru również jest sumowany, wyświetla się na dolnym pasku. Pasek ten ma również wskaźnik poziomu baterii i dodatkowy mały wyświetlacz mocy dawki, który jest widoczny w każdym trybie pracy przyrządu, także w menu głównym. Zmienia on kolor wraz z przedziałem, w którym mieści się bieżąca moc dawki - przy najwyższym jest czerwony:





Zatem, niezależnie od tego, co mierzymy naszym ekotesterem, mamy podgląd aktualnej mocy dawki promieniowania gamma i beta. W tle działa też też sygnalizacja dźwiękowa impulsów i przekroczenia progu, ale w razie potrzeby możemy ją wyłączyć. 
Kończąc testowanie części dozymetrycznej mogę stwierdzić, że jedynym mankamentem, podobnie ja w wypadku Soeksa 112, jest brak uszczelnień na okienku pomiarowym. Przez otwory do środka może się dostać brud i wilgoć, zatem jeśli dokonujemy pomiarów w terenie, lepiej włożyć miernik do woreczka strunowego.
W polskiej instrukcji nie znalazłem istotnych nieścisłości, które mogłyby mieć wpływ na eksploatację miernika przez typowego użytkownika. Pewne kwestie mogłyby być nieco zręczniej przetłumaczone czy ściślej określone. Przykładowo, jako miejsce występowania promieniowania neutronowego podano jedynie reaktor jądrowy, podczas gdy istotnym jego źródłem są też eksplozje nuklearne. Może i mało prawdopodobne, by wystąpiły obecnie, ale warto o tym wspomnieć dla porządku, choć przyrząd ten takiej emisji i tak nie zmierzy. Podstawowe jednostki dozymetryczne czy mechanizm działania radiacji na organizm człowieka przedstawiono w prosty, zrozumiały sposób.

***

Zerknijmy teraz na drugą opcję, jaką jest pomiar pola elektromagnetycznego (electromagnetic field - EMF). Mierzone jest jednocześnie natężenie pola elektrycznego - symbol wtyczki, jednostka wolt na metr (V/m) - i pola magnetycznego  - symbol magnesu, jednostka mikrotesla (µT). Do wyboru mamy pomiar ogólny w pomieszczeniu i na zewnątrz, pomiar emisji od sprzętu domowego i tryb "widok" (niezbyt fortunnie przetłumaczone "reviev"), czyli bez informowania o przekroczeniu dopuszczalnych wartości. Anteny umieszczone są w górnej i prawej powierzchni miernika:
Źródło - Ekologia.pl [LINK]
Używając tej funkcji możemy mierzyć natężenie EMF od linii napowietrznych, masztów telefonii komórkowej czy stacji transformatorowych, jak również od sprzętu RTV i AGD oraz domowej instalacji elektrycznej. Instrukcja zaleca, by pole elektryczne mierzyć, gdy światło w pomieszczeniu jest wyłączone, magnetyczne przy wyłączonym, zaś pole elektromagnetyczne od sieci domowej (prądu zmiennego 50 Hz) powinno być mierzone przy wyłączonych urządzeniach i włączonym świetle. Nie jest to zbyt jasne dla przeciętnego użytkownika, ale zapis brzmi tak samo w wersji angielskiej i polskiej.

Tak czy inaczej możemy zobaczyć, gdzie przy urządzeniach następuje największe natężenie EMF, a także - kiedy. W przypadku telefonów komórkowych będą to momenty synchronizacji danych przez GPRS, LTE czy Bluetooth - sprawdźcie sami, wysyłając SMS, dzwoniąc lub korzystając z internetu.  W radiotelefonach skok EMF nastąpi, gdy wciśniemy przycisk nadawania, w słuchawkach - gdy podepniemy je do sprzętu audio, który nie musi nic odtwarzać w danym momencie. Mniejsze natężenia EMF występują praktycznie wszędzie, gdzie przepływa prąd elektryczny albo występuje zmienne pole magnetyczne. Właśnie - zmienne, czyli jeśli przyłożymy Ecovisor F4 do magnesu, wskazanie pojawi się jedynie podczas zbliżania i oddalania, gdy układ zostawimy w spokoju, wynik spadnie do poziomu tła. Poruszając magnesem blisko obudowy możemy generować EMF, co może mieć zastosowanie np. do nauczania fizyki w szkołach lub ciekawych pokazów popularnonaukowych **

Dokonując pomiarów EMF możemy się naocznie przekonać, że pole elektromagnetyczne i promieniowanie jonizujące to dwa osobne zjawiska, różniące się sposobem powstawania, właściwościami i metodą pomiaru. Przydaje się tutaj stale działający w tle pomiar promieniowania jonizującego, którego wynik wyświetlany jest w prawym dolnym rogu. Mierząc zatem natężenie pola elektromagnetycznego widzimy, jak rosną wartości w mikroteslach i woltach na metr, a moc dawki w mirkosiwertach na godzinę się nie zmienia, albo odwrotnie, pole elektromagnetyczne jest niewielkie, a promieniowanie jonizujące wzrasta. Powinno to przekonać ostatnich niedowiarków, wierzących w radioaktywność mikrofal. Oczywiście pomiar tym przyrządem ma jedynie charakter orientacyjny, gdyż nie jest to jego główna funkcja, a raczej dodatkowa, ale pozwala uzyskać wstępny wynik i zadecydować, co dalej. 
Niestety, jak już wspomniałem, rozdział dotyczący pomiaru EMF został w instrukcji przetłumaczony w sposób niezbyt przystępny, choć dowiemy się z niego, że podwyższone EMF szkodliwie działa na funkcjonowanie mózgu, układu rozrodczego i immunologicznego. Umieszczono również informacje o odległościach, z jakich należy mierzyć natężenie EMF w pomieszczeniach, na zewnątrz i od sprzętu domowego.
***
Dwie kolejne funkcje są ze sobą powiązane i choć nie należą do tematyki bloga, poświęcę im jednak uwagę. Ecovisor F4 mierzy stopień "twardości" wody, czyli ilość rozpuszczonych substancji mineralnych (TDS), jak również zawartość azotanów w produktach żywnościowych. Oba pomiary oparte są na zmianach oporu elektrycznego wody w zależności od stężenia substancji rozpuszczonych. Największy opór ma woda chemicznie czysta, np. destylowana. Wraz ze wzrostem liczby zanieczyszczeń opór spada, gdyż woda staje się elektrolitem - pojawiają się w niej jony przenoszące ładunek elektryczny. Stąd woda wodociągowa będzie miała mniejszy opór niż destylowana, a mineralna mniejszy niż wodociągowa. Stężenie substancji rozpuszczonych można mierzyć w różnych jednostkach, Ecovisor F4 mierzy w ppm (part per million - część na milion), które odpowiadają miligramom na litr. Inne jednostki przeliczamy następująco:

