13 sierpnia, 2019

Katastrofa rakiety 9М730 Buriewiestnik w Rosji

Dnia 8.08.2019 r. na terenie poligonu rakietowego w pobliżu wsi Nionoksa k. Siewierodwińska doszło do wypadku podczas testów nowego strategicznego pocisku rakietowego z napędem jądrowym. Tak, z napędem jądrowym. Próby zastosowania reaktora jądrowego do napędu samolotów i rakiet prowadzono podczas zimnej wojny, jednak rezultaty były niezadowalające i prace zarzucono [LINK]. Większość napędów wykorzystywało reaktor jako źródło ciepła ogrzewającego czynnik roboczy wyrzucany przez dyszę.

Pocisk 9М730 Buriewiestnik został opracowany w zeszłym roku, a jego nazwę, pochodzącą od burzyka (morskiego ptaka), wybrano w... publicznym głosowaniu. Rakieta ma mieć ogromny zasięg i być zdolna do przenikania przez systemy obrony rakietowej. Napęd - "izotopowy na paliwo ciekłe" czyli albo miniaturowy reaktor ogrzewający czynnik roboczy albo generator termoizotopowy wykorzystujący ciepło rozpadającego się izotopu (niektóre izotopy podczas rozpadu wytwarzają temperaturę rzędu setek stopni C, np. pluton). Strona rosyjska nie udostępnia zbyt wielu informacji, zarówno o samej rakiecie, jak i o wypadku. Wiadomo tylko, że doszło do eksplozji (paliwa?), podniósł się poziom radiacji, a kilka ofiar - pracowników Rosatomu - z objawami choroby popromiennej przewieziono do specjalistycznej kliniki w Moskwie. Podawana liczba rannych waha się od 3 do 6 osób, zabitych między 5 a 8.
W okolicach poligonu ludność już gromadzi zapasy jodu, zaś artykuły na polskich portalach informacyjnych powielają jeden komunikat i straszą "skażeniem promieniowaniem". Promieniowaniem nie można skazić, tylko najwyżej napromieniować, skazić można emiterami promieniowania, trzymajmy się fachowej nomenklatury i nie siejmy paniki. Monitoring promieniowania Państwowej Agencji Atomistyki nie wykazuje podniesienia się tła promieniowania LINK]. Na stronie Radioactive@home również wszystko w normie. Niestety brak czujników z tego projektu w bezpośrednim sąsiedztwie Siewierodwińska.


Moje pomiary mocy dawki gamma w powietrzu również nie wykazują wzrostu tła. Jeżeli nawet doszło do zdarzenia radiacyjnego, to ilość izotopów, które mogłyby się uwolnić, jest o wiele rzędów wielkości mniejsza niż w przypadku wybuchu nuklearnego emitującego ogromne ilości produktów rozpadu materiału rozszczepialnego lub poważnej awarii w rodzaju Czarnobyla, gdzie płonący reaktor wiele dni zieje rozżarzonym radioaktywnym pyłem. Tego typu awarie są bardzo szybko wykrywane przez czujniki na całej Ziemi, szczególnie wybuchy bomb wodorowych, o silnym opadzie globalnym, przemieszczającym się poprzez prądy powietrza w górnej warstwie atmosfery.
Tutaj zdarzenie miało miejsce 8 sierpnia, dziś jest 13 i krajowa sieć czujników, oparta o stacje ASS-500 nic nie wyłapała. Po wypadku nastąpiło bardzo szybkie rozcieńczanie izotopów w atmosferze, stąd skok mocy dawki do 0,45-2 µSv/h na samym poligonie trwał krótko i wrócił do normy po 2,5 godzinach. Oczywiście monitoruję sytuację i melduję na bieżąco, jednocześnie przestrzegam przed braniem jodu na własną rękę i stosowaniem różnego rodzaju domowych specyfików. Przedawkowanie jodu, szczególnie u dzieci, może być przyczyną ciężkich zatruć - pisałem o tym podczas rzekomej awarii w Belgii - [LINK].


Kolejny pomiar, wykonany 17 sierpnia 2019 r. - wszystko w normie, dla tego miernika (RKP-1-2) tło waha się między 2 a 5 impulsów na sekundę w zależności od warunków lokalnych:


A na deser trochę linków straszących "nowym Czarnobylem"

https://www.tvp.info/43896407/tajemnicza-eksplozja-na-poligonie-w-rosji-mogla-wybuchnac-rakieta-z-napedem-jadrowym

Urocze pociski z doklejonymi w fototoszopie "koniczynkami":

https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/604895,rosja-reuters-poligon-wybuch-rakieta-naped-jadrowy-putin.html

https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-tajemnicza-eksplozja-na-rosyjskim-poligonie-to-pocisk-z-nape,nId,3143628

Informacja o 30-minutowym wzroście tła do 2 µSv/h przy limicie 0,6 (normalne tło zwykle 0,1-0,2)

https://polskatimes.pl/rosja-przyznaje-eksplozja-w-bazie-rakietowej-to-wybuch-jadrowy-zginelo-5-pracownikow-rosatomu-sprzeczne-informacje-nt-skazenia/ar/c1-14344235

Moc dawki 0,6 µSv/h oznacza, że w ciągu doby otrzymamy 14,4 µSv, co daje rocznie 5,25 mSv przy typowej rocznej dawce w Polsce od wszystkich źródeł 3,5 mSv:

http://dydaktyka.fizyka.umk.pl/PDF/MSC/Materialy/Liceum-IV/naturalne/tlo_naturalne.htm


Mapka terenu i wyjaśnienie, że doszło do zapłonu paliwa i następnie detonacji

https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/rosja-na-poligonie-mogla-wybuchnac-rakieta-z-napedem-jadrowym,960399.html

https://wiadomosci.wp.pl/tajemniczy-wybuch-w-rosji-to-mogl-byc-pocisk-z-napedem-jadrowym-6412447891359873a

10 sierpnia, 2019

Sabotaż w rentgenie kolejowym na przejściu w Terespolu

https://kurierlubelski.pl/sluzby-celne-szukaja-osoby-ktora-weszla-do-gigantycznego-rentgena/ga/c1-14337145/zd/37803679

Od dwóch dni internet żyje tym wydarzeniem, zatem postanowiłem zabrać głos. Na przejściu w Terespolu, podobnie jak na kilku innych przejściach (np. w Medyce i Kuźnicy), znajduje się aparat rentgenowski do prześwietlania wagonów. Umożliwia szybkie przeskanowanie przejeżdżających pociągów towarowych pod kątem przemytu. Uwidacznia zarówno ładunek, jak i wszelkiego rodzaju pomysłowe skrytki w elementach konstrukcyjnych wagonów. Uprzedzając śmieszki, nie prześwietla lokomotywy, która kontrolowana jest ręcznie. Według informacji prasowych urządzenie może prześwietlać wagony stojące na 3 torach jednocześnie, choć moim zdaniem to nieścisła informacja - raczej jego zasięg pozwala prześwietlić wagon niezależnie od tego, na którym spośród 3 torów się znajduje. Prześwietlenie ich jednocześnie spowodowałoby nakładanie się obrazów na siebie i znaczny spadek czytelności. No ale taka informacja jest bardziej medialna, bo obrazuje, jak potężną moc dawki generuje ten rentgen.
I do tegoż urządzenia 22 lipca "dostała się" anonimowa osoba, która je wyłączyła (!), a awarię wykryto dopiero po kilku dniach (!). Teraz parę pytań:

  • jak łatwo dostać się na teren strzeżonego obiektu i do samego rentgena?
  • jak łatwo go wyłączyć?
  • jak zrobić to w ten sposób, aby nikt nie zauważył?
  • jak samemu nie zostać napromieniowanym podczas tych manipulacji?

