09 maja, 2019

Tragedia grupy Diatłowa - wątek atomowy

Tajemnicza śmierć grupy turystów rosyjskich w górach Uralu w 1959 r. do dziś budzi kontrowersje. Skrótowo rzecz ujmując, doświadczeni turyści wyruszają na wyprawę w góry. Jeden z nich choruje i wraca do domu. Następnie z grupą urywa się kontakt. Wysłana ekspedycja ratunkowa znajduje namiot rozcięty od wewnątrz i ślady prowadzące do prowizorycznego obozowiska, w którym leżą częściowo ubrane zwłoki uczestników wyprawy. Ciała noszą poważne obrażenia charakterystyczne dla wypadków komunikacyjnych. W dodatku niektóre ciała wykazują silne skażenie promieniotwórcze i mają dziwny odcień skóry. Od razu powstają teorie spiskowe, zakładające atak tubylczych ludów, tajne wojskowe eksperymenty, atak paniki wywołany infradźwiękami czy wręcz działanie sił pozaziemskich. Skażenie miało pojawić się już wcześniej, gdyż wszyscy uczestnicy wyprawy studiowali w Uralskim Instytucie Politechnicznym (wydziały: inżynierski, radiowy, geotechniczny), stąd mogło się pojawić skażenie potasem-40. Pytanie, czy do tego stopnia nie przestrzegano podstawowych zasad bezpieczeństwa przy pracy z izotopami?
Inne spiskowe teorie zostały obalone, przynajmniej na pierwszy rzut oka...


Alternatywna wersja podana poniżej (źródło - https://forum.nagrzyby.pl/viewtopic.php?t=13287)

Ta ponura zagadka czeka już 53 lata na swe rozwiązanie. Tragedia rozegrała się na Uralu i poniosło w niej śmierć 9 młodych ludzi. Zainteresowałem się nią, bowiem przypomina mi ona niektóre dziwne wydarzenia z naszych, polskich gór, które opisałem w swej pracy „Projekt Tatry” (Kraków 2002), jednakże różni się ona od nich skalą wydarzenia. A oto powszechnie znane fakty, które zamieściła internetowa Wikipedia:

* * *

Tragedia na Przełęczy Diatłowa wydarzyła się w nocy, 2 lutego 1959, na wschodnim stoku góry Cholat Sjakl w północnej części Uralu. Dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy w góry Uralu poniosło śmierć w niewyjaśnionych ostatecznie do dziś okolicznościach. Na cześć przywódcy wyprawy, Igora Diatłowa, przełęcz, gdzie doszło do tragedii, nazwano Przełęczą Diatłowa.

Ekspedycja

25 stycznia 1959 roku grupa dziewięciu studentów Politechniki Uralskiej w Jekaterynburgu wyruszyła na narciarską wyprawę w północną część Uralu, w towarzystwie doświadczonego 37-letniego przewodnika Aleksandra Zołotarewa. Celem wyprawy był szczyt Otorten; planowana trasa w porze zimowej oznaczona była jako trasa trzeciej, najtrudniejszej, kategorii. Wszyscy uczestnicy wyprawy mieli duże doświadczenie w podobnych wyprawach i byli przygotowani na niezwykle surowe warunki, jakie oczekiwały ich zimą w górach Uralu; Igor Diatłow planował wyprawę do Arktyki i traktował wypady podobne do wyprawy w okolice Otortenu jako przygotowanie do arktycznej podróży. W skład ekspedycji wchodzili:

Igor Diatłow - student wydziału radiowego, 23 lata
Zinajda Kołmogorowa - studentka wydziału radiowego, 22 lata;
Ludmiła Dubinina - studentka ekonomii, 21 lat;
Aleksander Kolewatow - student wydziału geotechnicznego, 25 lat;
Rustem Słobodin - student wydziału inżynierskiego, 23 lata;
Jurij Krywoniszenko - student wydziału inżynierskiego, 24 lata;
Jurij Doroszenko - student ekonomii, 21 lat;
Nikołaj Thibeaux-Brignolle - student wydziału inżynierskiego, 24 lata;
Aleksander Zołotarew - przewodnik, 37 lat;

Jurij Judin - student ekonomii
25 stycznia wieczorem ekspedycja dotarła pociągiem do miasta Iwdiel w obwodzie swierdłowskim. Następnego dnia ciężarówka zabrała studentów do miejscowości Wiżaj - najdalej wysuniętej na północ zamieszkałej osady w tym rejonie. Po przenocowaniu, 27 stycznia wyprawa wyruszyła w stronę góry Otorten. Następnego dnia Jurij Judin zachorował i musiał zawrócić do Wiżaju, podczas gdy reszta kontynuowała wyprawę; jak się wkrótce okazało, Judin był jedynym członkiem wyprawy, który pozostał przy życiu.

31 stycznia ekspedycja, maszerując wzdłuż rzeki, dotarła na krawędź piętra wysokogórskiego. Członkowie wyprawy zbudowali mały schron, gdzie pozostawili zapasy żywności na drogę powrotną, po czym kontynuowali podróż. Wieczorem 1 lutego dotarli na zbocze góry Cholat Sjakl. Pierwotnie wyprawa planowała ominąć tę górę i przejść przez położoną nieopodal przełęcz; jednak z uwagi na pogarszającą się pogodę, zboczyli z kursu i znaleźli się na zboczu góry, gdzie postanowili rozbić obóz i przeczekać złe warunki atmosferyczne. Cholat Sjakl w języku miejscowego ludu Mansów oznacza dosłownie "górę śmierci"; nazwa ta miała się okazać bardzo ponurą przepowiednią.


Tragedia na przełęczy
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Diatłow po powrocie z góry Otorten miał wysłać znajomym telegram z zawiadomieniem o sukcesie wyprawy; według planu ekspedycji, mieli powrócić do Wiżaju najdalej 12 lutego. Gdy do 20 lutego nie doczekano się żadnych wieści, Politechnika na żądanie rodzin uczestników wyprawy wysłała pod górę Otorten ekspedycję ratunkową.

26 lutego ekspedycja natrafiła na namiot wyprawy Diatłowa. Był poważnie uszkodzony, jego powierzchnia rozcięta - jak potem ustalono - od wewnątrz; od namiotu prowadziły ślady stóp, kierujące się w stronę przeciwnego brzegu przełęczy i odległych o mniej więcej półtora kilometra sosen na krawędzi lasu, jednak po 500 metrach ślady te zniknęły pod śniegiem.

Gdy ratownicy dotarli do sosen, odnaleźli pod nimi szczątki małego ogniska oraz zwłoki Krywoniszenki i Doroszenki, bose i ubrane jedynie w bieliznę. Podczas drogi powrotnej do namiotu odnaleziono w śniegu kolejno ciała Diatłowa (300 m od sosen), Słobodina (480 m) i Kołmogorowej (630 m); pozy, w jakich ich znaleziono, wskazywały, że próbowali oni powrócić do namiotu. Badania ciał wskazały, że wszystkie pięć osób zmarło z powodu hipotermii - zamarzło na śmierć. Jedna z osób miała lekko pękniętą czaszkę, jednak zdaniem anatomopatologów nie było to obrażenie zagrażające życiu.

Po długich poszukiwaniach, 4 maja w położonym nieopodal jarze odnaleziono pod warstwą śniegu cztery pozostałe ciała. W tym przypadku zwłoki miały poważne obrażenia: Thibeaux-Brignolle miał strzaskaną czaszkę, zaś Zołotarew i Dubinina zmiażdżone klatki piersiowe (jak opisali patomorfolodzy, obrażenia przypominały te odnoszone podczas wypadków drogowych); dodatkowo brakowało języka i części twarzy Dubininy.

Ślady wskazywały, że członkowie ekspedycji byli zmuszeni nagle opuścić namiot; pomimo że temperatura tamtej nocy wynosiła między -25 a -30°C, część z nich była częściowo rozebrana, niektórzy byli boso bądź mieli założony tylko jeden but. W maju 1959 śledztwo w sprawie dramatu na przełęczy umorzono; według ustaleń organów śledczych, w tym czasie w rejonie przełęczy nie stwierdzono przebywania nikogo innego poza członkami ekspedycji. Według oficjalnej wersji, przyczyną śmierci członków wyprawy było "działanie nieznanej siły".

Hipotezy

Wokół tragedii na przełęczy Diatłowa narosło wiele hipotez i teorii spiskowych. Członkowie rodzin ofiar założyli specjalną fundację, której celem jest ustalenie prawdy o tragicznych wydarzeniach w nocy 2 lutego 1959.

Udało się ustalić w przybliżeniu chronologię zdarzeń. Nad ranem 2 lutego 1959 grupa wędrowców nagle, w pośpiechu opuściła namiot; zamiast rozwiązać go, przecięła jego bok. Studenci i przewodnik - część z nich ubrana, część w strojach mniej lub bardziej niekompletnych - dotarła do rosnącej około 1,5 km od namiotu wielkiej sosny, na krawędzi lasu, nieco poniżej namiotu. Pozostali tam przez około dwie godziny, rozpalając ognisko; kompletnie ubrani wędrowcy pożyczyli niektóre części garderoby niekompletnie ubranym. Połamane gałęzie wskazywały, że studenci wspinali się na sosnę, prawdopodobnie by zobaczyć, co dzieje się z porzuconym namiotem; być może, lekkie pęknięcie czaszki jednego z nich było spowodowane upadkiem.