Aby dokonać testu twardości wody, trzeba zdjąć osłonę z sondy pomiarowej i uruchomić odpowiedni tryb w menu głównym. Urządzenie poinformuje nas o kalibracji, podczas której sonda nie powinna jeszcze być w wodzie. Gdy kalibracja się skończy, możemy zanurzyć przyrząd w szklance z wodą i wcisnąć przycisk na ekranie dotykowym. Woda powinna sięgać do końca czarnego plastiku sondy, ale nie wyżej, gdyż istnieje ryzyko dostania się wody do wnętrza przez kratkę nad licznikiem GM. Jeśli tak by się stało, trzeba szybko wyłączyć miernik, zdjąć tylną ściankę i dokładnie wysuszyć urządzenie. Pozostawienie zawilgoconego doprowadzi do zniszczenia obwodów elektronicznych!

Jeśli podczas pomiaru poziom wody będzie zbyt mały, spowoduje to około dwukrotne zaniżenie wyniku. Najlepiej obserwować metalowe styki na bokach sondy - jeśli obie ich pary są zanurzone, pomiar będzie prawidłowy. Testu czujnika dokonałem na wodzie z kranu wyposażonego w filtr działający na zasadzie odwróconej osmozy, badając wodę filtrowaną oraz surową. 

Jeśli wody w szklance było za mało i dotykała tylko dolnej pary kontaktów, wynik był mniej więcej dwa razy niższy, proporcje te potwierdzały się również przy badaniu wody z innych ujęć.

Jeśli jedna woda u Was okaże się "twarda", nie panikujcie. Dla zdrowego człowieka odżywiającego się w sposób zbilansowany nie ma to dużego znaczenia. Najwyżej herbata może mieć charakterystyczny nalot na powierzchni z wytrącających się garbników, a czajnik, żelazko czy ekspres do kawy będą szybciej pokrywać się kamieniem kotłowym. Również do mycia czy prania trzeba będzie zużyć więcej detergentów, gdyż w twardej wodzie następuje rozkład związków powierzchniowo czynnych. Jedynie niemowlęta, osoby starsze lub z problemami nerkowymi powinny unikać picia twardej wody. Z kolei woda miękka, z małą ilością minerałów, może wypłukiwać minerały z organizmu, ale tylko u osób o niezbilansowanej diecie [LINK]. Na marginesie stwierdzę, że ostatnio pojawiła się niejako "moda" na twardą wodę, mającą rzekomo dostarczać organizmowi minerałów i chronić przed chorobami serca [LINK]. Z drugiej strony instrukcja ostrzega przed twardą wodą twierdząc, że powyżej 500 ppm stwarza wręcz zagrożenie dla życia (!), choć niektóre wody mineralne mają stężenie i 1000 ppm. Niezależnie od tego, który pogląd wyznajemy, Soeks Ecovisor F4 pomoże bardzo szybko ustalić twardość wody z naszego ujęcia i zadecydować bądź o filtrze, bądź o mineralizatorze, stosownie do potrzeb.
***
I wreszcie, last but not least, miernik zawartości azotanów w produktach żywnościowych. Działa na tej samej zasadzie, co pomiar twardości wody, czyli mierzy opór elektryczny produktów, który jest zależny m.in. od stężenia azotanów (i ogólnie różnego rodzaju soli). Azotany stanowią jeden z głównych składników nawozów, zarówno naturalnych, jak i sztucznych, zatem są wchłaniane z gleby przez rośliny.  Choć same w sobie nie są szkodliwe, to w organizmie ulegają metabolizmowi do azotynów, które już są niebezpieczne dla zdrowia, powodując sinicę, niedokrwistość, problemy jelitowe i nowotwory [LINK]. Z kolei  azotyny stosuje się do peklowania mięsa i w tej postaci są najbardziej szkodliwe, gdyż w procesie trawienia przechodzą w rakotwórcze nitrozoaminy. Soeks Ecovisor F4 pozwala mierzyć zawartość azotanów w żywności i informuje, czy mieści się ona w normach. Dodatkową opcją jest tzw. norma dla dziecka, pozwalająca upewnić się, że dane stężenie nie zaszkodzi również mniej odpornemu organizmowi dzieci. Poniżej średnie i dopuszczalne stężenie azotanów w wybranych warzywach:
Źródło - LINK

Aby dokonać pomiaru stężenia azotanów wchodzimy w odpowiedni tryb z menu głównego i wybieramy interesujący nas produkt. Jest to konieczne, gdyż pozwala dobrać najlepszy algorytm przeliczający opór elektryczny na zawartość azotanów. Pamiętajmy, że opór zależy zarówno od ilości wody w produkcie, jak również od innych soli, również tych naturalnie występujących w warzywach i owocach. Gdy wybierzemy produkt, sonda jest kalibrowana przez miernik przed umieszczeniem jej w żywności, tak samo jak w wypadku pomiaru twardości wody. Następnie wbijamy ją głęboko w produkt i klikamy "pomiar" na ekranie.

Podczas testu sprawdziłem to, co akurat miałem w domu: jabłka, pomidory, dwie odmiany ziemniaków i cebulę. Niestety na liście zabrakło kiwi, choć są inne owoce cytrusowe (banany, pomarańcze).