Raban w mediach dotyczy głównie "troski" o zdrowie tej osoby, która mogła otrzymać dużą dawkę promieniowania. Jest to ukazane prawie tak, jakby bezdomny chciał się schronić przed deszczem i nacisnął przypadkiem jakąś wajchę. Moim zdaniem to próba odwrócenia uwagi od zupełnie innego, poważniejszego problemu - co przejechało przez przejście, gdy rentgen był nieczynny. Był to czas wystarczający do przejechania nawet kilkudziesięciu pociągów z trefnym towarem. Mniejsza zresztą o rząd wielkości, nie znam przepustowości przejścia, ale przy niektórych towarach wystarczyłby nawet i jeden wagon. Osoba, która wyłączyła rentgen, dobrze wiedziała, co robi i jak to zrobić bezpiecznie. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale czy obraz uzyskiwany z tego rentgena nie jest śledzony na bieżąco, aby w porę wykryć przemyt? Dlaczego więc nie zauważono braku obrazu przez kilka dni? Przykład wykrytego przemytu, co prawda z Medyki, gdzie rentgen kolejowy zainstalowano jako pierwszy w Polsce (2011) można obejrzeć tutaj LINK.
Oczywiście w komentarzach cały stek mitów typu "zgaście światło, to będzie świecił", "jak go ująć, skoro jest napromieniowany", ktoś nawet twierdził, że po prześwietleniu rentgenowskim on sam emituje promieniowanie (!), jeszcze inny martwił się o zdrowie maszynistów, którzy mieli być rzekomo prześwietlani wraz z całym pociągiem.
Nie zabrakło też nawiązań do słynnego 3,6 R/h z Czarnobyla, spopularyzowanego ostatnio przez serial HBO. Na szczęście pojawiały się też głosy rozsądku tłumaczące, że obiekt napromieniowany nie emituje promieniowania, tylko należy odróżnić prześwietlenie od diagnostyki radioizotopowej, w której substancje promieniotwórcze podawane są do organizmu. 

Oberwało się oczywiście NFZ-owi ("nie chciał czekać w kolejce pół roku na prześwietlenie"), choć akurat na RTG zbytnio nie trzeba czekać. Mity jak widać są silne, dużo jeszcze pracy przede mną ;)
Jeżeli chcecie zobaczyć, jak wygląda przejazd przez taki skaner, polecam ten filmik z Medyki:


A pracę skanera, co prawda do ciężarówek, można obejrzeć tutaj - jak widać, celnicy śledzą prześwietlenie na bieżąco, a wyniki są zapisywane celem porównania:


Póki co pozostaje czekać na dalszy rozwój wypadków, choć nie sądzę, aby ewentualne śledztwo coś wykryło. A Wy, jakie macie zdanie na temat tego wydarzenia?

***
Newsy na ten temat, powielające jedno oświadczenie służb celno-skarbowych, znaleźć można poniżej (uwaga na rakotwórcze komentarze):

https://www.lublin112.pl/nieznana-osoba-weszla-do-ogromnego-rentgena-szukaja-jej-z-uwagi-na-zagrozenie-zdrowia-i-zycia/

https://terespol.net/poszukiwania-osoby-ktora-wtargnela-na-kolejowy-rentgen/

https://kurierlubelski.pl/sluzby-celne-szukaja-osoby-ktora-weszla-do-gigantycznego-rentgena/ga/c1-14337145/zd/37803679

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25074478,nieznana-osoba-wtargnela-do-rentgena-do-przeswietlania-pociagow.html

Materiał z inauguracji skanera w Kuźnicy - https://www.radio.bialystok.pl/wiadomosci/index/id/140082

i projekt przed rozpoczęciem budowy wraz ze schematami i planem terenu:
https://sokolka.tv/index.php/14831-koniec-epoki-rentgenu-w-oczach-zdjecia

Pociąg prowadzony przez "Gagarina" (ŁTZ-M62, na PKP jako ST-44) przejeżdża przez skaner w Hrubieszowie - https://www.deon.pl/wiadomosci/dzien-w-obiektywie/galeria,355,wtorek-6-marca-2012-r-,zdjecie,12.html

07 sierpnia, 2019

Świece zapłonowe z polonem-210

https://www.orau.org/ptp/collection/consumer%20products/sparkplugs.htm

Dzięki Sebastianowi a.k.a.@radiumquetzal z Instagrama (best regards!) mogę przedstawić ten oto wynalazek z ery atomu. Są to świece zapłonowe zawierające polon-210. Ten silny emiter cząstek alfa miał ułatwiać przeskok iskry między elektrodami świecy dzięki jonizowaniu powietrza i zmniejszaniu jego oporu. Na podobnej zasadzie działały odgromniki iskrowe z cezem-137. Do produkcji takich świec początkowo używano radu, uranu i toru, jednak rad był drogi i emitował zbyt silne promieniowanie gamma, zaś tor i uran były za mało wydajne. Pierwszy patent wykorzystanie radioaktywności do uzyskania iskry pochodzi z 1922 (Grover R. Greenslade) - Method of Producing a Conductive Path Between Spaced Electrical Conductors. Ta praca zainspirowała Alfreda Hobbarda do stworzenia świecy zapłonowej wykorzystującej to zjawisko - patent zgłoszono w 1924 i zaakceptowano 5 lat później. Jedyną firmą, która miała tego typu świece w ofercie była Firestone Tire and Rubber Company, której pracownik w 1941 r. otrzymał patent na świecę wykorzystującą polon-210, pozbawioną wad poprzednio stosowanych izotopów. Wzmianki w reklamach o świecach z polonowymi elektrodami  pojawiają się od marca 1940 r. i kończą w 1953 r., choć wówczas mogły być tylko wyprzedawane stare zapasy. Więcej na ten temat na stronie Orau.org - LINK
Fot. https://www.instagram.com/radiumquetzal/?hl=pl

