14 listopada, 2019

Autoradiogramy cz. III

Długi jesienny wieczór w wolny dzień to idealna okazja, by wywołać autoradiogramy nastawione na początku lipca po wywołaniu poprzednich [LINK].
Naświetlanie trwało prawie 5 miesięcy. Jako źródeł użyłem następujących przedmiotów (moc dawki mierzona Polaronem):

  • talerzyk ze szkła uranowego dość aktywny, bo dający aż 6 µSv/h łącznej emisji (wtedy jeszcze nie miałem gorętszych wyrobów - LINK)
  • pokrywa od cukiernicy z oliwkową glazurą uranową (60 µSv/h razem)
  • medalion Quantum Pendant (11 µSv/h razem, z czego 1,1 to gamma)
  • siatka żarowa o kształcie "skarpetki" (27 µSv/h razem, 1,4 gamma)
  • papierowa koperta od w/w siatki
  • talerz ceramiczny z uranowym zygzakiem, użyty już wcześniej (70 razem)

Tym razem zastosowałem papier bromowy Fotonbrom w formacie 9x14, zamiast chlorowego, również produkcji "Fotonu". Większa czułość powinna przełożyć się na silniejszy ślad, wywołany promieniowaniem. Zaraz się okaże, czy moje prognozy były trafne.
Artefakty były dociskane do papieru za pomocą prostopadłościennych metalowych bloczków. W przypadku talerzyka ze szkła uranowego wykorzystałem ferrytowy magnes od głośnika, który poprzez miękką podkładkę przycisnął talerzyk do denka płaskiej blaszanki po czekoladkach.

Medalion Quantum Pendant został umieszczony w złożonym na pół arkuszu papieru fotograficznego, aby odcisnąć obie jego strony na jednej odbitce. Dociskiem była kostka z mosiądzu, całość umieściłem w narożniku dużego światłoszczelnego pojemnika, w którym naświetlał się talerz. Do koperty po koszulce żarowej papier fotograficzny został wsunięty, gdyż był od niej minimalnie mniejszy, a następnie dociśnięty ceramiczną płytką z obciążnikiem. Koszulki żarowe obłożyłem papierem z obu stron, dociskając grubą żelazną sztabką. Do ceramicznego talerza papier docisnąłem laboratoryjnym ciężarkiem przez gumowy kwadrat. Poniżej komplet moich improwizowanych docisków.

Pojemniki mieszczące artefakty przyciśnięte do papieru były ułożone jeden na drugim, a następnie w większych pudełkach. Całość owinąłem dla pewności kocem i zamknąłem na pawlaczu. Ostrożność nie jest przesadzona. Przy tak długim czasie naświetlania nawet najmniejszy promyk światła może zniszczyć efekty eksperymentu. Szczególnie, że w moim bloku od południa do wieczora słońce świeci w okno pokoju, gdzie znajduje się cały układ eksperymentalny.

Odczynniki do obróbki były te same, co poprzednio - wywoływacz w płynie W-41, rozcieńczony 1+7 i neutralny utrwalacz (200 g tiosiarczanu sodu na 500 ml wody). Po próbie działania odczynników (były trzymane w lodówce od ostatniego razu) i teście bezpieczeństwa lampy ciemniowej przystąpiłem do obróbki.

Najbardziej ciekawił mnie efekt na szkle uranowym, jednak pomimo długiego "męczenia" odbitki w wywoływaczu i zwiększenia jego stężenia do 1+8 nie osiągnąłem nic, poza wzrostem zadymienia.

Przyszedł czas na inne artefakty. Bardzo elegancko odbiły się siatki żarowe, uwidaczniając nawet w paru miejscach strukturę tkaniny, jak również nitkę ściągacza, która nie zawierała toru-232 i zasłoniła papier od promieniowania, zachowując jego biel.




Koperta od siatki odznaczyła się słabo, jedynie w szwie musiało zostać trochę pyłu, który podziałał na papier. Było to dobrze widoczne w świetle odbitym, gdy odbitka była mokra, ale po wysuszeniu,  na skanie słabiej.

Dekiel od cukiernicy był dość aktywny, widać nawet udział promieniowania rozproszonego poza obrysem głównego odcisku, pochodzącego z rantu oddalonego od dolnej krawędzi.
Zaznaczyły się również miejsca, gdzie w polewie były grudki pozbawione aktywności:

Medalion nawet ukazał odrobinę wzorów, które są na nim wyryte. Koncepcja "kanapki" z papieru fotograficznego umożliwiła na ukazanie awersu i rewersu na jednej odbitce przy równej sile docisku i oszczędzaniu papieru.


Autoradiogramy najlepiej skanować od razu w skali szarości, a potem nieznacznie podkręcić kontrast w Photoshopie:

Talerz niestety nie był równo dociśnięty i uranowy zygzak wyszedł ostro tylko na szpicu. Poprzednio docisk był bardziej równomierny i na większości powierzchni ukazał się charakterystyczny marmurkowy wzór. Muszę poeksperymentować z dociskiem przez woreczek z piaskiem. 

Dla porównania, poprzednia wersja na papierze chlorowym, o mniejszym formacie i nieco cieńszym podłożu:


Odbitki suszyłem na dużej szklanej płycie - antyramie z reprodukcją zdjęcia krążownika "Aurora". Po ułożeniu zdjęć na równej, gładkiej powierzchni (może być stół, plastik) warto ligniną ściągnąć nadmiar wody - przyspieszy to suszenie i unikniemy wybrzuszeń emulsji od dużych kropli wody:
Dla lepszego efektu można użyć suszarki fotograficznej, tylko pamiętajcie, by płyta lustrzana była bez skazy, a przed suszeniem przetarta denaturatem. W przeciwnym wypadku na odbitce ujrzycie każdą rysę, plamkę rdzy lub załamanie blachy! Szczególnie, jeśli suszycie na błyszcząco, czyli emulsją do blachy. Taka blacha nadaje się najwyżej do suszenia gazet:

Oczywiście można w suszarce suszyć na matowo - wówczas układamy odbitki emulsją w kierunku płótna, ale pamiętamy wówczas o czystości tkaniny, jeśli nie chcemy wprasować nitek i paprochów w emulsję. Przed suszeniem trzeba mocno docisnąć odbitki do blachy suszarki, polecam w tym celu wałek do ciasta. Jeśli docisk będzie za słaby, wówczas na błyszczącej powierzchni zdjęcia widoczne będą matowe obszary w miejscach, gdzie emulsja nie przylegała do płyty.
Suszarka może służyć również do prostowania autoradiogramów, które kiedyś suszyliśmy na wolnym powietrzu i są powichrowane. Wystarczy namoczyć przez chwilę i wysuszyć jak podano wyżej.