Warto zrobić kilka pomiarów wbijając sondę w różne miejsca produktu. Kontakty na krawędziach sondy są zaostrzone, zatem łatwo wchodzą w większość warzyw, owoców czy mięs. W przypadku warzyw mających komory powietrzne, takich jak papryka, należy pilnować, by całe ostrze było zanurzone w miąższu, czyli wbijamy ostrze pod kątem do powierzchni.
Dodatkową opcją, którą możemy włączyć w menu ustawień, jest automatyczne uruchamianie trybu pomiaru azotanów po zdjęciu osłony sondy. Wystarczy wówczas po odsłonięciu sondy jedynie wybrać rodzaj produktu i mierzyć. Specjalna ikona na dolnym pasku informuje nas, czy sonda jest zakryta osłoną, jednak trzeba pamiętać o mocnym, choć z wyczuciem, dociśnięciem osłony, aby zaskoczył zatrzask. Osłony nie zakładamy na siłę - jeśli nie chce wejść, zdejmujemy i prowadzimy ostrze sondy po przedniej ściance (patrząc od siebie).

Pomiaru możemy dokonywać od razu po wyjęciu żywności z lodówki, gdyż Ecovisor F4 posiada czujnik temperatury, dokonujący odpowiedniej korekty wskazań. Temperatura mierzonego produktu wyświetla się na górnym szarym pasku, tak samo jak przy pomiarze twardości wody - poniżej pomiar mięsa trzymanego w lodówce:

Mamy więc tutaj gratisową opcje - termometr mierzący temperaturę otoczenia i produktów, choć lepiej go nie przegrzewać! Kompensacji temperatury nie mają tańsze, chińskie mierniki, przy których zalecane jest prowadzenie pomiarów w temperaturze ok. 18 st C, aby uniknąć przekłamań. Porównanie Soeksa z takim miernikiem można znaleźć tutaj:
Zaś szerszy test samej funkcji miernika azotanów przyrządu Ecovisor F4 poniżej:
Jeżeli interesuje Was tylko pomiar twardości wody i zawartości azotanów, firma Soeks oferuje znacznie tańszy przyrząd - Ecovisor F2, który ma tylko te dwie funkcje


I na koniec, podobnie jak przy pomiarze twardości wody, przydałoby się uszczelnienie miernika, który może być dotykany brudną lub mokrą ręką podczas pracy z żywnością. Zwłaszcza że sondę pomiarową warto opłukać, aby pozostałości poprzedniego produktu nie wpływały na następne pomiary, szczególnie przy owocach i warzywach mających "agresywne" soki.

***
Miernik dostarczany jest w kartonowym pudełku z ładowarką, instrukcjami obsługi (polska, angielska, rosyjska) oraz woreczkiem ze sztucznej tkaniny do przechowywania przyrządu.

Jeżeli chodzi o wyposażenie, zabrakło jedynie jakiegoś wyściełanego sztywnego futerału, chroniącego przyrząd przed upadkiem, zgnieceniem, zabrudzeniem czy porysowaniem. Woreczek z cienkiej tkaniny bardzo słabo chroni miernik, polecam trzymanie go w futerale od kompaktowego aparatu fotograficznego, telefonu itp.


O instrukcji obsługi wypowiadałem się przy omawianiu poszczególnych pomiarów, tutaj więc tylko zwrócę uwagę na wygodniejszą postać polskiej instrukcji względem oryginału. Jest ona książeczką, a nie składaną ulotką, którą niewygodnie się czyta i trudno potem złożyć:

Przyszedł wreszcie czas na werdykt. Niełatwo jest ocenić urządzenie o tak szerokich możliwościach, gdyż trudno przyjąć odpowiednie kryteria. Czy testować każdą z funkcji osobno w porównaniu do wyspecjalizowanych przyrządów - czyli dozymetru, miernika EMF, testera wody i detektora azotanów? Czy też skupić się na uniwersalności urządzenia, zawierającego w jednej obudowie wszystkie 4? Moim zdaniem obiektywne będzie spojrzenie jak na przyrząd uniwersalny, mogący być zawsze pod ręką i służyć do szybkich pomiarów różnych wartości. W tej roli Soeks Ecovisor F4 sprawdza się doskonale. Jest mały, lekki i prosty w obsłudze. Pół-żartem stwierdzę, że brakuje tylko detektora smogu, abyśmy mieli miernik gotowy na najpoważniejsze zagrożenia, z jakimi można się spotkać w codziennym życiu. Przyda się zarówno osobom, chcącym zadbać o bezpieczeństwo swojego zdrowia, jak również pasjonatom nauki i popularyzatorom do przeprowadzania badań otaczającego nas świata. Jedynym poważniejszym minusem jest wysoka cena (999 zł), ale równoważy ją jakość przyrządu, a także wsparcie techniczne i gwarancja polskiego dystrybutora, którego nie mam w przypadku wyrobów z Chin. Zresztą przyrząd można zakupić na raty, wówczas jego koszt wliczymy po prostu w codzienne  rachunki: 10 rat po 99 zł lub 20 po 49,95 zł, niewygórowana cena za możliwość kontroli tego, co trafia na nasze stoły i monitorowania innych parametrów środowiska. Jak zresztą widać na Allegro, Soeks Ecovisor F4 cieszy się zasłużonym powodzeniem:
Jeśli jesteście zainteresowani nabyciem tego testera, oto sklep dystrybutora [LINK]. Firmie SR Tech jeszcze raz składam podziękowania za udostępnienie sprzętu, zaś PT Czytelników zapraszam do dzielenia się uwagami z eksploatacji przyrządu.

-----------------------------
* łączny pomiar promieniowania beta i gamma w jednostkach równoważnika mocy dawki jest obecnie trendem powszechnym, o czym pisałem ostatnio na łamach Postępów Techniki Jądrowej [LINK]. 
** pamiętacie "Telewizję edukacyjną" z lat 90. ? Ten wartościowy program był praprzodkiem dzisiejszych popularyzatorskich kanałów na Youtube i był niezwykle atrakcyjny mimo braku takich przyrządów jak Ecovisor F4 - a co dopiero z jego użyciem!