Polon był dodawany do stopionego metalu, z którego wykonywano elektrody (stop niklu). Reklamy zachwalały nowe świece, mające przynieść oszczędność paliwa, gładszą pracę silnika i ułatwiać rozruch, szczególnie przy wprowadzanej wówczas wysokooktanowej benzynie. Dzięki świecom z polonem ponoć potrzeba było o 30% mniej obrotów rozrusznika, by uruchomić silnik. Iskra miała być "longer and fatter". Rzeczywistość nie była jednak tak różowa. Polon-210 ma dość krótki czas połowicznego zaniku - 138 dni, zatem zanim trafią do sprzedaży, zostaną sprzedane i zamontowane, już stracą sporo aktywności. 
Fot. https://www.instagram.com/radiumquetzal/?hl=pl

W dodatku podczas pracy silnika na elektrodach osadza się nagar z sadzy i innych niespalonych pozostałości mieszanki paliwowo-powietrznej, który skutecznie tłumi emisję cząstek alfa. Jak wiemy, cząstki te mają dużą energię i bardzo silnie jonizują ośrodek, przez który przechodzą, przez co mają mały zasięg i jeszcze mniejszą przenikliwość. Jeśli jest w stanie zatrzymać je kartka papieru czy zewnętrzna warstwa naskórka, to tym bardziej zapieczony nagar. 
Fot. https://www.instagram.com/radiumquetzal/?hl=pl

Wzrost wydajności silnika był krótkotrwały, pojawił się też problem, co robić ze świecami, które były zbyt długo magazynowane i już nie posiadały swoich "magicznych" właściwości. Na szczęście produktem rozpadu polonu jest stabilny ołów, zatem po 10 okresach półrozpadu  (3,78 roku) świece tego typu nie stwarzają zagrożenia. Poza tym polon-210 występował w nich w postaci związanej z metalem, a największe zagrożenie przejawia, gdy dostanie się do organizmu, gdyż jest silnie radiotoksyczny. 
Fot. https://www.instagram.com/radiumquetzal/?hl=pl
Innymi zastosowaniami polonu-210, oprócz skrytobójstwa, było eliminowanie ładunków statycznych np. w szczoteczkach do płyt winylowych oraz jako wydajne źródło cząstek alfa (spintaryskop!), a w połączeniu z berylem - źródło neutronów. 

05 sierpnia, 2019

RKP-3 - niezrealizowany następca RKP-1-2

Miernik skażeń powierzchni RKP-1 wprowadzono do produkcji w 1969 r. Przeznaczony był do pomiaru skażeń odzieży, powierzchni roboczych itp., jak również pomiaru mocy dawki promieniowania gamma. W roku 1975 wypuszczono modyfikację, oznaczoną RKP-1-2, która w wielu placówkach jest w użyciu do chwili obecnej. Szybko jednak konstrukcja ta stała się przestarzała, a jej parametry niewystarczające. Postanowiono zatem w 1987 r. opracować nowy miernik. Nacisk położono przede wszystkim na zwiększenie czułości w celu pomiaru również niskoenergetycznego promieniowania beta i możliwości wykrywania skażeń na granicy dopuszczalnej normy. Zamiast 3 cylindrycznych liczników STS-6 planowano użycie 2 okienkowych liczników SI-8B typu pancake oraz dodatkowego licznika cylindrycznego BOI-33, stosowanego m.in. w RK-67. 
https://electrosparkles.com/geiger-counter-home-made-easy-si-8b-pancake-detector-tube
Zastosowane tego typu licznika, wyposażonego w okienko mikowe o grubości 4 mikronów i powierzchni 30 cm2, umożliwiałoby pomiar aktywności wszystkich izotopów beta-promieniotwórczych za wyjątkiem trytu (18 keV). Dla porównania, cylindryczne liczniki z RKP-1-2 rejestrowały dopiero promieniowanie beta od 500 keV, czyli nie były czułe na węgiel-14 (155 keV) czy siarkę-35 (167 keV).
Spośród innych parametrów warto wymienić zwiększenie zakresu pomiarowego, szczególnie w kwestii pomiaru gamma z użyciem przesłony rozszerzającej zakres. Przeciążalność planowano zwiększyć z 10 x do 100 x i nieco obniżyć bieg własny. Jako dodatkową funkcję wprowadzono regulowaną sygnalizację progową skażeń i mocy dawki. Obwód elektroniczny miał w znacznej części opierać się na krajowych układach scalonych, importować zamierzano jedynie radzieckie liczniki GM, czechosłowacki przełącznik i amerykańską folię mylarową. Obudowa nadal miała mieć kształt "żelazka" z drobnymi modyfikacjami, wynikającymi z zastosowania innych liczników GM. Pozostawiono zasilanie z "paluszków" R-6 (AA) i podświetlenie skali, obniżono za to masę przyrządu. Skalę umieszczono pod kątem, aby ułatwić odczyt w położeniu horyzontalnym i wyeliminować odblaski, a głośniczek przesunięto na rączkę "żelazka". Wprowadzono też dodatkowe gniazdo zasilania sieciowego do pracy stacjonarnej.
Sam pomiar miał być uproszczony, a odczyt bezpośredni ze skali, bez konieczności przeliczania, tak uciążliwej w RKP-1-2. Ciekawą funkcją były przełączniki charakterystyki energetycznej, zaprogramowane dla najczęściej stosowanych izotopów - jodu-131, cezu-137, talu-204 i strontu-90.  Zakresy pomiarowe i progi alarmu regulowano osobnymi pokrętłami, pozostałe funkcje przełączając przyciskami isostat. Pozostawiono też podwójny "spust" w rączce miernika. 
Jak można zauważyć, konstrukcja zapowiadała się bardzo obiecująco. Zapotrzebowanie kraju oszacowano na 50 szt. rocznie i drugie tyle na eksport do obu obszarów płatniczych. Co ciekawe, był to jedyny miernik nie mający odpowiednika w produkcji innych państw socjalistycznych, byłby zatem bezkonkurencyjny. Dlaczego wiec nie rozpoczęto produkcji? Zadecydowały o tym zarówno zmiany na stanowiskach w ZZUJ "Polon", które często powodowały "śmierć" projektów dotychczas prowadzonych, jak też problemy z dostarczeniem liczników SI-8B. Intrygujące jest nadanie numeru trzeciego tej konstrukcji, jakby uznano RKP-1-2 za model drugi. Faktyczny RKP-2 wprowadzono do produkcji dopiero w 1997 r. i nie licząc wyświetlacza LCD oraz gniazda sondy zewnętrznej, nie różnił się zbytnio od RKP-1-2.