Gdy Kriwoniszenko i Doroszenko zmarli z wyziębienia, Diatłow, Kołmogorowa i Słobodin podjęli próbę dotarcia do namiotu; cała trójka zamarzła po drodze. Pozostali, po zabraniu umarłym niezbędnych części odzieży (Dubinina miała stopy owinięte spodniami Kriwoniszenki), zdecydowali się skryć głębiej w lesie, gdzie, błądząc w mroku, wpadli do jaru. Thibeaux-Brignolle zginął od razu; wkrótce po nim na skutek wychłodzenia i odniesionych obrażeń zmarła Dubinina. Zołotarew, by ogrzać się, zabrał jej kurtkę; wkrótce jednak podzielił jej los. Niedługo potem z wyziębienia zmarł Kolewatow.

Nie udało się ustalić, dlaczego grupa doświadczonych i niejednokrotnie już podróżujących w podobnych warunkach wspinaczy nagle opuściła namiot i dlaczego przez mniej więcej dwie godziny nie odważyła się do niego powrócić. Pojawiło się kilka hipotez na ten temat.

Atak Mansów

Mansowie, poirytowani faktem, że wędrowcy wkroczyli na ich tereny, mogli w nocy zaatakować obozowisko, by przegonić intruzów. Jednak wcześniej podobnych zachowań w tym rejonie nie stwierdzano; Mansowie generalnie nie przejawiali agresji wobec nieuzbrojonych obcych wędrujących przez ich tereny, a dodatkowo nie stwierdzono żadnych śladów, wskazujących na to, że tragicznej nocy na przełęczy był ktokolwiek inny poza ekspedycją Diatłowa.

Lawina

Członkowie ekspedycji, słysząc w nocy podejrzany hałas, mogli uznać go za dźwięki nadchodzącej lawiny i w pośpiechu opuścić namiot. W powiązaniu z inną teorią, uważano, że nad obozowiskiem mógł w nocy przelecieć wojskowy samolot odrzutowy; hałas silnika mógł być błędnie zinterpretowany jako huk schodzącej lawiny. Jednak stok, na którym ekspedycja rozbiła namiot, był o wiele zbyt płaski, by mogła z niego zejść lawina; Diatłow i Zołotarew - doświadczeni przewodnicy wysokogórscy - ustawili namiot ekspedycji w miejscu, gdzie zagrożenia lawinowego nie było. W miejscu tragedii nie było też żadnych śladów, wskazujących na zejście lawiny.

Wojskowe eksperymenty lub ćwiczenia
Członkowie innej ekspedycji, przebywającej w tym czasie 50 kilometrów na południe od przełęczy, opowiadali o dziwnych pomarańczowych kulach, jakie widzieli na niebie na północ od swojej pozycji (mniej więcej w rejonie Góry Śmierci). Dodatkowo, ubrania niektórych ofiar wykazywały niewielką radioaktywność; członkowie rodzin ofiar twierdzili, że oddane im ciała miały nietypowy, pomarańczowy odcień skóry, a w rejonie Cholat Sjakl znaleziono sporo części jakiegoś tajemniczego urządzenia. Przyczyniło się to do powstania hipotezy, jakoby w rejonie góry Otorten wojsko prowadziło loty ćwiczebne bądź testowało nowe samoloty odrzutowe bądź nowe rodzaje broni, co przyczyniło się do tragedii.

Teoria ta została odrzucona przez wojskowych: choć obecnie nad rejonem Cholat Sjakl przebiega cywilny korytarz powietrzny, w 1959 roku nie był on jeszcze wytyczony. Północny Ural leżał w głębi terytorium ZSRR i w jego pobliżu nie było żadnych baz lotniczych; rozmieszczone były one bliżej granic Związku Radzieckiego, by w razie zagrożenia móc je odeprzeć, nim dosięgnie ono terytorium ZSRR. Najbliższa baza lotnicza znajdowała się w pobliżu Swierdłowska, ponad 600 km od miejsca tragedii; stacjonujące tam samoloty Jak-9 i MiG-15 nie miały wystarczającego zasięgu, by dotrzeć w rejon góry Otorten i następnie powrócić do bazy. W miejscowości Iwdiel znajdowały się samoloty, ale były to cywilne maszyny An-2. Poligon, gdzie Armia Czerwona testowała nowe samoloty, mieścił się w miasteczku Żukowskie pod Moskwą; nowe rodzaje uzbrojenia testowano zaś we Władymirowce pod Astrachaniem. Wojsko nie prowadziło żadnych testów w trudno dostępnych rejonach Uralu, gdzie odzyskanie ewentualnych szczątków maszyny bądź pocisku byłoby niezwykle trudne i kosztowne. Radioaktywność obecna na ubraniach niektórych ofiar mogła być efektem przypadkowego skażenia na Politechnice Uralskiej; źródłem skażenia był potas-40, rzadki izotop promieniotwórczy nie stosowany do celów wojskowych. Tajemniczy odcień skóry ofiar, o jakim mówili członkowie ich rodzin, mógł być efektem oparzenia słonecznego lub zmian pośmiertnych; tajemnicze części urządzenia odnalezione na górze okazały się częściami starej, nieużywanej od lat wieży radarowej.

Uszkodzenie twarzy Dubininy przypisano działaniom drapieżników, np. lisów.

Nie ustalono, w jaki sposób powstały obrażenia trzech ofiar znalezionych w jarze; był on o wiele zbyt płytki (4-6 m), by przy wpadnięciu do niego, ofiary mogły doznać takich obrażeń (strzaskanie czaszki i zmiażdżenie klatek piersiowych), nie mogły one również być efektem np. pobicia przez nieznane osoby.

Do dziś oficjalnie nie ustalono, dlaczego w środku nocy ofiary opuściły namiot, co powoduje, że wciąż pojawiają się nowe teorie spiskowe, zakładające np. działanie istot pozaziemskich. Pojawiła się też duża ilość informacji o rzekomym utajnieniu części dokumentów dotyczących dramatu na przełęczy i o zamknięciu terenu, gdzie doszło do tragedii, przed osobami postronnymi. W rzeczywistości całość dokumentacji wypadku na przełęczy była i jest dostępna; teren zaś zamknięto z obawy przed innymi podobnymi zdarzeniami.

W roku 1967 Jurij Jarowoj, dziennikarz ze Swierdłowska, napisał książkę "Najwyższy stopień trudności", opartą na tragedii. Zebrał on również spory zbiór dokumentów i zdjęć związanych ze sprawą. Gdy w roku 1980 zginął w wypadku drogowym, jego zbiory zaginęły, co spowodowało pojawienie się kolejnych spiskowych teorii, choć jak się okazało same okoliczności wypadku nie budziły wątpliwości, a zawartość mieszkania mieszkającego samotnie Jarowoja po jego śmierci po prostu wywieziono w całości na wysypisko śmieci.


Link do Wikipedii, artykuł jest nieco bardziej rozbudowany - https://pl.wikipedia.org/wiki/Tragedia_na_Prze%C5%82%C4%99czy_Diat%C5%82owa


* * *


Rzeczywiście, wydarzenie to, które rozegrało się w okolicy góry Otroten - (61°51’ N - 059°20’ E; 1182,0 lub 1234,2 m n.p.m.) i sąsiedniego szczytu Cholat Sjachl (Cholatczachl – 61°45’ N – 059°27’ E; 1079 lub 1096,7 m) jest zagadkowe i bardzo trudne do wyjaśnienia. Trudne o tyle, że skończyło się ono tragicznym finałem – zmasakrowane zwłoki dziewięciorga ludzi nie dały odpowiedzi na to, co stało się owej feralnej nocy na przełęczy Diatłowa.

Analizując te wszystkie informacje, można dość do wniosku, że nieszczęśnicy ci albo zostali zaatakowani przez UFO, albo przez UMA [unidentified mysterious animal]. Za hipotezą o UFO przemawia brak śladów i radioaktywność ubrań. A także zaobserwowane przez innych świadków przebywających w okolicy jakieś pomarańczowe kule, które poleciały w kierunku, w którym znajdowała się ekipa Diatłowa.

Za hipotezą o odwiedzinach UMA przemawiają obrażenia, które odnieśli ci ludzie przed lub w momencie śmierci. Takiejże odpowiedzi udzieliłem Albertowi Rosalesowi, który zainteresował się tą dziwną sprawą. Ale to był mój pierwszy rzut oka, bo potem obudziły się wątpliwości, które tutaj postaram się naświetlić, a które wcale nie świadczą o tym, że przyczyną śmierci Diatłowa i jego ekipy był atak UFO i/albo UMA.

Zabierzmy się za hipotezy, które postawiono. Atak Mansów i lawinę możemy spokojnie odstawić ad acta. UMA też, bo nie słyszało się o nich w tamtych okolicach. Ałmas/t/ny występuje w górach Azji Centralnej i Mongolii, Yeti w Himalajach, zaś Hibagon w Japonii, a zatem daleko stąd. Natomiast hipoteza militarna ma pewne bardzo ciekawe aspekty, a mianowicie:

 Czas akcji – przełom stycznia i lutego 1959 roku. Od razu przywodzi to na myśl wydarzenie w 21 stycznia 1959 roku, które miało miejsce w Gdyni, a dokładnie w porcie gdyńskim – chodzi o rzekoma katastrofę UFO, którym był amerykański satelita Zeta SCORE, który najprawdopodobniej został zepchnięty ze swej orbity przez pocisk ASAT wystrzelony przez Rosjan. Opisałem to dokładnie w opracowaniu „UFO i Kosmos” (Tolkmicko 2010);

 Pomarańczowy odcień skóry ofiar mógł być wywołany przez opalenie skóry promieniami UV, albo przez silne promieniowanie jonizujące;

 Sprawa korytarza powietrznego – skoro w 1959 roku nie był on jeszcze wytyczony, to co robiła tam stacja radiolokacyjna? Dlaczego ona tam się znajdowała, skoro nie była potrzebna?