11 marca, 2020

Katastrofa w elektrowni jądrowej Fukushima Dai-Ichi

Do 11 marca 2011 r. najpoważniejszą awarią w energetyce jądrowej była bez wątpienia katastrofa w Czarnobylu z 26 kwietnia 1986 r. Przyczyniła się do rozpadu ZSRR, spowodowała szeroką debatę na temat bezpieczeństwa jądrowego, stworzyła wiele ruchów ekologicznych i poważnie zastopowała rozwój przemysłu nuklearnego. Była to jednak awaria w obrębie zmilitaryzowanego obozu komunistycznego, skrytego za żelazną kurtyną, wywołana przez przestarzałą technologię i karygodne błędy w zarządzaniu, możliwe tylko w biurokratycznym, zideologizowanym systemie z paranoją tajności. Wydawało się, że w nowoczesnych krajach rozwiniętych, o wysokiej kulturze technologicznej, kapitalistycznej gospodarce i demokratycznym społeczeństwie informacyjnym, awaria o takim zasięgu nie może mieć miejsca. Oczywiście, i na Zachodzie zdarzały się wypadki, takie jak w Windscale (1957) czy Three Mile Island (1979), jednak ich skala była nieporównywalnie mniejsza i skażenie miało jedynie wymiar lokalny. Poza tym Zachód też uczestniczył w zimnowojennym wyścigu zbrojeń, co skutkowało wyciszaniem informacji o awariach i niejako usprawiedliwianiu ich koniecznością rozwoju arsenałów nuklearnych na wypadek konfrontacji z blokiem wschodnim. Jednak czasy się w końcu zmieniły: opadła "żelazna kurtyna" i nastąpiło odprężenie w stosunkach międzynarodowych. Technologia poszła naprzód, reaktory stawały się coraz bezpieczniejsze, np. wyłączają się w razie utraty chłodziwa, a nad wszystkim czuwają organizacje ekologiczne i wolne media. Tak mogłoby się wydawać - doszliśmy, jak postulował Fukuyama, do "końca historii", mając demokrację i kapitalizm, zatem trudno w tych warunkach o poważną awarię z międzynarodowymi skutkami.
Nagle 11 marca 2011 r. potężne tsunami, wywołane trzęsieniem ziemi u wybrzeży Honsiu, zaatakowało elektrownię Fukushima Nr 1. Pracujące reaktory (3 z 6 zainstalowanych) wyłączyły się automatycznie już wcześniej, gdy tylko zarejestrowano wstrząsy sejsmiczne. Jednak nawet wyłączony reaktor ma tzw. ciepło powyłączeniowe, które trzeba odprowadzać. Energię potrzebną do chłodzenia w takim przypadku czerpie się z trzech niezależnych źródeł: sieci zewnętrznych, generatorów spalinowych i akumulatorów, co stanowi przykład tzw. redundancji (nadmiarowości). Niestety w tym przypadku doszło do wyjątkowo niekorzystnego zbiegu okoliczności. Zewnętrzna sieć została przerwana przez tsunami, a dodatkowo jego fala zniszczyła zbiorniki paliwa dla generatorów. Obiekt co prawda był przygotowany na uderzenie fali tsunami, lecz nikt nie spodziewał się, że będzie miała ona wysokość 14 metrów. Dane historyczne, użyte podczas budowy muru oporowego osłaniającego elektrownię, wykazywały, że wysokość 6,1 m będzie wystarczająca. 
Widok z lotu ptaka w 1975 r. - źródło - Wikimedia Commons.

W skutek odcięcia sieci zewnętrznej i braku paliwa dla agregatów, jedynym źródłem zasilania pomp chłodzących były akumulatory, starczające na 8 godzin. Niestety pomimo wysiłków nie udało się podłączyć nowych źródeł zasilania przed upływem tego czasu i temperatura w rdzeniach reaktorów zaczęła niebezpiecznie rosnąć. Przyłączenie nowych akumulatorów było dodatkowo utrudnione przez zalanie instalacji elektrycznych. W efekcie doszło do wzrostu ciśnienia pary w reaktorze nr 1. Pomimo kontrolowanego uwolnienia nadmiaru pary do atmosfery 12 marca nastąpiła eksplozja wodoru, odsłonięcie rdzenia i jego stopienie.
http://sitn.hms.harvard.edu/flash/2011/nuclear-chemistry-lessons-from-the-fukushima-daiichi-disaster/

Następnie 14 marca eksplozji uległ również reaktor nr 3. Reaktor nr 2, choć wzrosła jego temperatura, udało się ochronić przed wybuchem. Moc dawki zaczęła gwałtownie rosnąć: z 5 µSv/h (11 marca) do 0,75 mSv/h (14 marca) przez 11,9 do 400 mSv/h (15 marca), by wkrótce spaść do 100 i 50 mSv/h.
Uszkodzone reaktory 16 marca - źródło - Wikimedia Commons

Reaktory schładzano wtłaczaniem wody morskiej oraz zrzucaniem wody z helikopterów i polewaniem z policyjnych armatek wodnych. Pojawiła się emisja neutronów, co mogło oznaczać reakcję łańcuchową w materiale jądrowym. Do prac ratowniczych zgłosiło się 300 ochotników, pracujących w zmianach po 50 osób, którymi często byli ludzie w wieku poprodukcyjnym, chcący oszczędzić młodym narażenia na promieniowanie. Wystąpił mechanizm podobny do tego z Czarnobyla, kiedy ludzie dobrowolnie zgłaszali się do niebezpiecznych prac, za wszelką cenę chcąc zapobiec poważniejszej awarii. Tych "50 ochotników" szybko nazwano samurajami lub kamikadze, chcąc podkreślić, że ich misja jest samobójcza - tu jeden z alarmistycznych artykułów, jakie pojawiały się wówczas w internecie
- http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,9362687,_Piecdziesiatka_z_Fukushimy__szykuje_sie_na_smierc.html,  
Już na początku awarii ewakuowano mieszkańców w promieniu 2 km od elektrowni (11 marca wieczorem),  a następnie promień ewakuacji rozszerzono do 20 km (12 marca), zalecając pozostanie w domach osobom zamieszkałym w promieniu 30 km i ustanawiając tam strefę zakazu lotów:

Zasięg stref ewakuacji i ograniczeń przebywania [źródło]


17 marca poziom promieniowania zaczął spadać. Kontynuowano prace nad schładzaniem reaktorów, z których nadal wydobywał się dym. Wodę o niewielkim stopniu skażenia wypuszczano do morza, by zrobić miejsce dla wody bardziej skażonej. O poziomie skażenia może świadczyć fakt, że w zalanym wodą tunelu technicznym przy reaktorze nr 2 zmierzono moc dawki 1 Sv/h, zaś 1 cm3 tej wody zawierał 2,9 GBq jodu-134, 13 MBq jodu-131 i 2,3 MBq cezu-134 i cezu-137 (więcej o jednostkach aktywności - LINK).
Zasięg stref o poszczególnych mocach dawki między  30 marca a 1 kwietnia - źródło - Wikimedia Commons