01 sierpnia, 2019

Pojemnik ochronny dla niemowląt SON-1U

Dzięki uprzejmości Małopolskiego Stowarzyszenia Miłośników Historii "Rawelin", prowadzącego m.in. muzeum Schrony Nowej Huty, mam możliwość zaprezentowania tego oto wynalazku. Jest to pojemnik ochronny dla niemowląt SON-1U, produkowany przez Bielskie Zakłady Sprzętu Sieciowego "Belos" w latach 80.  Oryginalną instrukcję wraz z poniższymi zdjęciami można znaleźć na stronie Muzeum - http://www.schronynh.rawelin.org/index.php/instrukcje/pojemnik-ochronny-dla-niemowlat


Wykonany był z podgumowanej tkaniny rozpiętej na stelażu z aluminiowych rurek. Produkowano dwa rozmiary. Podczas przechowywania mógł być składany, umożliwiały to teleskopowe rozpórki między podłogą a górną częścią ramy. Pokrywa zapinana była na specjalny szczelny zamek błyskawiczny i wyposażona w szybę ze szkła organicznego.
Fot. Robert Polański, Stowarzyszenie Rawelin

Powietrze tłoczone było wentylatorem zasilanym z 6 baterii R-20 umieszczonych w zewnętrznym cylindrycznym zasobniku i filtrowane przez typowy pochłaniacz BSS-Mo-4U od masek przeciwgazowych "słoń" (MUA / SzM41M).
Fot. Robert Polański, Stowarzyszenie Rawelin

Odpowiednie nadciśnienie powietrza zapewniał zawór wywiewny, analogicznie jak w schronach - utrudniało to przedostawanie się skażeń przez ewentualne nieszczelności (na zdjęciu w lewym dolnym rogu szyby):

Baterie starczały na ok. 6 godzin - czas potrzebny na dojście do schronu bądź ewakuację. Zasilanie było najsłabszym punktem pojemnika z racji niskiej pojemności ówczesnych baterii i braku zastępczej, ręcznej wentylacji. Przydałaby się jakaś awaryjna pompka, w rodzaju tej z lotniczych pontonów ratunkowych. Pojemniki stosowane podczas II wojny światowej stosowały do utrzymania wentylacji siłę płuc opiekuna dziecka - były połączone wężem z jego maską przeciwgazową, bądź też miały napęd ręczny:



Wówczas jednak pojemniki te miały chronić jedynie przed BST, gdyż broń jądrowa była dopiero w sferze planów. Wróćmy zatem do naszego SON-1U.
Wewnątrz pojemnika znajdował się pas do przypięcia niemowlęcia, miejsce na butelkę z pokarmem oraz 3 otwory rękawicowe (2 z jednej strony, 1 z drugiej), umożliwiające przewijanie czy karmienie dziecka bez otwierania pojemnika. 


W razie uszkodzenia rękawicy otwory można było zamknąć pokrywami. Całość przenoszono na pasie przez 1 lub 2 osoby albo przewożono na podwoziu wózka dziecięcego.

Fot. Robert Polański, Stowarzyszenie Rawelin
Na poniższym zdjęciu widoczny długi pas pojedynczy do noszenia przez jedną osobę, jak również pasy boczne do przenoszenia przez dwie osoby:


Instrukcja pojemnika wyraźnie zaznacza, że chroni on przed zawartymi w powietrzu bojowymi środkami trującymi, toksycznymi środkami przemysłowymi oraz pyłami radioaktywnymi, natomiast nie chroni przed przenikaniem promieniowania jonizującego, którego źródłem są nuklidy znajdujące się na powierzchni ziemi. W skrócie - chroni przed skażeniem, a nie przed napromieniowaniem, czyli tak samo jak kombinezon przeciwchemiczny i maska p/gaz [różnice wyjaśniłem TUTAJ]. Przed promieniowaniem zabezpiecza jedynie schron, do którego należy niezwłocznie się udać wraz z pojemnikiem. Zastosowanie wkładek ołowianych, osłabiających promieniowanie przenikliwe, nawet tylko od strony podłogi, znacznie zwiększyłoby masę całego pojemnika i podrożyło produkcję. Pamiętajmy też, że moc dawki od opadu radioaktywnego w pewnej odległości od epicentrum nie jest bardzo duża, a skutki promieniowania są proporcjonalne do czasu narażenia. W bezpośrednim sąsiedztwie eksplozji żaden pojemnik nie ochroniłby przed ostrą chorobą popromienną, nawet jak pominiemy inne czynniki rażenia broni jądrowej (podmuch, promieniowanie cieplne).
Fot. Robert Polański, Stowarzyszenie Rawelin


Do wyposażenia pojemnika należały indykatory skażeń środkami trującymi w postaci pasków naklejanych na pojemnik, jak również odkażalnik. W przypadku zabarwienia się pasków należało w ciągu 15-30 minut  przystąpić do odkażania pojemnika za pomocą dołączonych środków.

Fot. Robert Polański, Stowarzyszenie Rawelin
Przy otwieraniu pojemnika, już w schronie, należało zachować dużą ostrożność, by nie narazić dziecka na skażenia z powierzchni pojemnika i z własnego ubrania. Po szczegółowe informacje odsyłam do strony MSMH "Rawelin":
 - http://www.schronynh.rawelin.org/index.php/instrukcje/pojemnik-ochronny-dla-niemowlat

***
Czasami wyobrażam sobie, jak by wyglądało masowe użycie tych pojemników, oczywiście jeśli udałoby się wyprodukować odpowiednią liczbą i z wyprzedzeniem dostarczyć je ludności. Widzę rodziny w pośpiechu taszczące pojemniki na pasach bądź wiozące na wózkach dziecięcych, bagażowych, rowerach i innych środkach transportu. I ten lęk, czy baterii wystarczy, czy pojemnik na pewno jest szczelny i czy w schronie będzie miejsce...  

O innych przygotowaniach do wojny jądrowej w PRL-u można poczytać w tej notce:
http://promieniowanie.blogspot.com/2017/09/przygotowania-do-wojny-jadrowej-w-prl.html
A o budowlach ochronnych:
http://promieniowanie.blogspot.com/2017/09/budowle-ochronne-cd.html

30 lipca, 2019

Dozymetr "Poisk"

Źródło zdjęć - http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=2&topic=340

Ten rzadki dozymetr na pierwszy rzut oka przypomina popularną "Biełłę", jednk nie ma z nią aż tak wiele wspólnego. Wyprodukowała go wytwórnia Sinteks znana z kieszonkowych radiometrów gamma DBG-01S o szerokim zakresie pomiaru. Prezentowany egzemplarz najprawdopodobniej pochodzi z 1991 r . - brak daty produkcji, ale jest oznaczony rok produkcji tuby GM (Jedynie Słuszny Typ SBM-20).