 Kolejna obiekcja dotyczy lokalizacji – Przełęcz Diatłowa to nie Północny, ale północna część Środkowego Uralu. A Środkowy Ural, to serce przemysłu wojennego ZSRR. Ta stacja radiolokacyjna miała swe uzasadnienie o tyle, że mogła stanowić ogniwo centrum obrony p/lot. tamecznego okręgu przemysłowego.

 Obrażenia ofiar – wyglądało na to, jakby niektóre z nich zostały czymś uderzone. A może odwróćmy rozumowanie i załóżmy, że to one w coś uderzyły! Na przykład przez falę uderzeniową eksplozji. Kłamstwem jest stwierdzenie, że połamane żebra i pęknięta czaszka nie zagrażały życiu – nie przy trzydziestostopniowym mrozie i na pewnej wysokości nad poziomem morza!

 Teren został zamknięty przez wojsko przez trzy lata. Skoro nic tam się nie stało, to dlaczego zamknięto teren? Może po to, by usunąć wszelkie ślady np. niekontrolowanego wybuchu rakiety – a właściwie jej głowicy bojowej? A może skażenia promieniotwórczego, np. po małej eksplozji głowicy jądrowej? Oczywiście nie był o wybuch atomowy, ale wybuch inicjującego materiału wybuchowego, który rozerwał głowicę i rozsiał na okolicę radioaktywny 233/235U czy 239-240Pu? To tłumaczy środki ostrożności, z jakimi potraktowano ciała zmarłych.

Zatem scenariusz zdarzeń mógł wyglądać następująco: z poligonu rakietowego w Pliesiecku wystrzelono rakietę, która „urwała się z łańcucha” i poleciała w kierunku Uralu.

Nieprawdą jest, że kosmodrom w Pliesiecku oddano do użytku dopiero pod koniec 1959 roku. Kosmodrom ten został oddany w kwietniu 1958 roku, a pierwszy oficjalny start rakiety miał miejsce w 30 lipca 1959 roku. A ile było nieoficjalnych…?

Jak podaje Wikipedia: Plesieck to rosyjski kosmodrom położony 170 km na południe od Archangielska i 800 km na północ od Moskwy. Założony w 1960 roku na terenie obwodu archangielskiego. Wykorzystywany do wysyłania bezzałogowych satelitów Ziemi, głównie wojskowych: zwiadowczych, meteorologicznych, łącznościowych, wczesnego ostrzegania, poszukiwania zasobów naturalnych, nawigacyjnych, naukowych i innych. W okresie ZSRR utajniony. Do 12 kwietnia 2002 z Plesiecka wysłano 1929 satelitów i ponad 500 międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Jak podają rosyjskie władze, Plesieck ma być głównym kosmodromem Rosji. Te wszystkie rozbieżności wynikają właśnie z najwyższego stopnia utajnienia, w jakim trzymano fakt istnienia tego kosmodromu. NB, jak to podaje Wiktor Suworow w swych książkach, ochraniany on był przez siły uderzeniowe GRU – SPECNAZ, a także przez „podpadziochy” – agentów GRU, którym tu i ówdzie podwinęła się noga... Dlatego też z tego kosmodromu w opisywanym czasie mogła wystartować próbna rakieta z głowicą bojową.

Niektórzy „badacze” tego wypadku twierdzą, że w tym czasie – w 1959 roku – ZSRR jeszcze nie posiadał żadnych rakiet klasy ziemia-ziemia i prace nad nimi dopiero trwały. Jest to kłamstwo. Prace nad rakietami w ZSRR trwały od początku wojny (czyli od 1941 roku), czego rezultatami były pociski rakietowe RS-8 do samochodowych wyrzutni rakietowych znanych jako "Katiusze" oraz na samolotach szturmowych. Poza tym radziecka marynarka wojenna używała niekierowanych pocisków rakietowych klasy woda-ziemia i woda-woda – których używano już w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Więc opowiastki o tym, że ZSRR nie posiadał pocisków rakietowych klasy ziemia-ziemia są bajeczką dla grzecznych dzieci. Co więcej, pod koniec lat 50. pracowano już i najprawdopodobniej strzelano pociskami ziemia-przestrzeń kosmiczna, o czym mogą świadczyć wydarzenia w Gdyni.

Prace nad pociskami rakietowymi opartymi na technologiach niemieckich pocisków samobieżnych i rakietowych „V” zaczęły się w 1943 roku – równolegle z badaniami nad A-projektem (czyli bombą A - zob. „Bractwo bomby” rosyjski serial dokumentalny w reż. 2005 – emitowany przez POLSAT PLAY), do którego potrzebne były wektory przenoszenia. Rosjanie doszli do hitlerowskich poligonów w Podkarpackiem, które zajęli – nawiasem mówiąc na prośbę… Churchilla. Opisałem to w mojej pracy „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2008), gdzie stwierdziłem wprost, że radzieckie próby z niemieckimi broniami „V” były prowadzone właściwie już od 1944 roku, a nie jak się powszechnie mniema, od 1947.

A zatem z kosmodromu w Pliesiecku wystrzelono rakietę, która miała spaść na stepy Kazachstanu. Skąd to wiadomo? – to oczywiste – Kazachstan był jednym wielkim poligonem, więc lądowisko rakiet także tam się znajdowało. Zresztą wszystkie radzieckie statki kosmiczne lądowały w okolicach Karagandy i Celinogradu, więc możemy przypuścić, że ta rakieta także tam leciała. Mogła też lecieć w kierunku Semipałatyńska, gdzie nad poligonem mogła zdetonować nuklearną głowicę bojową. Niestety, wskutek jakiejś wady konstrukcyjnej, eksplozji silnika czy czegoś jeszcze, rakieta rozerwała się w powietrzu nad Uralem. Jej fragmenty lecą w kierunku namiotu.

I ten moment widzi ktoś z ekipy Działowa. Szczątki rakiety świecące w powietrzu i sprawiające wrażenie pomarańczowych kul ognia, lecą w kierunku obozu. Bezgłośnie, bo dźwięk przenosi się w górach bardzo dziwnie, podobnie jak fala radiowa. Czasami słyszymy kogoś odległego o kilka kilometrów nie słysząc kogoś oddalonego o kilka metrów od nas… Być może ostrzegł ich jakiś odgłos eksplozji czy trzepnięcie fali uderzeniowej… Tak czy owak przerażeni ludzie na wpół ubrani wybiegają z namiotu i uciekają przed siebie z wiadomym skutkiem. Dochodzi do skokowego, szokowego wychłodzenia organizmu.

Ludzie szukają schronienia przed spodziewanym niebezpieczeństwem i zamarzają na śmierć. Czworo z nich wpada do jaru. Wysokość jego ścian wynosi 4-6 m. To jest wysokość co najmniej piętra, a zatem jest gdzie polecieć i o co się rozbić. Obrażenia mogą przypominać uderzenia o pojazd. Spadek z tej wysokości na skałę może zabić. Poza tym była to mroźna noc, było tam -30°C. Czy ludzie z rozbitymi czaszkami i połamanymi żebrami byli w stanie przeżyć na takim mrozie? Poważnie w to wątpię.

Byli to doświadczeni narciarze i wspinacze, ale… - no właśnie - przypomina mi się akcja na Babiej Górze, która miała miejsce w dniach 21/23 stycznia 2012 roku, kiedy to omal nie zamarzło tam na śmierć 27 osób! Cytuję relację GOPR:

Od soboty 21 stycznia ratownicy GOPR brali udział w akcji ratunkowej członkom Klubu Turystyki Górskiej. Turyści wyruszyli z Przełęczy Krowiarki o godzinie 14 przez szczyt Babiej Góry do schroniska na Markowych Szczawinach (zagrożenie lawinowe, opad śniegu, bardzo silny wiatr). Po zapadnięciu zmroku powiadomili GOPR, że nie są w stanie zejść ze szczytu. W wyniku akcji ratunkowej sprowadzono jedną grupę do schroniska, z tej grupy jedna poszkodowana trafiła do szpitala. W późnych godzinach nocnych dwie osoby, które nie dotarły do szczytu zostały sprowadzone i przekazane pogotowiu ratunkowemu na Krowiarkach. W niedziele ratownicy sprowadzili grupę 7 osób którzy biwakowali na szczycie Babiej Góry i nie chcieli pomocy w czasie nocnej akcji z soboty na niedzielę. (Sekcja Babiogórska Beskidzkiej Grupy GOPR) Podobne przypadki znam także z Tatr – zainteresowanych odsyłam do pracy „Projekt Tatry” (Kraków 2002).

Jak widać, nawet najbardziej doświadczeni turyści ulegają wypadkom na tak – wydawałoby się – łatwym i niewysokim (1725 m) szczycie, jakim jest Babia Góra, której główny szczyt zwie się – nomen-omen – Diablak. Wystarczył spadek temperatury, wiatr podnoszący zamieć i ci ludzie po prostu otumanieli. Gdyby nie akcja GOPR, to mogłoby dojść tam do masakry, jak parę lat wcześniej na Pilsku. Wysokość gór w okolicy Przełęczy Diatłowa jest porównywalna z Babią Górą, więc siłą rzeczy warunki też muszą być podobne, z tym wszakże zastrzeżeniem, że Przełęcz Diatłowa leży dalej na północ – koło 60 równoleżnika, a co za tym idzie – w surowszych warunkach pogodowych.

A co z pociskiem? Najprawdopodobniej jego szczątki spadły nieco dalej i to nie one spowodowały śmierć 9 osób – zostały one potem zabrane przez wojsko. Być może na okolicę spadło tylko trochę radioaktywnego pyłu z rozbitej głowicy. Oczywiście nie był to 40K, tylko coś innego – np. 235U czy 240Pu – dlatego zabrano niektóre narządy do badań. Bajeczkę o potasie-40 podano na żer gawiedzi, by nie mówiono o uranie czy plutonie. Klasyczne goebbelsowskie zagranie, w którym z prawdą mija się o włos. Zadziałał mechanizm podobny do Incydentu z Roswell oraz Incydentu nad Maury Island.