Dobrze wysuszona odbitka powinna odskakiwać od płyty po odpięciu płótna, jeśli nadal przywiera, zakładamy płótno z powrotem, a nie odrywamy na siłę! Po inne porady fotograficzne, nie tylko w kwestii suszenia, odsyłam zarówno do poprzednich notek, jak również do bogatej literatury przedmiotu, np.:

  • Tadeusz Cyprian - Fotografia - technika i technologia
  • Jerzy Płażewski - Fotografowanie nie jest trudne
  • Zbigniew Pękosławski - Fotografia w praktyce amatorskiej

Są to publikacje wielokrotnie wznawiane, bez problemu dostępne na rynku wtórnym. Jeśli próbowaliście eksperymentów z autoradiogramami, dajcie znać! A ja tymczasem nastawiam kolejne, widzimy się za pół roku, stay tuned!

11 listopada, 2019

Radiometr RK-63 przerobiony na multimetr

źródło - https://allegro.pl/oferta/radiometr-rk-63-1964-r-etui-skora-okazja-8332316289

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten przyrząd, uznałem go za nieznaczne rozwinięcie oryginalnego radiometru kieszonkowego RK-63. Dopiero bliższe oględziny pokazały mi, że ktoś po prostu przerobił radiometr na multimetr (!). To tak, jakby do forda zamontować silnik trabanta, choć może był to jedyny sposób na wykorzystanie niesprawnego miernika po uszkodzeniu licznika GM bądź któregoś z tranzystorów? Miernik wyprodukowano w liczbie zaledwie 100 egzemplarzy i w czasach jego produkcji był zbyt cenny, by pozwolić sobie na takie barbarzyństwo, ale później, gdy weszły nowe konstrukcje, zwłaszcza RK-67? Szczególnie, że pomimo małoseryjnej, praktycznie rzemieślniczej produkcji z indywidualnie dobieranych elementów, dosyć sporo egzemplarzy RK-63 trafiło na rynek wtórny [LINK].
Zerknijmy bliżej - na przedniej ściance, w miejscu głośnika, zamontowano pokrętło z krajowego multimetru Lavo-1. Jednocześnie zachowano oryginalny przełącznik zakresów z radiometru.
źródło - https://allegro.pl/oferta/radiometr-rk-63-1964-r-etui-skora-okazja-8332316289
Zresztą porównajcie sami - pokrętło nie do pomylenia, w Lavo-1 służyło do zerowania omomierza i wyboru trybu pomiaru napięcia (stałe/zmienne):
źródło - http://multimetry.tzok.eu/multimetr.php?typ=LAVO-1

Na górnej powierzchni obudowy, pod którą powinien znajdować się licznik G-M,  umieszczono gniazda na wtyki "bananowe" od kabli pomiarowych. Jest ich jednak mniej niż w Lavo-1 - po jednym do pomiaru napięcia, natężenia i oporu, zatem albo miernik ma tylko jeden zakres, albo zmienia się je przełącznikiem od radiometru, a nie przez przełączanie wtyków jak we wspomnianym multimetrze. Otwory pod gniazda wywiercono zresztą niezbyt równo:
źródło - https://allegro.pl/oferta/radiometr-rk-63-1964-r-etui-skora-okazja-8332316289
Tylna ścianka nie ma żadnych niespodzianek, przez otwór do ładowania akumulatorków widać koszyczek na baterie, zachowano nawet oryginalny wkręt trzymający razem połówki obudowy:
Skala nie nosi śladów przeróbek, zachowano oryginalne ręcznie opisane wartości mocy dawki ekspozycyjnej w milirentgenach na godzinę. Egzemplarz, jeden ze 100 łącznie wyprodukowanych, pochodzi z 1964 r., jednak z racji zdekompletowania w mojej ewidencji powinien służyć za połówkę:
Niestety wśród zdjęć nie było widoku wnętrza, więc z racji ceny i daleko idącej przeróbki ostatecznie zrezygnowałem z zakupu. Później okazało się, że we wnętrzu zachowano oryginalną płytkę drukowana, lecz z zeszlifowanymi ścieżkami (!), brak było licznika G-M i przetwornicy WN. Przyrząd został jednak uratowany dzięki współczesnej przetwornicy bez transformatora i powielaczowi napięcia. Poniżej filmik z pracy urządzenia:
Dalszym krokiem powinna być rekonstrukcja oryginalnego układu elektronicznego, aby stworzyć replikę bardziej zbliżoną do oryginału. Tak czy inaczej, dobra robota z uruchomieniem przyrządu!

***

Edit 2020 - niedawno trafiłem na egzemplarz, w którym przeróbka poszła znacznie dalej - wstawiono zupełnie inny wskaźnik wychyłowy i wycięto całą prawą połowę przedniego panelu z maskownicą głośniczka i mocowaniem przełącznika zakresów. W to miejsce wstawiono płytkę z dwoma pokrętłami:

https://allegro.pl/oferta/miernik-nieidentyfikowany-9387013086

Niestety na aukcji nie było zdjęcia wnętrza, a wymiana wskaźnika wychyłowego uniemożliwia ustalenie rocznika produkcji, malowanego na dolnej krawędzi skali. Skala przeróbek jest tak duża, że ewentualną rekonstrukcję uważam za bezcelową.

https://allegro.pl/oferta/miernik-nieidentyfikowany-9387013086
Zastanawiam się też, jaki procent całej produkcji RK-63 został w  ten sposób potraktowany, a także, kto dokonywał tych przeróbek i skąd pozyskiwał dozymetry.

06 listopada, 2019

Czy koty wykrywają promieniowanie?