Z Biełłą wspólny jest czas pomiaru - 40 s - i praca cykliczna "pomiar-wyświetlanie-pomiar". Na tym podobieństwa się kończą. Licznik GM nie jest owinięty folią ołowianą, czyli mierzy też promieniowanie beta, które jest w stanie pokonać plastikową obudowę. Wyświetlacz pochodzi z Sinteksa,  ma 3 cyfry i symbol przepełnienia (E), który może również wyświetlić sygnał wyczerpania baterii (trzy poziome kreski). Przyrząd wyskalowano w mikrorentgenach na godzinę, zakres do 999 µR/h (9,99 µSv/h), jest on więc 10x mniejszy niż w Bielle i łatwo go przekroczyć.

Brak diody testu baterii, która w Bielle również sygnalizowała impulsy, jest za to gniazdo słuchawki. Słuchawka - dołączona do zestawu -  przeznaczona jest do dyskretnego monitorowania poziomu promieniowania oraz skażeń produktów za pomocą osobnego trybu pomiaru, zwanego "poszukiwaniem". Instrukcja w tym celu poleca nosić licznik w kieszeni z wyprowadzeniem na zewnątrz kabla słuchawki. Ciekawe, czy osoby mierzące poziom promieniowania w latach po Czarnobylu narażały się na jakieś nieprzyjemności? Skany oryginalnej instrukcji można obejrzeć na końcu posta. 

Aby włączyć tryb "poszukiwania", należy przesunąć  przycisk, który w Bielle wyłączał dźwięk - tutaj resetuje on pomiar, jeśli przesuniemy go góra-dół (ros. "sbros"), ale jak zostawimy go w górnym położeniu, wówczas zablokuje cykl pomiarowy, pozostawiając jedynie sygnalizację impulsów. 

Zwykły, cykliczny tryb pomiarowy jest sygnalizowany miganiem kropek między cyframi wyświetlacza. Przełączniki równie toporne jak w Bielle i sprawiają wrażenie, jakby bardzo opornie się przesuwały. 
Zasilanie z typowej baterii 9 V, której klapka, jak w Bielle, umieszczona jest z przodu przyrządu. Uszko do smyczy jest kolejnym, ostatnim podobieństwem między tymi przyrządami.


Nie mam wystarczających informacji, by stwierdzić, czy późniejszy indykator Poisk-2 jest bezpośrednim następcą tego przyrządu. Podejrzewam, że nie, gdyż produkowany był przez  innego producenta - Wszechzwiązkowy Naukowo-Badawczy Instytut Fizyki Eksperymentalnej, wykorzystuje 2 tuby SBT-9 z okienkiem mikowym, wyskalowany jest w starszej jednostce - mR/h, a jego wzornictwo jest bardzo silnie zakorzenione w latach 80.  
Źródło - https://pics.meshok.net/pics/85560655.jpg
Instrukcja podaje podstawowe informacje o promieniowaniu jonizującym i skażeniach - wyraźny wpływ Czarnobyla, który spowodował gwałtowny wzrost zainteresowania ochroną radiologiczną i dozymetrią w społeczeństwie ZSRR. Instrukcje do przyrządów dozymetrycznych musiały być swego rodzaju miniaturowymi podręcznikami fizyki jądrowej.



25 lipca, 2019

Najgorsze dozymetry - czego unikać

Po awarii w Czarnobylu powstało wiele konstrukcji kieszonkowych radiometrów, które miały pomóc ludności w monitorowaniu na bieżąco tła promieniowania, jak również, w mniejszym stopniu, kontrolę skażeń żywności. Były to przyrządy o bardzo zróżnicowanej jakości, od niezwykle udanych i solidnie wykonanych, jak ANRI Sosna czy Polaron Pripyat', poprzez przeciętne (Biełła), aż po wyjątkowe dziadostwo, wyglądające jak produkowane "za stodołą". Postanowiłem zrobić listę moim zdaniem najmniej użytecznych i najgorzej wykonanych radzieckich przyrządów dozymetrycznych. Te dwie cechy nie zawsze idą ze sobą w parze - przyrząd dobrze zaprojektowany może być fatalnej jakości lub też (rzadziej) odwrotnie, nieprzemyślana konstrukcja świetnie wykonana. Pominąłem najprostsze indykatory promieniowania, wyposażone jedynie w diody LED lub głośniczek, gdyż w ich przypadku jakość wykonania nie ma największego znaczenia, one mają tylko sygnalizować, kiedy tło jest w normie, a kiedy podwyższone. Co innego w przypadku przyrządów pomiarowych, w których istotny jest wynik - jego precyzja, szybkość i sposób podania. Zaczynamy więc. Lista została uporządkowana w kolejności od najgorszego dozimetricziskiego pribora:

  • Gryf-1 - bardzo niewielki zakres pomiarowy (do 1,2 µSv/h), podawanie wyniku w postaci wielokrotności tła naturalnego (ustalonego na 0,15 µSv/h), łatwość przeciążenia i brak możliwości resetu po przeciążeniu, bardzo mały wyświetlacz LED. Niektóre wersje podają wynik bezpośrednio w µSv/h, ale reszta wad zostaje.
  • Master-1 - słaba jakość wykonania, niska czułość na miękkie promieniowanie, fatalna dokładność pomiaru (+/- 50%), niewielki zakres (9,99 µSv/h), skłonności do rozładowywania baterii, a także "zatykanie się" przy przeciążeniu 
  • Palesse 26K86 - zawodna elektronika skłonna do przepalania się, długi czas uruchomienia przyrządu i ustalania się wyniku pomiaru, niski zakres pomiarowy (do 12 µSv/h)
  • Polyn-101 - wykonany solidnie, jednak połączenie w jednej obudowie dozymetru i krokomierza jest dość karkołomne, podobnie jak wynik pomiaru podawany w postaci czasu, w ciągu którego otrzymamy dopuszczalną dawkę życiową 0,35 Sv. Sam krokomierz też nie jest zbyt funkcjonalny, często licząc podwójne kroki, a po przełączeniu na tryb pracy dozymetru... wynik zostaje, czyli dodajemy kroki do dawki, absurd!
  • Strielec-1 - zmarnowany potencjał - licznik G-M typu SBT-9 z okienkiem mikowym, czuły na promieniowanie alfa i beta, umieszczono we wnętrzu plastikowej obudowy, co uniemożliwia wykorzystanie jego możliwości. Do tego wskaźnik wychyłowy z podziałką o charakterze orientacyjnym, choć niewielkim nakładem można byłoby zrobić z niego bardzo użyteczny prosty radiometr. Jakość wykonania jest niska, obudowa trzeszczy w dłoni i jest źle spasowana. Wyprowadzenie tuby przez otwór w obudowie może trochę usprawnić ten przyrząd.
  • RKSB-104 Radian i RKGB-01 Gorin - pomimo wysokiej czułości i możliwości 10-krotnego wydłużenia czasu pomiaru (przydatne przy słabych źródłach), zarówno wykonanie, jak i ergonomia pozostawiają wiele do życzenia. Tryb pracy i próg sygnalizacji alarmu zmieniamy za pomocą malutkich mikroprzełączników na dolnym panelu, klapka-filtr wymaga użycia plastikowego pudełka od dozymetru jako dodatkowego filtra odcinającego promieniowanie beta (!), zaś wyświetlacz nie pokazuje przecinków i ma tendencje do wylań. Obudowa ma otwory, przez które łatwo może dostać się pył radioaktywny.