Reszta już jest prosta. Ekipa poszukiwawcza z kosmodromu znajduje miejsce spadku szczątków pocisku i usuwa te, które najbardziej rzucają się w oczy, nie ruszając niczego innego. Nie zapominajmy, że wszystko, co dotyczyło BMR i ich wektorów w ZSRR i USA było TAJNE NAJWYŻSZEGO ZNACZENIA. Dlatego posprzątano prowizorycznie, co się dało posprzątać, a potem wpuszczono na to miejsce wyprawę poszukiwawczo-ratunkową, która zabrała znajdujące się na widoku ciała i namiot z bagażami. Następnie wojsko zamyka teren i… sprząta dalej. Przy okazji znalezieni zostali pozostali, kiedy warstwa śniegu stopniała na tyle, by ich ciała się „objawiły”… Potem drogą propagandy szeptanej tworzy się i rozpowszechnia Legendę o tajemniczym wydarzeniu. Dokładnie tak, jak w przypadku UFO-katastrofy Roswell czy na Spitsbergenie. Podobnie jak stworzono Legendę Eksperymentu Filadelfijskiego. Podane przez Wikipedię wyjaśnienie faktu zamknięcia terenu jest nieprzekonywujące, bo dlaczego ludzie mieliby iść właśnie na miejsce wypadku? Chyba że było tam coś, czego ich oczy nie mogły zobaczyć…

Śmierć dziennikarza Jarowoja w 1980 roku też wpisuje się w ten schemat, a szczególnie zniszczenie dokumentacji, którą on zebrał. KGB czy GRU zamykała usta nie takim chojrakom, więc nie ma się czemu dziwić – podobnie jak w przypadkach amerykańskich robiły to FBI i AEC, w rodzaju Incydentu nad Maury Island, śmierć świadka czy osoby zajmującej się takim Incydentem działa ZAWSZE na korzyść Legendy. A w pewnych wypadkach służby specjalne wolą kogoś uciszyć na amen, niż przyznać się do tego, że prowadziło się jakieś lewe działania – związane z obronnością, lotami kosmicznymi, energią jądrową, badaniami genetycznymi, itd., itp. – w walce o władzę nad światem. W tym przypadku przyznam rację zwolennikom STD [spiskowej teorii dziejów].

Notabene, zwolennicy STD wskazują na dziwne powiązanie liczby „9” z katastrofami w tamtym rejonie: 9 członków ekipy Diatłowa, 9 załogantów i pasażerów samolotu, który rozbił się na Przełęczy Diatłowa w 1991, czy 9 Mansyjczyków, którzy zginęli tam według legend krajowców. Od siebie mogę dorzucić także i to, że wszystkie atomowe okręty podwodne ZSRR, które poszły na dno czy miały ciężkie problemy, też miały w swych numerach taktycznych cyfrę „9”… Ale to już jest osobna sprawa dla ezoteryków, parapsychologów, numerologów czy stronników STD.

A zatem śmierć tych młodych ludzi nastąpiła wskutek działania czynników naturalnych, a nie interwencji „nieznanych sił”. Jedyną „nieznaną siłą” była tutaj Armia Radziecka, która wykonując test rakietowo-nuklearny nie zadbała o jego bezpieczeństwo – o ile można mówić o jakimkolwiek iluzorycznym bezpieczeństwie w przypadku zabaw z bronią masowej zagłady…

A oto garść opinii ludzi z branży:

Mariusz Frykowski (KKK) - „UFO to pretekst” – i miałem rację wybierając ten tytuł.

Zofia "Eleonora" Piepiórka (KKK) - Przeczytałam artykuł i wszystko brzmi prawdopodobnie biorąc pod uwagę bliskość radzieckiego poligonu wojskowego itd. Jednak nie uwzględniłeś jednej sprawy... Dlaczego ta góra od wieków (??) nosi nazwę "Góra Śmierci"? To samo dotyczy szczytu Babiej Góry - Diablak! Przed laty byłam tam - po drodze wdepnęliśmy do Ciebie! Gdy byliśmy na szczycie - szłam z Izą pierwsza, a Tomek szedł za nami i robił zdjęcia. Po wywołaniu zdjęć okazało się, że za nami ciągnęła sie szara smuga jak wąż... Iza całą wyprawę opisała i Bronek to opublikował w "Czas UFO".

Wracając do Góry Śmierci... czyżby tam wcześniej bywały takie tragiczne wypadki? Co o tej górze mówią legendy? Z moich doświadczeń na jeziorze Wdzydze wiem, że w pobliżu Baz Kosmicznych szaraków dzieją się takie rzeczy, co opisałam w art. "Bazy Kosmiczne na dnie jez. Wdzydze". Tam została porwana przez UFO 40 letnia Małgorzata, która chodziła o kulach i z nogą w szynie. Tam gdzie znalazł ja Stanisław (sąsiad) nigdy by nie weszła - bo po co wchodzić w bagno i gęste i wysokie sitowie? Nie mogła wyjść sama z tego miejsca bez pomocy. Była więc skazana na śmierć, bo nikt by jej tam nie szukał, a sąsiad zostałby oskarżony o morderstwo... Byłaby to kolejna niewyjaśniona tragiczna zagadka dla wszystkich!!! I pouczająca.... Weź to pod uwagę w przypadku tragedii 9 młodych osób w tych górach, bo bliskość tego poligonu to "zasłona dymna" dla Bazy Kosmicznej Szaraków i ich celów wobec naszej cywilizacji... Być może dlatego tam właśnie jest ten poligon...

W górach i jeziorach są różne Bazy Kosmiczne... o tym w symbolu mówi również proroctwo Apokalipsy.

Pozwolę sobie na ustosunkowanie się do części tej opinii – otóż Babia Góra cieszy się w środowisku turystyczno-krajoznawczym i przewodnickim paskudną opinią. Jej humory i humorki pogodowe są szeroko znane i tylko fakt bliskiej lokalizacji kilku wsi, w których można otrzymać pomoc powoduje to, że ofiar nie jest dużo, tym niemniej wielu ludzi wspomina swe nieprzyjemne przygody na tym szczycie. Penetracja Babiej Góry zaczęła się gdzieś w XIV-XV wieku i od tej pory trwa zafascynowanie pięknem tego masywu górskiego, która jest jedynym szczytem typu alpejskiego w Beskidach. Dlatego ludzie nieprzygotowani do wędrówki po skalistych zboczach i głazowiskach w czasie złej pogody są narażeni na najzupełniej „zwyczajne” niebezpieczeństwa znane z wypadków taternickich. Stąd te wszystkie „diabelstwa” w nazewnictwie punktów topograficznych tego masywu.

Stanisław Bednarz (TMZJ) - Według mnie na pewno nie zgodzisz się z ta teorią: północny Ural ma swoje kaprysy przy których Babia Góra to pestka. Śmierć na pewno nastąpiła na skutek nagłej hipotermii. Na pytanie dlaczego opuścili namiot odpowiadam: nastraszyli ich tubylcy, a te mieszczuchy uciekli w panice i to było bezpośrednią przyczyną ich śmierci. Rozproszenie w tych warunkach klimatycznych i w tych górach oznacza nieuniknioną śmierć. Prozaiczne ale bardzo prawdopodobne.

Owszem, to jest bardzo możliwe, szczególnie że znaleziono ślady pobytu osób trzecich na terenie tego obozowiska i niekoniecznie mogły to być ślady po żołnierzach AR… I kolejny głos:

Elżbieta Kowalska (KKK) - Jestem absolutnie za wariantem wojskowym. Ural jest przedprożem Syberii, a więc terenem trudnym i niedostępnym. Nie zapominajmy, że obok przemysłu militarnego, roi się tam od kopalń surowców, na bazie których, tenże przemysł się skutecznie rozwija. Po prostu, tablica Mendelejewa i to ta bardzo wysoka, cenna półka.

Oficjalne poligony wojskowe, jest podaniem do wiadomości nic nie znaczących punktów. Były, są i będą, niech się ludziska cieszą. Nie jest też tajemnicą, że istnieją, nie tylko poligony, czy miejsca na mapie, o których świat dowiaduje się z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem, albo …wcale. W polskich warunkach, przypomnę, jest to np. Borne Sulinowo. Są też polskie obiekty wojskowe, które przeszły, cichą reformą, z rąk rosyjskich w amerykańskie. Zwykły układ polityczny, o którym przeciętny człowiek nie ma pojęcia. To tak jak z prokuratorem i adwokatem. Na sali sądowej skaczą sobie do gardeł, a po sprawie idą na wódkę. Tajne bazy są wszędzie, w każdym kraju (o „ukochanym” USA nie wspomnę), dlatego nie czepiajmy się tych Rosjan tak.

Armia rosyjska w tych latach już miała dobre doświadczenia z rakietami. Mamy początek 1959 roku, czyli ZSRR ma za sobą wystrzelenie Sputnika 1 i 2 (1957 - ten z Łajką), Sputnika 3 (1958) i za klika miesięcy wystrzelą Sputniki 4 i 5 (1960 - z legendarnymi Biełką i Striełką). Obojętnie co media mówią, ZSRR, USA i Anglia doskonale porozumiewały się w tej sprawie, nawet na gruncie prywatnym (szczeniak po którymś z psów został podarowany Prezydentowej USA J. Kennedy!). Niech więc nie pisze nikt bzdur o rosyjskiej nieaktywności rakietowo-kosmicznej.