Kot domowy (Felis catus) ma wiele zadziwiających zdolności. Przede wszystkim niezwykle wyostrzone zmysły - wzrok o dużej rozdzielczości z funkcją wzmacniacza obrazu, umożliwiającą widzenie nocne, czuły słuch o szerszym zakresie słyszalnych częstotliwości niż ludzki i doskonały węch, który ustępuje tylko psiemu.

Jak kot widzi w nocy - więcej - https://www.crazynauka.pl/tak-koty-widza-swiat/

Do tego zmysł równowagi, pozwalający na spacery po wąskich krawędziach, precyzyjne skoki oraz bezpieczne lądowanie na cztery łapy. W pakiecie jest jeszcze mruczenie, wpływające uspokajająco i leczniczo. Poszczególne osobniki mają jeszcze dodatkowe zdolności, np. kot Oskar wyczuwał nadchodzącą śmierć pacjentów hospicjum, w którym "pracował" [LINK].
Według zwolenników teorii żył wodnych koty z upodobaniem kładą się w miejscach ich występowania, w przeciwieństwie do psów. Więcej o rzekomych "żyłach" - [LINK]. Jeżeli chodzi o urządzenia elektroniczne, mogące emitować promieniowanie elektromagnetyczne, to koty śpią na nich z uwagi na... ciepło. Są to stworzenia ciepłolubne, o nominalnej temperaturze ciała aż 38-39 st. C, zatem chętnie wygrzewają się na słońcu czy na naszej elektronice, by zaoszczędzić energii na ogrzanie ciała. Samą kwestię promieniowania elektromagnetycznego, które nie ma nic wspólnego z promieniowaniem jonizującym, poruszyłem w oddzielnym wpisie [LINK], uzupełnionym dodatkowo przez notkę o ekranowaniu [LINK].


Tym niemniej, jeśli chodzi o promieniowanie jonizujące, to koty go nie wykrywają. Dlaczego? Przede wszystkim, nie mają takiej potrzeby, podobnie jak wszystkie inne gatunki zwierząt. Promieniowanie jonizujące jest w większości środowiska na zbliżonym poziomie, gdyż pokłady radioaktywnych skał znajdują się zwykle głęboko pod ziemią.


Nawet jeżeli w niektórych miejscach skały znajdują się na powierzchni, to ich potencjalny negatywny wpływ na zdrowie zwierzęcia jest niewspółmiernie niski w stosunku do innych zagrożeń. Zaś era atomowa trwa od zaledwie 100 lat, czyli zbyt krótko, aby w toku ewolucji mogły wykształcić się odpowiednie mechanizmy. Jeszcze krócej trwała epoka "radowego szaleństwa", kiedy w wielu domach pojawiło się sporo radioaktywnych specyfików i urządzeń, mogących oddziaływać na zdrowie zwierząt. Zresztą po drugiej wojnie światowej, wobec wyścigu zbrojeń i postępującej radiofobii, ograniczono stosowanie tych substancji w przedmiotach codziennego użytku. Doszedł oczywiście nowy czynnik - globalny opad z testów jądrowych - ale działał on równomiernie na całe środowisko danego regionu i dość szybko zmniejszył się na początku lat 60., a jeszcze bardziej po moratorium w 1963 r.


Jak widać nasilenie narażenia na promieniowanie było wyjątkowo zmienne w czasie i nie miało tak znaczącego wpływu na przeżywalność jak np. ubarwienie motyli kamuflujących się na korze drzew, które podczas rewolucji przemysłowej pokryły się sadzą. Podręcznikowy wręcz przykład krępaka nabrzozaka:
Zmysły wykrywające promieniowanie mogłyby się pojawić, gdyby radiacja miała jakieś znaczenie dla bytu zwierząt w kwestii ich bezpieczeństwa czy zdobycia pokarmu. Zresztą u kotów, tak samo jak i u wszystkich zwierząt, narażenie na promieniowanie jest jednym z najmniej istotnych czynników środowiskowych.

Na sam koniec dowód anegdotyczny - moje koty traktowały przedmioty wykazujące aktywność promienistą (np. szkło uranowe) zupełnie obojętnie - czasem przechodziły przez "plan filmowy", gdy kręciłem filmik z dozymetrami, ale nie zauważyłem, by jakoś szczególnie ciągnęło je do artefaktów lub odrzucało od nich. Oczywiście nie dopuszczałem do długotrwałej ekspozycji, wiedząc o skutkach późnych. Uprzedzając pytania, aktywność szkła uranowego czy ceramiki, choć powoduje wyraźny wzrost wskazań dozymetru, nie jest szkodliwa dla człowieka nawet przy dłuższej ekspozycji z racji niskiej energii promieniowania.
PS. Jedynym sposobem, aby kot "wykrył" promieniowanie, jest danie mu dozymetru w łapki:


Co ciekawe, w żadnej publikacji nie znalazłem informacji o śmiertelnej dawce promieniowania dla kota, choć podejrzewam, że jest zbliżona do tej dla psa [LINK]. A na koniec - informacje o leczeniu przerostu tarczycy u kotów za pomocą jodu-131 - http://catsradioiodine.com/radio-iodine/

02 listopada, 2019

Wznowienie książki "Czarnobyl - spowiedź reportera"

Igor Kostin (1936-2015), fotoreporter agencji "Nowosti", zasłynął jako ten, który pierwszy wykonał z powietrza zdjęcia zniszczonego IV reaktora Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Natężenie promieniowania było tak duże, że po 20 zdjęciach przestały działać jego aparaty fotograficzne, zaś z całej rolki ocalał tylko jeden kadr, mocno ziarnisty, o wyblakłych kolorach.


Nie zważając na promieniowanie, Kostin ofiarnie fotografował akcję ratowniczą po katastrofie, jak również sceny z życia likwidatorów czy opuszczone osady w Strefie. Swój fotoreportaż zawarł w wydanej w 2006 r. książce "Czarnobyl - spowiedź reportera". Był to zbiór fotografii uzupełnionych wspomnieniami Autora i opatrzonych redakcyjnymi, lapidarnymi podpisami. Nakład rozszedł się szybko, i jak w 2010 r. pisałem swoją magisterkę poświęconą Czarnobylowi, używane egzemplarze kosztowały ponad 100 zł. Skorzystałem więc ze zbiorów BUW, rezygnując z zakupu. Kilka lat później dzieło Kostina stało się bibliofilskim białym krukiem, a ceny oscylowały wokół 400-500 zł (!). 