Od wymienionych wyżej "mierników" znacznie wyżej stoją proste radiometry gamma, takie jak "Biełła", "Fon", "Raton-901", Jupiter SIM-05", jak również niektóre indykatory - choćby "Poisk-2", który jest wyposażony w znane m.in. ze Strielca dwa liczniki okienkowe SBT-9, ale sensownie umieszczone za otworem blisko powierzchni obudowy.
Z polskich przyrządów błędy konstrukcyjne wykazuje RK-60, w którym wskazówka porusza się tylko przy idealnie płaskim położeniu przyrządu. Na szczęście miernik występuje na tyle rzadko, że jest bardziej zabytkiem kolekcjonerskim niż przyrządem użytkowym. Z kolei monitor skażeń EKO-C, pomimo oczywistych walorów użytkowych, ma słabo wykonaną klawiaturę membranową, mającą tendencję do rozwarstwiania i jest dość uciążliwy w serwisie (mówię o starszych wersjach, nowych nie testowałem).
A Wy trafiliście kiedyś na wyjątkowo badziewnie wykonany dozymetr? Jakich kandydatów byście przedstawili do tej dozymetrycznej "kaszanka zone"?

21 lipca, 2019

Amper na kilogram (A/kg) - zapomniana jednostka mocy dawki ekspozycyjnej

W przyrządach dozymetrycznych z lat 70. i 80. często można spotkać się ze skalą w amperach na kilogram. Zwykle są to nanoampery na kilogram (nA/kg), rzadziej mniejsze jednostki - pikoampery na kilogram (pA/kg). Pojawiają się zarówno na skalach przyrządów, jak też w ich specyfikacjach., jako jedyna jednostka w której podawane są parametry przyrządu. Przedtem większość przyrządów była wyskalowana w jednostkach pozaukładowych - rentgenach i ich podwielokrotnościach, zwykle milirentgenach.

Amper na kilogram jest jednostką mocy dawki ekspozycyjnej (dawka/czas), wynikającą z przekształcenia układowej jednostki dawki ekspozycyjnej (ilości ładunku w suchym powietrzu), jaką jest kulomb na kilogram (C/kg). Jeżeli amper to kulomb na sekundę, to przekształcając:

A/kg = (Q/s)/kg = Q/kg *1/s = dawka/s = moc dawki

Jednostka odzwierciedla przyrost ładunku w danej masie przez określony czas.  Z definicji jednostka mocy dawki ekspozycyjnej amper na kilogram (A/kg) jest to moc dawki ekspozycyjnej promieniowania fotonowego, przy jakiej dawka ekspozycyjna wzrasta o 1C/kg w czasie 1 s (źródło).

Trudno powiedzieć, dlaczego jednostka się nie przyjęła i nie jest spotykana poza krajami dawnego bloku wschodniego. Najbardziej prawdopodobną hipotezą jest odchodzenie od stosowania dawki ekspozycyjnej na rzecz dawki pochłoniętej i równoważnika dawki. Dawka ekspozycyjna oznaczała ilość jonów utworzonych przez promieniowanie rentgenowskie lub gamma w 1 cm3 suchego powietrza, nie była więc miarodajna dla innych rodzajów promieniowania (alfa, beta, neutrony) ani innych ośrodków (tkanki).

Przyrządy wyskalowane w amperach na kilogram są uciążliwe w eksploatacji z powodu braku prostego przelicznika, jak to ma miejsce w przypadku mikrogrejów i milirentgenów (1 µGy ≈ 0,1 mR). Radiometry RK-67 ze skalą w milirentgenach na godzinę, produkowane w drugiej połowie lat 70., mają nawet napis na obudowie, podający przelicznik na układową jednostkę mocy dawki: 1 mR/h =71,6 pA/kg (czyli 0,0716 nA/kg).


Podobną ściągawkę umieszczano na przejściowych wersjach RKP-1-2 - skalę miały jeszcze mR/h i cpm jak RKP-1, ale zasilanie i inne detale jak RKP-1-2. Tu jeszcze dla pewności podali przelicznik z cpm na cps:
http://forum.rhbz.org/topic.php?forum=65&topic=32
W drugą stronę licząc, 1 nA/kg to aż 13,966 mR/h, zatem większość mierzonych przez nas poziomów mocy dawki będzie dość małymi ułamkami. Zerknijmy na skalę RK-67-3 wyskalowanego w nA/kg (pomijam już nielogiczne rozmieszczenie podziałek - od dołu idą zakresy II, III, I i IV, tak samo jak w wersji z µGy/h) Wartości skrajne na skali są tak dobrane, aby zakres radiometru kończył się na podobnej wartości - ok. 250 mR/h = 2400 µSv/h = 20 nA/kg.

Spotkałem się również z wersjami RKP-1-2 wyskalowanymi w nA/kg, choć większość miała skale w µGy/h. Co ciekawe, nadal można nabyć miernik magnetoelektryczny MEA-33 [SKLEP], ale tylko ze skalą w nA/kg lub µA/kg! Nie jest to duży problem, gdyż tak czy inaczej zakres pomiarowy pozostaje podobny, a skalę można wstawić z uszkodzonego przyrządu. Sklep polecam, uratował już niejeden radiometr (MEA-33 występuje nie tylko w RK-67, ale również w DP-66, RG-1 i większości wersji RKP-1-2):


Warto jeszcze wspomnieć o krótko produkowanym RK-20, który był wyskalowany tylko w nA/kg i w tych jednostkach podana jest jego specyfikacja:
cyt. za: Grzegorz Jezierski, Radiografia przemysłowa, s. 573

Jeżeli traficie na inne przyrządy wyskalowane w A/kg, proszę o informację przez formularz kontaktowy.

19 lipca, 2019

Obiektyw do projektora ze szkła torowego

Od dłuższego czasu polowałem na obiektyw z soczewkami zawierającymi Th-232m który dodawano, aby polepszyć właściwości optyczne szkła. Były to zwykle konstrukcje japońskie, dość drogie, ewentualnie z NRD i ZSRR. Niestety pomimo długich poszukiwań na targach i sprawdzania wszystkich podejrzanych soczewek do tej pory mi się to nie udało. Jedynie służbowo miałem styczność z Biometarem 2,8/80 do aparatu Pentacon Six [LINK]. Co ciekawe, inny egzemplarz tego samego modelu, różniący się tylko zewnętrznym wykonaniem (była to "zebra") już nie wykazywał aktywności.
Zakupów na Allegro unikałem z racji bardzo wysokich cen obiektywów znajdujących się na liście "świecących" - zwykle są to setki, jeśli nie tysiące złotych, a i tak nie mamy pewności, czy "świecą" dopóki nie otrzymamy paczki: - https://camerapedia.fandom.com/wiki/Radioactive_lenses 
Oczywiście, są "pewniaki", jak np. Super Takumar 1,4/55, którego ceny zaczynają się od 400 zł (nie mylić z dużo tańszym Takumarem 1,8/55):

W innych przypadkach tylko niektóre partie obiektywów miały dodatek toru - np.  Industar 61Ł/D, których trochę przebadałem, a jeden nawet kupiłem na Allegro - niestety nie "świecił", za to przydał się do makrofotografii.