Ogólnie rzecz ujmując – armia wie co się tam stało. Nie jest to w artykule jasno napisane, ale jeśli dobrze rozumiem, przed grupą dochodzeniowo-śledczą, a nawet ratownikami, wcześniej było tam wojsko. Pytam, po co? W jakim celu, na tak długo zamknięcie obszaru, szybkie raporty, sprzątanie terenu i de facto, milcząca ocena wypadku. Żadnych dyskusji i tłumaczeń. Problem w tym, czy dowiemy się kiedyś prawdy. Może ekshumacja, choć po latach, mogłaby przynieść kilka odpowiedzi, a przynajmniej wykluczyć pewne elementy. Mam dziwne przekonanie, że Rosjanie się na takie coś nie zgodzą.

I jeszcze parę innych refleksji …

Dziwi mnie, jako przyrodnika, zachowanie zwierzyny (będzie drastycznie). Otóż, jest trudna zima, niskie temperatury, pewnie i duża pokrywa śnieżna, góry. Zwierzyna mięsożerna chce przeżyć. Jeśli otrzymuje taki „prezent” od Natury, to bez wahania korzysta, bo to jest jej być albo nie być. Jeśli wypadek miał miejsce ok. 2.02., ciała znaleziono ok. 26.02, a nawet 4.05. i były nienaruszone (z wyjątkiem jednego), to, albo tam nie było żadnych ptaków i ssaków, szczególnie drapieżnych (w co nie wierzę), albo, potencjalny pokarm był niejadalny, z jakiś powodów? I jeszcze jedno. Moim zdaniem, powinno się przeanalizować rosnące tam drzewa. Otóż, drzewa długo pamiętają. Tak, tak… ówczesne 40-50-latki, dziś mają ok. 100 lat. Analiza zapisów na słojach, może przynieść zaskakujące dane.

Uszkodzenia ciała - rany, stłuczenia, złamania – w warunkach takich jak trudne góry, mróz, stres, świadomość, że nikt mi nie pomoże, są dodatkowym obciążeniem dla każdego organizmu. Przychylam się absolutnie do wersji odwrócenia sytuacji z rzucaniem ludzi przez falę uderzeniową. To wysoce prawdopodobne w wersji militarnej.

Sięgnięcie do przekazów tamtejszej ludności, mogłoby też rzucić światło na …zachowanie wojska. Podobnie, jak z pogańskimi głazami narzutowymi, do których uparcie, mimo zakazów Kościoła, ludzie wędrowali. I co zrobił Kościół? „Ochrzcił” je. I tak z "Diabelskiego kamienia”, zrobił się kamień jakiegoś świętego, np. Wojciecha. Od tego momentu, wierni już czcili kamień legalnie. To taka analogia do przemyślenia. Podtrzymywanie wierzeń tubylców jest często wykorzystywana i utrwalana.

Atak istot pozaziemskich, to kolejna bzdura. Nawet jeśli (!!!), to obdarowane inteligencją piątej generacji nie pozwoliłyby „ofiarom” na kilkusetmetrową ucieczkę, wspinaczkę na drzewo, palenie ogniska, z jaru też by ich wyciągnęli.

Tak czy owak, chyba nie ujrzymy prawdy.

Świetna analiza – nic dodać nic ująć. Strzał w dziesiątkę! Szczególnie trafnym jest spostrzeżenie, iż ciała ludzi nie zostały ruszone przez zwierzęta. A przecież przełęcz Diatłowa jest otoczona lasami, w których na pewno zamieszkiwały wilki, rysie, rosomaki i inne drapieżniki, które musiałyby zwęszyć obfity posiłek! Wyłączamy niedźwiedzie, bo te w lutym jeszcze smacznie spały.

I jeszcze dodam coś od siebie coś dla stronników teorii o meteorytowym pochodzeniu tego fenomenu: Przełęcz Diatłowa leży mniej więcej na 61 równoleżniku. Mniej więcej na tym samym na którym spadło Tunguskie Ciało Kosmiczne w 1908 roku – 60°55’ N, i ukazało się UFO nad Pietrozawodskiem - 61°47’ N w 1977… Czyżby więc 61 równoleżnik stanowił linię leżącą pod ostrzałem jakichś okruchów Wszechświata, które zachowują się nietypowo? Ale czy w tej nietypowości nie jest jakaś metoda???

To też ciekawe spostrzeżenie, ale obawiam się, że rację mają ci, którzy widzą w tym wszystkim rękę człowieka, a nie Przyrody… Rzecz ciekawa, bo kiedy zapytałem Rosjan, co o tym sądzą, ci odsyłali mnie do internetowych stron na temat tragedii na przełęczy Diatłowa i nabierali wody w usta, co też stanowi pewnego rodzaju wskazówkę…

Prawda o tym wydarzeniu spoczywa jak na razie ukryta bardzo głęboko w pancernych safesach służb specjalnych Federacji Rosyjskiej i zapewne wiele jeszcze wody upłynie w Wołdze, zanim zostanie ujawniona, zapewne już nie za naszego życia. Pozostaje więc czekać i przekazywać informację o tej tragedii następnym pokoleniom, chyba że rację miał dr Hermann Zdzisław Scheuring pisząc, że „…istnieją archiwa tajne, do których profani nie mają dostępu i których tajemnice nigdy nie ulegają przedawnieniu…” („Czy królobójstwo?”, Londyn 1964)

Oby nie.
* * *

Polecane inne źródła:

1. Tajemnica Przełęczy Diatłowa (film) - http://www.youtube.com/watch?v=7hE_bCv7Glk

2. Tajemnica Przełęczy Diatłowa (film) - http://www.youtube.com/watch?v=v2wogBJ0 ... re=related

PYTANIE DO FORUMOWICZÓW: czy koś ma jeszcze jakąś inną proipozycję?

Credo quia absurdum NON est!

http://www.wszechocean.blogspot.com

http://www.grzybypl.blogspot.com

http://www.echojordanowa.wordpress.com


***
Przyznam, że w tej materii nie mam wystarczającej wiedzy, aby przychylić się do którejkolwiek z teorii. Dokonuję więc "zawieszenia sądu", przedstawiając faktografię i możliwe interpretacje. A może macie jakieś własne teorie?

05 maja, 2019

Rentgenometr DP-2


Radziecki rentgenometr DP-2 z lat 60. jest przyrządem dużo bardziej przyjaznym dla użytkownika w porównaniu z DP-1. Przełącznik zakresów zblokowano z przełącznikiem trybu pracy (wyłączony, regulacja zera i dalej kolejne zakresy). Zniknęła regulacja żarzenia. Oprócz w/w przełącznika na przednim panelu mamy pokrętło do regulacji zera, włącznik preparatu kontrolnego (typu chwilowego) i przycisk oświetlenia (też chwilowy), wyniesiony nad pulpit na metalowym talerzyku. Zasilanie odbywa się z baterii 145U w komorze na przednim panelu - bateria i komora takie same jak w urządzeniu kontrolno-załadowczym DP-23p. Oświetlenie skali zasilane jest z osobnej baterii 1,6-PMC-U-1,05, umieszczanej pod przyciskiem oświetlenia. Komplet baterii starcza na 60 h pracy. Przyrząd waży 3,5 kg. 

http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=1

26 kwietnia, 2019

Czarnobyl - ile kłamstwa w kłamstwie?

Od czasu napisania mojej magisterki poświęconej ukrywaniu awarii w Czarnobylu minęło już 8 lat. Skrót pracy został opublikowany w Dziejach Najnowszych rocznik XLIII -2011, 2 [LINK], zaś pełną wersję można pobrać TUTAJ. Faktografia oparta została na materiałach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, znajdujących się w Archiwum Akt Nowych, zatem pozostawiam ją bez zmiany. Faktem jest zwłoka w poinformowaniu społeczeństwa, blokada informacyjna, fałszywie uspokajające komunikaty czy opóźnienie akcji z płynem Lugola, który oczywiście najpierw otrzymali funkcjonariusze partii, wojska i  milicji.  Natomiast formułowane przeze mnie w tej pracy oceny wymagają pewnej korekty.
Przede wszystkim, czego by władze nie powiedziały, zostałoby to odebrane jako kłamstwo. Władzom wówczas nie ufało się z zasady.  Najtrudniej prostować mity fałszywe od początku do końca, zwłaszcza, gdy prasa utraciła resztki wiarygodności, a czytelnik „wie swoje”. Poniżej cytat nieco wcześniejszy i dotyczący innej sprawy, ale bardzo aktualny w kwestii Czarnobyla:



Ujawnienie całej prawdy nie było możliwe choćby z tego powodu, że sama „góra” za dużo nie wiedziała. Jakaś awaria, sądząc po składzie skażeń, pochodząca z reaktora a nie z bomby atomowej, i tyle. Sowieci mówią, że awaria drobna, odczyty rosną, ale też dość szybko opadają, nie wiadomo, jak długo to potrwa. Co tu robić? Rozszerzyć środki ostrożności, nakazać mycie warzyw, zamykanie dzieci w domach? A jeśli wybuchnie panika? Ludzie zaczną masowo wyjeżdżać na wieś lub odwrotnie, przyjeżdżać do miast, chować w piwnicach, rzucą się na sklepy, by wykupić wszystkie paczkowane produkty? Siedzieć w domu myjąc się obsesyjnie? Żegnać z życiem i modlić w kościołach? Albo zaczną łykać jakieś podejrzane specyfiki, bo „jedna pani drugiej pani” powiedziała, że proszek z suszonej ropuchy chroni przed promieniowaniem? Że nie wspomnę o starym micie, że od promieniowania chroni… alkohol. Trudno w Polsce o lepszą zachętę do libacji, a co za tym idzie, wzrost przestępstw pod wpływem alkoholu czy w związku z jego zdobyciem. Takie obawy mogły motywować ówczesnych decydentów do blokady informacyjnej, nawet nie całkowitej, a jedynie wyrywkowej, tonującej zbyt alarmistyczne głosy. Nie były to bezpodstawne obawy, gdyż w niektórych miastach sytuacja była bliska wybuchu paniki, zdarzały się nawet przypadki, że przychodnie wręcz szturmowano, gdy zabrakło płynu Lugola. Chaos pogłębiały też „niezależne” pomiary radiometryczne, czynione przez pracowników instytucji naukowych, mających dostęp do służbowego sprzętu (prywatnych przyrządów dozymetrycznych wówczas praktycznie nie było). Takie pomiary nie były miarodajne z uwagi na wyrywkowość, błędy metodologiczne i niewłaściwą interpretację, gdyż polegały np. na pomiarze mocy dawki beta+gamma radiometrem RK-67 na krzakach przed szpitalem. Jak przełożyć taki wynik na ogólną aktywność powierzchniową emiterów promieniowania beta w całym mieście? Zatrudniony w szpitalu radiolog czy inspektor ochrony radiologicznej rzadko ma taką wiedzę i sprzęt. Z drugiej strony trudno się dziwić takim pomiarom na własną rękę, skoro nawet rzetelne dane Służby Pomiaru Skażeń Promieniotwórczych były poddawane bardzo licznym manipulacjom przez rządowy aparat propagandowy zanim zostały podane do publicznej wiadomości.  Władze były w potrzasku i skoro już na początku postanowiły kłamać, czy choćby koloryzować stan faktyczny, nie mogły potem zawrócić z tej drogi.
***
Żeby była jasność. Nie popieram blokady informacyjnej ani zbywania pytań obywateli odpowiedziami w stylu „najwyżej dzieci będą się częściej myły”, wygłoszonej przez dyrektorkę Instytutu Matki i Dziecka prof. dr hab. Krystynę Bożkową. 

Prof. Krystyna Bożkowa odbiera tytuł Warszawianki Roku 1979, fot. G. Rutowska,
zbiory NAC


Władze po prostu wzięły na przeczekanie, licząc, że sytuacja sama się unormuje – i tak się faktycznie stało. Według późniejszych danych dawka otrzymana od Czarnobyla w Polsce nie była tak duża, zaś najsilniejsze skażenia utrzymywały się przez dwa miesiące. Rozkład skażeń w Europie można prześledzić np. na tej mapie - widać skutki opadu radioaktywnego niesionego przez zmieniający się wiatr - najpierw skażenia pojawiły się w Skandynawii:

Źródło - http://czarnobyl1986.info/akcja.html


Terytorium Polski zostało bardzo nierównomiernie dotknięte opadem z Czarnobyla. Najsilniej ucierpiały województwa południowe, szczególnie rejon Opola, gdzie na skutek intensywnych opadów deszczu powstała tzw. anomalia opolska. Poniższa mapa pokazuje rozkład stężenia cezu-137, produktu rozszczepienia uranu, zmierzone w 2010 r. - więcej na ten temat w osobnej notce [LINK].



Obecne promieniowanie opadu z Czarnobyla stanowi ok. 0,2 % łącznej dawki przyjmowanej w Polsce, mniej więcej tyle samo, ile od pozostałości opadu z testów jądrowych w latach 50. i 60. [LINK]. Możliwość wykrycia tych pozostałości w glebie i wodzie wynika z dużej czułości stosowanej obecnie aparatury radiometrycznej. Aktywności te są obecnie tak niewielkie, że nie stanowią zagrożenia dla zdrowia.
***
Inną kwestią, nie ulegającą dyskusji, było wysłanie polskich kolarzy na XXXIX Wyścig Pokoju, którego prolog i pierwsze 3 etapy odbywały się w Kijowie, w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca awarii czarnobylskiej. Sportowców szantażem wręcz zmuszono do udziału w wyścigu, używając na przemian wielkich słów o "sprawie narodowej" i niskich argumentów o kosztach  wyszkolenia sportowców przez państwo. W naciskach uczestniczyli zarówno przedstawiciele organizacji sportowych, jak również władz partyjnych i rządowych. Zawodnikom klubów Legia (wojsko) i Gwardia (milicja) po prostu wydano rozkaz wyjazdu, którego niewykonanie mogłoby skończyć się w wiadomy sposób, zatem zatem zawodnicy innych klubów solidarnie wyjechali z nimi [LINK]  Państwa zachodnie w większości wycofały swoje ekipy oprócz Francji i Finlandii, a spośród krajów socjalistycznych wycofała się Rumunia.

Źródło - http://czarnobyl1986.info/akcja.html

























Poziom skażeń w Kijowie był znacznie większy niż w większości miast Polski, a pamiętajmy, że podczas wysiłku organizm wdycha znacznie większe ilości radioaktywnego pyłu. Takie postępowanie można uznać za cyniczne narażanie zdrowia ludzi w imię propagandy. Cenzura oczywiście usuwała wszystkie wzmianki dotyczące związku katastrofy ze słabym wynikiem polskich kolarzy, pozostawiając jedynie sugestie, że morale młodych sportowców ucierpiało na skutek siania paniki i niesprawdzonych pogłosek związanych z Czarnobylem (!).

Podsumowując, techniki propagandowe, opisane w mojej pracy, faktycznie były stosowane i są na to niezbite dowody w postaci archiwalnych dokumentów. Każdy może przyjść do pracowni naukowej Archiwum Akt Nowych, wypisać rewers i otrzymać te materiały do wglądu. Natomiast interpretacja tych działań, to osobna kwestia i tu miesza się kilka czynników - chęć uniknięcia paniki i jednocześnie uratowania resztek autorytetu władz, brak stuprocentowo pewnych informacji, ale też cyniczne nieliczenie się ze zdrowiem obywateli.

Podobał Ci się wpis? Chcesz widzieć więcej takich treści? Wesprzyj mnie na Patronite - https://patronite.pl/anonymousdosimetrist



18 kwietnia, 2019

Izotopy wokół nas - jod-131

Izotop ten kojarzy się głównie z chorobami tarczycy oraz awarią z Czarnobylu. Powstaje bądź jako jeden z produktów rozszczepienia uranu w awariach i wybuchach nuklearnych, oraz w wyniku naświetlania tlenku telluru-130 neutronami w reaktorze jądrowym. Pod wpływem naświetlania powstaje tellur-131, który szybko rozpada się do jodu-131. W medycynie stosowany jest zarówno do diagnostyki tarczycy, jak również do leczenia jej nadczynności. Jako element skażenia promieniotwórczego po wybuchu jądrowym jest relatywnie najmniej szkodliwy z całej "trójcy" głównych produktów rozszczepienia (pozostałe to stront-90 i cez-137). Jest jednocześnie jednym z najbardziej rozpowszechnionych produktów rozszczepienia uranu, spośród których większość ma liczby masowe w pobliżu 90 i 140. Przy rozszczepieniu jądra uranu jeden produkt ma masę 1/3, a drugi 2/3 jądra uranu, łącznie produktów może być ok. 200:


Czas półrozpadu I-131 wynosi zaledwie 8 dni, zatem po już 80 dniach izotop ulega całkowitemu rozpadowi. Dla porównania - stront-90 ma t1/2 = 28 lat, cez-137 - 30 lat, czyli dopiero po 280-300 latach te izotopy znikną z obiegu (przyjmuje się 10-krotność czasu półrozpadu jako czas całkowitego zaniku aktywności).
***
 Jod-131 emituje zarówno promieniowanie gamma o energii 365 keV (81,7%), 637 keV (7,2%) i 284 keV (6,1%), jak również beta o energii max 606 keV*. Narządem krytycznym jest tarczyca, która wykorzystuje jod do syntezy hormonów - tyroksyny i trójjodotyroniny, jednak nie odróżnia, czy przyjmuje jod nieradioaktywny (jod-127, jedyny izotop występujący w przyrodzie), czy promieniotwórczy. Dlatego też w przypadku spodziewanego narażenia na skażenie jodem-131 należy przyjąć preparat zawierający jod nieradioaktywny, aby "nasycić" nim tarczycę - wówczas przez pewien czas nie będzie przyjmować żadnego jodu, więc też i radioaktywnego. Zwykle są to specjalnie tabletki jodku potasu (KI), w sytuacjach awaryjnych można użyć płynu Lugola lub jodyny**, ale należy być z tym bardzo ostrożnym. Jod jest pierwiastkiem bardzo agresywnym i nieumiejętne jego stosowanie może łatwo prowadzić do śmiertelnego przedawkowania, szczególnie u dzieci. I przede wszystkim preparat jodowy należy brać kilka godzin PRZED narażeniem, czyli gdy usłyszymy stosowny komunikat. Gdy jesteśmy już narażeni, skuteczność znacznie spada, a po 24 godzinach branie nie ma sensu. Dlatego też, przeprowadzona po awarii w Czarnobylu spektakularna, masowa akcja podawania płynu Lugola dzieciom, młodzieży i kobietom w ciąży zupełnie nie miała sensu, gdyż dokonano jej z dwudniowym opóźnieniem od momentu nadejścia chmury radioaktywnej nad Polskę. Kto miał się nałykać I-131, ten się nałykał, choć narażenie było zdecydowanie mniejsze, niż początkowo podejrzewano.
W książce Kamila Dworaczka "W cieniu radioaktywnej chmury..." (s. 266) podano wyliczenia dr. Pawła Krajewskiego z CLOR, dotyczące skuteczności w redukowaniu przyjęcia radioaktywnego jodu w zależności od momentu podania płynu Lugola:
  • 28 kwietnia - redukcja o 80% (radioaktywna chmura pojawiła się jako pierwsza w Mikołajkach o 21)
  • 29 kwietnia - redukcja o 62 %
  • 30 kwietnia - redukcja o 35% (później oceniono na 28,5 %)
  • 1 maja - redukcja o 7 % (później oceniono na 5 %)
Po uśrednieniu zebranych danych przyjęto, że płyn Lugola zredukował absorpcję jodu-131 o ok. 40 % (później skorygowano ten wynik do 35 %).