Dlatego też z nadzieją powitałem informacje o wznowieniu książki przez wydawnictwo Albatros 17 lipca 2019 r. [LINK]. Czemu więc piszę o tym dopiero w listopadzie?  Ponieważ od wydania minęło na tyle dużo czasu, że na rynku już pojawiły się używane egzemplarze w cenie o połowę niższej. Warto czasem poczekać kilka miesięcy, zamiast rzucać się na nowość jak szczerbaty na suchary. Swoją strategię od lat stosuję z powodzeniem i ulgą dla portfela.

Jak już wspomniałem, książka to fotoreportaż złożony z autorskich fotografii Kostina i jego wspomnień. Tekst nie uchronił się od pewnych nieścisłości merytorycznych, jednak nie taka jest jego rola. Główną siłą dzieła są zdjęcia: przeloty nad reaktorem, akcja likwidacyjna, pustka Strefy. Przez cały czas Autor nas prowadzi, zaczynając od nocnego telefonu 26 kwietnia 1986 r. aż do tych lat, kiedy przyroda zaczęła stopniowo odzyskiwać tereny ongiś zamieszkałe przez ludzi. Wiele zdjęć zostało naznaczonych przez radiację - są ziarniste, ze spłowiałymi kolorami i ciemnymi smugami ciągnącymi się od perforacji negatywu. Tym większa ich siła, szczególnie jeśli pamiętamy, że napromieniowaniu ulegał nie tylko sprzęt, ale również fotograf. Pragnienie wykonania rzetelnego reportażu pchało Kostina prawie w sam środek piekła. Stał na krawędzi dachu III bloku, spoglądając w ziejący otwór po bloku IV. Towarzyszył "robotom biologicznym" w ich 40-sekundowych zmianach przy zrzucaniu grafitu z dachu. 

Z przewodnikiem wszedł nawet pod IV blok. Uwieczniał też likwidatorów przy codziennych czynnościach, wykonał także pamiątkowe zdjęcie załogi śmigłowca, która następnego dnia zginęła w katastrofie, gdy maszyna zawadziła wirnikiem o dźwig. Swoją pracą chciał uhonorować tych ludzi, którzy nie zważając na nic, za wszelką cenę chcieli ograniczyć zasięg katastrofy i choć częściowo zniwelować jej skutki. W tekście podkreśla, że takie poświęcenie  - i jednocześnie szafowanie życiem - możliwe było tylko w ZSRR, kraju, gdzie "jednostka niczym". Swoje zdjęcia przypłacił zdrowiem, po katastrofie był wielokrotnie hospitalizowany, m.in. w słynnej moskiewskiej Klinice nr 6, specjalizującej się w leczeniu choroby popromiennej. Jednak jego organizm okazał się silniejszy niż promieniowanie, co sam Kostin przypisuje zaznaniu głodu i niedostatku w najmłodszych latach, przypadających na II wojnę światową. 
Niestety, ten niezwykle zasłużony reporter, osoba o wyjątkowo barwnym życiu - był inżynierem-wynalazcą, żołnierzem, sportowcem, fotografem-portrecistą - zginął 9 czerwca 2015 r. w wypadku samochodowym pod Kijowem. Jest w tym jakiś straszliwy chichot historii. Oczywiście zaraz pojawiły się teorie spiskowe ("w końcu go dopadli"), jakby 29 lat po katastrofie, o której napisano setki tomów, komuś jeszcze mogłoby zależeć na eliminacji świadków. Szczególnie, że "rękopisy nie płoną"...
Śmierć Kostina spowodowała kilka wzmianek w Sieci [LINK, LINK], jednak nie w nowym wydaniu jego opus magnum (!). Tak, dobrze czytacie, w książce, wydanej 3,5 roku po jego śmierci, Igor Kostin sprawia wrażenie nadal żywego. Na ostatnim zdjęciu trzyma na kolanach swoją malutką córeczkę, a w tekście opisuje radość z dziecka. 

Moim zdaniem przydałaby się jakaś informacja na samym końcu, wszak jest to świetna okazja do refleksji nad kruchością ludzkiego życia, okrutną ironią losu, jak również nieśmiertelnością człowieka poprzez jego dokonania. Dzięki swemu dziełu Igor Kostin pozostanie na zawsze żywy w ludzkiej pamięci, przypominając zarówno o tragedii Czarnobyla, jak również o bohaterstwie i poświęceniu Likwidatorów. Jego głos powinien być też ostrzeżeniem przed nadmiernym zaufaniem wobec techniki pokazując, jak łatwo można spowodować katastrofę o globalnym zasięgu. Nie wspomnę już o memento wobec grozy systemu totalitarnego, gdzie przynależność partyjna, ślepe posłuszeństwo, brak odpowiedzialności i tajemnica państwowa tworzą zabójczą mieszankę, wyjątkowo niebezpieczną dla tak newralgicznej dziedziny, jak energetyka jądrowa. Głos Autora upomina się też o wszystkich zapomnianych przez państwo - tak Likwidatorów, zostawionych bez wsparcia, jak i mieszkańców skażonych terenów, których nie mają możliwości opuścić.