Stopniowo uruchamiano kolejne systemy uszkodzonych reaktorów, przywracając zasilanie i prowadząc prace naprawcze. Do budynków z reaktorami można było wejść dopiero 5 maja. Przy wielu pracach wykorzystywano roboty, gdyż między reaktorami 1 i 2 można było zmierzyć aż 2 Sv/h (1 sierpnia), zaś przy reaktorze nr 1 - aż 5 Sv/h (rekord). Przypomnijmy, że dawka śmiertelna LD50/30 wynosi ok. 4 Sv [LINK]. Łączna ilość radionuklidów uwolnionych do wody wyniosła między 3 a 30 PBq, do atmosfery zaś 10-30 PBq. Porównajmy to z Czarnobylem i licznymi testami nuklearnymi na świecie w latach 50. i 60. XX w.:


Nie będę tu streszczał punkt po punkcie szczegółowego przebiegu awarii i akcji likwidacyjnej, gdyż poświecono jej już sporo artykułów, w tym notkę na Wikipedii. Koniec końców dopiero 16 grudnia reaktory zostały schłodzone do poziomu, który pozwala uznać je za wyłączone. Na tym jednak się nie skończyło. 
Na skutek trzęsienia ziemi i następującej po nim katastrofy w elektrowni w Fukushimie Japonia wyłączyła wszystkie swoje 54 reaktory energetyczne i w całości przestawiła się na paliwa kopalne, powodując kryzys energetyczny, gospodarczy i ekologiczny. Państwo, które było inicjatorem protokołu z Kioto, zaczęło samo niweczyć jego postanowienia, emitując do atmosfery ogromne ilości CO2. Decyzję o odejściu od energetyki jądrowej podjęto również w Niemczech, do czego jeszcze wrócę. Dodatkowo pojawiły się oskarżenia o ukrywanie faktycznego poziomu promieniowania czy zaniżania pomiarów przez obkładanie detektorów ołowiem. Oczywiście natura nie znosi próżni, a w obecnym społeczeństwie informacyjnym niczego nie da się całkowicie ukryć. Firma Safecast zorganizowała niezależny monitoring promieniowania, sprzedając dozymetry wyposażone w GPS. Mapę pomiarów można zobaczyć TUTAJ, oprócz promieniowania rejestrowane jest też stężenie smogu i inne parametry środowiskowe. Poniżej screen wykonany 5 marca 2020 r.:
Brak rzetelnych danych i milczenie japońskich władz tylko pogłębiały panikę i sprzyjały powstawaniu różnego rodzaju teorii spiskowych, tak samo jak w 1986 r., tylko na znacznie większą skalę. Każdy post, obrazek czy filmik dotyczący tematu, niezależnie od tego, jaką bzdurę głosił, momentalnie wędrował w świat i docierał do milionów ludzi.
***
Katastrofa odbiła się szerokim echem również w Polsce. Ludzie zaczęli masowo wykupywać płyn Lugola, którego szybko zabrakło w aptekach. Rzucili się zatem na jodek potasu, jego główny składnik, kupując go m.in. na Allegro w różnorakich postaciach, nawet odważki analityczne, tzw. fiksanale*. Wzrosła też cena sprzętu dozymetrycznego, co szczególnie widać na przykładzie radiometrów Pripyat', które podrożały z ok. 200 zł na prawie 400 i więcej - i ta wartość utrzymywała się przez dłuższy czas, by jeszcze wzrosnąć rok temu pod wpływem serialu HBO "Czarnobyl". Oczywiście tak wielka awaria o światowym zasięgu musiała spowodować wysyp różnego rodzaju szurów (uwielbiam to słowo) i panikarskich komentarzy, w których pogłoski mieszały się z niedomówieniami i powielanymi, wyświechtanymi mitami. Jak wiadomo, Polak siedzący przed telewizorem czy komputerem zna się na wszystkim, od gospodarki, przez medycynę, politykę, na energetyce jądrowej kończąc. Wróciły więc mity Czarnobyla, nuklearnej zagłady, światowego spisku, depopulacji i "jedynego ratunku przed atomem" w odnawialnych źródłach energii. Rok później w miejscowości Gąski pojawiła się nawet kapliczka z napisem "Boże broń od atomu" (!):
https://polska-org.pl/7464537,foto.html?idEntity=7464536

Faktyczne skutki Fukushimy dla Polski były nieznaczne. Według Atlasu Radiologicznego Polski z 2011 r., który zdążył zarejestrować to zjawisko, masy skażonego powietrza przesuwały się nad Polską od marca do maja. Jednak główna chmura radioaktywna operowała nad naszym krajem niecałe 3 tygodnie, powodując niewielki i przemijający wzrost aktywności w przyziemnej warstwie powietrza, choć wpłynął on na średnią roczną [link]


Stężenie było na tyle niewielkie, że nie przełożyło się nawet na łączny pomiar promieniowania gamma w powietrzu, co sprawdzić można w raporcie Generalnego Inspektoratu Ochrony Środowiska [LINK].  Pomiary dla marca i kwietnia nie różnią się znacząco od tych z lutego:

Porównajmy to z sytuacją podczas awarii w Czarnobylu, która miała miejsce znacznie bliżej granic Polski i przy wyjątkowo niekorzystnym układzie wiatrów - rekord zmierzonej mocy dawki to 0,45 mR/h (4,5 µSv/h, a w jednostkach z powyższej tabeli - 4500 nSv/h), zaś skutki skażenia cezem-137, choć coraz słabsze, utrzymują się do dziś [LINK]. W tym samy raporcie GIOŚ możemy stwierdzić podniesienie się poziomu aktywności jodu-131, cezu-137, cezu-134 i strontu-90, które po 2-3 miesiącach całkowicie wróciło do normy. 