Kolejki do wydawania płynu Lugola w przychodni, (Źródło)

Teraz tematyka narażenia na jod-131 wraca za każdym razem, jak niezwykle czuła aparatura pomiarowa  różnych służb wykryje chociaż niewielkie podwyższenie stężenia w atmosferze. Zwykle skutkuje to szturmem na apteki, wykupywaniem płynu Lugola i innymi nieodpowiedzialnymi zachowaniami, np. smarowaniem dzieci jodyną .Tymczasem, jeśli w atmosferze wykryto jedynie jod, bez innych izotopów, które są produktami rozszczepienia uranu, mamy do czynienia z nieznacznym wydobyciem się tego pierwiastka z laboratorium medycyny nuklearnej. Wydarzenia takie pojawiały się kilkukrotnie w ciągu ostatniego dziesięciolecia, więcej na ten temat można przeczytać w tym merytorycznym, wyważonym artykule - LINK. W przypadku awarii nuklearnej w reaktorze lub testu jądrowego skażenia miałyby znacznie szerszy zasięg i bardziej zróżnicowany skład. Notabene po składzie izotopowym radioaktywnych skażeń powietrza można ustalić, czy ich źródłem jest broń jądrowa, czy też reaktor. Tak było po awarii w Czarnobylu, kiedy po szybkiej analizie od razu wykluczono, że źródłem opadu radioaktywnego jest pożar reaktora, a nie wybuch jądrowy. Co więcej, na podstawie stężenia różnych izotopów można nawet ustalić stopień wypalenia paliwa w reaktorze.
Wracając jednak do jodu-131, stosowany jest on zarówno w diagnostyce tarczycy, jak również w leczeniu nadczynności tego gruczołu. Podanie preparatu z jodem-131 pozwala na zlokalizowanie miejsc "ciepłych" - które standardowo wychwytują jod, "zimnych" - które słabiej wychwytują i "gorących" - wychwytujących nadmiernie, które zwykle są zmianami chorobowymi. Następnie koncentracja jodu jest mierzona przez specjalną tzw. kamerę scyntygraficzną. Na powstałym scyntygramie widać rozmieszczenie ognisk chorobowych, które wówczas można poddać diagnostyce (np. biopsji) i leczeniu.
Źródło

Oprócz diagnostyki jod-131 może być stosowany też w leczeniu nadczynności tarczycy, jako leczenie alternatywne dla zabiegu operacyjnego. Podany w kapsułce (1-3 dawki, aktywność 5-15 mCi) jod robi to samo, co skalpel chirurga, jednak cała procedura trwa znacznie krócej, nie jest konieczna narkoza, szwy itp. Osoba leczona jodem nie stwarza zagrożenia dla otoczenia, powinna jedynie unikać bliskiego kontaktu z małymi dziećmi (spanie w jednym łóżku itp.), szczególnie przez pierwsze 5 dni, i przed zabiegiem trzeba na 100% wykluczyć ciążę za pomocą odpowiednich testów. Zalecane jest też powstrzymanie się od prokreacji przez 6 miesięcy - więcej na ten temat TUTAJ. Dodatkowe informacje w tym artykule medycznym
 - https://podyplomie.pl/publish/system/articles/pdfarticles/000/010/909/original/Strony_od_MpD_2011_07-10.pdf?1468487622

Jeżeli ktoś planuje diagnostykę lub terapię jodową w Warszawie i chciałby zmierzyć, czy promieniuje po badaniu, zapraszam do kontaktu przez formularz na blogu.
Radioizotopy stosowane w polskiej medycynie nuklearnej, w tym I-131, produkowane są przez POLATOM w reaktorze "Maria" w Świerku - więcej na ten temat
https://www.ncbj.gov.pl/aktualnosci/jod-swierka-pol-miliona-pacjentow-tygodniowo


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* szcezgółowe dane preparatu jodowego produkcji polskiej
https://pub.rejestrymedyczne.csioz.gov.pl/Pobieranie.ashx?type=6160-c
** płyn Lugola i jodyna zawierają te same czynniki aktywne - jod i jodek potasu (odpowiednio 1 i 3 g na 100 g produktu), różnią się tylko rozpuszczalnikiem - płyn Lugola jest na wodzie, jodyna na alkoholu etylowym.

14 kwietnia, 2019

Dozymetr osobisty DMC2000XB

Kolejna recenzja autorstwa Maćka, oddaję głos Autorowi:

Jest to najbardziej zaawansowany dozymetr osobisty z serii „2000” będący w ofercie francuskiej firmy Mirion Technologies/MGP Instruments w latach 1998-2018. Przeznaczony jest dla pracowników przemysłu, energetyki i medycyny nuklearnej. Może pracować w trybie autonomicznym lub zespołowym wraz z czytnikami i oprogramowaniem umożliwiającym zaawansowaną konfigurację i zarządzanie zarejestrowanymi danymi. Jego wymiary to: 86.5x48x17mm, a waga to zaledwie 56 g. Konstrukcja jest odporna na wstrząsy i upadki. Dozymetr za pomocą diody krzemowej wykrywa promieniowanie gamma i X w zakresie 20 keV - 6 MeV oraz beta w zakresie 60 keV - 3.5 MeV. Dokonuje pomiaru równoważnika dawki pochłoniętej głębokiej w standardzie Hp(10) oraz powierzchniowej Hp(0.07) w zakresie od 1 µSv do 10 Sv oraz równoważników mocy dawek od 0.1 µSv/h do 10 Sv/h (UWAGA: wyświetlane są wartości dopiero od 0.01 mSv/h). Obsługa i konfiguracja wygląda analogicznie jak w omawianym wcześniej dozymetrze SOR/T. Największe różnice to brak aż tak wzmocnionej konstrukcji oraz dodatkowa obecność sygnalizacji optycznej i możliwość skonfigurowania aż 8 progów alarmowych.

Na górnej ściance urządzenia znajdują się:

  • wyświetlacz LCD
  • dioda sygnalizująca

Na przedniej ściance znajdują się:

  • złącze elektroniczne umożliwiające m.in. połączenie z czytnikiem, sondą zewnętrzną lub kontrolę napięcia baterii za pomocą woltomierza
  • brzęczyk alarmujący o przekroczeniu wartości progowych, sygnalizujący zwiększenie pochłoniętej dawki o ustaloną wartość lub informujący o wyczerpującej się baterii
  • okienko detektora promieniowania beta (jest delikatne więc należy obchodzić się w miarę ostrożnie)
  • wytłoczony symbol „+”nad okienkiem, wskazujący położenie detektora gamma wewnątrz obudowy


Na tylnej ściance znajdują się:
  • klips do paska
  • komora baterii guzikowej CR2450 o napięciu 3V z zakręcaną pokrywką (ciągły czas pracy to ok. 6 miesięcy, ze względów konstrukcyjnych zalecane są baterie firmy Renata lub Toshiba).




Wnętrze wersji DMC2000S wygląda tak, wersja XB niewiele się różni:


Opisywany egzemplarz pochodzi z brytyjskiego rynku wtórnego (portal aukcyjny Ebay). Model wydaje się ciekawy ze względów kolekcjonerskich/hobbystycznych głównie z uwagi na bardzo szeroki zakres energetyczny, zwłaszcza jego dolną część i rejestrację zarówno promieniowania gamma i beta, co w urządzeniach tego typu nie jest częste. Różnice we wskazaniach w stosunku do najbardziej powszechnych mierników widać od razu. Przykładowy pomiar szkła uranowego, za pomocą np. Sosny, RKS107, Gamma Scout daje 4.5-9.5 µSv/h, natomiast DMC2000XB przy bezpośrednim kontakcie z okienkiem pomiarowym daje odczyty mocy dawki Hp(0.07) na poziomie 0.01-0.02 mSv/h z czasowymi skokami nawet do 0.04 mSv/h, a wyznaczona moc dawki na podstawie dawki pochłoniętej po kilku godzinach wyniosła 0.016 mSv/h. Wyświetlanie mocy dawki dopiero od 0.01  mSv/h i kilkudziesięciosekundowy czas oczekiwania na pierwszy wynik/aktualizację (przynajmniej dla niezbyt mocnych źródeł) ogranicza jednak jego zastosowanie. Pozostałe wady i zalety są analogiczne jak w dozymetrze SOR/T.