Tymczasem w trakcie kolejnej wizyty zatrzymałem się przy stoisku ze stertą soczewek. Przy żadnej z nich Polaron nie zarejestrował znacznego wzrostu mocy dawki, zwróciłem jednak uwagę na leżący obok niepozorny obiektyw. Wynik skoczył od razu do 5 µSv/h, co przesądziło o zakupie.

Obiektyw nie nosi żadnych oznaczeń producenta, które umieszczane były zwykle na oprawce przedniej soczewki. Brak przysłony oraz długi gwint (aż 22 mm) pozwalają podejrzewać, że pracował w projektorze filmowym, ewentualnie w rzutniku slajdów. Średnica zewnętrzna 60 mm, głębokość całkowita 50 mm, a bez tylnej wystającej soczewki 38 mm. Gwint M56x1. Średnica przedniej soczewki 50 mm, a ogniskowa zmierzona podczas skupiania promieni słonecznych na kartce wyniosła ok. 55 mm. Obudowa z aluminium lub jego stopu. Tyle kwestii formalnych, zajmijmy się aktywnością.


Moc dawki gamma jest dość zbliżona na różnych dozymetrach, a stosunek promieniowania gamma do łącznej emisji beta+gamma charakterystyczny dla toru-232. Podobna proporcja występuje przy siateczkach żarowych czy medalionach Quantum Pendant. Pomiar od przedniej soczewki:

  • Polaron - 15/4,5 µSv/h
  • RK-67 - 12/4 µSv/h
  • RK-21C - 4/1-2 µSv/h
  • EKO-C 125/50 cps (z boku 30 cps)
  • Sosna z licznikami rozstawionymi szeroko - 2,2/8,2 µSv/h
  • Sosna z licznikami rozstawionymi blisko -  2,6/11,5 µSv/h
  • DP-5WB - 3/10 µSv/h
Dozymetry mierzące tylko łączną emisję beta i gamma dają następujące wyniki:
  • Rodnik 3 - 7,3 µSv/h 
  • Soeks 01M - 6,6 µSv/h 
  • Soeks 112 - 5,6 µSv/h
  • GQ GMC-320 Plus - 2,5 µSv/h 
  • KB-4011 - 2,6 µSv/h  µSv/h 
  • Soeks Ecovisor F4 - 6,2 µSv/h 
I na koniec przyrządy mierzące samą emisję gamma:
  • PM-1203 - 2,3 µSv/h 
  • BR-9B - 3,4 µSv/h (wraz z częścią emisji beta, która przedostaje się przez plastik obudowy)
  • Radiatex MRD-2 - 4,14 µSv/h (.j.w.)
  • Nuclear Enterprises No. 1700 - 1000 cpm (detektor scyntylacyjny)



Pomiar przy tylnej soczewce jest znacznie niższy, jeśli chodzi o łączną emisję. Dodatkowo można zauważyć, że różnica między pomiarami z zamkniętą i otwartą klapką filtra jest minimalna. Pozwala to sądzić, że aktywność pochodzi tylko od przedniej soczewki, a tylna, nieaktywna, jedynie tłumi miękkie promieniowanie z przedniej. Pomiar Sosną z licznikami rozstawionymi blisko daje pomiar gamma rzędu 3,9 µSv/h, a łączny 4,7 µSv/h. Polaron odpowiednio 5 i 6,2 µSv/h



Szkło soczewek nieco zbrązowiało pod wpływem promieniowania. Jest to jeden ze sposobów na rozpoznanie dodatku toru w szkle - wystarczy spojrzeć na jakąś białą powierzchnię:


Zabarwienie można usunąć przez wystawienie na światło słoneczne - zawarty w nim ultrafiolet przywraca szkłu neutralną barwę - ale jeśli nie zamierzamy używać takiego obiektywu do zdjęć, zostawmy ten objaw obecności Th-232. Poniżej obiektyw Nikon 1,4/35 przed i po odbarwieniu:
http://www.dvinfo.net/forum/canon-eos-crop-sensor-hd/490752-de-yellowed-radioactive-nikon-lens.html
Zachowanie tego zabarwienia pozwala uzyskać na zdjęciu efekt starej przyżółconej fotografii czy pocztówki, choć oczywiście można to również zrobić w programie graficznym.
Na koniec oczywiście pytanie o bezpieczeństwo. Jakkolwiek promieniowanie toru jest nieco bardziej przenikliwe niż uranu, stosowanego m.in. w szkle uranowym i ceramice, to jednak zarówno moc dawki, jak i odległość, stwarzana przez korpus aparatu zapewniają bezpieczeństwo użytkowania. Tym bardziej nie ma zagrożenia w przypadku obiektywów do projektorów i rzutników, które obsługuje się z odległości wyciągniętej ręki. Temat zresztą poruszałem w poprzedniej notce o obiektywach [LINK]. Nie dajcie się zwieść alarmistycznym filmikom, których trochę można znaleźć na Youtube, a które są obliczone na tanią sensację:

Jeżeli macie jakieś podejrzenia co do producenta tego obiektywu, okresu powstania lub zastosowania, dajcie znać!

Edit 16.06.2020 - udało mi się znaleźć pojedynczą soczewkę od podobnego obiektywu - pomiar emisji gamma jest podobny, natomiast emisja beta jest wyższa z uwagi na możliwość większego zbliżenia pojedynczej soczewki do powierzchni detektora niż soczewki zamontowanej w obiektywie [LINK]

15 lipca, 2019

Radiometr Frieseke und Hoepfner FH-40T

Ten przenośny radiometr beta-gamma był przez wiele lat na wyposażeniu Bundeswehry. W Polsce pojawia się sporadycznie w różnego rodzaju demobilach, obok bardziej rozbudowanego miernika - rentgenoradiometru SV-500.

Miernik służy do pomiaru mocy dawki ekspozycyjnej promieniowania gamma od 0,1 mR/h do 1 R/h, a także do zgrubnego pomiaru skażeń beta od 80 do 12500 cpm (1,3-208 cps). Czujnikiem promieniowania jest szklany licznik GM typu FHZ-76V w przedniej ściance korpusu, który można wykręcić i w jego miejsce wkręcić wtyk sondy zewnętrznej, ułatwiającej pomiar skażeń czy pracę w trudno dostępnych miejscach.