Niedługo po awarii, na przełomie marca i kwietnia rozpoczęto dodatkowe pomiary aerozoli atmosferycznych z zastosowaniem specjalnych filtrów i analizy spektrometrycznej, które powtórzono następnie w grudniu. Liczby mogą wydawać się duże, ale pamiętajmy, że wynik podany jest w mikrobekerelach na metr sześcienny (µBq/m3).  Zatem 2254 µBq/m3 oznacza 2,254 mB/m3, czyli 0,002254 Bq/m3 -  a pamiętajmy, że 1 Bq/m3 to jeden rozpad promieniotwórczy na sekundę w jednym metrze sześciennym powietrza. Czyli dopiero w 500 m3 powietrza będzie co sekundę zachodził pojedynczy rozpad radioaktywny jodu-131.

Miejmy to na uwadze, czytając podobne raporty. Człowiek zużywa do oddychania 30 m3 powietrza na godzinę, zatem musiałby oddychać prawie 17 godzin polskim powietrzem najbardziej skażonym przez fukuszimski jod-131, aby wchłonąć tą dodatkową, ale nadal nieistotną dla zdrowa ilość radionuklidu. Czas połowicznego rozpadu jodu-131 to 8 dni, zatem po tym okresie jego aktywność spadnie o połowę, a po 80 dniach przyjmuje się, że izotop w całości uległ rozpadowi. Możliwość wykrycia tak niewielkiego stężenia jodu i innych izotopów wynika z dużej czułości obecnie stosowanej aparatury pomiarowej. Zatem nawet jeżeli liczbowo stężenie wydaje się duże, pamiętajmy o użytych jednostkach i poziomie odniesienia. Skażenia nie rozkładają się też równomiernie na terenie kraju, duży wpływ ma nie tylko kierunek wiatru, ale też obfitość opadów na danym terenie. Przykładowo, aktywność sztucznych nuklidów alfa i beta była wyraźnie większa w 2011 r. na stacji w Mikołajkach: 

Stacje w Gorzowie, Lesku, Zakopanem i Świnoujściu nie zarejestrowały takiego skoku, który miałby wpływ na łączny roczny wynik pomiaru. Zerknijmy jeszcze na aktywność wody opadowej, aby przekonać się, że opad z Fukushimy nieraz bywa trudny do zidentyfikowania - we wspomnianych Mikołajkach deszcz w marcu i kwietniu nie wykazał zwiększonej aktywności w stosunku do innych miesięcy, raczej można stwierdzić, że tam generalnie padają dość aktywne deszcze. Wspomniana aktywność może pochodzić z bizmutu-214, który jest produktem rozpadu naturalnego radonu i opady wymywają go z atmosfery, szczególnie jeśli są intensywne po pewnym okresie suszy [LINK].
Jak widać powyżej, trudno mówić o wyraźnym trendzie wywołanym przez awarię w Japonii, a dane bywają niejednoznaczne. Zagrożenie dla zdrowia, wobec tak znikomego i krótkotrwałego wzrostu stężenia radionuklidów w powietrzu i wodach opadowych można uznać za pomijalne.
Więcej raportów GIOŚ można znaleźć TUTAJ, polecam te prace z racji szczegółowych danych przedstawionych w przejrzystej postaci. Sytuacja radiologiczna w Polsce jest na bieżąco monitorowana przez Państwową Agencję Atomistyki, wyniki można w każdej chwili sprawdzić TUTAJ. Jeżeli wolicie weryfikować państwowe dane, cały czas funkcjonuje sieć prywatnych detektorów promieniowania podłączonych do sieci Radioactive@home. Na mapie można wybrać sensor i sprawdzić zarówno bieżącą moc dawki, jak również jej wahania w ciągu ostatnich tygodni:
http://radioactiveathome.org/map/
W samej Japonii póki co nie ma czujników, ale są za to w Korei Południowej, na Ukrainie, jak również w Polsce. Mój detektor niestety zakończył żywot w zeszłym roku, po 5 latach pracy [*].

***
Awaria była wodą na młyn antyatomowego lobby, które podnosiło argument, że skoro katastrofa nastąpiła w kraju o tak wysokiej kulturze technicznej i tak zdyscyplinowanym** społeczeństwie, to może przydarzyć się wszędzie, bo winna jest technologia jako taka. Pod wpływem tych wydarzeń kanclerz Angela Merkel zadecydowała o odejściu Niemiec od energetyki jądrowej, choć zarzewie tej decyzji tliło się już wcześniej. Stopniowo wyłączane są kolejne bloki energetyczne, pomimo faktu, że ich resurs jeszcze nie upłynął i mogłyby nadal pracować, amortyzując koszty. Odejście od atomu, planowane ostatecznie na 2022 r., oznacza zwiększone spalanie paliw kopalnych, głównie gazu i węgla. Przeciwko tej decyzji ostatnio protestowali polscy naukowcy, mając na względzie podwyższoną emisję CO2 [LINK]. Na szczęście antyatomowy szał nie trwał długo i już w 2015 r. Japonia uruchomiła pierwszy z 46 reaktorów energetycznych [LINK], oddający do sieci 846 MW. Trudno się dziwić, skoro rezygnując z atomu Japonia musiała importować 85 tys. ton ciekłego gazu ziemnego (LNG) rocznie, płacąc astronomiczne sumy i powodując wzrost rachunków za prąd o 30%.
***
Niestety, czy się to nam podoba, czy nie, przy obecnym stanie techniki odnawialne źródła energii (OZE)  mogą pełnić jedynie funkcję pomocniczą i nie zastąpią energetyki jądrowej, szczególnie jeśli chodzi o dostarczanie dużych mocy. Jeden blok energetyczny z reaktorem o mocy 1000 MW odpowiada farmie wiatrowej 1000 wiatraków po 1 MW, a uwzględniając przerwy technologiczne i zmienną prędkość wiatru, nawet i 3000 takich wiatraków [LINK]. Do tego wymaga występowania wiatrów o odpowiednim natężeniu, generuje szkodliwe infradźwięki, stanowi zagrożenie dla ptaków i szpeci krajobraz, a budowa takiej farmy ma bardzo duży tzw. ślad węglowy. W końcu komponenty trzeba przewieźć, zamontować, a gotową farmę regularnie konserwować. Z kolei elektrownie słoneczne potrzebują silnego nasłonecznienia, którego w brak w pochmurnej zwykle Europie, a ich budowa zajmuje znaczną przestrzeń. Elektrownie wodne osiągają dużą moc jedynie na wielkich rzekach, w rodzaju Dniepru - słynna ukraińska Dnieproges generuje 1500 MW, dla porównania, elektrownia na Wiśle we Włocławku 150 MW. Moce innych polskich siłowni wodnych sprawdźcie sami, poniżej oszacowany potencjał energetyczny polskich rzek, cyt. za  - https://www.cire.pl/pliki/2/energetykawodna2.pdf.