Wracając do kwestii formalnych - książka sprawia wrażenie przedruku poprzedniego wydania. Może to wyglądać na czepialstwo lub skrzywienie zawodowe, ale uważam, że przydałby się choć krótki wstęp, opisujący okoliczności pierwszego wydania, jak również konieczność drugiego i przyjęte założenia. W takim wstępie można byłoby zamieścić informacje o tym, że np. redakcja nie prostuje błędów Autora. W przeciwnym wypadku Czytelnik dojdzie do wniosku, że Walerij Legasow zastrzelił się w marcu 1988 r., a nie powiesił 27 kwietnia tegoż roku, dzień po 2 rocznicy katastrofy. Autorowi można taki błąd wybaczyć, wszak pamięć jest ulotna, redakcja powinna to jednak zweryfikować. Tak samo informacje o tym, że przetopienie się rdzenia reaktora i kontakt z wodami podziemnymi mogłyby doprowadzić do eksplozji termojądrowej - jeśli już, to do wybuchu wodoru powstałego na skutek termicznego rozkładu wody. Takie informacje można umieścić w przypisie albo w nawiasie kwadratowym bezpośrednio w tekście z adnotacją "[przyp. red.]". Tylko w ten sposób można uchronić publiczność przed powielaniem błędów, a błędy są bardzo żywotne, jak się je powieli odpowiednio często. Zatem apeluję o dokładne sprawdzanie wszystkich szczegółów i konsultacje ze specjalistami, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się pasjonat, który wytknie taką nieścisłość. Moje uwagi zostały zgłoszone Wydawnictwu, oczywiście z jednoczesnymi podziękowaniami za drugą edycję tej niezwykle cennej publikacji. Z kolei zaprzyjaźniona redaktorka z innej firmy uznała moją wypowiedź za modelowy przykład pasjonata wyłapującego nieścisłości i zwracającego się z nimi do wydawcy, co powinno stanowić motywację do jak najdokładniejszego opracowania tekstu.
Kończąc edytorskie marudzenie, zwrócę uwagę na jeszcze jeden aspekt - otóż książka nie porusza zbyt szeroko kwestii przyczyn katastrofy, narracja zaczyna się dopiero od wybuchu, choć są pewne retrospekcje, ale o charakterze ogólnym. Przytoczono m.in. różnego rodzaju incydenty, które miały miejsce w elektrowni przed katastrofą 26 kwietnia 1986 r. Niektóre były poważne, z wyciekiem substancji radioaktywnych, ale zostały zatuszowane, a wniosków nie wyciągnięto. Przyczyny katastrofy pojawiają się tez przy okazji pokazowego procesu kierownictwa elektrowni, ale znowu - skrótowo. Nie taka jest rola tej pozycji, a bibliografia Czarnobyla jest bardzo bogata, że wspomnę wyjątkowo treściwą "Czarnobyl - zapis faktów" Piersa Paula Reada, "Raport z Czarnobyla" Grigorija Miedwiediewa czy "Czernobyl (!) - od katastrofy do procesu" Waldemara Siwińskiego - że wymienię tylko najważniejsze, pierwsze publikacje.
Na zakończenie chciałbym złożyć podziękowania Wydawnictwu Albatros za powtórne wydanie dzieła Kostina i przybliżenie tej książki szerokiej publiczności, szczególnie teraz, na fali zwiększonego zainteresowania Czarnobylem przy okazji serialu HBO. Książka jest obowiązkową pozycją dla osób interesujących się czarnobylską katastrofą, ale stanowi też po prostu kawał dobrego fotoreportażu oraz bardzo poruszającą opowieść o nierównych zmaganiach człowieka z atomowym żywiołem. A jak Wasze wrażenia z nowego nakładu "Spowiedzi reportera"? Skorzystaliście z reedycji czy załapaliście się na pierwsze wydanie? 

30 października, 2019

Szyjemy futerał do RK-67

Radiometr kieszonkowy RK-67 jest najliczniej produkowanym przyrządem dozymetrycznym w Polsce. Razem z nowszą wersją RK-67-3 wykonano łącznie 5000 egzemplarzy, zatem pojawia się dość często na rynku wtórnym (od 2013 r. 15 szt na Allegro i Olx). Niestety fabryczny futerał wykonano z bardzo topornej dermy, która słabo chroni przyrząd od udarów mechanicznych. Szczególnie dotyczy to nowszych futerałów, gdzie materiał jest dość wiotki, ale i twarda derma ze starszych wersji daleka jest od ideału.

Dodatkowo cienki pasek o ostrej krawędzi wrzyna się w ramię, a napy zamykające klapkę luzują się lub urywają. Warto zatem uszyć ulepszoną wersję futerału, która znacznie podnosi komfort użytkowania radiometru, szczególnie przy dłuższej pracy w terenie.

Pierwotnie planowane zmiany obejmowały:
  • materiał - codura z podściółką z filcu zamiast dermy
  • zapięcie - rzep zamiast napów
  • folia na okienko ze skalą
  • folia na okienko z pokrętłem zakresów, zostawiająca okrągły otwór na pokrętło
  • mocowanie radiometru w futerale - dodatkowa klapka trzymająca miernik od góry zamiast śruby przykręcającej go do tylnej ścianki
  • szeroka parciana taśma nośna z możliwością odpięcia 
  • tunel na sondę z okienkiem naprzeciwko okienka pomiarowego, pozwalający nie wyjmować sondy z futerału
  • zmiana kierunku otwierania klapki - skoro miernik podczas pomiaru wisi skalą w dół, to klapka powinna otwierać się w dół, a nie w kierunku użytkownika, tak ze trzeba ją podwijać pod miernik
Ostatecznie jednak zmodyfikowaliśmy założenia. Napy pozostawiliśmy z racji korzystnej dynamiki odpinania - można to zrobić jednym szybkim ruchem, a rzep o długości wystarczającej do solidnego trzymania klapki trzeba by odpinać na raty. Zrezygnowaliśmy z folii na okienku ze skalą, gdyż powodowałaby odblaski i utrudniała odczyt. Również folię na okienku z pokrętłem uznaliśmy za zbędny bajer.

Radiometr trzyma się w futerale na wcisk, nie ma potrzeby dodatkowych mocowań, zarówno klapki, jak i tradycyjnej śrubki niczym w aparacie fotograficznym. Pozostawiliśmy też kierunek otwierania klapki. Początkowo klapka otwierana w dół wydawała się wygodniejsza, lecz w praktyce wisiałaby w położeniu transportowym lub wystawała do przodu przy pomiarze i nie dałoby się jej podwinąć pod futerał jak w przypadku klapki otwieranej do góry.

Wprowadziliśmy też jedną modyfikację w stosunku do oryginału - tunel na sondę jest z lewej strony, abym mógł obsługiwać sondę lewą ręką. Uniemożliwiło to wycięcie otworu na gniazdo słuchawki, ale można słuchawkę podpiąć przed włożeniem dozymetru do futerału (wtyk jest płaski) i przewód poprowadzić wzdłuż ścianki miernika wewnątrz futerału. Oczywiście to modyfikacja pod moje potrzeby, jak ktoś chce, może dać tunel z prawej i otwór na wtyk z lewej.