Licznik ten można wymienić na FHZ-74V, co rozszerzy zakres aż do 50 R/h.

Okienko pomiarowe licznika jest zasłonięte cienką metalową blaszką, która odsuwa się po włączeniu dwóch najniższych zakresów, służących do indykacji skażeń beta.



Zakresy zmieniamy obrotowym przełącznikiem z boku obudowy, który chodzi z dość znacznym oporem. Pozycje przełącznika, połączonego z obrotowymi skalami jak w RK-10, zaczynają się od testu baterii, następnie mamy zakresy pomiaru gamma: najwyższy (0,05-1 R/h), środkowy  (2-25 mR/h) i najniższy (0,1-0,5 mR/h). Skale te są logarytmiczne lub semilogarytmiczne. Potem obrót pokrętła odsłania okienko i uruchamia zakresy beta: wyższy (2500-12500 cpm) i niższy (80-320 cpm), ich podziałki są liniowe.









Jak widać, istnieje duży odstęp między końcem niższego a początkiem wyższego zakresu. Wiele źródeł przekracza niższy zakres, jednak nie uruchamia wyższego, przydałby się jeszcze jakiś pośredni zakres. Prawdopodobnie do celów wojskowych wystarczyły te dwa zakresy - niższy "tło w normie", jak wysadza, to już skażenia są silne, a dokładniejsze pomiary wykonywała służba dozymetryczna za pomocą specjalistycznego sprzętu.

Skoro jesteśmy już przy czułości, to nie jest ona zbyt duża dla słabszych źródeł. Większość szkła uranowego powoduje nieznaczny wzrost wskazań na najniższym zakresie, podobny odczyt jest nawet dla dość aktywnej ceramiki, także tej dającej 50 µSv/h na Polaronie. Przyrząd charakteryzuje się dużymi wahaniami wskazań, nawet dla mocniejszych źródeł, jakby stała czasu integratora była za krótka. Impulsy tła naturalnego pojawiają się co 5 lub 12-15 sekund, powodując wychylenia wskazówki do 0,05-0,06 mR/h (0,5-0,6 µSv/h), choć tło u mnie jest znacznie niższe (0,13 µSv/h).


FH-40T może współpracować ze słuchawkami do dźwiękowej sygnalizacji impulsów, niestety gniazdo jest typu koncentrycznego, czyli trzeba użyć wtyczki od jakiegoś zasilacza. Zastosowałem wtyk fi 5,5/2 mm, choć jest nieco luźny, lepszy byłby 6 czy 6,5. Dźwięk jest dość głośny na zewnętrznym głośniczku 1 W 16 Ohm, oczywiście można też podpiąć słuchawki czy komputer. 

Skala jest podświetlana za pomocą żaróweczki włączanej przyciskiem chwilowym w gumowej osłonie. Podświetlenie działa nawet przy wyłączonym przyrządzie (pokrętło i skala w położeniu "Aus"). Światło jest delikatne, nie razi oczu i nie zdradza naszej pozycji.



Zasilanie odbywało się oryginalnie z akumulatorków guzikowych 5X225 DK o napięciu 6 V bądź ze specjalnej baterii rtęciowej (typ Mallory) SKB 826 4,8 V - pierwsze oferują 10 godzin pracy, druga 100. Pakiet akumulatorków wymagał zastosowania dodatkowego przedłużenia (dołączanego do zestawu), gdyż jest krótszy niż bateria.  Komora baterii ma podobny wymiar do tej z RK-67 i w ten sam sposób można rozwiązać kwestię zasilania radiometru, czyli za pomocą koszyczka na 3 paluszki AAA od jakiejś latarki. Koszyczek wkładamy (+) w kierunku sprężynki na dnie komory, inaczej miernik nie będzie działał - wskazówka pójdzie do tyłu, choć się nie uszkodzi. Jeżeli nasz koszyczek ma sprężynujący bolec, można podłożyć monetę lub podkładkę, aby zapewnić dobry kontakt ze stykiem w zakrętce przedziału baterii. Jeśli zaś ma płaski kontakt, trzeba użyć śrubki wkręcanej w otwór w zakrętce. Zakrętkę odkręcamy za pomocą dużej monety, np. pięciozłotówki, gwint jest krótki, wystarczy jeden obrót, należy tylko uważać, by go nie uszkodzić i by nie wyszczerbić szczeliny do odkręcania.

Ponieważ wspomniane źródła zasilania mają różne napięcia, zastosowano potencjometr regulujący na bocznej ściance, poniżej przełącznika zakresów. Przy zasilaniu z 3 baterii AAA (łącznie 4,5 V) potencjometr należy przekręcić na pozycję Batt.alt. (do oporu w prawo), wtedy przy teście baterii wskazówka prawie dojdzie do właściwego znacznika. Jeśli przekręcimy ją w lewo, zmniejszymy napięcie, które poniżej drugiego metalowego znacznika przy pokrętle będzie na tyle niskie, że wskazania znacznie spadną a dźwięk ścichnie.

Test baterii pokaże wówczas połowę skali. Jak widać, sprzęt nie jest zbyt wrażliwy na spadek napięcia zasilania i można używać różnych ogniw między 4,5 a 6 V, czyli też akumulatorów typu 18650 stosowanych m.in. w latarkach.

Całość jest uszczelniona, a obudowa wykonana z grubego aluminium malowanego na kolor maskujący. Miernik sprawia wrażenie, jakby można było nim rzucać bez obawy uszkodzenia. Przyrząd z bateriami waży nieco ponad 1 kg.
W komplecie był futerał na miernik i osobny na sondę, źródło kontrolne, słuchawka miniaturowa i zdjęcie z widokiem skompletowania.

https://assets.catawiki.nl/assets/2016/11/8/f/c/4/fc44d728-a57c-11e6-9b86-c70c388dc376.jpg

Całość przenoszono w skrzyni ze znakiem Czerwonego Krzyża, opisanej Verstrahlungsmessgerät 2.
https://i.ebayimg.com/images/i/272554964187-0-1/s-l1000.jpg

Jego zastosowanie w codziennej dozymetrii jest dość ograniczone z racji niskiej czułości na najsłabsze źródła i dużych wahań wskazań, utrudniających odczyt. Pracę utrudnia opornie obracający się przełącznik zakresów, zaś obudowa nie jest wygodna do noszenia w dłoni. Niewątpliwą zaletą jest bardzo solidna obudowa, sprawia wrażenie prawie niezniszczalnej, co może być przydatne przy pracach w terenie.  Górny zakres przyrządu jest na tyle wysoki, że trudno go przekroczyć nawet przy Chwytaku w Strefie czy na hali reaktora w Świerku, jednak jest znacznie za niski na warunki wojny jądrowej.