Odnawialne źródła energii póki co mogą jedynie nieco odciążyć główny system energetyczny kraju, zapewniając ograniczone zróżnicowanie dostawców prądu. Przykładem mogą być panele słoneczne, zasilające obecnie np. stacje wypożyczania rowerów miejskich albo fotoradary. Fotoogniwa mogą również zasilać domy jednorodzinne, ale przydałyby się do tego bardziej przyjazne obywatelowi regulacje prawne [LINK]. Jednak duże moce, wymagane głównie przez przemysł (np. huty aluminium), póki co dostarczyć może jedynie atom, jeżeli mamy zrezygnować z węgla. Trwanie przy węglu wcale zresztą nie chroni przed promieniowaniem, gdyż spalanie węgla, oprócz CO2 emituje też skażenia promieniotwórcze w popiołach i dymie. Skąd one? Z węgla - każda tona węgla zawiera 0,5-1 kg uranu. A teraz obliczcie sami ilość wydzielonego uranu, jeśli jeden blok energetyczny o mocy 1000 MW przez rok pracy zużywa 3 mln ton węgla. Rozmiary hałd popiołów z ciepłowni Siekierki można zobaczyć przy ul. Włóki w Warszawie [LINK]



Wracając do samej Fukushimy, obudziła wszystkie możliwe antyatomowe demony, które jeszcze nie do końca zostały uśpione po Czarnobylu, a dodatkowo stworzyła nowe - poczucie, że atom jest nie do ujarzmnienia nawet przez najbardziej zaawansowaną technologię, gdyż czynnik katastrof naturalnych pokona wszelkie założenia naukowców. W tej kwestii Polska akurat jest wyjątkowo bezpiecznym krajem, gdzie trzęsienia ziemi zdarzają się rzadko i zawsze mają niewielką siłę (najwyżej 4-5 stopni w skali Richtera, czyli odczuwalne przez wszystkich, ale powodujące najwyżej bardzo niewielkie zniszczenia). Większe prawdopodobieństwo wstrząsów występuje na terenach górniczych, gdzie mogą pojawiać się tąpnięcia w kopalniach. Nie mamy jednak aktywnych wulkanów, Bałtyk jest spokojnym morzem, gdzie trudno o tsunami, a trąby powietrzne zdarzają się rzadko i nie mają takiej siły jak np. w USA. Jedyne, czego mógłbym się obawiać w kwestii polskiej energetyki jądrowej jest tzw. Polnische Wirtschaft, czyli ogólny bałagan, niechlujstwo, niegospodarność i brak planowania. Świetnym przykładem jest budowa elektrociepłowni Pruszków II, rozpoczęta w 1980 r. Najpierw wysiedlono ludność, zburzono domy, wybudowano większość elektrociepłowni wraz z 256-metrowym kominem, po czym... okazało się, że grunt jest podmokły, a tak w ogóle to sam zakład w tym miejscu nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Większość budynków rozebrano, ostał się tylko komin, służący za podporę do anten telefonii komórkowej i stacji radiowych oraz zalane wodą podziemia, raj dla płetwonurków [LINK].



Jeśli w ten sposób miałaby być budowana polska elektrownia atomowa, to lepiej zostańmy przy węglu. Zwłaszcza jak dojdzie cięcie kosztów, ustawiane przetargi i zlecanie wykonawstwa "firmie szwagra".
Przypomnijmy też, że już podczas budowy ostatecznie nieukończonej elektrowni jądrowej w Żarnowcu podnosiły się zaniepokojone głosy, że plac budowy wygląda "jak inne place budowy w Polsce" - czyli beznadziejnie. Była to jedyna słuszna obawa w kwestii żarnowieckiej siłowni - lęk przed partackim wykonaniem. Cała reszta argumentów była natury emocjonalnej i nienaukowej, o czym pisałem wcześniej [LINK].
***
Niestety nie śledziłem całej dyskusji dotyczącej Fukushimy i ogólnie planów rozwoju energetyki jądrowej w Polsce, gdyż zaprzątały mnie wówczas inne, dość poważne problemy. Katastrofa zresztą wydarzyła się prawie 3 lata przed powstaniem bloga, zatem nawet gdybym bardziej śledził całą aferę, to raczej nie nadałbym moim przemyśleniom formy pisemnej. Polemika ta trwa zresztą do tej pory, a nawet pobieżne jej streszczenie przekroczyłoby znacznie objętość przystępnej notki na blogu.

Po katastrofie oczywiście internet zaraz zalały stosowne memy. W przeciwieństwie do Czarnobyla Fukushima rozgrywała się praktycznie online, na oczach świata, stąd sytuacja była komentowana na bieżąco. Memy te w części są dość wtórne w stosunku do tych o Czarnobylu, które powielają typowe klisze o mutacjach popromiennych:

Ale pojawiły się zupełnie nowe, np. krytykujące wyciszanie informacji o katastrofie, prorokujące nuklearną zagładę świata, spiski "lobby atomowego", a także swoiste novum, czyli memy proatomowe,które punktują np. nieefektywność odnawialnych źródeł energii. Poniżej porównanie powierzchni paneli słonecznych, niezbędnych do zapewnienia podobnej mocy co elektrownia w Fukushimie, z terenami o podwyższonym poziomie promieniowania po awarii:

Memom dotyczącym Fukushimy poświęcę osobny post, by nie pompować nadmiernie niniejszej notki, która i tak jest dłuższa niż typowe wpisy na blogu. Skoro jednak już jesteśmy przy memach, to  katastrofa pokazała też, jak w obecnym, scyfryzowanym świecie łatwo robić ludziom wodę z mózgu i jak bezkrytycznie przyjmują wszelkie, nawet grubymi nićmi szyte "szokujące" rewelacje.  Wystarczy wrzucić zdjęcie na portal społecznościowy, opatrzyć odpowiednim podpisem i już mamy fake news. Przykładem mogą być te stokrotki (bądź też złocienie) "z Fukushimy", które uległy tzw. staśmieniu (fascjacji). Spośród badanych 40 % uwierzyło bezkrytycznie w związek tej anomalii z katastrofą, 20 % zaś uznało informację jedynie za nieco wątpliwą. Kwiaty pochodziły z miejsca odległego o 110 km od elektrowni, zdjęcie zrobiono 4 lata po awarii, zaś ten typ wady u stokrotek (i złocieni) pojawia się dosyć często, niezależnie od narażenia na radiację [LINK]:

https://www.crazynauka.pl/prawda-czy-falsz-czy-zdolasz-odroznic-te-wiadomosci/
Przypomnijcie sobie zresztą, jak często widywaliście "zmutowane" owoce, warzywa, liście czy drzewa? Dwudzielne marchewki, gigantyczne rzodkiewki, pomidory z wyrostkami czy różnego rodzaju narośle na pniach? Więcej o mutacjach - nie tylko popromiennych - można przeczytać w poprzedniej notce - [LINK]

Źródło - Fresh Market [LINK]
W dużym skrócie można powiedzieć, że mutacje występowały od początku istnienia życia na ziemi, a ich przyczyny są niezwykle zróżnicowane, od losowych uszkodzeń DNA przez czynniki chemiczne czy biologiczne aż po fizyczne, w tym promieniowanie jonizujące. Większość mutacji jednak jest albo od razu naprawiana przez specjalne mechanizmy, albo powoduje śmierć komórki.

***

Od katastrofy mija właśnie 9 lat. Obecnie do Fukushimy organizowane są wycieczki, a poziom promieniowania w okolicy nie przekracza tła naturalnego w Warszawie, podnosi się dopiero w bezpośrednim sąsiedztwie bloków energetycznych. Rejon jeszcze nie jest tak popularny jak czarnobylska Strefa, która została dodatkowo spopularyzowana przez serial HBO. Na szybko znalazłem tylko dwie oferty, jeżeli chodzi o krajowych organizatorów:
Oraz tą prywatną wycieczkę, niestety częściowo udaremnioną przez japońską policję, ograniczającą dostęp do bezpośredniego otoczenia siłowni.
 - https://www.vice.com/pl/article/yvybgg/porsche-strefa-zamknieta-fukushima

Ogólnie patrząc na okolice elektrowni można zobaczyć, jak musiała wyglądać opuszczona Prypeć w pierwszych miesiącach po katastrofie w Czarnobylu, zanim nie dobrali się do niej szabrownicy i warunki atmosferyczne:

https://www.bobthissen.com/abandoned-fukushima/
Jak widać, nieporównanie większy dobrobyt w Japonii w porównaniu z ZSRR, świadomość zagrożeń związanych z radiacją oraz ściślejsza kontrola skażonej strefy przyczyniają się do zminimalizowania rabunku i wandalizmu.
https://www.bobthissen.com/abandoned-fukushima/
Ten salon gier wygląda, jakby gracze przed chwilą z niego wyszli...
https://www.bobthissen.com/abandoned-fukushima/

Jeżeli nie wybieracie się do Japonii osobiście, zapraszam na wirtualny spacer, udostępniony przez firmę TEPCO, do której należy elektrownia - http://www.tepco.co.jp/insidefukushimadaiichi/index-j.html#/route1

Można wybrać, którą strefę chcemy zwiedzać, a u dołu ekranu z lewej widzimy bieżącą moc dawki w mikrosiwertach na godzinę. W strefie czerwonej można podejść praktycznie pod sam uszkodzony blok, obecnie osłonięty nową obudową. Aplikacja nanosi zdjęcie z momentu awarii na widok współczesny, możemy zobaczyć też schematyczny przekrój reaktora:

Można też wejść do wnętrza niektórych budynków. Przy zwiedzaniu towarzyszy nam lektor, do wyboru: japoński lub angielski:


Jaki będzie dalszy los energetyki jądrowej w Japonii? Państwo stawia na edukację w kwestii faktycznych skutków katastrofy, które okazały się znacznie mniej groźne niż faktycznie sądzono. W prowadzonych referendach liczba głosów popierających energetykę jądrową była większa w miejscowościach... gdzie znajdowały się elektrownie (np. Takahama - 65,5 % za, 24,8 % przeciw). Trudno się dziwić, elektrownie te są świetnym miejscem pracy, przyczyniają się do rozwoju miejscowości choćby przez rozbudowę infrastruktury (drogi itp.) oraz zapewniają wpływy do budżetu. Więcej przeciwników mają w miejscowościach leżących z dala od elektrowni (Osaka - 57,2 % przeciw, 37,7 % za), czyli najgłośniej krzyczą ci, których to bezpośrednio nie dotyczy [LINK]. Japoński rząd ma przed sobą dużo do zrobienia, gdyż awaria i cały medialny szum wokół niej spowodował, że dwukrotnie wzrosła liczba osób zdezorientowanych, które nie mają własnego zdania w tej kwestii (35,9%). Zresztą zerknijcie sami na komentarze pod linkowanym artykułem z portalu Energetyka24 [LINK] - akurat w tym przypadku jest parę sensownych i jeden "od czapy" wspominający o "40 tys. zmarłych pracowników japońskich elektrowni jądrowych" - to trochę jak te "tysiące chowane w przydrożnych rowach" w Czarnobylu...



***

I na zakończenie zapytam o Wasze doświadczenia z tego czasu? Kupowaliście jod? Śledziliście newsy? Szykowaliście zapasy żywności, wody i lekarstw? A może tworzyliście memy? Wybieracie się na wycieczkę w rejon katastrofy? Dajcie znać w komentarzach lub przez formularz kontaktowy. 

----------------------------------------------
* - o negatywnych skutkach przedawkowania jodu wspominałem podczas awarii w Belgii w 2017 r. - http://promieniowanie.blogspot.com/2017/09/czy-brac-jod-na-wypadek-awarii-jadrowej.html

** - nie przeceniałbym zdyscyplinowania społeczeństwa Japonii - w każdym znajdują się mniej i bardziej sumienne jednostki, czego dobrym przykładem jest wypadek w Tokaimura [LINK], gdzie pominięto kilka stadiów procesu obróbki paliwa jądrowego i sypano je bezpośrednio wiadrem do zbiornika (!). Tak, to nie ZSRR, tylko owa mityczna, zdyscyplinowana, technokratyczna Japonia.