Mocowaniem pasa są D-ringi od plecaka "kostka", a sam pasek przypinamy na karabinki. Możemy w razie potrzeby przypiąć do D-ringów dodatkową taśmę biodrową, która zabezpieczy miernik przed obijaniem się podczas biegu, analogicznie jak w torbach do masek przeciwgazowych. Sam pasek jest szeroki i ma gumową nakładę na ramię, dzięki czemu nie odczuwamy wagi miernika, tak jak przy cienkim oryginalnym.
Futerał przetestowałem na targu i nie zauważyłem mankamentów. Sonda przy wyjmowaniu nieco ociera się o mocowanie D-ringa do pasa, z drugiej strony zabezpiecza ono ją przed wysunięciem się z tunelu. 
Prezentowany futerał pasuje oczywiście zarówno do RK-67, jak i do nowszej wersji - RK-67-3. Planujemy również wykonać nowy futerał do RK-21, który umożliwia zarówno pracę bez wyjmowania sondy, jak i z sondą na wysięgniku. Miał być nawet uszyty przed wyjazdem do Czarnobyla, jednak ogrom przygotowań i epizodyczne wykorzystanie tego miernika (Chwytak i jedna gorąca plama) sprawiły, że ostatecznie na Ukrainę pojechał w firmowym, nienajlepszym futerale. Stay tuned!

28 października, 2019

Dozymetr Soeks 01M

Rosyjska firma Soeks ma na swoim koncie wiele kieszonkowych przyrządów dozymetrycznych, dostępnych w sprzedaży również na rynku polskim. Obecnie furorę robi miniaturowy Soeks 112 rozmiarów grubego flamastra, który omawiałem jakiś czas temu [LINK]. Teraz chciałbym przybliżyć starszą konstrukcję, jaką jest Soeks 01M. Przyrząd ten obecnie został praktycznie wyparty przez wspomnianego  Soeksa 112, choć ma pewne zalety, których brakuje następcy.


Prezentowany egzemplarz, wyprodukowany w 2016 r., należy do drugiej generacji, o czym informuje nas napis na tekturowym opakowaniu fabrycznym. Różnice sprowadzają się do wykończenia plastiku obudowy - nowa wersja jest matowa, starsza błyszcząca. Całość dostarczana jest w kartonowym pudełku z kompletem baterii i instrukcją obsługi.

Soeks 01M mierzy łączną moc dawki beta i gamma w mikrosiwertach na godzinę. Brak przesłony odcinającej promieniowanie beta, co niestety jest typowe w większości kieszonkowych dozymetrów do amatorskich pomiarów. Oznacza to, że znamy jedynie sumaryczną moc dawki beta i gamma, bez wyróżnienia bardziej niebezpiecznego, silnie przenikliwego promieniowania gamma*. Czujnikiem promieniowania jest dobrze znany, "jedynie słuszny" licznik SBM-20-1, co oznacza wysoką czułość na miękkie promieniowanie, jak również wystarczający zakres pomiarowy dla silniejszych źródeł, z którymi można zetknąć w codziennym życiu. Licznik jest osłonięty plastikiem tylnej ścianki obudowy, w której wycięto ukośne szczeliny. Są one dosyć drobne, choć gęsto rozmieszczone i słabe promieniowanie ulega pewnemu tłumieniu.
Niestety brak jest uszczelnień okienka pomiarowego i w obudowie dosłownie hula wiatr, a przez wspomniane szczeliny możemy zobaczyć tył pracującego wyświetlacza (!). Zatem należy uważać, by przyrząd nie nałapał pyłu radioaktywnego, wilgoci albo po prostu zwykłego brudu.

Dozymetr jest lekki - z bateriami waży zaledwie 70 g - i dobrze leży w dłoni. Chwyt jest pewny, nie ma obawy, że miernik się nam wyślizgnie, w przeciwieństwie do mniejszego i bardziej śliskiego Soeksa 112. Niestety matowy plastik z fakturą "soft-touch" bardzo łatwo łapie brud, obudowa po chwili trzymania w ręku dostaje tłustych plam, które trudno zetrzeć. Całość jest dobrze spasowana, nic się nie ugina i nie trzeszczy w dłoni.
Wyświetlacz dozymetru jest kolorową matrycą TFT, co w chwili wprowadzenia Soeksa 01M na rynek stanowiło nowość. Większość przyrządów wykorzystywała prostszy i oszczędniejszy monochromatyczny wyświetlacz LCD, nawet tak drogi miernik jak Gamma Scout. Ekran jest czytelny, każdy element ma na nim swoje miejsce, choć aby rozszyfrować znaczenie niektórych symboli, trzeba sięgnąć do instrukcji. 
Obsługa dozymetru jest intuicyjna. Miernik włączamy za pomocą środkowego przycisku, który trzeba przytrzymać przez 3 sekundy, wówczas na wyświetlaczu pokaże się logo producenta, a przyrząd rozpocznie wstępny pomiar. Trwa on 10 sekund, dopóki zielony pasek z lewej strony nie sięgnie górnej krawędzi ramki:

Wówczas pośrodku wyświetlacza zobaczymy wartość bieżącej mocy dawki, która będzie aktualizowana co 10 sekund. Orientację w czasie pozostającym do odświeżenia wyniku ułatwia wspomniany już zielony pasek z lewej stron wyświetlacza. Jest to wskaźnik zapełnienia bufora pomiarowego. Kolejne impulsy powodują jego wzrost, a gdy osiągnie górną granicę ramki (po 10 s), wówczas zmienia się wyświetlana pośrodku wartość bieżącej mocy dawki. Nie ma tu bezpośredniego przyrostu na wyświetlaczu jak w Polaronie i wielu innych przyrządach. Oczywiście po częstotliwości dźwięku z głośniczka i miganiu kropki z prawej strony (nr 4 na rysunku) możemy oszacować wzrost promieniowania, ale 10 sekund to często wieczność, szczególnie gdy jesteśmy na bazarze czy w antykwariacie i sprzedawca patrzy wilkiem, co też wyczyniamy z jego "świętym" towarem. Na szczęście jest jeszcze mały wykres na górze wyświetlacza  i na jego podstawie możemy wstępnie oszacować, czy moc dawki rośnie, czy spada, zanim skończy się cykl i wynik się zmieni.