08 kwietnia, 2019

Wytwórnie dozymetrów RKS-20.03 Pripyat'

Ten niezwykle popularny kieszonkowy radiometr wytwarzany był przez łącznie 4 wytwórnie, przy czym na rynku pojawiają się przede wszystkim egzemplarze z 3 fabryk*. Były to:
  • "Radiopribor" im. S.P. Korolewa w Kijowie (tam go opracowano)
  • "Polaron" we Lwowie (od tych zakładów otrzymał nieoficjalną nazwę)
  • "Arsenal" w Kijowie
Wyliczmy różnice pomiędzy nimi, choć w większości przypadków nie mają dużego wpływu na eksploatację przyrządu. Tym niemniej, pozwalają prześledzić rozwój ówczesnej myśli technicznej, czy raczej wzornictwa przemysłowego.
1. Zacznijmy od rzeczy najbardziej rzucającej się w oczy - koloru:
  • "Radiopribor" - głównie szare, ale były też kremowe, jaskrawych barw raczej brak, choć spotkałem egzemplarz żółto-niebieski, czyli w narodowych barwach Ukrainy**
  • "Polaron" - prawie pełna paleta barw, czyli - biały, kremowy, szary, czarny, niebieski, pomarańczowy, czerwony - brak tylko zielonego i brązowego
  • "Arsenal" - TYLKO czarne, choć widziałem jeden - dosłownie jeden egzemplarz kremowy

2. Drugim wyraźnym wyznacznikiem jest napis "Pripyat'":
  • "Radiopribor" - wyryty kursywą, pomalowany na czarno, by był widoczny na pastelowych barwach obudowy, w wersji eksportowej zamiast "Pripyat'" jest "HUPRA HJ001"
  • "Polaron" - malowany kursywą w kolorze białym, czarnym lub błękitnym w zależności od koloru obudowy, dodatkowo napis "Polaron" umieszczony w lewym dolnym rogu, pismem tzw. neonowym (połączone litery)
  • "Arsenal" - wyryty prostą czcionką i pomalowany na kremowo, by odcinał się w czarnym plastiku obudowy (w rzadkich kremowych egzemplarzach jest on czarny)

3. Skoro jesteśmy już przy wyświetlaczu, spojrzyjmy na jego szybkę i tło:
  • "Radiopribor" i "Arsenal" - szybka z grubego sztywnego tworzywa
  • "Polaron" - szybka cienka, wiotka
4. Tło wyświetlacza:
  • "Radiopribor" - faktura "groszkowa", choć widziałem też gładkie
  •  "Polaron"  - gładkie
  • "Arsenal" - faktura "groszkowa"


5. Przedni panel:
  • "Radiopribor" - matowe aluminium o fakturze "groszkowej"
  • "Polaron"   gładkie aluminium malowane na szaro lub beżowo
  • "Arsenal" - gładkie aluminium malowane na szaro z deseniem "młotkowym"


5. Zerknijmy teraz na tył. Tutaj zwraca uwagę odmienne wykonanie klapki osłaniającej tuby i jej zatrzasku.
  • "Radiopribor" - gładka lub lekko "groszkowa", znaczek "gamma" grawerowany, podkładka miedziana, zatrzask sprężynujący
  • "Polaron" - faktura groszkowa, znaczek "gamma" malowany, podkładka srebrna, zatrzask przesuwny i toporny
  • "Arsenal" - faktura "groszkowa", znaczek "gamma" grawerowany, podkładka srebrna, zatrzask przesuwny


6. Ostatnią zauważoną przeze mnie różnicą jest sposób umieszczenia numeru seryjnego i daty produkcji:
  • "Radiopribor" - końcówka roku rozpoczyna numer seryjny, wyryty
  • "Polaron" - numer nad końcówką roku i miesiącem produkcji, wyryty i pomalowany
  • "Arsenal" - końcówka roku i miesiąc na osobnym polu, poprzedza numer seryjny, wyryty


7. Zajrzyjmy jeszcze do wnętrza - układ elektroniczny jest identyczny, jednak zgodnie z opinią Michała (pozdrowienia!) dozymetry z fabryki "Radiopribor" mają ścieżki na płytce drukowanej bardzo wrażliwe na temperaturę - łatwo odklejają się nawet przy temperaturze lutownicy 260 st. C, zaś te z "Polarona" mają grube ścieżki pobielone cyną i można je lutować nawet przy 300 st. C. Poniżej egzemplarz z "Radiopribora" in flagranti:



8. Dozymetry z wymienionych wytwórni różnią się również nieco głośnością i tonem dźwięku z głośniczka, ale ponieważ różnice występują też między pojedynczymi egzemplarzami z tej samej fabryki i są dość subiektywne, to nie będziemy się tym zajmować. Dla zainteresowanych porównanie dźwięku "Radiopribora" i "Polarona":
Oraz trzech egzemplarzy "Polarona", które przez pewien czas były w moim posiadaniu


9. Na sam koniec - instrukcja obsługi, z której możemy wyczytać, jaki zakład wykonał nasz dozymetr (na końcu, gdzie kupony gwarancyjne). Dodatkowo wyróżniają się instrukcje z zakładów Arsenal - mają okładkę z błyszczącego papieru z podobizną dozymetru. Do przyrządów z dwóch pozostałych fabryk dawano instrukcje w postaci zeszytu formatu A6, zaś "Polaron" wypuszczał również niekiedy wersję kryzysową, bez okładek, w postaci wydłużonej książeczki, tak jak do Biełły.


Jeżeli chodzi o częstotliwość występowania, najczęściej spotykamy w Polsce produkty "Polarona" i "Radiopribora", nieco rzadziej pojawiają się czarne z "Arsenala". W kwestii ergonomii dozymetry nie różnią się zbytnio za wyjątkiem jednej kwestii - produkty "Radipribora", które mają zatrzask klapki na sprężynie, bywają kłopotliwe w obsłudze, gdyż palec ślizga się po powierzchni zatrzasku.
***
Jeżeli znajdziecie jeszcze jakieś różnice lub spotkaliście się z odchyłkami od przywołanego przeze mnie schematu, dajcie znać i podzielcie się zdjęciami!
---------------------------------------------------------------------------------
*A na koniec ostatnia wytwórnia, o której jeszcze nie wspomniałem - "Galicz-M". Jak do tej pory nie spotkałem się z nią w Polsce, a za wschodnią granicą raptem 1-2 egzemplarze. W fabryce tej miały być produkowane jeszcze w 1997 r. Charakteryzują się topornym wykonaniem i masywnym napisem "Pripyat" niechlujnie wyrytym w lewym górnym rogu ramki wyświetlacza, zamiast w prawym. Drugim wyróżnikiem jest klapka filtra bez symbolu "gamma". Rok produkcji i numer seryjny umieszczony tak jak w egzemplarzach produkcji "Polarona".

PS. Na tym filmiku dokładnie wyjaśniono różnice między poszczególnymi wytwórniami, jest nawet w/w egzemplarz z Galicz-M (filmik po rosyjsku):



** ten egzemplarz z zakładów "Radiopribor" wykonano w 1991 r., kiedy ZSRR rozpadał się na niezależne państwa - górna połówka z żółtego plastiku, dolna z niebieskiego, czyli dokładnie tak, jak na fladze Ukrainy:
 Ciekawy sposób manifestowania uczuć patriotycznych, bo w przypadek nie uwierzę!




02 kwietnia, 2019

Rentgenoradiometr Intensimeter IT-65


Rentgenoradiometr ten stosunkowo często pojawia się na czeskim Allegro (Aukro.cz), z pewnymi zastrzeżeniami można go nazwać tamtejszym odpowiednikiem DP-66. Wyprodukowała go firma Tesla we współpracy z Jugosławią, jugosłowiańskie wersje, oznaczone DR M3, miały nieco nowszą elektronikę:

Opis i zdjęcia DR M3 - http://www.crowave.com/blog/2019/12/31/radioloski-detektor-dr-m3/


Miernik mierzy moc dawki od tła naturalnego do 500 R/h - przy takiej mocy dawki w ciągu godziny otrzymamy dawkę śmiertelną LD50/30. Zakresy są dwa - niższy wyskalowany w milirentgenach na godzinę (dolna podziałka, czarna) wykorzystuje okienkowy licznik G-M typu Philips 18504, znany choćby z radiometru RK-10-1.



Okienko mikowe tego licznika ma gęstość powierzchniową ok. 2-3 mg/cm2, czyli przepuszcza kwanty gamma o energii powyżej 30 keV, niskoenergetyczne cząstki beta (> 150 keV) i silniejsze alfa (>5 MeV). Obrotowa przesłona pozwala na pomiar mocy dawki gamma lub pomiar łączny aktywności alfa, beta i gamma. Przy zamknięciu przesłony okienko pomiarowe jest białe:

Niestety okienko licznika jest znacznie oddalone od krawędzi sondy, zatem tylko najsilniejsze cząstki alfa będą mogły do niego dotrzeć (droga cząstek alfa w powietrzu to zaledwie kilka cm).
Miernik może też wykrywać neutrony termiczne, podejrzewam, że do stopu z którego wykonano sondę dodano kadmu, który pochłania neutrony emitując kwant gamma, możliwy do zarejestrowania przez licznik.

Drugi zakres wykorzystuje wewnętrzną komorę jonizacyjną, odczytu dokonujmy na górnej podziałce, czerwonej, wyskalowanej w R/h. Co ciekawe, resurs tej komory wynosi zaledwie 500 godzin pracy (!). Ciekawe, zwłaszcza że komory jonizacyjne są dosyć trwałymi detektorami.


Do kompletu jest tez skórzana torba-futerał z przedziałem na sondę i kieszonką na akcesoria, na torbie nabito nazwę modelu, tak samo jak w RGBT-62. W torbie przenoszone są też różne akcesoria, np. słuchawka nauszna czy "prezerwatywy" z grubej gumy do ochrony sondy przed skażeniem, znane również z RGBT-62.
   

W komplecie jest też przystawka zasilania zewnętrznego z żarówkami służącymi za dodatkowe obciążenie ograniczające natężenie prądu przy zasilaniu z akumulatora samochodowego. Wtyczka do  gniazda zapalniczki samochodowej jest starego typu (mała), zasilanie ze źródła zewnętrznego wymaga przełączenia pokrętła rodzaju pracy w pozycję AKU. 



Do radiometru załączano również źródło kontrolne Sr-90 mocowane w ściance torby, lecz w sprzedawanych egzemplarzach zostało usunięte - na zdjęciu widać otwór po nim.
Dodatkowe zdjęcia, schemat i instrukcję można znaleźć tutaj: http://danyk.cz/it65.html
Jeżeli chodzi o opinię o tym sprzęcie, to wg użytkowników wskazania są 5-10 razy (!) mniejsze niż krajowych DP-66 i DP-75, zaś dźwięk w słuchawce bardzo słaby. Może w warunkach wysokich dawek IT-65 bardziej się sprawdza, natomiast do codziennych pomiarów nie jest dobrym wyborem, szczególnie wobec kosztów sprowadzania z Czech i zalewu lepszych przyrządów w kraju.