Drugi pasek, żółty, oznacza stopień dokładności pomiaru. Z każdym kolejnym dziesięciosekundowym cyklem pasek się wydłuża, by po 12 cyklach (2 minuty) osiągnąć maksimum. Wskaźnik resetuje się, gdy nastąpi gwałtowna zmiana poziomu promieniowania, czyli moc dawki wzrośnie 3x lub spadnie 10x. Z kolei po prawej stronie wyświetlacza mamy kontrolkę częstości impulsów, która miga albo na żółto, albo na żółto i czerwono, dodatkowo w jej pobliżu wyświetlają się strzałki informujące, czy moc dawki wzrasta, czy spada. Jeżeli podczas pomiaru odsuniemy miernik od źródła, to po zapełnieniu bufora pomiarowego zobaczymy strzałkę skierowaną w dół. Jeśli spadek mocy dawki będzie duży, wówczas zobaczymy dwie strzałki. Analogicznie podczas wzrostu zobaczymy strzałkę skierowaną ku górze lub dwie strzałki przy silnym źródłach. 


Oprócz bieżącej wartości mocy dawki, która jest wyświetlana pośrodku ekranu, widzimy na górnym pasku następujące wskaźniki:
  • kontrolkę blokady klawiatury (1)
  • kontrolkę włączenia dźwięku (2)
  • wykres sumarycznej dawki przyjętej przez przyrząd od czasu resetu, który zmienia kolor od zielonego przez żółty i czerwony w zależności od tego, jak blisko jesteśmy przekroczenia ustawionego progu zakumulowanej dawki (3)
  • wykres mocy dawki z ostatnich 37 sekund - bardzo przydatny, gdy mierzymy kilka źródeł i chcemy na szybko oszacować, które mocniej świeci, wykres pokazuje to bardzo dobitnie i szybko (4)
  • stan baterii (5) 


Soeks 01M może pracować w 2 trybach: "pomiar" i "poszukiwanie". Tryb "pomiar" reaguje wolniej zarówno na zbliżenie, jak i oddalenie źródła, jest jednak dokładniejszy. Wyświetla też informację o tym, czy poziom promieniowania jest "normalny" (<0,4 µSv/h), "podwyższony" (0,4-1,2 µSv/h) czy też "niebezpieczny" (>1,2 µSv/h).


Tryb "poszukiwanie" reaguje szybciej na znaczne zmiany mocy dawki  - mam na myśli kilkukrotne zmiany. Po zbliżeniu do ceramiki uranowej i ustaleniu się wyniku na 4,3 µSv/h i nagłym odsunięciu od niej wystarczył jeden cykl pomiarowy, by wynik spadł z powrotem do poziomu tła. Dla porównania, w trybie "pomiar" wynik spadał od 4,3 µSv/h z prędkością mniej więcej 0,3-0,5 µSv/h na 10-sekundowy cykl, czyli bardzo wolno. Oczywiście przy mniej drastycznych zmianach mocy dawki, np. z 0,6 µSv/h do tła wynik spada powoli i niestety nie możemy go szybciej zresetować. W trybie "poszukiwanie" zamiast napisu "normal/high/dangerous" mamy wykres z ostatnich 37 sekund pomiaru z dodatkową informacją o "skali" czyli wysokości wykresu - jest to najwyższa moc dawki w bieżącym 37-sekundowym odcinku pomiarowym.


Aby zmienić ustawienia dozymetru, wchodzimy do menu, wciskając środkowy przycisk, a następnie nawigując bocznymi przyciskami. Przycisk środkowy służy do zatwierdzania wartości. Początkowo nie jest to zbyt ergonomiczne, potem można się przyzwyczaić. Mogliby zrobić jeden przycisk do nawigacji i zatwierdzania ustawień, jak w cywilizowanych urządzeniach. Sama klawiatura jest dość toporna - przyciski twardo pracują z nieprzyjemnym dźwiękiem i są dość luźno osadzone, więc nieprzyjemnie "pływają" pod palcami, zostawiając szczeliny między przyciskiem a obudową. Jednak przynajmniej je rozmieszczono ergonomicznie w zasięgu kciuka, i to  zarówno prawej, jak i lewej ręki.
W menu, oprócz trybu pracy, możemy zmienić ustawienia jasności wyświetlacza (1-3), głośności dźwięku (1-3), język, czas automatycznego wyłączenia oraz wygaszenia wyświetlacza, jak również progi dawki i mocy dawki



Z menu możemy wejść również w tryb dawki skumulowanej, w którym widzimy, jaką dawkę pochłonął przyrząd od czasu ostatniego resetu, jednocześnie mając podgląd bieżącej mocy dawki. Soeks 01M liczy również czas pracy przyrządu, jak też liczbę jego włączeń. Pamiętajmy, aby nie wyjmować baterii podczas pracy dozymetru, gdyż wówczas stracimy te dane. Jeśli chcemy wyzerować wynik, wchodzimy w menu "Options" i wybieramy "Set to zero". Funkcja zliczania dawki przyjętej przez przyrząd jest przydatna zarówno podczas spacerów w Strefie czy na hałdach w Kowarach, ale również, by uświadomić sobie, jak znikome zagrożenie stanowi promieniowanie szkła czy ceramiki uranowej. Mój egzemplarz był testowany bardzo intensywnie, a w ciągu półtorej godziny pracy "nałapał" zaledwie 1,6 µSv, choć niektóre artefakty były dość "gorące":


Zasilanie odbywa się z 2 typowych baterii AAA / LR03 ("cienkie paluszki"). Pobór prądu jest dość znaczny - przy napięciu zasilacza 3 V, włączonym dźwięku na 3 i wyświetlaczu na 1 wynosi aż 35 mA, co przekłada się na dość szybkie zużycie baterii. Producent szacuje długość pracy z włączonym wyświetlaczem na 10 h. Baterie można oszczędzać, wyłączając dźwięk i ograniczając intensywność świecenia wyświetlacza, choć w słoneczny dzień nie obejdzie się bez najwyższego, III stopnia jasności. Warto też pamiętać o opcji automatycznego wygaszenia wyświetlacza po określonym czasie bezczynności, jak również o funkcji samowyłączenia przyrządu. W moim przypadku wyświetlacz gaśnie po 10 minutach, zaś przyrząd wyłączy się po 20 min, jeśli nie wciśniemy w tym czasie żadnego przycisku. 
Gdy baterie słabną, najpierw wyłącza się dźwięk, a symbol głośniczka ulega zmianie. Miernik ostrzega osobnym sygnałem o bliskim rozładowaniu baterii i konieczności ich wymiany lub naładowania.  Jeżeli stosujemy akumulatorki, dozymetr umożliwia ich ładowanie przez port mini-USB. Standard portu ("mini", a nie "micro") zdradza metrykę tego przyrządu. Port służy tylko do ładowania akumulatorków, nie należy stosować go, gdy włożymy zwykłe baterie lub bez baterii. Niestety producent nie przewidział współpracy z komputerem - nie możemy zgrać wyników pomiaru ani logować ich w czasie rzeczywistym - brak tej funkcji w sprzęcie za 600 zł jest rażący. O zaślepce na port już nie wspomnę.

W ogóle wyposażenie Soeksa 01M jest marne. W pudełku mamy tylko miernik z bateriami i bardzo skrótową instrukcją w kilku językach. Z instrukcji, oprócz podstawowych danych, dowiemy się jedynie, jak włączyć przyrząd, mamy też całą stronę "warunków bezpieczeństwa", bynajmniej nie radiologicznego.



Po bardziej szczegółowy manual, liczący aż 24 strony, musimy udać się na portal producenta - LINK. W komplecie przydałby się chociaż futerał, gdyż dozymetr jest dość wrażliwą konstrukcją i powinien być chroniony od udarów mechanicznych, wysokiej temperatury i wilgotności. Dodatkowo szybka wyświetlacza lubi się rysować i lepiej nie zdejmować z niej folii ochronnej. Póki co noszę go w grubo wyściełanym futerale od kompaktowego aparatu fotograficznego.


Przyszedł czas na podsumowanie. Pomimo pewnych niedostatków Soeks 01M zrobił na mnie znacznie lepsze wrażenie niż "przebój roku 2019" Soeks 112. Przede wszystkim wielkim plusem jest czułość i czas reakcji na zmiany mocy dawki, wykres pozwalający się zorientować w zmianach poziomu promieniowania, jak również ergonomiczna obudowa, godząca niewielkie wymiary z wygodą użytkowania. Miernik jest na tyle mały, by mieć go zawsze ze sobą i nie odczuć ciężaru, ale na tyle duży, że nie zgubimy go czy nie upuścimy tak łatwo. Czułość jest wystarczająca nawet dla szkła uranowego o niewielkich aktywnościach czy związków potasu - 100 g saletry potasowej daje odczyt rzędu 0,32 µSv/h, jedynie odrobinę ustępuje Polaronowi (0,40 µSv/h), mającemu dwa całkowicie odsłonięte liczniki Geigera tego samego typu. 
Jeżeli chcemy szukać szkła, ceramiki czy minerałów, Soeks 01M będzie dobrym wyborem. Oczywiście w terenie warto pamiętać o izolacji w postaci woreczka strunowego i zapasowych bateriach. Na chwilę obecną jest to jeden z lepszych kieszonkowych dozymetrów produkowanych współcześnie w tej klasie cenowej. Poniżej filmik z pomiarów wazonu ze szkła chryzoprazowego, który wykryłem dzięki Soeksowi 01M - jak widać, reaguje znacznie szybciej niż Soeks 112:


I jeszcze w pigułce podsumowanie dla pokolenia "nieksiążkowego".

Zalety:
  • małe rozmiary
  • duża czułość
  • wykres poziomu promieniowania
  • funkcja dawkomierza z pomiarem czasu pracy
Wady
  • brak uszczelnień
  • duży pobór prądu
  • brak współpracy z PC

Dozymetr nie jest plombowany fabrycznie, ale nie rozbierajcie go bez potrzeby. Jak Was ciekawi, "co lalka ma w środku", to przedstawiam "sesję rozbieraną" ze strony producenta.

https://soeks.ru/catalog/novyy_dozimetr_soeks_01m

Jeśli jednak chcecie znacznie zwiększyć czułość przyrządu, polecam wycięcie kratki, która osłania licznik G-M i zasłonięcie otworu cienkim celofanem albo nawet przezroczystą taśmą klejącą. Poniżej pomiar szkatuły z glazurą uranową, która dawała 22 µSv/h na fabrycznym Soeksie 01M - po otwarciu obudowy wynik skoczył dwukrotnie:

Foto by Marcin (pozdrowienia!)
Zatem jeżeli potrzebujemy wyższej czułości, zwłaszcza na mniej aktywne źródła, np. szkło uranowe o małej zawartości uranu, warto zmodyfikować tylną ściankę obudowy dozymetru. Można też pokusić się o zastosowanie filtra, odcinającego promieniowanie beta, takiego jak w Polaronie. W tym celu kawałek blachy stalowej o grubości 1,5 mm mocujemy np. na miniaturowych magnesach, umieszczonych na końcach okienka pomiarowego.

PS. Nowsza wersja to Soeks 01M Prime, jest wyposażona w szybszy procesor, nowsze oprogramowanie i bogatszą szatę graficzną, a co za tym idzie, znacznie droższa [LINK]. Jeśli macie środki, kupcie nowszy produkt, a w przeciwnym wypadku skorzystajcie ze spadku ceny starego. Poniżej prezentacja nowej wersji:


Bardziej zaawansowanym produktem ze stajni Soeksa jest model Soeks Quantum, wykorzystujący 2 liczniki GM i mający bardzo szeroki wachlarz funkcji, jednak jego cena wynosi obecnie aż 1700 zł [LINK].

-------------------------------------------
* temat szerzej opisany przy recenzji Soeksa 112, tutaj tylko nadmienię, że odczyt 40 µSv/h z ceramiki uranowej, siatki żarowej i zegara z farbą radową nie będzie tym samym odczytem - przy ceramice zawartość twardego promieniowania gamma jest znikoma, przy torze-232 wynosi ok. 10 % łącznej emisji, natomiast dla radu stanowi już połowę.